środa, 12 sierpnia 2015

Drzwi cz.1

O, ja głupia! W czasach kiedy to nawet lodówka może połączyć się z internetem a sznurówki nowych adidasów samodzielnie ściągają z google play (zarejestrowana nazwa handlowa) najnowsze wzory supłów- ja zastanawiam się w jaki to sposób dotrzeć do sieci www. Okazuje się, że w sposób bardzo prosty. Wystarczy tylko kupić niewielki dzyndzolnik o wyjątkowo ordynarnej nazwie (huiwiejak czy jakoś tak) doładować w Lidlu za kwotę minimum 10 euro i już można hulać po internecie z prędkością 6 megabitów na godzinę. Tym oto powolnym sposobem przed wami kolejne opowiadanie pt. "Drzwi". Opowiadanie prawdopodobnie jest już na chomiku w postaci PDF, a gdyby go nie było, to znak niechybny, że nadal się ładuje. Postęp prac można sprawdzić tutaj. W ten gorący dzień ślę wszystkim wyrazy ochłody z głębin mojego zimnego serca i życzę miłego czytania.

 Całość w formacie PDF można znaleźć także tutaj: Drzwi


Drzwi 
część 1



Wszystkie drzwi prowadzą zazwyczaj tam dokąd to wymarzyli to sobie ich twórcy. Za wielkimi, bogato zdobionymi wrotami o miedzianych okuciach znajdziemy najczęściej spokój kamiennego kościoła albo zapomnianą świątynię starożytnych bogów. Zdobione w kapitolską koronkę, białe, lakierowane odrzwia skrywają obite w bordowe jedwabie sypialnie królów, niemi świadkowie rozpusty i zgorszenia. Proste, dębowe prowadzą do chłopskiej chaty, której mieszkańcy- jako te dęby, mocni są  i uczciwi. Furtki, ledwie co tylko z na wpół zbutwiałych desek zbite chowają przed oczyma ciekawskich kanciapy i skrytki, pełne starych butów, butwiejących książek i mysich kup. Lekkie a wytrzymałe drzwi aluminiowe prowadzą do sklepów, cudownych niby skarbiec samego Alibaby, pełnych tajemniczych zapachów i wszystkich kolorów świata, mocnej herbaty, drażniącej nos kawy, beli aksamitów, żółtego szafranu, klejnotów, obrazów i sprzętów agd.
Wszystkie ale to wszystkie drzwi zawsze i wszędzie, mniej lub bardziej spełniały swoją funkcję. Otwierały się i już można było znaleźć się tam gdzie chciano właśnie być- w magazynie, sypialni albo wychodku.
Z wyjątkiem jednych drzwi. Te nie prowadziły tam dokąd życzyłby to sobie ich właściciel Mathias Hoebe- to znaczy do ślicznej, małej łazienki z mozaikowym prysznicem i puchatymi ręcznikami. A prowadziły do...
A zresztą. Muszę chyba zacząć od początku. Słuchajcie.
Mathias Hoebe, jak nazwa sama wskazuje, był Niemcem. Typowym Niemcem- niski, grubawy, o niebieskich oczach. Posiadał samochód marki Volkswagen, pracę w zakładach BMW w Monchengladbach i żonę- wysoką, tłustą jędzę do której musiał mówić „kochana żoneczko, słoneczko, żabusiu” i inne takie, gdyż inaczej gryzła go i biła. Jędza nazywała się Ramona i nawet diabły piekielnie nie wiedzą w jaki sposób udało jej się usidlić biednego Mathiasa. Sam poszkodowany nie za bardzo przypominał sobie w jaki to sposób doszło do splotu tak nieszczęśliwych okoliczności. Coś tam wprawdzie kołatało mu się w łysiejącej już głowie, że przed dziesięciu laty, owego nieszczęsnego wieczoru, to i piwo było wyjątkowo mocne, w barze wyjątkowo ciemno a wysłużony, latami noszony w portfelu kondom pękł w najbardziej krytycznym momencie. Ten moment krytyczny zaowocował pojawieniem się bliźniaczek- równie hogatowatych co mamusia. Reszty zdarzeń Mathias nie pamiętał albo (co bardziej prawdopodobne) wyparł ze świadomości. Wprawdzie bardzo słabo przypominał sobie wrzeszczącą i płaczącą Ramonę z brzuchem wzdętym niczym balon, kościół przystrojony konwaliami, pannę młodą spowitą w koronki tak szczelnie jakby konkurować chciała z mumią Ramzesa XII, gości życzących szczęścia na nowej drodze życia, wzruszonych teściów i pobladłych ze zgrozy własnych rodziców- ale szczegóły, kto, jak, gdzie i kiedy- tego nie mógł już wydobyć z niepamięci. Tak więc wbrew własnej woli został wplątany w związek w którym jedna strona jest mężem a druga ma zawsze rację.
Przez kilka lat mieszkali w ładnym, przestronnym mieszkaniu pracowniczym: on, kochana żoneczka, dwie gburowate bliźniaczki Helga i Berta, gruby, leniwy kocur Neron i szczur Maksymilian- który z założenia miał być psem rasy Chihuahua. To znaczy Ramona, Helga, Berta, Neron i Maksymilian mieszkali tam na prawach lokatorów a Mathias krył się po kątach i modlił się, żeby dobry Pan Bóg uczynił go niewidzialnym. I żyli by tam sobie pewnie aż do emerytury w tym ogólnym szczęściu i harmonii gdyby nie żona kierownika zmiany. A dokładniej: ładny, zgrabny dwupiętrowy domek na przedmieściach, który to kierownikowie kupili za pieniądze ze spadku po cioci z Ameryki.
Któregoś dnia Ramona pojechała do kierownikowej z przyjacielską wizytą i szlag ją trafił na miejscu.
Biała, świeżo odmalowana fasada, zadbany ogródek zachęcający do leniwej drzemki, błyszcząca na „hochglanc” kostka granitowa i storczyki w oknach- wszystko to kłuło ją w serce niczym tysiące, rozpalonych do czerwoności szpilek. Myszkowała kilka godzin, wściubiając krzywy nochal w każdy kąt od piwnicy aż do poddasze. Skrytykowała wystrój biblioteki, wydrwiła deseń tapety na przedpokoju, roześmiała się szyderczo na widok wodnego łóżka w sypialni, wygwizdała meblościankę, napluła do marmurowej umywalki i „przypadkowo” ubrudziła majonezem świeżo odmalowaną ścianę w kuchni.
-Kupujemy dom.- oznajmiła Mathiasowi gdy tylko wróciła do siebie, radosna niczym gradowa burza.
-Kochana żoneczko.- powiedział ostrożnie Mathias. Tylko w ten sposób miał pewność, że megiera nie rzuci mu się z pazurami od razu do oczu.
-Morda w kubeł.- wycedziło szczęście małżeńskiego pożycia.- Czy ty widziałeś co to sobie kupiła ta franca kierownikowa? Dlaczego w ogóle ty nie jesteś kierownikiem?
-Też chciałabyś być francą?- zdziwił się Mathias i tylko dzięki latom praktyki uniknął porcelitowego kubka, który rozbryzgnął się na ścianie, w tym miejscu, gdzie przed sekundą tkwiła jeszcze jego głowa.
-Morda w kubeł.- powtórzyła kochana żoneczka.- Dom se kupili, te łajzy nieskrobane. Jak takie złodzieje mogli sobie na dom pozwolić to ja nie wiem. Pewnie nakradli w pracy. Samochody w częściach, pod koszulą, ten twój żałosny kierownik powynosił, w dziupli gdzieś poskręcał i sprzedaje na lewo. No bo jak inaczej?- Ramona żuła koniec tlenionego warkocza i tępo wpatrywała się w podłogę, coraz bardziej czerwieniejąc na tłustej twarzy z braku powietrza. Mathias pewności nie miał ale już dawno temu zauważył, że procesy mózgowe żony są niesamowicie ograniczone, to znaczy wystarcza ich akurat na tyle, żeby myśleć albo oddychać w jednym momencie. Obie te czynności jednocześnie powodowały zwarcie w gładkim niczym pupcia niemowlęcia mózgu żony i albo przestawała oddychać albo myśleć. Ale najczęściej to drugie jako, że myślenie, (w przeciwieństwie do pewnej ilości tlenu) nie jest do życia tak specjalnie potrzebne.
-Podobno ciocia z Ameryki zostawiła im całkiem niezły spadek.
-Bzdury, bzdury.- warknęła żabusia.- Jak w ogóle takiemu idiocie ktoś mógł zostawić tyle forsy w spadku? Jakby każdemu durniowi jakaś ciocia z Ameryki zrobiła zapis to już dawno kąpalibyśmy się w złocie.
Mathias gładko przełknął komentarz, przyzwyczajony do obelg. Ukroił sobie kromkę chleba i wolno, metodycznie smarował ją masłem, podczas gdy słońce jego życia miotało przekleństwa.
-Szuje. Kradzieje. Hochsztaplerzy. Specjalnie se taki dom kupili, żeby normalnych ludzi kłuć po oczach bogactwem. A co ona nie widziała, że ja widziałam, że jej jadalnia jest z IKEI?- ona to było o żonie kierownika zmiany.- Jadalnia z Ikei, kuchnia z Ikei, meble w łazience to chyba w Lidlu na wyprzedaży kupowała bo takie brzydkie, że aż strach. Świńskie psy o świńskich oczkach. Podjazd kostką se wyłożyła. Przecie, że taką kostkę to za pięć ojro można w „Hagebau” dostać a jak ma się kartę stałego klienta to i 3 procent rabatu się należy. Podjazd srozjazd. No zrób coś!- wrzasnęła nagle takim tonem, że kawałek chleba utkwił Mathiasowi w tchawicy. Odkaszlnął i spojrzał na żonę niczym osłupiałe cielę.
-Co mam takiego zrobić?- zapytał pokornie.
-Dom kupuj!!!
-Kochana żoneczko...
-Nie żoneczkuj mi tu teraz!!!- ryknęła Ramona głosem młodego nosorożca w ruji.- Dom kupuj i to lepszy niż go mają kieronikowie albo...
Nie dokończyła ale Mathias już w myślach widział siebie jako krwawy placek, wypchnięty z najwyższej wieży widokowej w Monchengladbach. Oczywiście zapewne też przez przypadek.
Następnego dnia instynkt samozachowawczy zaprowadził do do pierwszego, lepszego banku udzielającego kredytów średniej klasie mocno średniej. Urzędniczka tępo studiowała zaświadczenie o zarobkach, które jej przedłożył a następnie, równie tępo, wpatrywała się w Mathiasa.
-I co?- zapytała.- Rower chce pan kupić, że pan po kredyt z takimi dochodami przyszedł?
-Patrz pani.- odciął się zgryźliwie.- Tyle lat mi się zdawało, że stała praca jest pierwszym kryterium do otrzymania kredytu.
-Pierwszym kryterium jest dobra wola urzędnika bankowego.- zgasiła go rozmówczyni. Wobec takiego argumentu Mathias nic już więcej nie powiedział tylko przybrał wygląd nikczemny i głupi. Ten akt pokory zaimponował urzędniczce.
-No.- sapnęła z zadowoleniem.- Wiec jak pan tu piszesz...
-Jak tu jest napisane...- poprawił ją Mathias ale napotkawszy wzrok babska wycofał się prędko ze swojej wersji- Jak ja tu pisze...
-Jak pan tu piszesz dom chcesz pan kupić.
-Chcę, nie chcę. Muszę.
Urzędniczka chwilę szukała czegoś w prospektach nieruchomości zajętych przez bank niewypłacalnym dłużnikom i przeznaczonych do sprzedaży. Podała Mathiasowi zdjęcie pięknej willi z basenem, w otoczeniu starych jodeł i świerków. Dom istotnie zapierał dech w piersiach. Na piętrze lśniły w słońcu kręcone balustrady tarasu, na parterze wysokie okna w ozdobnych framugach. Cudeńko.
-Ten dom ma 6 sypialni, cztery łazienki, w sali balowej kominek...
Słucham? Kominek? W sali balowej??? Urzędniczka ciągnęła monotonnym głosem:
-...garaż na trzy samochody, dwa kilometry prywatnej drogi i lądowisko dla helikoptera. Pole golfowe tuż za lasem, też prywatnym. Obok kuchni znajdują się pomieszczenia dla służby, a w ogrodzie stajnia na trzy kucyki.
-Biorę!!!- wrzasnął przyszły właściciel stajni na trzy kucyki i lądowiska dla helikoptera.
-To akurat przykład domu na jaki pana nie stać.- wyjaśniła urzędniczka i zabrała zdjęcia. Mathias lekko poczerwieniał na twarzy ale nic nie powiedział. Znał siebie bardzo dobrze i wiedział, że otworzenie dzioba równałoby się w tym przypadku stekowi przekleństw. Policzył w myślach do dziesięciu. Uspokoił oddech. Kobieta podała mu inne zdjęcia. Dom na nich przedstawiony nie był już tak wspaniały jak poprzedni. Ot, uczciwy, zwykły dom ciężko pracujących ludzi- na planie kostki, z jednym tarasem, biało odmalowany, ogrodzony płotkiem.
-Cztery sypialnie, 2 łazienki, kuchnia połączona z jadalnią. Garaż na dwa samochody, 800 metrów ogrodu, założone inspekty i wysokie grządki. Na ten dom też pana nie stać.
Raz, dwa, cztery, osiemnaście...- liczył w myślach niedoszły właściciel prywatnego pola golfowego. Urzędniczka podała mu trzecie zdjęcie. Sfotografowane było na nim coś, co jeszcze chyba w czasach podboju Germanii przez żołnierzy Juliusza Cezara było chlewem dla świń. Spękane ściany z których w dużych płatach odchodziła farba. Wybite okna. Porąbane tasakiem drzwi wejściowe. Zrujnowane schody. Ogród zarosły przez chwasty, które z pewnością przez lata zaczęły tworzyć własną cywilizację. Grzyb na ścianach, podłogach i sufitach w każdym pomieszczeniu. Brak ogrzewania, brak bieżącej wody, brak prądu i brak jakiejkolwiek nadziei.
-Na ten dom też mnie nie stać?- zapytał, z ufnością w bożą opatrzność, Mathias.
Błąd. Tylko na taki dom było go stać- co też dobitnie uświadomiła mu urzędniczka. Wyszedł z banku z kredytem na trzydzieści lat i aktem kupna sprzedaży antycznego chlewu. Pocieszająca była tylko ironiczna uwaga pracownicy banku, że w gminie można dostać dofinansowanie do remontu zabytków klasy zerowej. Mathias nie wątpił, że jego nowy  nabytek pewnie jest nie tylko klasy zerowej ale i ujemnej. Bardzo ujemnej.
-Tylko się nie denerwuj promyczku.- zastrzegł już od razu po wejściu do mieszkania. Ramona właśnie jakby na to czekała. Skoczyła na równe nogi, niczym jastrząb napadający na królika i w tej chwili zaczęła się denerwować.
-Co kupiłeś?- wrzasnęła.
-Dom. Do malutkiego remontu. Do malucieńsiego.- bąkał niepewny Mathias i w myślach obliczał już ryzyko połamania nóg, kiedy to salwować będzie się ucieczką z drugiego piętra przed gniewem małżonki.
-Do jak małego?
-Ot, może drzwi trzeba będzie na nowo polakierować... Firanki by się jakieś przydały bo tam trochę przeciągu może być.- kłamał myśląc o wietrze hulającym między rozbitymi oknami.- Przejechać spychaczem, ubić ziemię i wybudować coś od nowa... Nic wielkiego.
Do kosztów nowego wyposażenia domu doliczył całą zastawę, którą to Ramona rozbiła na ścianach. Na szczęście nawet nie trafiła go za bardzo i obyło się na trzech szwach na łuku brwiowym ale do takiej drobnostki już od dawna był przyzwyczajony.
Pierwsze spotkanie Ramony z nowym domem odbyło sie nawet w pokojowej i przyjaznej (jak na Ramonę) atmosferze.
-Wyremontujesz to idioto!- krzyczała kochana rybeczka okładając pięściami męża.- Wyremontujesz to choćbyś na własną ślinę tapety przyklejał! Choćbyś miał własną krwią ściany pomalować!- Mathias nie wątpił, że czerwień jego krwi na ścianach idealnie trafiłaby w gust jego żabci.
- Po nocach będziesz tu siedział i własną głową płytki tłukł, żeby je równo na podłogach poprzyklejać. A jak już głową rozwalisz wszystkie płytki, ty ciężki cymbale, to skleisz je i ponownie głową potłuczesz!
I w sumie na tym się skończyło, nie licząc zakrwawionej wargi i paru siniaków. Luzik.
Tylko ten nieszczęsny dom, zamiast uspokoić Ramonę zamienił ją w piekielnego Cerbera. Wieczorami i w weekendy siedziała na karku swojemu mężowi i popędzała go w robocie. Mathias nie wątpił, że któryś z przodków jego połowicy był nadzorcą w starożytnym Egipcie. A tymczasem dzielna potomkini pisarzy faraonów wrzeszczała ile sił w płucach.
-Trawnik przystrzyż! Okna wymień! Ściankę wybuduj! Sufit pomaluj! Szafę skręć! Wynieś z piwnicy martwego oposa! Jak to się nie chce od podłogi odkleić? To paznokciami go zeskrob! Czego się boisz idioto, przecież byłeś szczepiony na tężec. Ojejku jejku, szczur go ugryzł i panikuje!
Trzeba przyznać szczerze- jak każdy Niemiec, Mathias nie był zbyt rozgarnięty, jeżeli chodziło o sprawy budowlano-remontowo-techniczne. W każdej innej dziedzinie talent miał niespotykany- piwo pić potrafił, jodłować potrafił i to tak pięknie, że aż uszy cierpły, napadać na bezbronne kraje i przegrywać wszystkie wojny- też potrafił. Ale wymienić żarówkę, postawić ściankę działową lub podłączyć kibelek do ogólnej kanalizacji- na tym się nie znał ni w ząb. Drogie raty za nieruchomość wyczerpywały i tak już mocno nadwyrężony budżet rodziny. Choćby chciał (a chciał tego bardzo, Bóg jeden tylko wie jak bardzo) nie stać go było na pomocników. Dlatego każdą płytkę, każdy kawałek tapety i każdą klepkę parkietu kładł sam. Jaki był tego wynik nie trzeba było nawet zgadywać. Płytki były krzywe i zasmarowane fugami w zupełnie nieodpowiednim kolorze, samodzielnie wstawione okna nie domykały się, elektryka wywalała za każdym uruchomieniem mikrofalówki a korzystając z doświadczeń wcześniejszych pokoleń całkiem nieświadomie podłączył prysznic do rury gazowej. Nic dziwnego, że Ramona dostawała apopleksji, Helga i Berta lżyły ojca i pluły na niego gdy nie widział, Neron nasikał mu na zupełnie nowe dżinsy a szczuropies warczał i zatapiał malutkie, ostre ząbki w kostki u nóg. Wszystko było nie tak. Remont ciągnął się długo, z mozołem, ślimaczył niczym babcia moherowa na czerwonym. Mijały lata. Dom bardzo powoli przestał przypominać antyczny chlew a zaczynał normalną ludzka sadybę, z kwiatkami w ogródku i nowym, czerwonym dachem. Ramona też jakby warczała już coraz mniej, kiedy dla wszystkich (a najbardziej dla kierownikowej) oczywistym było, że remont jest już prawie ukończony. Ostatnim jego etapem miało być wstawienie drzwi. Ot, prostych ale solidnych zwykłych drzwi, które prowadzić miały do przytulnej łazienki z prysznicem, toaletą i puchatymi, różowymi ręcznikami na półkach. Mathias i ukochana żonka osobiście pojechali do marketu budowlanego by wybrać drzwi idealne. Jednak pierwsze były za wysokie, inne za szerokie, kolejne za białe a jeszcze inne za kolorowe.
-To ja już nie wiem jak mógłbym państwu pomóc.- pryszczaty, nastoletni sprzedawca poskrobał się z zakłopotaniem w głowę.-Musiałbym w magazynie poszukać.
-To szukaj pan!- wrzasnęła Ramona. Chłoptyś zadrżał i prędko zniknął w skarbcu marketu. Pojawił się po dziesięciu minutach, w trakcie których Ramona obsmarowała jego matkę, babkę i resztę żeńskiej części rodziny aż po Dobrawę- epitetami dosadnymi, aczkolwiek niezbyt soczystymi czy odkrywczymi.
-To może takie?- zaproponował taszcząc za sobą pokryte grubą pajęczyną, owinięte w chropowaty, szary karton drzwi. Rozpakowali je. Drzwi pasowały wymiarami. Nie za wysokie, nie za szerokie, nie za białe i nie za kolorowe. Takie w sam raz. Prawie, że idealne. Prawie.

 cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. właśnie jadę kupić porcelanowego psa,  naturalnej wysokości i wymiarów. W chwili obecnej jest to dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego na świecie więc dziś krótko i nieśmiesznie. Nie kopiować, nie kraść, nie przywłaszczać sobie. Tylko czytać, a jak ktoś nie potrafi to niech poprosi mamusię albo tatusia, żeby mu te czarne znaczki tutaj rozrysowali.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)