Całość w postaci pliku PDF można znaleźć tutaj.
A tym, którzy martwią się, że godziny, które spędzili w towarzystwie poczciwego Józka i jakże sympatycznego Smolistego dobiegły końca, mówię: otrzyjcie modre oczęta i podnieście w górę zasmucone pyski. Albowiem oto właśnie pisze się książka "Piekło prawdziwe, raj utracony". Naprawdę myśleliście, że śmierć jest końcem wszystkiego a Józek i Mańka już się więcej nie zobaczą? Bo jeśli tak, to byliście w błędzie.
Plik PDF można ściągnąć również stąd: Piekło prawdziwe
Piekło prawdziwe
część jedenasta- ostatnia.
-A bloczki
obiadowe to pan ma?
-Bloczki
obiadowe?- jęknął Józek.- Nikt mi nic nie powiedział o bloczkach obiadowych.
Bufetowa
wzruszyła tylko ramionami.
-Nie mój problem.
Pan się zgłosi najpierw do kadr i wyjaśni tam wszystko. Następny!-Zawołała
głośno.
Józek odszedł na bok z pustymi talerzami bo
już kolejny robotnik pchał mu się na plecy i z głośnym dyszeniem domagał się
swojej porcji obiadowej. Pani Andzia siedziała niedaleko, za zaświnionym
burakami długim stołem. Brała w palce kotlety i ziemniaki po czym powoli,
bardzo powoli przeżuwała. Po każdym kęsie oblizywała metodycznie paluch po
paluchu i wpatrywała się w Czereśnego intensywnie. Józek napił się więc na
obiad zimnej wody z łazienki. Wprawdzie kran był nieczynny ale za to toaletowa
spłuczka działała znakomicie. Kiedy tylko świstawka oznajmiła koniec przerwy
zamiast do magazynu poczłapał, na bosaka, wolno na górę, do kadr. Stopy piekły
go niemiłosiernie od dwóch lewych butów.
Pani Andzia
siedziała już za swoim biurkiem i ze znudzona miną klepała pasjansa na komputerze.
Upaprana była na mordzie buraczkami od obiadu. Obok niej leżało podanie
jakiegoś biednego, chorego na raka robotnika, z trójką małych dzieci i umierającą
na suchoty żoną. Robotnik w rozdzierających słowach opisywał swoje położenie i
błagalnie prosił o przydział nowego, zakładowego mieszkania bez grzyba na
ścianie i sufitach. Czerwona pieczątka na podaniu już z daleka krzyczała
„Bardzo pilne!”
-Khm, khm.-
odkaszlnął Józek. Czekał chwilę cierpliwie. Wolał nie narażać się kadrowej
bardziej. W końcu trzy patyki kary nadal były nierozwiązaną jeszcze kwestią.
Nic. Zero
reakcji.
-Khm, khm.-
ponowił uprzejmie Czereśny.
Pani Andzia
wsadziła długiego pazura do ucha i grzebała w nim zawzięcie.
-Czego?-
warknęła.
-Pani Andziu. Bo
mnie nikt nie powiedział, że to trzeba mieć bloczki obiadowe.
-Nikt nie
powiedział, bo się nikogo nie zapytał.- odparła kadrowa z żelazną wręcz logiką.
No, nie da się
ukryć, jego wina. Mógł się doinformować.
-To może ja bym
teraz te bloczki dostał?
-Podanie napisze.
Wyciągnęła z ucha
pazur na którym błyszczała imponująca ilość woskowiny i ta samą ręką podała mu
kawałek wymiętolonego papieru i długopis. Na długopisie została długa smuga
woszczyny. Józef nie śmiał jej wytrzeć, bo kadrowa mocno patrzyła mu się na
ręce.
-No podanie.-
zaczęła pani Andzia chcąc mu pomoc albo
tylko (to drugie było prawdopodobniejsze) sprawić by szybciej sobie poszedł.-
Ja, Jurek Ciesielski...
-Józef Czereśny.
-Jerzy
Czernakowski- poprawiła beznamiętnie kadrowa- proszę o przyznanie bloczków
obiadowych. Podpisać się albo krzyżyk postawi jak nie umie.
Krzyżyk. W
piekle?
Pani Andzia
wzruszyła ramionami.
-No to ptaszka
da.
W kilka minut
podanie było gotowe. Kadrowa przyjrzała mu się krytycznym okiem, przystawiła z
hukiem pieczątkę „bardzo pilne!” i dalej wróciła do swojej przerwanej gry.
Czereśny chwilę
przestępował z nogi na nogę. W brzuchu mu burczało bardzo a do wymiany na
jedzenie nic za bardzo już nie miał. Gaci wymieniać nie chciał, mimo, że pod
spodniami teoretycznie nikt nie zauważył by ich braku. Z wyjątkiem Stefana
chyba. Pot ściekał mu po czole gdy pomyślał, jak bardzo napalił by się wtedy na
niego ten tłusty zboczeniec. Może nawet doszedł by do wniosku, że on Józek to
tak celowo bez gajtochów lata a opiera się tylko po to by się z nim droczyć.
Nawet nie chciał myśleć, gdzie wtedy przez przypadek Stefan włożył by mu swój
jęzor. Obrzydliwe to było.
-Pani Andziu,
kochana, a na dzisiaj z obiadem to by się dało coś zrobić?
Kadrowa oderwała
wzrok od monitora i długo wpatrywała mu się w oczy.
-Nie.- odparła po
dobrych 5 minutach milczenia.
-Ale ja głodny
jestem. Od dwóch dni na czipsach tylko.
Pani Andzia znowu
nic nie powiedziała. Sięgnęła tylko do swojej torby, wyciągnęła z niej kanapkę,
odpakowała z folii aluminiowej, oblizała paluchy u obu rąk i podała ją Czereśniakowi.
Kanapka była z gotowanym ozorem.
Cóż miał robić?
Zjadł.
Reszta dnia
wlokła się cholernie długo. Kierownik zmiany pokazał się tylko na chwilę. Józek
poskarżył się mu na buty, ten pokiwał ze zrozumieniem głową. Przyniósł z
kantorku nową parę po czym znowu znikł za drzwiami damskiej szatni. Nowe buty
też były lewe. Jeden rozmiar 38 a drugi 46.
Mietek tym razem
zajął się z rozsypywaniem pinesek, które unieruchomiły widlaka na resztę
popołudnia. Czereśny musiał nosić skrzynki na własnych plecach.
Krzysiek zjawił
się na magazynie lecz nie kwapił się do pracy. Wielki bandaż przysłaniał mu
połowę twarzy i jedno oko. Przysiadł na ławce i zajął się polerowaniem śrubek
kawałkiem szmatki wydartej z podszewki kieszeni. Oczywiste było, że to zwykła
ściema i lewizna a nie robota, ale nikt mu nic nie powiedział. Nawet kierownik
zmiany przyniósł mu tubkę pasty polerującej. Śrubki i tak były przeznaczone do
utylizacji z powodu źle wybitego gwintu.
Najmniej problemów
jak zwykle sprawiał Stefan. Z wyjątkiem
zaproszenia na kawę, podrzuceniem do szafki Józka pornograficznego, świńskiego
obrazka z nagim Davidem Hasellhofem w
roli głównej i przypadkowym macaniem po dupie- nic szkodliwego nie robił.
Pożytecznego
zresztą też nie.
Świstawka
oznajmiająca koniec pracy zacięła się i dopiero godzinę później zauważył to ktoś
z personelu technicznego. Ta dodatkowa godzina miała zostać niezapłacona bo
dyrekcja stwierdziła, że to przecież nie ich wina, tylko świstawki.
Józek powlókł się
do domu. Ostatni autobus uciekł mu sprzed nosa. W oddali niknęły tylne
światła pojazdu a także Mietek, Krzysiek i Stefan, którzy machali do niego zza
szyby. Zaczął padać deszcz. Na każdych światłach trafiał na czerwone. Psie kupy
rozpłynęły się pod wpływem wilgoci i cuchnąca breja przemoczyła mu buty. Lewy
okazał się być dziurawy.
W sieni domu
czarny kot przebiegł mu drogę. W skrzynce na listy czekało na niego pismo od
administracji. Podwyżka czynszu a także kara za przetrzymywanie nielegalnych
lokatorów- 7 i pół patyka. Płatne do
końca ubiegłego tygodnia. Przynajmniej klucz znowu pasował. W mieszkaniu
panował smród. Niewyobrażalny smród mimo wybitych okien. Zajrzał do drugiego
pokoju tknięty złym przeczuciem. Oczywiście żul nadał tam był i chrapał spod
kołdry zrobionej z „Wyborczej” więc chyba udało mu się wykręcić od
przekwaterowania do raju. Obok niego stała butelka po winie „wściekły rolnik” i
puste sreberko po kebabie. Cholera. To on musi jeść obślinioną kanapkę z ozorkiem pani Andzi a takie żulisko ma na kebaba. Skąd on go dostał? A może
ukradł? Nie, chyba nie ukradł, bo za głupio z mordy wygląda. Schylił się.
Resztką silnej woli powstrzymywał w sobie wymioty gdy przeszukiwał potwornie
cuchnący dobytek żula. Oprócz bloczku na śniadanie, obiad i kolację w hotelu
Hilton, znalazł kupony na sałatkę krabową, zaproszenie na degustację jambalaji,
ulotkę, po okazaniu której otrzymywało się darmowy kubek promocyjnej czekolady
i talon na paczkę czipsów, do zrealizowania na pobliskiej stacji benzynowej.
Stacja była najbliżej, z okien mieszkania można było zobaczyć jej wielki,
czerwony, niesamowicie denerwujący neon.
Powlókł się po czipsy. Trochę jednak dokuczały mu wyrzuty sumienia, że ukradł żulikowi
ten talon. No ale kurde, to przecież on teraz będzie musiał zapłacić karę za
nielegalnego lokatora.
Na stacji kolejka
była niewielka. Tylko jeden klient przed nim kupował papierosy. Posępnie
wcisnął pryszczatemu sprzedawcy do rąk talon. Pryszczaty sprzedawca mrugnął
do niego okiem porozumiewawczo. No tak, znowu znajoma morda.Widocznie praktykant z hostelu też dorabia
sobie po godzinach.
-Przykro mi
proszę pana, ale ważność talonu skończyła się wczoraj.- sprzedawca jednym
zdecydowanym ruchem przerwał talon na pół. Józek był przekonany, że ważność
jeszcze była dobra ale kawałki kuponu zniknęły już w koszu na śmieci. I jak on
to teraz udowodni, skoro pokrywał je dokładnie gęsty sos majonezowy, który
wyciekał z kartonu po frytkach?- Może mógłbym zaproponować płyn do spryskiwaczy
w promocyjnej cenie dwóch za dwa? Albo woskowanie samochodu?
-A nie mógłby pan
zaproponować jakiś darmowych czipsów bez talonu?
Młodzieniec
smutnym ruchem rozłożył ręce.
-Taka polityka
firmy. Choćbym chciał nie mogę pany pomóc. Może spróbuje pan w hotelu Hilton?
Rozdawali dzisiaj 100 tysięcy promocyjnych bloczków reklamowych na śniadania,
obiady i kolacje. Ważne przez miesiąc.
„100 tysięcy
promocyjnych bloczków. W piekle jest w tym czasie może 8 tysięcy rezydentów, a
ja kurde nie załapałem się na ani jeden.”
-A pan nie miałby
może bloczka do odstąpienia?- zwrócił się pełen nadziei do klienta, który
uprzednio kupował papierosy. Stał teraz przed witryną z gazetkami i udawał, że
przegląda magazyn szydełkowania a tak naprawdę zerkał na świerszczyki,
ustawione na najwyższej półce. Na jednym z nich, tym najbardziej eksponowanym
widniało zdjęcie pani Andzi w samych brokatowych majtaskach. Okładka krzyczała
ogromnym napisem w comic sans: w środku
zobaczysz jeszcze więcej! Kup, kup, kup! Józek nawet tyle nie chciał nigdy oglądać a co dopiero jeszcze więcej. Z
kieszeni świntucha wystawało niedbale chyba z 20 promocyjnych bloczków z
napisem „Hilton”.
-Panie Czereśny
taka niespodzianka!- krzynknął świntuch. Smolisty odłożył magazyn szydełkowania
z powrotem na półkę. Wybierał się chyba na daczę, gdyż ubrany był mocno po
wakacyjnemu. Skarpety, sandały do połowy łydki (Józek zastanawiał się w jaki
sposób założył on sandały na kopyta), koszula z hawajskim wzorkiem i wielki
słomkowy kapelusz.
-Panie
Smolisty,na daczę pan jedzie?
-Ano na daczę, na
daczę. Wie pan, spokój, cisza, do autostrady aż 300 metrów.
-Pan mi podał zły
numer telefonu- przerwał mu brutalnie Czereśny.
-No patrz pan.-
zdziwił się Smolisty.- Naprawdę?
-I muszę zapłacić
w pracy 3 patyki kary. Spóźniłem się też przez pana.
-Że niby co
przeze mnie? Co ja pana na siłę zatrzymywałem?- zaperzył się czort. – To ja
latałem z wywieszonym ozorem, po kopytach ludzi całuję, żeby pana przyjęli, dobre
świadectwo panu wypisałem, mieszkanie znalazłem a pan mnie tu insynuuje, że co?
Że przeze mnie panu autobus uciekł? Oj, Czereśny, Czereśny, my się w takie
gierki to bawić nie będziemy. Rękę pomocną do pana wyciągłem...
-Skarpetki mi żeś
pan ukradł!!!- zawył z rozpaczą Czereśny.
-...wyciągłem, z
dna w sumie żem wydostał. Z dna i mułu ot co, a pan mnie tu obraża.
-To niech mi pan
załatwi przeniesienie z powrotem na ziemię.- przerwał mu Józek.
-Panie Smolisty,
bądź pan człowiekiem. Tyle w hostelu siedziałem, pani Andzi kanapkę zjadłem,
buty mam dziurawe, czynsz mi podnieśli, w mieszkaniu śmierdzi tak, że aż w oczy
normalnie szczypie a jeszcze w pracy się kolega do mnie dostawia. To przecież
piekło, to nie do wytrzymania!
Smolisty wydął z
pogardą wargi.
-Ojojoj!- prychnął
z przekąsem.- Bucik się panu szanownemu rozkleił. Obiadu w stołówce nie wydali.
Podanie trzeba było napisać. No tragedia, wielkie mecyje, klęska i dramat w
jednym. Panie Czereśny,- tu diabeł zbliżył głowę do twarzy Józka i chuchnął mu
w twarz bardzo mocno nieświeżym oddechem.- Panie Czereśny, tam na górze, na
ziemi, to dopiero macie piekło. Wojny, krew, głód i podatki. Nieuczciwi
politycy, Głupi nauczyciele. Zakłamane autorytety. Rozpustni duszpasterze,
niedouczeni lekarze i Kim Kardashian. Panie, tam to dopiero jest piekło
prawdziwe, bo tutaj... Tutaj to jest jeszcze lajcik.
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. Dziękuję za nie rozpowszechnianie i nie powielanie moich teksów bez pozwolenia. Dziękuje tez mamie, tacie, dziadkowi Bolkowi i babci Krysi. Ale nie dziękuję panu Ihmanowi S. z kebaba w Roeblingen am See. To wcale nie smakowało jak kurczak.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)