czwartek, 30 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.11- ostatnia

Koniec! Koniec! Koniec! Tym oto subtelnym akcentem chciałabym poinformować miłych czytelników o zakończeniu opowiadania "Piekło prawdziwe". Dziękuje za czas spędzony w internecie, dziękuję za wyrozumiałość względem moich przecinków, ich nadmiaru, tudzież braku.
Całość w postaci pliku PDF można znaleźć tutaj.
A tym, którzy martwią się, że godziny, które spędzili w towarzystwie poczciwego Józka i jakże sympatycznego Smolistego dobiegły końca, mówię: otrzyjcie modre oczęta i podnieście w górę zasmucone pyski. Albowiem oto właśnie pisze się książka "Piekło prawdziwe, raj utracony". Naprawdę myśleliście, że śmierć jest końcem wszystkiego a Józek i Mańka już się więcej nie zobaczą? Bo jeśli tak, to byliście w błędzie.

 Plik PDF można ściągnąć również stąd: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część jedenasta- ostatnia.


-A bloczki obiadowe to pan ma?
-Bloczki obiadowe?- jęknął Józek.- Nikt mi nic nie powiedział o bloczkach obiadowych.
Bufetowa wzruszyła tylko ramionami.
-Nie mój problem. Pan się zgłosi najpierw do kadr i wyjaśni tam wszystko. Następny!-Zawołała głośno.
 Józek odszedł na bok z pustymi talerzami bo już kolejny robotnik pchał mu się na plecy i z głośnym dyszeniem domagał się swojej porcji obiadowej. Pani Andzia siedziała niedaleko, za zaświnionym burakami długim stołem. Brała w palce kotlety i ziemniaki po czym powoli, bardzo powoli przeżuwała. Po każdym kęsie oblizywała metodycznie paluch po paluchu i wpatrywała się w Czereśnego intensywnie. Józek napił się więc na obiad zimnej wody z łazienki. Wprawdzie kran był nieczynny ale za to toaletowa spłuczka działała znakomicie. Kiedy tylko świstawka oznajmiła koniec przerwy zamiast do magazynu poczłapał, na bosaka, wolno na górę, do kadr. Stopy piekły go niemiłosiernie od dwóch lewych butów.
Pani Andzia siedziała już za swoim biurkiem i ze znudzona miną klepała pasjansa na komputerze. Upaprana była na mordzie buraczkami od obiadu. Obok niej leżało podanie jakiegoś biednego, chorego na raka robotnika, z trójką małych dzieci i umierającą na suchoty żoną. Robotnik w rozdzierających słowach opisywał swoje położenie i błagalnie prosił o przydział nowego, zakładowego mieszkania bez grzyba na ścianie i sufitach. Czerwona pieczątka na podaniu już z daleka krzyczała „Bardzo pilne!”
-Khm, khm.- odkaszlnął Józek. Czekał chwilę cierpliwie. Wolał nie narażać się kadrowej bardziej. W końcu trzy patyki kary nadal były nierozwiązaną jeszcze kwestią.
Nic. Zero reakcji.
-Khm, khm.- ponowił uprzejmie Czereśny.
Pani Andzia wsadziła długiego pazura do ucha i grzebała w nim zawzięcie.
-Czego?- warknęła.
-Pani Andziu. Bo mnie nikt nie powiedział, że to trzeba mieć bloczki obiadowe.
-Nikt nie powiedział, bo się nikogo nie zapytał.- odparła kadrowa z żelazną wręcz logiką.
No, nie da się ukryć, jego wina. Mógł się doinformować.
-To może ja bym teraz te bloczki dostał?
-Podanie napisze.
Wyciągnęła z ucha pazur na którym błyszczała imponująca ilość woskowiny i ta samą ręką podała mu kawałek wymiętolonego papieru i długopis. Na długopisie została długa smuga woszczyny. Józef nie śmiał jej wytrzeć, bo kadrowa mocno patrzyła mu się na ręce.
-No podanie.- zaczęła pani  Andzia chcąc mu pomoc albo tylko (to drugie było prawdopodobniejsze) sprawić by szybciej sobie poszedł.- Ja, Jurek Ciesielski...
-Józef Czereśny.
-Jerzy Czernakowski- poprawiła beznamiętnie kadrowa- proszę o przyznanie bloczków obiadowych. Podpisać się albo krzyżyk postawi jak nie umie.
Krzyżyk. W piekle?
Pani Andzia wzruszyła ramionami.
-No to ptaszka da.
W kilka minut podanie było gotowe. Kadrowa przyjrzała mu się krytycznym okiem, przystawiła z hukiem pieczątkę „bardzo pilne!” i dalej wróciła do swojej przerwanej gry.
Czereśny chwilę przestępował z nogi na nogę. W brzuchu mu burczało bardzo a do wymiany na jedzenie nic za bardzo już nie miał. Gaci wymieniać nie chciał, mimo, że pod spodniami teoretycznie nikt nie zauważył by ich braku. Z wyjątkiem Stefana chyba. Pot ściekał mu po czole gdy pomyślał, jak bardzo napalił by się wtedy na niego ten tłusty zboczeniec. Może nawet doszedł by do wniosku, że on Józek to tak celowo bez gajtochów lata a opiera się tylko po to by się z nim droczyć. Nawet nie chciał myśleć, gdzie wtedy przez przypadek Stefan włożył by mu swój jęzor. Obrzydliwe to było.
-Pani Andziu, kochana, a na dzisiaj z obiadem to by się dało coś zrobić?
Kadrowa oderwała wzrok od monitora i długo wpatrywała mu się w oczy.
-Nie.- odparła po dobrych 5 minutach milczenia.
-Ale ja głodny jestem. Od dwóch dni na czipsach tylko.
Pani Andzia znowu nic nie powiedziała. Sięgnęła tylko do swojej torby, wyciągnęła z niej kanapkę, odpakowała z folii aluminiowej, oblizała paluchy u obu rąk i podała ją Czereśniakowi. Kanapka była z gotowanym ozorem.
Cóż miał robić? Zjadł.
Reszta dnia wlokła się cholernie długo. Kierownik zmiany pokazał się tylko na chwilę. Józek poskarżył się mu na buty, ten pokiwał ze zrozumieniem głową. Przyniósł z kantorku nową parę po czym znowu znikł za drzwiami damskiej szatni. Nowe buty też były lewe. Jeden rozmiar 38 a drugi 46.
Mietek tym razem zajął się z rozsypywaniem pinesek, które unieruchomiły widlaka na resztę popołudnia. Czereśny musiał nosić skrzynki na własnych plecach.
Krzysiek zjawił się na magazynie lecz nie kwapił się do pracy. Wielki bandaż przysłaniał mu połowę twarzy i jedno oko. Przysiadł na ławce i zajął się polerowaniem śrubek kawałkiem szmatki wydartej z podszewki kieszeni. Oczywiste było, że to zwykła ściema i lewizna a nie robota, ale nikt mu nic nie powiedział. Nawet kierownik zmiany przyniósł mu tubkę pasty polerującej. Śrubki i tak były przeznaczone do utylizacji z powodu źle wybitego gwintu.
Najmniej problemów jak zwykle sprawiał Stefan.  Z wyjątkiem zaproszenia na kawę, podrzuceniem do szafki Józka pornograficznego, świńskiego obrazka z nagim Davidem Hasellhofem  w roli głównej i przypadkowym macaniem po dupie- nic szkodliwego nie robił.
Pożytecznego zresztą też nie.
Świstawka oznajmiająca koniec pracy zacięła się i dopiero godzinę później zauważył to ktoś z personelu technicznego. Ta dodatkowa godzina miała zostać niezapłacona bo dyrekcja stwierdziła, że to przecież nie ich wina, tylko świstawki.
Józek powlókł się do domu. Ostatni autobus uciekł mu sprzed nosa. W oddali niknęły tylne światła pojazdu a także Mietek, Krzysiek i Stefan, którzy machali do niego zza szyby. Zaczął padać deszcz. Na każdych światłach trafiał na czerwone. Psie kupy rozpłynęły się pod wpływem wilgoci i cuchnąca breja przemoczyła mu buty. Lewy okazał się być dziurawy.
W sieni domu czarny kot przebiegł mu drogę. W skrzynce na listy czekało na niego pismo od administracji. Podwyżka czynszu a także kara za przetrzymywanie nielegalnych lokatorów- 7  i pół patyka. Płatne do końca ubiegłego tygodnia. Przynajmniej klucz znowu pasował. W mieszkaniu panował smród. Niewyobrażalny smród mimo wybitych okien. Zajrzał do drugiego pokoju tknięty złym przeczuciem. Oczywiście żul nadał tam był i chrapał spod kołdry zrobionej z „Wyborczej” więc chyba udało mu się wykręcić od przekwaterowania do raju. Obok niego stała butelka po winie „wściekły rolnik” i puste sreberko po kebabie. Cholera. To on musi jeść obślinioną kanapkę z ozorkiem pani Andzi a takie żulisko ma na kebaba. Skąd on go dostał? A może ukradł? Nie, chyba nie ukradł, bo za głupio z mordy wygląda. Schylił się. Resztką silnej woli powstrzymywał w sobie wymioty gdy przeszukiwał potwornie cuchnący dobytek żula. Oprócz bloczku na śniadanie, obiad i kolację w hotelu Hilton, znalazł kupony na sałatkę krabową, zaproszenie na degustację jambalaji, ulotkę, po okazaniu której otrzymywało się darmowy kubek promocyjnej czekolady i talon na paczkę czipsów, do zrealizowania na pobliskiej stacji benzynowej. Stacja była najbliżej, z okien mieszkania można było zobaczyć jej wielki, czerwony,  niesamowicie denerwujący neon. Powlókł się po czipsy. Trochę jednak dokuczały mu wyrzuty sumienia, że ukradł żulikowi ten talon. No ale kurde, to przecież on teraz będzie musiał zapłacić karę za nielegalnego lokatora.
Na stacji kolejka była niewielka. Tylko jeden klient przed nim kupował papierosy. Posępnie wcisnął pryszczatemu sprzedawcy do rąk talon. Pryszczaty sprzedawca mrugnął do niego okiem porozumiewawczo. No tak, znowu znajoma morda.Widocznie praktykant z hostelu też dorabia sobie po godzinach.
-Przykro mi proszę pana, ale ważność talonu skończyła się wczoraj.- sprzedawca jednym zdecydowanym ruchem przerwał talon na pół. Józek był przekonany, że ważność jeszcze była dobra ale kawałki kuponu zniknęły już w koszu na śmieci. I jak on to teraz udowodni, skoro pokrywał je dokładnie gęsty sos majonezowy, który wyciekał z kartonu po frytkach?- Może mógłbym zaproponować płyn do spryskiwaczy w promocyjnej cenie dwóch za dwa? Albo woskowanie samochodu?
-A nie mógłby pan zaproponować jakiś darmowych czipsów bez talonu?
Młodzieniec smutnym ruchem rozłożył ręce.
-Taka polityka firmy. Choćbym chciał nie mogę pany pomóc. Może spróbuje pan w hotelu Hilton? Rozdawali dzisiaj 100 tysięcy promocyjnych bloczków reklamowych na śniadania, obiady i kolacje. Ważne przez miesiąc.
„100 tysięcy promocyjnych bloczków. W piekle jest w tym czasie może 8 tysięcy rezydentów, a ja kurde nie załapałem się na ani jeden.”
-A pan nie miałby może bloczka do odstąpienia?- zwrócił się pełen nadziei do klienta, który uprzednio kupował papierosy. Stał teraz przed witryną z gazetkami i udawał, że przegląda magazyn szydełkowania a tak naprawdę zerkał na świerszczyki, ustawione na najwyższej półce. Na jednym z nich, tym najbardziej eksponowanym widniało zdjęcie pani Andzi w samych brokatowych majtaskach. Okładka krzyczała ogromnym  napisem w comic sans: w środku zobaczysz jeszcze więcej! Kup, kup, kup! Józek nawet tyle nie chciał nigdy oglądać a co dopiero jeszcze więcej. Z kieszeni świntucha wystawało niedbale chyba z 20 promocyjnych bloczków z napisem „Hilton”.
-Panie Czereśny taka niespodzianka!- krzynknął świntuch. Smolisty odłożył magazyn szydełkowania z powrotem na półkę. Wybierał się chyba na daczę, gdyż ubrany był mocno po wakacyjnemu. Skarpety, sandały do połowy łydki (Józek zastanawiał się w jaki sposób założył on sandały na kopyta), koszula z hawajskim wzorkiem i wielki słomkowy kapelusz.
-Panie Smolisty,na daczę pan jedzie?
-Ano na daczę, na daczę. Wie pan, spokój, cisza, do autostrady aż 300 metrów.
-Pan mi podał zły numer telefonu- przerwał mu brutalnie Czereśny.
-No patrz pan.- zdziwił się Smolisty.- Naprawdę?
-I muszę zapłacić w pracy 3 patyki kary. Spóźniłem się też przez pana.
-Że niby co przeze mnie? Co ja pana na siłę zatrzymywałem?- zaperzył się czort. – To ja latałem z wywieszonym ozorem, po kopytach ludzi całuję, żeby pana przyjęli, dobre świadectwo panu wypisałem, mieszkanie znalazłem a pan mnie tu insynuuje, że co? Że przeze mnie panu autobus uciekł? Oj, Czereśny, Czereśny, my się w takie gierki to bawić nie będziemy. Rękę pomocną do pana wyciągłem...
-Skarpetki mi żeś pan ukradł!!!- zawył z rozpaczą Czereśny.
-...wyciągłem, z dna w sumie żem wydostał. Z dna i mułu ot co, a pan mnie tu obraża.
-To niech mi pan załatwi przeniesienie z powrotem na ziemię.- przerwał mu Józek.
-Panie Smolisty, bądź pan człowiekiem. Tyle w hostelu siedziałem, pani Andzi kanapkę zjadłem, buty mam dziurawe, czynsz mi podnieśli, w mieszkaniu śmierdzi tak, że aż w oczy normalnie szczypie a jeszcze w pracy się kolega do mnie dostawia. To przecież piekło, to nie do wytrzymania!
Smolisty wydął z pogardą wargi.
-Ojojoj!- prychnął z przekąsem.- Bucik się panu szanownemu rozkleił. Obiadu w stołówce nie wydali. Podanie trzeba było napisać. No tragedia, wielkie mecyje, klęska i dramat w jednym. Panie Czereśny,- tu diabeł zbliżył głowę do twarzy Józka i chuchnął mu w twarz bardzo mocno nieświeżym oddechem.- Panie Czereśny, tam na górze, na ziemi, to dopiero macie piekło. Wojny, krew, głód i podatki. Nieuczciwi politycy, Głupi nauczyciele. Zakłamane autorytety. Rozpustni duszpasterze, niedouczeni lekarze i Kim Kardashian. Panie, tam to dopiero jest piekło prawdziwe, bo tutaj... Tutaj to jest jeszcze lajcik.

KONIEC

wasza
Helga von Klusken

p.s. Dziękuję za nie rozpowszechnianie i nie powielanie moich teksów bez pozwolenia. Dziękuje tez mamie, tacie, dziadkowi Bolkowi i babci Krysi. Ale nie dziękuję panu Ihmanowi S. z kebaba w Roeblingen am See. To wcale nie smakowało jak kurczak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)