środa, 23 grudnia 2015

Dziedzictwo makreli-opowieść świąteczna. Część druga, ostatnia.

Tym sympatycznym opowiadaniem żegnam się ze wszystkimi czytelnikami w roku 2015. O ile wszystko pójdzie dobrze- spotkamy się w nowym roku 2016. Jako, że grudzień to czas podsumowań i głupich przyrzeczeń typu- "nowy rok, nowa ja"- to i ja skorzystam z tej tradycji.
Na nowy rok (obiecuje to sobie bardzo) postaram się wstawać wcześniej niż o 11 rano i publikować ciutkę więcej. Obiecuję, że dokończę dziesięć tysięcy zaczętych opowiadań, które szwendają się gdzieś bez celu w czeluściach mojej płyty głównej. Obiecuję, że będę jadła więcej czekolady i unikała ćwiczeń fizycznych. Obiecuję, że dokończę remont mojej rozsypującej się chałupy. Ale najbardziej obiecuję sobie, że przestanę się przejmować duperelami, opiniami, ocenami i lajkami na Facebooku. Tak mi dopomóż święty Mikołaju, amen.

Opowiadanie można ściągnąć sobie z chomika tutaj
lub z dysku googla tutaj: "Dziedzictwo makreli"


Dziedzictwo makreli
Część druga- ostatnia

Mikołaj wraz z Zenusiem stanęli zagubieni w sklepowej alejce. Z każdej półki wyzierały kolorowe opakowania, krzyczące wielkimi literami: „kup mnie!”. Tutaj czipsy w wielkich szeleszczących torebkach foliowych, tam coca-cola w puszkach zdobionych złoceniami, pachnące czekolady w srebrnym złotku, olbrzymie kawałki pistacjowej chałwy w plastikowych pojemnikach, dżemy, śledzie w occie, sery, szynki, twaróg, warzywa i bułki- a wszystko to bogato zdobione czerwienią, zielenią, złotem, namalowanymi gałązkami ostrokrzewu, bombkami i włosami anielskimi. Miało się wrażenie, że Jezusek urodził się nie w skromnej stajence tylko gdzieś w sklepowej alejce- gdyż twarz Najświętszego Dzieciątka spoglądała z każdego opakowania- czy to kiełbasy, masła albo też kleju do protez. Każdy z producentów nachalnie i naiwnie przekonywał klienta, że jego produkt brał udział w boskim cudzie sprzed 2000 lat, tak więc i teraz na świątecznym stole nie może zabraknąć gazowanego napoju i kremu orzechowego, coby ten cud godnie upamiętnić. Mikołaj rozglądał się wyraźnie zagubiony. Do tej pory to pani Mikołajowa rozbiła wszystkie codzienne zakupy, on nie był przyzwyczajony do tego rodzaju wielkopowierzchniowych sklepów. Ba! Nie za bardzo wiedział jak się w nim poruszać i gdzie znaleźć makrelę dla Heike. Nagle za wysoka paletą wody mineralnej wypatrzył  brudnego adidasa, należącego do pracownika sklepu. Szurnął w kierunku buta. Zenuś pobiegł za nim na swoich krótkich nóżkach, z trudem pchając ciężki wózek. Za zgrzewkami wody kuliła się chuda, zabiedzona kasjerka, wyraźnie unikająca klientów.
-Pani wybaczy...- zaczął święty.
-Pan nic nie mówi kierowniczce. – przerwała mu, wpatrując się w świętego wielkimi oczami.                  - Zdrzemnąć się tylko chciałam. Ja już od tygodnia nadgodziny robię i tydzień mnie w domu nie było. Dzieci to już nawet zaczęły do mnie listy pisać na adres sklepu.
-Widzę, że gramy w tej samej lidze, proszę pani.- wtrącił się Zenuś.
-Zenuś, zamknij gębę.- upomniał go łagodnie Mikołaj.- Pani wybaczy, nie chciałem jej przerywać drzemki. Ja tylko taki trochę staromodny jestem, pamiętam jeszcze jak po ser i jajka trzeba było do rolnika na wieś jeździć. A teraz...  Wszystko w jednym miejscu. I jedzenie, i chemia, i elektronika, i wszystkiego po trochu. Trochę się z Zenusiem zgubiliśmy w takim wielkim sklepie. Pani, gdzie tu makrele dają?
-Makrelę?- zdziwiła się chuda, zabiedzona sprzedawczyni. Podrapała się po cienkich, rozczochranych włosach. -Makrelę... Eee... to chyba w produktach sezonowych musi być. To tam gdzie się najbardziej biją.- wskazała palcem na kłąb kurzu i wrzasków widoczny w odległych alejkach. Kłąb darł się wyrazami mocno nieparlamentarnymi, wyrywał sobie z głów resztki włosów, okładał pięściami i zzutymi butami a stojące obok hostessy, w ubraniach śnieżynek, dopingowały walczących bojowymi okrzykami.
Mikołaj zszarzał nagle na rumianej twarzy.
-Tam?- zapytał szczękając ze strachu zębami.
-No, tam. Produkty świąteczne i sezonowe. Pan się nie boi, panie kliencie szanowny. To tylko z daleka tak wygląda. Jakby co to niech się pan powoła na kierowniczkę. Zawsze działa.
-Okej... Dziękuję pani serdecznie. No to idziemy. Zenuś, pchaj wózek.- Święty ukłonił się szarmancko zabiedzonej kasjerce i sam poszedł przodem, mimo, że serce truchlało w nim ze strachu. Kasjerka z powrotem ułożyła się na drewnianych paletach, nakryła kawałkiem folii typu strech i przymknęła oczy. Zenuś spoglądał na nią ze współczuciem.
-A to w ogóle tak można? Żeby nadgodziny cały tydzień robić?
-Panie szanowny klient,- odparła sennie kasjerka. – w tym kraju, za najniższą krajową, to wszystko można.- po czym odwróciła się na drugi bok i zaczęła cichutko chrapać. Ale naprawdę cichutko, tak żeby nie przeszkadzać drzemiącemu w kącie ochroniarzowi. Biedaczek robił bowiem na dwa etaty i w domu nie był aż od Wielkanocy.

*

Jednak kasjerka wcale nie miała racji. Z daleka bijatyka wyglądała przerażająco. Z bliska, natomiast, było jeszcze gorzej. Jakaś staruszka, sucha, skurczona, chwyciła za szyję w mocarnym uścisku inną babuleńkę i melodyjnie, w takt płynącej właśnie kolędy „Anioł pasterzom mówił” prała ją po pysku. Babuleńka nie była jednak dłużna swojej przeciwniczce. Sklepowym koszykiem biła ją po grubych łydkach, obciągniętych wełnianymi pończochami z wizerunkiem trzech króli. Tuż obok jakiś stateczny mężczyzna w najlepszym wieku, tj. po sześćdziesiątce, przeklinał innego amatora przecenionego karpia i wyrywał mu z rąk ostatnią, nędzną, okrwawioną i zmasakrowaną sztukę rybiego truchła. Jeszcze inni, spleceni w świątecznym uścisku zębami i pazurami, walczyli o ostatni woreczek kiszonej kapusty i plastikowe pudełeczko pełne suszonych pieczarek, udających borowiki. Mikołaj przysuwał się ostrożnie, kroczek po kroczku, w kierunku walczących. Sklepowe lodówki były pootwierane. Przezroczyste wieka chłodni były częściowo potłuczone od wskakujących na nie z butami klientów. Towar był już na wyczerpaniu, gdyż w środku można było znaleźć tylko podarte opakowania po paluszkach rybnych i zmiażdżone resztki niezidentyfikowanej brei, która kiedyś była rybą po grecku i mrożonymi pierożkami. Ale co to? W ostatniej lodowce, ukryta pod stertą rozsypanych klusek z makiem, ukrywa się zapomniana przez wszystkich ryba. Jej wypukłe oko lśni groźnie choć zachęcająco. Zamarznięta na skrzelach krew skrzy się niby bożonarodzeniowe owoce żywokostu. Bezłuska skóra mieni się świąteczną zielenią i srebrem. Mikołaj jednym skokiem znalazł się przy lodówce, ostrożnie wyciągnął rękę i już, już palce zacisnąć się miały na zdobyczy kiedy nagle...
 Nagle jakaś ręka, wydostała się z grupy bijących, wzięła potężny zamach i z całej siły przyrżnęła Mikołajowi w ucho zamrożonym kurczakiem.
-Pan uważa, panie prezesie!- wrzasnął przestraszony Zenuś ale było już za późno. Uderzony święty, siłą odrzutu poszybował aż pod regały z warzywami strączkowymi i dżemami.
-Panie prezesie? Nic panu nie jest?- Zenuś podbiegł do Mikołaja, ostrożnie pomagał mu wstać. Święty był trochę zamroczony ale już po kilku sekundach udało mu się prawidłowo zogniskować wzrok.
-Kto mnie wyrżnął drobiem?!- ryknął nagle, dzielny niczym lew. Uważnie obserwująca bijatykę śnieżynka przyszła z pomocą.
-To ten mały grubas, w tych okrągłych okularkach.- powiedziała usłużnie i nawet wskazała palcem napastnika. – A może promocyjnego serka homogenizowanego, beztłuszczowego, bezmlecznego, z witaminami, kwasami Alfa i Omega, o smaku słodkiej przyszłości? Idealny dla przedszkolaka i dla emerytowanego zdechlaka. Pyszny, tani, prawie zdrowy, biały serek wyborowy. Nie będziemy od Ruskich ściągać gazu rurociągami, najemy się sera- wyprodukujemy go sami. - wyrzuciła z siebie jednym tchem reklamową formułkę.- To taki patriotyczny serek jest.- dodała.
Mikołaj odsunął ręką proponowany mu pojemniczek z białą mazią.
-Dzięki, może później.- Nabrał w płuca powietrza, wydał z siebie przeraźliwy okrzyk bojowy i jednym skokiem znalazł się w największym skupisku walczących.
-Oż ty!!!- głos Mikołaja, choć donośny, znikał w ogólnej wrzawie.
-Krzesłem go!!! Krzesłem- zachęcała śnieżynka. Elf Zenuś zakrył z przerażenia oczy.

Cicha noc, święta noc.
Narodzony Boży Syn,
Pan wielkiego majestatu,
Niesie dziś całemu świat
Odkupienie win...
Krzyczał radośnie sklepowy głośnik.

*

Ratownicy wynosili właśnie ostatniego poszkodowanego. Ostrożnie wsunęli w głąb karetki nosze z poturbowanym mężczyzną. Krewki amator karpia w galarecie wypluł podczas bijatyki trzy zęby, doznał wstrząsu mózgu i złamania obojczyka ale szczęśliwy przyciskał do piersi zdobyczną, wymamlaną rybę. Śmiał się zakrwawionym i ustami i oszołomiony od środków przeciwbólowych śpiewał wesoło „Gorzkie żale”.
-Święta mu się pomerdały.- stwierdził fachowo Łopata. Wraz z kumplami obserwowali całą scenę. Na znak szacunku dla wojownika cała trójka zdjęła z głów czapki i przycisnęli do piersi, kiedy ratownicy nieśli go obok na noszach.
-Się wyliże. Co tam zęby.- stwierdził Tadzik.- Ale za to karpia dostał. Rodzina to zawsze z takiego będzie dumna.
-Fakt. I to w promocji.
Sanitariusz zastukał pięścią w tylne drzwi karetki i w biegu wskoczył do odjeżdżającego auta. „Łijo, łijo” wył, oddalający się w stronę szpitala, samochód ale trzeba przyznać, że nawet to wycie miało w sobie jakiś świąteczny, magiczny charakter.
-Mizerna, cicha, wiśniówka licha pełna najgorszej siary...- zaśpiewał nagle milczący do tej pory Marian. Święta, ech, święta.
Tymczasem Mikołaj siedział na krześle, które grzecznie odstąpiła mu śnieżynka, zadarł do góry głowę, tak jak to mu poradzili ratownicy i starał się powstrzymać krwawienie z nosa. Kinol świętego napuchł do okazałych rozmiarów gruszki sapieżanki a i z kolorów był nieco podobny- bo i żółty, i czerwony.
Do lewego, podbitego oka przyciskał zimną rybę, drugie śnieżynka obłożyła mu bezmlecznym i beztłuszczowym serkiem homogenizowanym. Obsługa Biedronki w mig uprzątnęła pobojowisko. Ciężko rannych klientów przetransportowano do pobliskich szpitali, a tych lżej poszkodowanych, bez złego słowa, skasowano poza kolejnością i w ramach nagrody dla wiernych klientów obdarowano promocyjnym kalendarzem ściennym z przepisami na bezglutenową Wigilię.
-Dziękuję panience bardzo uprzejmie.- wysapał święty Mikołaj. Śnieżynka właśnie zmieniała mu okład z serka.- Nie myślała panienka o zmianie pracodawcy? Ja u siebie w firmie mam właśnie wakujący etat na asystentkę. Co panienka na to? Średnia krajowa  a do tego karnet na fińską łaźnię gratis.
-Średnia krajowa? Karnet do sauny?- oburzył się na te słowa Zenuś.- A mnie to pan prezes każe płacić ekstra za przekąski jak podniosę z ziemi i zjem zakurzonego, zapomnianego kukurydzianego chrupka.
-Zenuś, jak ty byłbyś atrakcyjną fizycznie śnieżynką...
-Studentką psychologi.- wtrąciła śnieżynka.
- O, właśnie. Atrakcyjną śnieżynką psychologii to ja bym z chęcią tobie płacił nawet ze dwie średnie krajowe.  Ale ty nie masz warunków reprezentacyjnych Zenuś. Ty się w ogóle powinieneś cieszyć, że pozwalam ci pracować.
-To ja się do związków zapiszę!- krzyknął Zenuś.
-A składkę to za co opłacisz? I tak już wisisz coś niecoś na stołówce. Sam przyznałeś.
-Pan prezes jest tendencyjny.- oburzył się asystent prezesa. –I niech pan prezes się do mnie nie rzuca, bo wszystko żonie powiem.
Święty Mikołaj wyprostował się gwałtownie i otworzył oczy. Z prawego ściekał mu serek. Elf Zenuś nagle wbił się w pychę.
-A tak.- stwierdził gromko.- Żonie powiem, że pan prezes śnieżynki do fińskiej sauny zaprasza.
-Nie ośmielisz się Zenuś!- warknął Mikołaj.
-Taki pan prezes pewny?
-Nie ośmielisz sie Zenuś, bo inaczej każę ci potrącić z wypłaty!
-Przecież pan prezes nic mi nie płaci.
-Od teraz już tak!
-Ile?
-Osiemset na miesiąc.
-To faktycznie nie ośmielę się.
Śnieżynka przerwała rozmowę.
-Panowie, ja przepraszam ale mnie się zmiana kończy. Wezmą panowie tak z karton promocyjnego serka? Bo inaczej szef będzie miał znowu do mnie wonty o niewypełniony target.
 -A co z pracą?- zaniepokoił się Mikołaj. Śnieżynka faktycznie miała warunki reprezentacyjne nie tylko na jedną czy dwie średnie krajowe ale i co najmniej trzy.
-To może ja bym się na praktyki wakacyjne zgłosiła? Bo teraz dopiero na drugim roku jestem.
-No to jesteśmy umówieni. Dawaj tego serka dziewczyno. Pakuj ile się da do wózka. Gdzie podpisać?

*

Wątły, chudy elfik Zenuś z wysiłkiem pchał wózek załadowany kartonami bezmlecznego serka homogenizowanego o smaku słodkiej przyszłości. Na szczycie, ułożonej z kartonów górki, dumnie lśniła wywalczona makrela.
-I co pan prezes zrobi z tym serkiem? Pan prezes czytał w ogóle skład tego badziewia?
Mikołaj nonszalancko wzruszył ramionami.
-Serek to serek. Co tam może być dziwnego.
Zenuś przystanął by otrzeć pot z czoła. Nagle zrobiło się bardzo gorąco. Rozpiął kubraczek i wachlował się dłonią.
-Bezmleczny, beztłuszczowy serek homogenizowany o smaku słodkiej przyszłości z witaminami i kwasami Alfą i Omegą.- rzucił okiem na opakowania przysmaku i odczytał głośno.- Skład: cukier. Styropian mielony. Naturalne barwniki ze smoły bitumicznej. Zapach syntetyczny. Informacja dla alergików: może zawierać śladowe ilości azbestu.
-Szczegóły, szczególiki.- Mikołaj zdawał się nie tracić dobrego humoru mimo opuchniętego nosa i podbitych oczu. Wrzuci się to po jednym opakowaniu do każdej paczki pracowniczej i po problemie. Elfy nie świnie, wszystko zjedzą. Najważniejsze, że mamy prawdziwą wędzoną rybę dla Heike i możemy wracać do domu.
-Panie prezesie, ja bym nie był jednak taki optymistyczny.- burknął Zenuś.
-A to dlaczego?
-A pan prezes czytał skład tej ryby?
Święty Mikołaj odwrócił się nagle a w jego oczach widać było zdumienie.
-Skład... ryby?- podszedł do wózka. Drżącymi ze zdenerwowania palcami podniósł rybę na wysokość oczy i odczytał głośno.- Podwędzany, suszony produkt o wyglądzie makreli wędzonej. Skład: gotowane tofu, białko sojowe, cukier, substancje spulchniające, żelatyna, przyprawy, dym syntetyczny. Data ważności do spożycia: koniec trzeciego tysiąclecia. Po otwarciu zjeść w ciągu 2 lat. Do stu tysięcy reniferowych kup!- zaklął bardzo brzydko, aż obudził drzemiącego w kącie ochroniarza.- To przecież nie jest makrela wędzona! W tej rybie nie ma ryby!
-No i co teraz?- zapytał Zenuś.- Tego raczej nie można dać dziecku do jedzenia.
-Wykluczone. Rodzice zaraz zaczęli by mnie ciągać po sądach i prokuratorach. Do gazety mnie podadzą, ludziom na śmiech. A co z firmą? Ja muszę przecież myśleć o firmie. Zatrudniam setkę elfów a każdy ma rodzinę na utrzymaniu. Jeszcze zaczną myszkować w papierach, wynajdą może kilka niezbyt legalnych kontaktów w Chinach i adieu. Pójdziemy siedzieć Zenuś, to pewne jak barszcz z uszkami na Boże Narodzenie.
Zenuś wprawdzie pomyślał, że siedzieć to może co najwyżej święty Mikołaj, bo przecież nikt nie oskarży biednego, słabo opłacanego stażystę o kontakty z nielegalnymi handlarzami zabawek ale nic nie powiedział. Tylko co z Wigilią? Kto rozda dzieciom prezenty? Dziadek Mróz? Dobre sobie- to będzie jedna wielka katastrofa, kiedy dzieciaki dostaną po żywym niedźwiedziu. Żywym i na pewno bardzo głodnym niedźwiedziu- trzeba uściślić.
Podsuszany, wędzony produkt makrelopodobny wpatrywał się w Mikołaja swoimi lśniącymi oczami i zdawał się uśmiechać ironicznie. Święty rozejrzał się. Nagle podbiegł w stronę największej kolejki do kasy, bez słowa wyjaśnienia przepchał przez protestujący tłum i stanął na czele zdenerwowanego ogonka. Kasjerka nawet nie podniosła oczu tylko mechanicznym ruchem zeskanowała makrelę.
-To będzie 5 złotych 99 groszy.
-Za takie coś?- krzyknął Mikołaj.- W tym nie ma nic z ryby. Przecież to nawet rybą nie śmierdzi. Powąchaj pani.- podetknął kasjerce pod nos.- O, o ,o! Malinami pachnie.
-Takie od producenta dostaliśmy.- broniła się słabo kasjerka. Zwrócić pan chcesz? Hania! Hania!- zawołała kierowniczkę.- Daj mnie kluczyk na zwrotkę bo tutaj klient jest awanturujący się.
Kierowniczka natychmiast pojawiła się przy kasie i muszę zauważyć, że wyglądała kubek w kubek jak pani von Klompen. Podparła się pod boki grubymi łapskami i ponuro przyglądała się Mikołajowi.
-Panu co się nie podoba? Że nie śmierdzi?- warknęła.- Ludzie, ludzie, trzymajcie mnie. Jednym śmierdzi, innym nie śmierdzi, już nie wiadomo jak klientom dogodzić.
-Panie, kolejkę pan blokujesz!- krzyknął ktoś z tyłu.
-Właśnie! Cham!- wrzasnęła zakutana w chustę babcia.
-Pani się nie wtrąca bo wnuczki dostaną pod choinkę karnety do dentysty.- zagroził babci Mikołaj.- Ja tutaj w ważnej społecznej misji przyjechałem. Po wędzoną makrelę przyjechałem a wy tu mnie, klienta wiernego, oszukujecie i próbujecie wcisnąć gotowane tofu. Tfu!
-Nikt sie do tej pory nie skarżył.- stwierdziła kierowniczka.-I do tego w promocji.
-Pani wąsiasta! Czy pani nie rozumie, że tu chodzi o magię świąt? O prezent dla dziecka. To ja mam dzieci oszukiwać? Do czego to doprowadzi? Najpierw tofu w kształcie makreli a potem co? Zaczną może dzieciakom wmawiać, że nie ma Świętego Mikołaja?
-To co pan w ogóle chcesz?- zapytała dosyć agresywnie kierowniczka zmiany.
-Rybę! Makrele wędzoną. Wędzoną w prawdziwym dymie na buku albo jesionie. Chce tłustą rybę, śmierdząca jak ryba, wyglądająca jak zdechła ryba i smakującą tak pysznie jak to tylko potrafią rybie zwłoki. Rybę a nie tofu.
-Ech, pan idzie za mną.- kierowniczka westchnęła zrezygnowana.- Zobaczę co mamy jeszcze na magazynie.- i nie odwracając się powlokła się wąskimi sklepowymi alejkami.
-A co z tym?- zapytała kasjerka wskazując na makrelowy pakunek.- Ja to mam na kasie nabite.
-Pani to weźmie i se w d... w domu zje.- odparł ciut niegrzecznie Mikołaj.- Na mój koszt. Wesołych świąt.- po czym odwrócił się i pobiegł za kierowniczką, a za nimi wlókł się z wysiłkiem malutki Zenuś. Elfika prawie nie było widać zza sklepowego wózka.
Gruba kierowniczka prędko pędziła przez alejki tratując tych klientów, którzy nie byli dość szybcy by uskoczyć na bok. Ziemia tylko dudniała pod jej, obutymi w obuwie ochronne, stopami. Kierowniczka była wyraźnie wściekła. Widział też to ktoś. Takie wyrafinowane życzenia. Za komuny to jednak było lepiej. Jak się nie podobało to wybatożył człowiek awanturującego się batem i jeszcze następnego dnia od tego samego klienta w podziękowaniu otrzymywał zagraniczne mydełko albo rajstopy. A teraz? Klient ośmiela się mieć życzenia! Klient czyta skład! Klientowi się nie podoba! A biczyskiem ich wszystkich przez plecy, coby im się w mało szlachetnych miejscach nie poprzewracało. Wcześniej to żarli sól drogową i nieświeżą koninę zamiast wołowiny. A bo to komuś przeszkadzało?
-Jurek!-wrzasnęła nagle kierowniczka głosem tak donośnym, że aż zadrżały zwisające z sufitu świetlówki.- Jureczku!
-Czego?- odparł bardzo pogodnie pracownik magazynu, niski, zapryszczony nastolatek z przetłuszczającymi się włosami. Rozpakowywał właśnie kartony pełne czekoladowych mikołajów, sapiąc przy tym i stękając z wysiłku. Elektryczna paleta oczywiście nie działała.
-Jureczku, pan się tu o makrelę pyta.
-Ostatnią widziałem w lodówce.- Jurek wyszczerzył w uśmiechu bardzo żółte i od dawna nie myte zęby.- Leżała pod kluskami z makiem.
-Panie Jureczku, pan nie rozumie powagi sytuacji.- wtrącił się święty Mikołaj.- Tu chodzi o PRAWDZIWĄ makrelę wędzoną. Kiedy mieliście tu ostatnio prawdziwe makrele?
-Hm... przed wojną chyba. Ale pan czeka. Zajrzę do magazynu, co nam jeszcze z zapasów zostało.- i zniknął za drzwiami, na których wisiała tabliczka „nieupoważnionym wstęp wzbroniony. Niebezpieczeństwo radioaktywnego wycieku”.
Pani kierowniczka wysoko zadarła nos.
-I co? Trzeba to było awanturę na pół Wrocławia robić? My tu frontem do klienta.- Święty Mikołaj nic nie odpowiedział. Duchowa bliźniaczka pani von Klompen prychnęła jeszcze raz i wolnym krokiem odeszła w stronę kas skąd dobiegało rozpaczliwe wołanie.
-Hania! Hania! Daj kluczyk na zwrotkę!

Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpiesznie dążycie?
Powiedzcie nam trzej królowie czy w cuda wierzycie?

Wył sklepowy głośnik. Ale nawet święty Mikołaj, mimo, że święty, nie wierzył już w bożonarodzeniowy cud.

*

Jureczek naprawdę się postarał. Wyciągnął z magazynu najbardziej zakurzone słoiki, najbardziej zapleśniałe puszki i najbardziej zgniłe plastikowe opakowania. Razem z Mikołajem i Zenusiem przeglądali artykuł po artykule, by znaleźć coś co od biedy będzie można nazwać wędzoną makrelą.
-Wegetariański produkt na bazie podwędzanej soczewicy o smaku makreli w pomidorach.- odczytał kolejną etykietę Zenuś. Mikołaj tylko jęknął.
-W kosz.
-Bezglutenowy, niskobiałkowy przysmak śniadaniowy aromatyzowany naturalnym zapachem makreli.- przesylabizował Zenuś.
-W kosz!
-Odtłuszczony produkt seropodobny na bazie żwiru, wzbogacony syntetycznym aromatem suszonej
śmierdziuchy*.
-W kosz!!!
Jureczek otarł pot z czoła.
-No takiego wybrednego klienta to my tutaj jeszcze nie mieliśmy.- powiedział zrezygnowany. Mikołaj spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Wybrednego? Proszę tylko o zwykłą, naturalna rybę, nie naszpikowaną aromatem, barwnikiem, cukrem ani gotowanym tofu i już jestem wybrednym klientem?
-Inne klienty to tak nie wybrzydzają. Bierą co jest. O, to może siekane kawałki galaretki algowej w zalewie?
Głuchy jęk zawody wystarczył za całą odpowiedź Mikołaja.
-Panie prezesie, ja już chyba wiem o co chodzi z tą optymalizacją prezentów i nawet mam pomysł.- powiedział nagle Zenuś. Odrzucił ze wstrętem otaczające go puszki i z uwagą wpatrywał się w twarz swojego szefa.
-Mów Zenuś, mów. Dostaniesz premię.- szepnął święty Mikołaj.
-Skoro nie ma makreli, to może wystarczy jakikolwiek naturalny produkt? Taki jogurt na ten przykład. Wszystkie dzieci lubią jogurt. Albo cebula. Wszystkie dzieci lubią cebulę z jogurtem.
-To jest myśl, Zenuś!- wrzasnął ucieszony święty Mikołaj.- Fruwaj na poszukiwania czegoś naturalnego.
-To znaczy, że już nie będę panom potrzebny?- upewnił się Jureczek.
-A skądże. Dziękujemy serdecznie za pomoc. Pan w tamtym roku dostał sweter zamiast konsoli do gier?
-Ale skąd pan...?- jęknął zaskoczony Jureczek. Mikołaj uderzył się z dumą w pierś.
-Tajemnica zawodowa, cicho sza. Pan jest wprawdzie ciutkę wyrośnięty ale przymkniemy na to oko w księgowości. W tym roku niech pan wypatruje pod choinką czegoś ekstra. Wesołych świąt. Ho, ho, ho!- zaśmiał się radośnie i pobiegł za Zenusiem, który już buszował po półkach w poszukiwaniu najnaturalniejszego i najzdrowszego produktu pod słońcem. Jureczkowi łzy zaszkliły się w oczach.
-Łał... Pewnie Porsche...- wyszeptał wzruszony.
W marzeniach widział siebie, kiedy to odpakowuje, zawinięty w świąteczny papier, najnowszy model sportowego wozu. Albo ekstra ścigacz ze skórzanym siedziskiem. Lub 4 metrowy jacht dalekomorski. I z głową pełną słodkich rojeń wrócił do przerwanego zajęcia- rozpakowywania kartonów z mikołajami z niskosodowej, beztłuszczowej masy czekoladopodobnej. A tymczasem w księgowości, odpowiedzialny za prezenty, elf Wiesiek otrzymał telepatyczne polecenie od świętego Mikołaja by przyszykować jeden upominek ekstra. Ekstra to ekstra, pomyślał Wiesiu i poszedł po najnowszy zestaw „brutala na biegunie” zawierającego wodę po goleniu, żel pod prysznic i dezodorant. Chwilę się wahał, ale tylko chwilę i po namyśle dorzucił do paczki wełniane skarpetki.

*

Mikołaj z Zenusiem zatrzymali się przy dziale warzyw i owoców. W końcu, czy może być coś bardziej naturalnego i bardziej zdrowego od pełnej witamin zieleniny?
-Kukurydza.- Zenuś z dumą podniósł do góry piękną, żółtą kolbę ozdobioną długimi, jedwabnymi wąsami.- Nie ma na świecie nic naturalniejszego niż kukurydza. Już starożytni Aztecy uprawiali ją na wzgórzach Kuala Lumpur.
-Wspaniale.- uradował się Mikołaj.- Na pewno jest bardzo zdrowa.
-Oczywiście, że jestem zdrowa. – wtrąciła kukurydza.- Nie po to modyfikowano mnie genetycznie przez trzydzieści lat, żebym zapadała teraz na jakieś choroby.
-Aaaa!- wrzasnęli nagle przerażeni Zenuś z Mikołajem. Elfik odrzucił warzywo z powrotem do skrzynki ale nie trafił. Kukurydziana kolba potoczyła się po brudnym linoleum.
-Proszę mną nie rzucać.- apelowała kukurydza dosyć zniesmaczonym głosem.- Ja kosztuję 3,99 za sztukę. To, że panów nie stać, to nie znaczy, że mogą sobie państwo mną pomiatać.
-Co tam się dzieje?- wychyliły się ciekawie buraki ze swojej przegródki.
-Normalnie awantura arabska.- biadoliły marchewki, które leżały nieco wyżej i miały świetny widok na całe stoisko.- Jakieś wariaty to są. Kukurydzą rzucają.
-To trzeba policje wołać do takich zboczeńców.- wtrąciła się w dyskusję cebula.-Najpierw rzucają warzywami a potem co? Może będą kopać małe szczeniaczki? Wstyd. Wstyd.
-Zenuś wiejemy!- wrzasnął przestraszony Mikołaj.
-Panie prezesie, kobiety i elfy przodem!- zawył Zenuś i skoczył głową w przód, w alejkę z chemią gospodarczą.
-Hania! Hania! Pani kierowniczko!- krzyczała z podłogi genetycznie zmodyfikowana kukurydza.- Panie mnie podniesie! Co sie ostatnio z tymi ludźmi porobiło. Nic w tym kraju nie będzie normalne, no nic.

*

Na kolanach, jak partyzanci, Mikołaj i Zenuś za węgła obserwowali stoisko z warzywami. Pracujący niedaleko Jureczek usłyszał wołania kukurydzy. Podniósł warzywo i nonszalancko wrzucił do pozostałych.
-Nie rzucać tu mną!- wrzasnęła kukurydza.- Na skargę do kierowniczki podam! Ty młody! Ty tu już nie pracujesz! Ty nie wiesz z kim zadarłeś!
Jureczek nie zwracał uwagi na groźby. Widać było, że jest już do nich przyzwyczajony. Beztrosko pogwizdując szedł w stronę magazynu, w poszukiwaniu nowych kartonów do rozpakowania.
-Szanowanie świętemu.- rzucił wesoło, kiedy przechodził obok dwójki naszych bohaterów, wciąż przyklejonej ze strachu do podłogi. –Pan to jest jednak wytrwały klient. Ja rozumiem, że triki marketingowe i że produkty z najniższych półek są zazwyczaj najtańsze. Ale żeby pod półkami szukać promocji?
-Panie Jureczku, co to jest?- zapytał szeptem święty Mikołaj i brodą wskazał warzywa. Aż tutaj słychać było ich narzekania i biadolenie.
-To są warzywa modyfikowane genetycznie, z GMO. Niby w porządku, bo to i nie pleśnieją, nie łapią chorób, są wydajne w uprawie ale tak między nami- tu zniżył głos- to one bardzo chamskie są. I słabe głowy mają. Mi kiedyś w kuchni zaczęła fermentować siatka z winogronami, to aż sąsiedzi wzywali do nas policję, bo myśleli, że to ja domówkę urządzam. A to winogrona całą noc śpiewały zbójnickie piosenki. Ale kto musiał płacić mandat za naruszanie ciszy nocnej? Oczywiście, że ja. Moja mamusia też ich nie lubi. Kiedyś ziemniaki zaczęły ją obrażać, że taka gruba jest bo dodaje za dużo majonezu do sałatki ziemniaczanej i aż się mi mamusia popłakała z tej przykrości, co jej te pyry zrobiły. Od tamtej pory to tylko ryż je i kaszę gryczaną. Chociaż słyszałem plotki, że gryka też ma być genetycznie modyfikowana.
-A coś normalnego tu macie?- spytał cichutko Zenuś. Kilka porów kłóciło się właśnie z zdezorientowaną klientką i obrzucało ją ohydnymi inwektywami.
-Jabłka się wydają jeszcze takie najnormalniejsze, bo to polska odmiana.- powiedział Jureczek, skinął głową na pożegnanie i zniknął w magazynie. Mikołaj namyślał się chwilę. W końcu podjął prawdziwie męską decyzję.
-Idź Zenuś po jabłko.- polecił asystentowi. Zenuś spojrzał na swojego szefa a oczy robiły mu sie coraz większe i większe ze strachu.
-Ale dlaczego ja?- jęknął.
-Bo ty jesteś asystentem.- odparł pewny siebie święty Mikołaj.- Asystentem i do tego Second Junior Managerem do spraw kontaktów z owocami.
-Niby od kiedy jestem tym managierem?
-Od trzydziestu sekund. Ruchy, ruchy Zenuś. I tak już dosyć czasu tu zmarnowaliśmy.
Zenuś westchnął ciężko raz. Potem westchnął ciężko drugi raz. A potem westchnął ciężko trzeci raz, przeżegnał się pobożnie i ostrożnie poczłapał w stronę skrzynek z jabłkami. Wrócił stamtąd jeszcze szybciej. Ręce miał puste.
-Żądam podwyżki.- stwierdził ponuro.
-A co z jabłkami?
-Obrażały mnie.
-Obrażały?- brwi Mikołaja wysoko powędrowały do góry ze zdziwienia. – To co one takiego mówiły?
-Panie prezesie, pan chyba nie sądzi, że polskie jabłka powiedziałyby coś takiego, co by się nadawało do druku?
-To co?- zwątpił Mikołaj.- To raczej niezbyt odpowiednie na prezent?
Zenuś prychnął.
-Panie prezesie ujmę to tak: to już nawet nie jest dno. To są trzy metry muły a jabłka od spodu jeszcze pukają.
Mikołaj podrapał się z zakłopotaniem w głowę.
-Chodź Zenuś na nabiał.- stwierdził w końcu.- Może jednak jakiś jogurcik znajdziemy.

*

Chyba nikt z szanownych czytelników nie wątpił, że i akcja szukania jogurciku dla Heike nie mogła skończyć się powodzeniem. Gdyby tak się stało, już dawno skończyłabym pisanie i zajęła się czymś poważniejszym- szukaniem prezentu bożonarodzeniowego dla kota albo sprzątaniem przydomowego bunkra przeciwatomowego. Ale nie uprzedzajmy wypadków...


*

Chłodziarka na produkty nabiałowe była ogromna i ciągnęła się przez całą jedną ścianę Biedronki. Świętemu aż zaświeciły się oczy z radości gdy zobaczył to współczesne cudo wydzielania freonu, zastawione przetworami mlecznymi w różnym stopniu konsystencji i zepsucia.
-No.- sapnął zadowolony.- Tutaj w końcu musimy coś znaleźć.
-Panie prezesie, ja w kwestii formalnej. – Zenuś siedział w wózku, na szczycie góry z bezmlecznych i beztłuszczowych serków homogenizowanych.- Mając na uwadze to co powiedziały mi jabłka (a pan prezes mi uwierzy na słowo, że tego nie chce pan słyszeć) wnioskuje o wyłączenie z poszukiwań wszystkich jogurtów owocowych.
-Wniosek odrzucony.- zawyrokował święty Mikołaj.- Ty chyba Zenuś nie wierzysz, że w tych jogurtach jest cokolwiek z owoców?
Prawdę mówiąc Zenuś lata całe wierzył niezmiennie, że w jogurtach owocowych naprawdę znajdują się ekstra duże kawałki owoców. A teraz jego mały, mleczny świat runął jak domek z kart. Tymczasem prezes firmy „Mikołaj et company” nasunął głębiej okulary na mały, perkaty nos i uważnie studiował opakowania.
-Co my tu mamy. Aha!- zawołał triumfująco.- Jogurt dla dzieci, popularne Zenonki, wyprodukowane przez francuski koncern polskimi rękami i w polskim pocie czoła. Popatrzmy... mleko w proszku, cukier, utwardzony olej silnikowy... Bleh.- z niesmakiem odłożył na półkę kolorowe opakowania produktu przeznaczonego dla milusińskich.
-To może kefir o smaku truskawkowym?- zaproponował Zenuś.- Z żelatyny, cukru i koloidalnej zawiesiny białka roślinnego?
-Zenuś, czy ty chcesz, żebym ja ci premię wypłacał w tych kefirach?
-Oż w mordę renifera! Nie!
-Idźmy dalej.- Mikołaj jeszcze nie stracił swojego wrodzonego optymizmu. Przesunął  wózek z serkami i Zenusiem odrobinę dalej, i znowu obydwoje zagłębili się w poszukiwaniach. Zenuś na górnych półkach a prezes na dolnych. Niestety nie znaleźli nic, co by odpowiadało wymaganiom świętego Mikołaja: naturalny, zdrowy produkt. Mleko wzbogacone było solami aluminium przedłużającymi żywotność, twaróg naszpikowany spulchniaczami i zagęszczaczami, masło pozbawione tłuszczu i zastąpione wielonasyconym olejem palmowym, sery podpuszczkowe składały się z mieszaniny soli i barwnika.
-To może chociaż bułeczka?- spytał zrezygnowany Zenuś.
Ale i na stoisku z pieczywem nie było lepiej. Chleb oferowany przez producenta jako „naturalny”, aż kipiał od polepszaczy smaku i optycznych rozjaśniaczy. Owsiane bułki „owies” miały tylko z nazwy i syntetycznego zapachu, wielozbożowe precelki nafaszerowane były cukrem i sztucznymi witaminami. Ani jeden produkt, jak sklep długi i szeroki, nie był zdrowym darem natury. Wszystko było bezglutenowe, niskosodowe, niskotłuszczowe, słodzone chemicznymi substytutami, tęczowe od sztucznych barwników, szprycowane wodą i antybiotykami, napełniane syntetycznym aromatem, syntetycznym smakiem i sztuczną smakowitością. 
Zenuś z Mikołajem musieli przyznać: ich misja skończyła się sromotną klęską. Ze zwieszonymi głowami smutnie opuszczali sklep.
-Panie klient szanowny, a za serki to kto zapłaci?- zawołała kasjerka wskazując na wózek wypełniony słodką przyszłością.
-Zegarek pani weźmie?- zapytał Mikołaj prezentując cudo współczesnej techniki marki „Leningrad”. Kasjerka tylko prychnęła, oburzona. Serki musieli zostawić ale wózek zabrali ze sobą. W końcu był pożyczony.
Na parkingu czekał już na nich Błyskawiczny. Na pysku zadowolony był bardzo i wesoło merdał ogonkiem. Skracając sobie czekanie dyskutował uprzejmie z trójką starych przyjaciół. Łopata i Tadzik spierali się z nim zawzięcie o to które święta są lepsze Wielkanoc czy Boże Narodzenie (bo na Wilkanoc to można już od 6 rano dawać w gardziołko, a na Wigilię post jest. I suszy ludzi aż do pirwszej gwiazdki...hik...). Oczarowany magią świąt Marian śpiewał na całe gardło:

Do szopy, hej pasterze,
Do szopy, bo tam cud!
siwucha dziś tanieje,
by cieszyć ludzki ród.

Renifer przerwał wesołą rozmowę gdy tylko zobaczył Mikołaja. Podreptał do nich, promiennie szczerząc ząbki.
-No i co tam?- zapytał beztrosko.- Ostatnie przygotowanie do Gwiazdki już poczynione? Prezenty wybrane? Dzieciaczki uszczęśliwione?
Mikołaj westchnął głośno.
-Nawet nie pytaj, Błyskawiczny. Nawet nie pytaj. Po raz pierwszy w życiu zawiodłem jako święty Mikołaj. Chyba czas na mnie. Złożę wniosek o wcześniejszą emeryturę i resztę życia spędzę na Karaibach, pogrążony w smutku, z drinkiem w jednej ręce i gazetką w drugiej.
-Uuu... Aż tak źle?
- Nie ma wędzonej makreli, ani jednej.
-Wędzona makrela?- wtrącił się Łopata.- Paniusiu, makrela to chyba w tamtym ustroju jeszcze się skończyła. Jakość wyżywienia to spada na łeb, na szyję ...hik... Normalnie nie ma czym zagryzać. Nawet byczków w pomidorach nie widziałem już z ...hik... piętnaście lat.
-No ładnie.- jęknął Zenuś.- To znaczy, że w całym Wrocławiu nie dostaniemy ani jednej sztuki?
-We Wrocławiu? Makrelę? Ha, ha, ha! I co jeszcze? Może niemodyfikowaną genetycznie kukurydzę?- zaśmiał się gorzko Tadzik.- Wózeczek nich pańcia odda. Chciałbym se klamoty z powrotem do szafy zapakować. Padać zaczyna.
-Ależ proszę, proszę. Jeszcze raz dziękujemy za pomoc.
-Nie ma problemu, mamuśka. Polecamy się na przyszły rok.- skłonił się uprzejmie Łopata. –Panie- szepnął konfidencjonalnie do Błyskawicznego, chuchając mu w kosmate ucho wiśniowymi oparami.- Pan uważa na małżonkę. Ona chyba tego... rogi panu przyprawia... hik!
Cała trójka znikła zza sklepem, żeby pomoc Tadzikowi pakować z powrotem ubrania. Istotnie, nie tylko zaczynał siąpić drobny deszczyk ale i ochłodziło się bardzo.
-Nie ma co moknąć. Wracamy do domu.- mruknął Mikołaj. Czapki nie miał, więc zimno dokuczało mu bardzo w głowę.
-Hola, hola!- zarżał bojowniczo Błyskawiczny. –A co z magią Bożego Narodzenia? Chce pan święty to tak zostawić? Niech się pan rozejrzy, panie szefie! Przecież to pan jest odpowiedzialny za Gwiazdkę. I co teraz? Po prostu pozwoli pan, żeby Wrocław utonął tak w błocie, nieżyczliwości i smutku? Na same święta? Panie święty, ja u pana 60 lat pracuję, a jeszcze takim pana nie wiedziałem! Sam pan zawsze powtarza, że to nie prezenty ale miła atmosfera, ludzka solidarność i przychylność tworzą święta. A teraz zamierza pan tu tak wszystko zostawić i po prostu odjechać? Jak szczur z tonącego okrętu?
Trzeba przyznać, że słowa Błyskawicznego trafiły Mikołaja prosto w serce. Co prawda, to prawda. Co z tego, że nie ma wymarzonego przez Heike prezentu, skoro to święta są prezentem same w sobie.
-A żebyś wiedział, że tego tak nie zostawię!- krzyknął.- Zenuś, szykuj magiczny pył radosnych świąt! Błyskawiczny- zaprzęgaj się do sań! Nie zostawimy miasta na pastwę smutnego Bożego Narodzenia. Ho, ho, ho!
-Taką gwiazdkę to ja rozumiem!- zarżał radośnie Błyskawiczny, zapinając na sobie pas pociągowy.
 A potem... a potem fru! Polecieli wysoko w powietrze i nad całym Wrocławiem rozsiali magiczną atmosferę świąt. Ludzie nagle przestali patrzeć na siebie z niechęcią i z życzliwym uśmiechem przepuszczali w kolejkach. Starsi nie krzyczeli na młodzież w autobusach a młodzież bez proszenia ustępowała im miejsca. Kasjerzy nagle zaczęli znajdować grosiki do wydania, a klienci supermarketów ciepłym głosem życzyli sobie wzajemnie radosnych świąt.
-Ho, ho, ho! Wesołych świąt!- krzyczał z góry święty Mikołaj i całymi garściami sypał sympatyczny nastrój. Wesoły duch gwiazdki, skrząc się wszystkimi kolorami tęczy osiadał na głowach i ubraniach ludzi, a ci natychmiast przestawali złorzeczyć i narzekać, a z ich ust wychodziły przyjazne pozdrowienia i uśmiechy. Drobny deszczyk przemienił się w puszysty śnieg. Uszczęśliwione dzieci wyłączały konsole do gier i telewizory, po czym wychodziły na dwór by razem z innymi radośnie lepić bałwana. Całe miasto pokryło się magicznym pyłem rodzinnej, bożonarodzeniowej aury.
-Wesołych świąt! Wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Hej ty tam!- wrzeszczał z sań elfik Zenuś- Ty tam na dole, fajną masz czapkę!
A właściciel fajnej czapki zadarł do góry głowę i szepnął zdziwiony:
-Ja cię! Latająca małpka!
-Hej! Spójrzcie na dół!- krzyknął do swoich pasażerów Błyskawiczny i wskazał rogiem parking przed Biedronką. Gruba kierowniczka wyszła przed sklep i łamała się opłatkiem z klientami. Jureczek, zupełnie za darmo, rozdawał karpia, którego całą skrzynkę znalazł na magazynie. Nawet ochroniarz obudził się ze swojego zimowego snu i obdarował Łopatę, Tadzika i Mariana trzema parami ciepłych rękawiczek.
-Wesołych świat! Wesołych świąt i pokój ludziom dobrej woli!- krzyknął ostatni raz święty Mikołaj, po czym odlecieli hen, hen na północ zostawiając daleko w tyle piękny Wrocław, mieniący się pyłem radosnego świętowania i wzajemnej życzliwości. To będą na pewno bardzo udane święta.

*

Na dzień przed Wigilią, w gabinecie świętego Mikołaja, przy kieliszku nalewki śniegowej trwała właśnie ważna narada. Oprócz, co oczywiste, świętego Mikołaja brali w niej udział elfik Zenuś i renifer Błyskawiczny.
Głos zabrał Mikołaj.
-I znowu, jak co roku, udało się nam zapanować nad bożonarodzeniowym chaosem z prezentami. Dzięki pomocy kilkuset chińskich elfów sezonowych ukończyliśmy w rekordowym tempie produkcję brakujących klocków i lalek. Dokupiliśmy kucyki, założyliśmy kilka agencji modelek i piosenkarek oraz podpisaliśmy umowę z Amerykańską Federacją Wrestlingu o wydanie kilku tysięcy dyplomów zawodnika roku.
-Brawo!- wrzasnął ucieszony Zenuś i wzniósł toast kieliszkiem nalewki.- Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu!
-Dziękuję Zenuś, dziękuję.- Mikołaj był wyraźnie wzruszony.- Jednak nie osiadajmy na laurach. Na 24 godziny przed najważniejszym dniem w roku wciąż pozostał problem jednego brakującego prezentu. Prawdziwa, wędzona makrela dla Heike.
-Makreli to nigdzie nie ma.- odezwał się Błyskawiczny.- Wczoraj byłem z panią świętą w Mikołajfurrze i nawet tam nie mieli.
Święty pokiwał głową.
-Wiem, Błyskawiczny. Żona już mi o tym mówiła.
-No i co teraz?- zaniepokoił się Zenuś.
Mikołaj i Błyskawiczny spojrzeli na siebie z pewnym niepokojem.
-Zenuś...- zawahał się święty Mikołaj.- Czy ty pamiętasz jak mówiłem o optymalizacji zasobów prezentowych?
-No, pamiętam.- odparł niepewnie Zenuś. Chyba przeczuwał pismo nosem. Mikołaj ciągnął dalej.
-I pamiętasz jak mówiłem, że kiedy nie możemy spełnić jednego marzenia to wtedy (zgodnie z możliwościami i finansami) trzeba próbować spełnić jakieś inne marzenie?
-Pa... pamiętam.
Chwilę nikt nic nie mówił. Błyskawiczny nerwowo strzygł uszami, a Mikołaj wykręcał ze zdenerwowania palce. Było tak cicho, że przez zamknięte drzwi można było usłyszeć „last Chrismas” zespołu Wham, płynące z radiowęzła na korytarzu.
-Ktoś się musi poświęcić i ożenić z panią von Klompen!- wybuchnął nagle renifer.
-Ja jestem żonaty!- zastrzegł szybko święty Mikołaj.
-Ja zaręczony.- powiedział renifer. –Z Agnieszką.
A Zenuś? A biedny Zenuś nic nie powiedział, bo dopiero po długim momencie dotarał do niego sens tej wypowiedzi.
-Ale ja nie chcę!- krzyknął zrozpaczony.- Ja jestem za młody na małżeństwo. Jestem za piękny!
-Zenuś!- huknął Mikołaj.- Ktoś musi ponieść ofiarę w takiej trudnej sytuacji. Tu chodzi o imidż firmy! Chcesz nas zrujnować wizerunkowo?
-Wizerunkowo to zrujnuje mnie moja żonka. Zwłaszcza gdy na mnie usiądzie. Ja jestem malutki, łatwo mnie przeoczyć.
-Może i jesteś malutki ale za to jesteś najważniejszą osobą w firmie, zaraz po mnie.- święty sięgnął po najcięższe argumenty, by przekonać Zenusia do małżeństwa.- Popatrz co dostaniesz na święta.- i wyciągnął z szuflady małe pudełko, kunsztownie zapakowane i ozdobione czerwoną wstążką.- O! O takie wizytówki kazałem ci wydrukować. Popatrz.
A na wizytówce, pięknie odbitej na kredowym papierze dumnie błyszczał się napis: „elf Zenuś. Wicedyrektor „Mikołaj et company” ds. optymalizacji zasobów prezentowych. Członek zarządu.”
Zenuś z niedowierzaniem wpatrywał się w wizytówkę i siąkał ze wzruszenia nosem.
-Naprawdę, panie prezesie? Ja? Wicedyrektorem?- podniósł na Mikołaja swoje wielkie, błyszczące oczy. Mikołaj uśmiechał się dobrotliwie.
-Naprawdę, naprawdę. Zasłużyłeś na to Zenuś.
-No to... to dobra. A co tam! Raz elfowi śmierć. Żenię się. Wicedyrektor optymalizacji zasobów prezentowych musi osobiście troszczyć się o wszystkie dzieci i o to, żeby mała Heike także była szczęśliwa.
-Juhu!- zarżał wesoło Błyskawiczny.- Niech się wam przytrafią bliźniaki!
Zenuś spojrzał na niego z ukosa.
Ale od tamtego dnia Błyskawiczny wmówił sobie, że ma zdolności do janowidzenia, wpadł w sidła hazardu i zaczął nałogowo grać w Lotto. Bo po 9 miesiącach Zenuś i pani von Klompen faktycznie doczekali się parki uroczych bobasków.

KONIEC

Wesołych świąt!
 

wasza
Helga von Klusken

p.s. W ten świąteczny czas apeluję aby nie wykorzystywać mojej pracy do podłych celów (kopiowania i takich tam). A już na pewno, kategorycznie zabraniam przejmowania przy pomocy moich opowiadań władzy nad światem. Kurde, to ja pierwsza wpadłam na pomysł zostania wredną królową ludzkości!

wtorek, 22 grudnia 2015

Dziedzictwo makreli- opowieść świąteczna. Część 1


Święta, ach, święta. Z tej okazji śmieszno-straszne opowiadanie pt. "Dziedzictwo makreli". Jest śmiesznie- jak większość tego co piszę. Jest też strasznie, ale dlaczego- na to pytanie odpowiecie już sobie sami, po lekturze opowiadania.
Na Boże Narodzenie, życzę wam, moi mili, przede wszystkim spokoju dusz. Odpoczynku od śmiesznej polityki i strasznej szarości dnia codziennego. Chwili relaksu od bezustannej potrzeby udowadniania bycia najlepszym, najpiękniejszym, najseksowniejszym. Wytchnienia od pogoni za karierą i za perfekcyjnym wizerunkiem w sieci. Życzę wam wyciszenia. 

Opowiadanie można pobrać w postaci PDF z tego chomika.
Do bezpośredniego pobrania i poczytania z dysku googla tutaj: Dziedzictwo makreli



Dziedzictwo makreli
część pierwsza




Na kolację była pieczeń z renifera - ulubione danie świętego Mikołaja. A pani Mikołajowa robiła najlepszą pieczeń w całej okolicy- z czosnkiem, karmelizowaną cebulką i sosem z suszonej żurawiny. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała jak dogodzić gustom swojego mężulka.
-Biedny Rudolf. Szkoda, że nigdy się nie dowie jaki był pyszny.- westchnął Mikołaj, ni to z żalem, ni to z ukontentowaniem. Jednak na jego poczciwej, rumianej twarzy malowała się błogość, jak to po sytnym posiłku zwczajne. Dobrotliwy grubasek zawzięcie cmokał i psykał, próbując pozbyć się resztek pieczeni zalegającej między zębami.
-Tajemnica soczystego mięsa to jego uprzednie skruszenie.- powiedział pani Mikołajowa. Zbierała własnie ze stołu brudne talerze z resztkami mięsa, ziemniaczanego puree i słodkiego sosu.- Osobiście uważam, że mięso powinno się marynować w odrobinie alkoholu zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. I to na długo przed podaniem. A Rudolf- musisz to przyznać- lubił sobie dać w poroże. To dlatego miał taki czerwony nos.
-No...- przyznał zamyślony święty Mikołaj. Leniwie dłubał w ustach wykałaczką.- Zmarynowany to był na fest. W tamtym roku jak wyjeżdżaliśmy z Moskwy od Dziadka Mroza, to tak go na boki ściągało, tak huśtał saniami, że połowa prezentów nam wypadła. Ty sobie wyobrażasz, że ja do tej pory dostaję mejle ze skargami, że ktoś w Mongolii, zamiast kucyka, znalazł pod choinką nadmuchiwany kajak? W Mongolii! W środku stepu, 1000 kilometrów do morza.
-A kucyki?
-A kucyki w Chinach. Ale tam to akurat żadnego problemu nie było. Zjedli je na Nowy Rok.
-Dobre i tyle.- uradowała się pani Mikołajowa.- Uważam, że to miłe, kiedy dorośli pokazują dzieciom, że i z nietrafionego prezentu można się cieszyć.
-Co roku to powtarzam, co roku. Zwykłe skarpetki, ale dane od serca i z ochotą, więcej są warte niż diamentowa biżuteria.
Pani Mikołajowa westchnęła bardzo niespokojnie. Oho! Żeby tylko mężusiowi nie przyszły do głowy takie pomysły w ich rodzinnym gronie, przy ich prywatnej Wigilii. Wprawdzie pani Mikołajowa była najpoczciwszą, najsympatyczniejszą i najbardziej lubianą osobą na całym Biegunie Północnym (zaraz po świętym Mikołaju, oczywiście), sumiennie pomagała w całorocznych przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia, czytała dziecięce listy, razem z elfami stawała przy taśmie produkcyjnej i dzieliła się na blogu najnowszymi przepisami na barszcz i rybę po grecku- ale jak każda kobieta wolała błyskotki niż skarpetki. Kto powiedział, że diamenty nie są doskonałym prezentem „last minute”? Pan Mikołaj zdawał się jednak nie słyszeć smętnego wzdychania swojej żonki.
-Tylko kogo ja dam na czele zaprzęgu w tym roku?- zastanawiał się głośno.- Kometek? Nieee... Zawsze mu nieprzyjemnie pachnie spod ogona... Fircyka też nie mogę dać, bo nie rozmawiamy ze sobą odkąd mi podarował płytę z największymi przebojami „Modern Talking” w zeszłym roku. Tancerza nie, Profesorka też nie, a Amorka to już w ogóle. Do tej pory to Rudolf oświetlał mi drogę w mgliste zimowe noce.
Pani Mikołajowa zebrała już wszystkie naczynia i wkładała je do zmywarki.
-Ja to ci się w ogóle dziwie, kochanie.- powiedziała, tkwiąc z głową w czeluściach urządzenia, a głos jej dudnił głucho.- Dlaczego ty nie wymienisz części zaprzęgu na coś bardziej ekonomicznego? Coś, co nie żre aż tyle siana na sto kilometrów i nie zanieczyszcza kupami środowiska naturalnego. Przeglądałeś już najnowszy katalog Skody? Przyszedł z wczorajszą pocztą. Mają fantastyczny model zaprzęgu zasilanego energią słoneczną. A do tego na raty zero procent i możesz oddać w rozliczeniu swoje stare renifery.
-Głuptasie, ty mój, ho, ho, ho!- roześmiał się święty Mikołaj. Odchylił się nieco na krześle  i z impetem wymierzył żonie klapsa w wypiętą, okrągłą pupę.- Przecież ja pracuję w nocy!
Pani Mikołajowa błyskawicznie wycofała górną połowę ciała ze zmywarki. Na twarzy była bardzo czerwona, nie wiadomo czy z zadowolenia czy może z czegoś innego. No, ale która z pań była by niezadowolona gdyby po 200 latach małżeństwa, mąż wciąż okazywał jej podobne czułości?
-Szczegóły, szczegóły.- mamrotała pod nosem, ciut zmieszana.- W każdym razie katalog możesz sobie przejrzeć. Położyłam go na biurku w twoim gabinecie. Napijesz się likierku przed pracą?
-A i owszem.- zgodził się święty.- Nie ma nic lepszego niż kieliszek twojego śniegowego likierku.

*
Prawą ręką Mikołaja był elf Zenuś. Cieszył się jego pełnym zaufaniem. Zenuś był młodym, ambitnym absolwentem Uniwersytetu Cieszyńskiego z filią w Pszczydołach, na kierunku „marketing i zarządzanie”. Wprawdzie po skończeniu studiów nie mógł odpędzić się od pracodawców, którzy proponowali mu wspaniałe oferty zarządzania kasą w pobliskim supermarkecie lub sprzedaży przez telefon promocyjnych kołder zdrowotnych- ale, kierując się prestiżem stanowiska, Zenuś wybrał bezpłatny, 30 letni staż w firmie „św. Mikołaj et Company”. Taki staż to wspaniały wpis w CV. Kto wie, może dzięki temu uda mu się przyszłości zdobyć upragnioną umowę- zlecenie w jednej z wielkich warszawskich korporacji, w Mordorze na Domaniewskiej? Tymczasem wspinał się po szczeblach kariery na Biegunie Polarnym. Zaczął od zwykłego stażysty na dziale produkcji, potem został opiekunem reniferów, menedżerem działu żeli pod prysznic i dezodorantów, team liderem zespołu odpowiedzialnego za kapcie i wełniane skarpetki, by na końcu objąć prestiżowe stanowisko asystenta prezesa.
Święty Mikołaj z hukiem otworzył drzwi do swojego gabinetu. Biurko świętego stało naprzeciwko drzwi, ozdobione wielkim zdjęciem w ramce przedstawiającego Mikołaja i jego żonę, na urlopie w kotlinie Kłodzkiej. Tu swój kącik miał wydzielony także jego asystent, zaraz pod oknem z którego rozciągał się przepiękny widok na sam biegun.
-Ho, ho, ho, ho!- zaśmiał się radośnie na widok swojego pomocnika. –Zenuś, ty ciągle tutaj?
Zenuś ubrany w firmowy garnitur- tj. spodenki w paski czerwone i białe, zielony kubraczek i czapeczkę z dzwonkiem, siedział przy malutkim stoliku i czytał listy od dzieci. Obok niego, po prawej stronie piętrzył się stosik tych przeczytanych, natomiast po lewej wyrastała góra nowych, nieotworzonych. Przed nim, na biurku leżała wielka księga dobrych uczynków. Elfik jednym okiem rzucał na treść listu, drugim wyszukiwał adresata w księdze, umoczonym w atramencie piórem aprobował prośby o prezenty lub zamaszystym ruchem przybijał pieczątkę o przyznaniu rózgi i kartoflanych obierek- jeżeli delikwent był niegrzeczny. Obok niego stała duża szafa z przegródkami. Do jednych z nich trafiały zatwierdzone listy, podzielone według marzeń do realizacji w kucykarni, dziale lalek lub pluszowych misiów, do innych trafiały te, których autorzy nie zasłużyli na świąteczny prezent. Zenuś spływał potem, na twarzy pobladły był z przepracowania. Co chwilę malutcy urzędnicy działu pocztowego donosili kolejne worki z przesyłkami i odbierali już przeczytaną korespondencję. Drzwi trzaskały bezustannie a z radiowęzła dobiegały melodie kolęd w popowej aranżacji i „All I want to Christmas” Mariah Carrey. W powietrzu unosił się zapach świeżej jodły i grzanego wina. „Mikołaj et company” była znana z dobrej atmosfery w miejscu pracy.
-Panie prezesie, melduję, że mamy bardzo dużo roboty. W ubiegłym roku mieliśmy rekordowy przyrost naturalny, dzieciaków mnóstwo.- Elf wyprostował się jak struna na widok swojego pracodawcy i zdawał raport cichym, ze zmęczenia, głosem. –Listy z prośbami o prezenty zaczęły przychodzić  już w czerwcu, ze wszystkich stron świata. Ale teraz, na 10 dni przed Wigilią to jest normalnie jakaś katastrofa. Poczta nie wyrabia. Dzisiaj tylko dostaliśmy osiemdziesiąt kilo niesortowanych listów, a każdy przecież trzeba przeczytać, sprawdzić czy jego nadawca był grzeczny i wydać odpowiednie dyspozycje. Ja sam od trzech dni już nie śpię, tylko czytam i czytam. Panie prezesie, tak dłużej już być nie może. My tu dosłownie pływamy w robocie.- Elf nie wytrzymał nagle napięcia i zaszlochał. Po pobladłej z przepracowania twarzy płynęły łzy. Mikołajowi zrobiło się żal nieboraka.
-No, no.- klepnął go przyjaźnie po plecach.- Przecież nie jest chyba tak źle. To nadal nie to samo, co mieliśmy w latach osiemdziesiątych, w czasach baby boomu, kiedy trzeba było Gwiazdkę w trzech turach organizować, na Wielkanoc i Sylwestra też, żeby wszystkie dzieci obsłużyć. Zenuś nie rycz.
-Ale ja już nie mogę!- wrzasnął Zenuś i wbrew prośbie zaryczał donośnie. Ukrył twarz w rękawie czerwonego płaszcza Mikołaja, mocząc go łzami i smarkami.- Panie prezesie, ja już naprawdę nie mogę! Z działu produkcji meldują, że właśnie osiągnęli szczyt swoich możliwości przerobowych a my nawet nie mamy jeszcze połowy zamówionych lalek i klocków! Rowery wyszły już w lipcu. Kucyki nie obrodziły. Nawet gier komputerowych nie dostarczono nam w odpowiedniej ilości, bo wszystko wykupują młodzi single po trzydziestce. Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że połowy tych życzeń w ogóle nie można spełnić. Skąd my weźmiemy kariery modelek i piosenkarek dla dziewczynek? Albo tytuł zawodnika roku w wrestlingu dla chłopców? Panie prezesie, tak się nie da pracować!
-Zenek! Zenek, opanuj ty się!- święty Mikołaj potrząsnął energicznie rozszlochanym elfem. –Przecież święta idą, czas radości i spokoju. To nie prezenty są istotą Bożego Narodzenia ale czas spędzony z najbliższymi.
-Taaak?- Zenuś spojrzał nieufnie swojego na szefa.- A pan prezes czytał w ogóle te listy?
-W tym roku jeszcze nie.- przyznał szczerze święty i zarumienił się ze wstydu.-Ale przecież nie może byc gorzej niż w zeszłych latach. Zenek, weź się w garść.
Święty Mikołaj podszedł do ukrytego w szafce barku i napełnił likierem spory kieliszek. Podał go bez słowa swojemu asystentowi a ten bez słowa przyjął i wypił. Chwilę jeszcze szlochał, ale już wkrótce łzy przestały płynąć. Likier pani Mikołajowej naprawdę miał magiczne właściwości.
-No dobrze.- święty Mikołaj usiadł w swoim zdrowotnym fotelu, zacierając energicznie ręce. Jego biurko dosłownie zaśmiecone było wszelkimi dokumentami niezbędnymi do prawidłowego przebiegu Wigilii. Patenty przemysłowe z dalekich Chin, propozycje nowych zabawek od wynalazców z całego świata, podania o pracę od wszelkiej maści i wzrostu karłów udających prawdziwe elfy, oferty sprzedaży reniferów, wzorniki nowych skarpetek, próbki nowych perfum – świątecznych hitów- „brutal na biegunie” i „Być może w Laponii” a nade wszystko stosy dziecięcych listów z każdego kraju na świecie. Listy były różne. Jedne małe, cienkie, niepozorne inne duże i grube. Jedne napisane na byle jak wyrwanej z zeszytu od matematyki kartce, inne staranie wykaligrafowane, ozdobione własnoręcznymi rysunkami. A każdy z nich, niezależnie od tego czy pochodził od Odisa z Etiopii, Jessici z USA czy Miecia z Polski był tak samo uważnie czytany i tak samo cenny.
-Zenuś słuchaj ty mnie.- powiedział święty. Spojrzał uważnie na swojego asystenta. Zenuś przysunął sobie wysokie krzesełko i usiadł obok swojego szefa. Minę miał wciąż smutną.
-Sekretem udanej organizacji świąt jest optymalizacja zasobów prezentowych.- ciągnął dalej Mikołaj uczonym głosem.- Rozumiesz?
-Nie.- Zenuś pokręcił głową. –Nic a nic.
-Hm...- westchnął Mikołaj. –Zenuś... jak by ci to wytłumaczyć. Może tak: każde dziecko ma marzenia, prawda?
-Prawda.- Zenuś zgodził się apatycznie.
-I każdemu dziecko wolno, aż do osiemnastego roku życia o tych marzeniach do świętego Mikołaja, pisać, prawda?
-Prawda.
-I ty Zenuś też masz marzenia, prawda?
-Też prawda.
-A jakie to masz marzenia Zenuś?
-A żeby to wszystko szlag trafił!- krzyknął nagle Zenuś. Święty Mikołaj poczerwieniał.
-Ho, ho, ho, ho!- zaśmiał się.- I to jest właśnie optymalizacja zasobów prezentowych. Nie wszystkie marzenia możemy spełnić. Musimy zatem ograniczyć się tylko do tych, które są w naszych możliwościach, w tym także finansowych. Dzięki temu dzieciaki uczą się, że nie wszystko można dostać a my oszczędzamy rocznie jakies trzydzieści milionów dolarów na kosztach działalności. Zenuś przeczytaj mi pierwszy z brzegu list, wyjaśnię ci to na przykładzie.
Zenuś spojrzał nieufnie na prezesa ale mimo to zamknął oczy, wyciągnął rękę i wylosował list z piętrzącego się przed nim stosu. List był z różowej kopercie, ozdobiony naklejkami przedstawiającymi rodzinę harcujących szopów. Otworzył i szybko przebiegł oczami jego treść.
-No i? No i?- dopytywał się święty Mikołaj.
-List jest od Heike z Niemiec, lat siedem.- odparł ponuro Zenuś.
-Doskonale. Czytaj, czytaj.
-Heike pisze: Święty Mikołaju. W tym roku poszłam po raz pierwszy do szkoły. Moja nauczycielką jest pani von Klompen. Pani von Klompen jest bardzo miła, a ostatnio nawet przestała bić nas batem.
-Widzisz, co może zdziałać magia świąt.- wtrącił zadowolony święty. –Czytaj dalej.
Zenuś odchrząknął i kontynuował.
-...przestała bić nas batem. Pani von Klompen powiedziała nam, że możemy napisać listy do świętego Mikołaja i wtedy spełnią się nam wszystkie życzenia. Święty Mikołaju chcę cię prosić o dwie rzeczy. Po pierwsze: o męża dla pani von Klompen, żeby już zawsze była dla nas taka miła.- elf wyciągnął z kopert zdjęci uroczej pani von Klompen i podał Mikołajowi. Święty wytarł irchową ściereczką małe, okrągłe okulary, włożył na nos i z uwagą przyglądał się fotografii nauczycielki. Pani von Klompen nawet na zdjęciu wyglądała na bardzo czarującą osobę. Miała z dobre 2 metry wzrostu, 200 kilo zywej wagi a pod usianym brodawkami nosem czerniły się okazałe damskie wąsy. Ubrana była w niebieską suknię ozdobioną falbankami a przez pierś miała przewiązaną szarfę z napisem „miss oświaty i edukacji, Monachium 2016”. Ruda trwała z lokami kręconymi jak u barana dopełniała wizerunku niemieckiej piękności.
-Po drugie, to chciałabym dostać prawdziwą wędzoną makrelę. Całuję cię i kocham- Heike z Monachium.
-Doskonale.- sapnął z zadowoleniem święty Mikołaj. –Idealny przykład na to, żeby dowieść czym jest optymalizacja prezentów. Zenuś, powiedz: czy istnieje najmniejsza chociaż możliwość, żebyśmy znaleźli męża dla pani von Klompen?
Zenuś, oniemiały ze zgrozy, zaprzeczył tylko głową.
-No to może za dopłatą?- dopytywał się swojego asystenta święty Mikołaj, ale tylko tak z przekory, śmiejąc się przy tym gromko.
-Panie prezesie, my mamy bardzo ograniczony budżet.
-Więc zaprzęgaj renifery Zenuś, lecimy na zakupy. Nie jesteśmy w stanie spełnić życzenia o męża dla nauczycielki małej Heike ale możemy sprezentować jej makrelę. I na tym polega czar Bożego Narodzenia- może nie dostaniemy wszystkich prezentów, ale te które otrzymamy będą dane ze szczerego serca.
-Tak jest, szefie!- wrzasnął Zenuś i prędko pobiegł do stajni. Gonił go radosny śmiech świętego Mikołaja.
-Ho, ho, ho!

*

Do małych, dwuosobowych sani zaprzęgnięto Błyskawicznego, milutkiego renifera o złocistej sierści i wspaniałym porożu. Błyskawiczny wisiał znudzony w powietrzu. Tylną nogą próbował podrapać się w szyję. W saniach siedzieli Zenuś i święty Mikołaj. Przeglądali mapy. Zimny wiatr targał płachtami papieru, nosy im czerwieniały a znudzony renifer zaczął wydawać godowe ryki.
-Błyskawiczny, cicho!- krzyknął zdenerwowany święty Mikołaj.- Przecież musimy być gdzieś nad Finlandią.
-Gdzieś to niezbyt precyzyjne określenie.- odparł Zenuś.- A radziłem panu prezesowi, żeby zaktualizować dżipiesa?
-Zenuś, wiesz dobrze, że ja nie ufam tym nowym wynalazkom. Niby wszystko ładnie pięknie, trzy w cenie dwóch, wieczysta gwarancja, a skąd ja mam pewność, że nie ma w tym żadnego podsłuchu? Chcesz, żeby nas Ruskie do niewoli wzięły?
-Ruskie do niewoli?- wtrącił się w rozmowę Błyskawiczny. Przerwał właśnie swoje czochranie.- To im mało swojego Dziadka Mroza?
-Dziadek Mróz to jest nic. On nie ma takich rozległych kontaktów jak ja. Przecież dla mnie to nawet nie jest żadna konkurencja. Co on może takiego zaproponować? Matrioszkę i flaszkę „Moskowskajej”? Co tam młodym Ruskim po matrioszkach, czasy się zmieniają.
-Rudolf to by wiedział gdzie jesteśmy.- wtrącił ponuro Zenuś. Mikołaj spojrzał na niego z oburzeniem.
-Rudolf...- zaczął ale nagle zawahał się.- Rudolf...ee... musiał pójść na odwyk.
-Ha!- zarżał z triumfem w głosie Błyskawiczny.- Wiedziałem! Wiedziałem, a chłopaki mnie nie chciały wierzyć. Ja im mówię, że my Rudolfa jeszcze zobaczymy a oni tylko płakali, że poszedł na kiełbasy. Ha, ha!
-Nie trzeba wierzyć w każdą plotkę, w firmie. - powiedział prędko święty i zaraz skierował rozmowę na inne tory.- Dobra, moi drodzy. Nie wygląda na to, żebyśmy znaleźli przed zmrokiem naszego stałego dostawcę. Jednym słowem- zgubiliśmy się.
-To ja mam pomysł.- stwierdził nagle Zenuś. Siedział skulony w kącie sań, a z nosa wystawały mu dwa dorodne gilowe sople.- Po co lecieć do Mikołajfurra? Przecież ryba to ryba, chyba w każdym sklepie można ją kupić? Lećmy do pierwszego lepszego spożywczaka, kupmy co trzeba i chodu do domu zanim zamarzniemy.
-Głupio wygląda ale niegłupio gada.- zgodził się Błyskawiczny.
-No to dokąd?- zapytał Mikołaj.
-Znam taką jedną Biedronkę, niedaleko stąd.- zaproponował Błyskawiczny.- We Wrocławiu, w Leśnicy, pamięta pan, panie święty? Jakieś dwa lata temu kupowaliśmy tam słodycze jak nam czekolady od sponsorów dla dzieci z domu dziecka zabrakło.
-Aaa, faktycznie.- przypomniał sobie Mikołaj. –To tam, gdzie nam faktury nie chcieli wystawić, bo nie mamy numeru międzynarodowej identyfikacji podatkowej.
-Ale parking maja duży, łatwo się saniami wykręca.
-Trafisz tam?- zapytał Zenuś. Błyskawiczny spojrzał na niego z wyższością.
-Panie asystent, ja to już w firmie od 60 lat robię. Pan się pyta takiego starego wygi jak ja czy trafię? Panie, jak nie zabłądzę to ja wszędzie trafię.
-No to fru!- krzyknął radośnie święty Mikołaj i trzasnął lejcami. Błyskawiczny stuknął kopytkiem, machnął ogonkiem, ryknął i polecieli ciągnąc za sobą smugę magicznego pyłu.

*

Błyskawiczny miał rację. Przybiedronkowy parking faktycznie był duży. Nie tylko łatwo zaparkowali saniami ale, do tego, w przeciwieństwie do innych marketów, nie wzbudzali sensacji. Podsklepowe towarzystwo Marianów i Tadzików, wspomagane oparami taniego wina  „czar komandosa” widziało już egzotyczniejsze rzeczy niż sanie świętego Mikołaja. Wysiedli. We Wrocławiu zima jeszcze nie przyszła. Gile Zenusia odtajały i elfik mógł się cieszyć swobodnym dostępem świeżego, chociaż niezbyt przyjemnego powietrza.
-Idziesz? Zostajesz?- zapytał Mikołaj Błyskawicznego. Renifer skrzywił mordkę.
-Panie święty, jak panu to różnicy nie robi to ja bym może sobie skoczył na Jerzmanów? Dwa lata temu to ja tam taką uroczą ośliczkę widziałem, Agnieszka miała na imię, no i my...
-A. A. A.- Mikołaj przerwał mu zdegustowany. -Tego to ja nie chcę słuchać. Wyrobisz się w godzinę?
Błyskawiczny stuknął wesoło kopytkiem.
-W godzinę?- zarżał radośnie.- Rany julek, w godzinę to można się bliźniaków doczekać. Jasne, że zdążę. Wyprzągnijcie mnie tylko.
-A kto sani popilnuje?- wtrącił się w dyskusję Zenuś. Spojrzeli na siebie markotno. Istotnie pytanie było więcej niż zasadne. Wrocław, Leśnica, parking przy Biedronce. Kłamać nie będę- nieciekawa okolica.
-Spoko, się załatwi, panie asystent.- odparł Błyskawiczny.- Od czego ma się te znajomości?
Mikołaj odpiął pas pociągowy. Błyskawiczny  jednym, płynnym ruchem wyplątał sie z zaprzęgu i pogalopował w stronę  grupki stałych klientów, dzielnie okupującej wejście do marketu. Kilka minut coś z nimi rozmawiał, wdzięcznie przyjął łyczek z proponowanej butelki, pogadali i pośmiali się. Po chwili był z powrotem.
-Za dwa złote popilnują.- oznajmił radośnie, wskazując kopytem na starych przyjaciół.
-Oho, takie znajomości to ja też mam.- naburmuszył się Zenuś.
-Panie asystent, pan się nie naburmusza tylko poszuka monety. Powiedziałem im, że zapłacicie przy wyjściu. To ja lecę, widzimy się za godzinę.- lekko oderwał się od ziemi i poleciał w stronę Jermanowa. Żaden z klientów marketu, obecnych na parkingu nawet za nim nie spojrzał.  Na Leśnicy to i nie takie rzeczy widzieli.
-Dobry wieczór panom.- Mikołaj podszedł do grupki przyjaciół Błyskawicznego. A przyjaciół tych było trzech: Marian, Tadzik i jeszcze jeden, na którego wołano „Ryj jak Łopata”. Pachnieli mocno tanim napojem wiśniowym i jeszcze tańszymi papierosami z przemytu. –Panowie podobno zaoferowali się, że popilnują nam sanie na czas zakupów?
-Marian, odsuń się od drzwi, bo przecie widzisz, że samotna matka z dzieckiem chce przejść.- zabełkotał Łopata wskazując na świętego i Zenusia.- Pani szanowna się nie boi. Szacowny małżonek...hik...pani już ze nami dyskusję panelową prowadził...hik... Pani szanowna, pani się dorzuci, żeby gardło nie wyschło strudzonym wędrowcom a my pani szystko... hik... szystko popilnujemy. I tę małpkę też możemy przypilnować, prawda Marian? Hik.
-Zenuś, dawaj pieniążka.- polecił Mikołaj swojemu asystentowi. Zenuś mocno był obrażony za „małpkę”. Jakże to? On? Asystent prezesa w korporacji o międzynarodowym zasięgu małpką?
-Panie prezesie, przecież ja jestem na bezpłatnym stażu.- zaprotestował.- Pan mi nic nie płaci.
-I co? Nic nie masz?
-Nic a nic, a do tego jeszcze w stołówce za ten miesiąc abonamentu nie opłaciłem. Chyba jakiś kredyt na święta wezmę albo co.
-Hm...- Mikołaj zamyślił się. Przetrząsnął wszystkie kieszenie, zajrzał do portfela ale kieszenie były puste, a w portfelu miał tylko zdjęcie pani Mikołajowej w bikini. Szybko schował fotografię, bo Zenuś mu ciekawsko przez ramię zaglądał.
- Zegarek pan weźmiesz?- zapytał Łopatę, prezentując mu cudo nowoczesnej techniki marki „Leningrad” tkwiące na przegubie. Łopata tylko wzruszył ramionami.
-Mamuśka, a na co mnie zegarek? Bo to szczęśliwi czas liczą?
-To co mam dać? Nic więcej nie mam.
-To daj pani czapkę.- wtrącił się milczący do tej pory Tadzik.
Zrobione, powiedziane. Święty zdjął z głowy czerwone nakrycie z baranim kożuszkiem.
-Mmm. Cieplutka.- rozmarzył się Tadzik, kiedy założył czapkę na swój łysiejący czerep.
-Idź po wózek Zenuś.- polecił święty swojemu asystentowi ale Łopata uprzedził go.
-Czekaj paniusiu. Za taką czapkę to ja ci dam nasz wózeczek.- skoczył za róg sklepu i po chwili wrócił pchając przed sobą z wysiłkiem stary, podniszczony wózek sklepowy. Na jego dnie leżało trochę nieaktualnych gazetek reklamowych i paragonów.- Tylko to prywatna własność.- zastrzegł przekazując wózek Zenusiowi. – Paniusia nam odda, jak skończy, bo inaczej Tadzik będzie musiał swoje ciuchy w worku na śmieci trzymać. On się bardzo do rzeczy przywiązuje.
-Tylko na czas zakupów. Dziękuję panom serdecznie.- Mikołaj skinął w podziękowaniu głową, po czym lekko popchnął Zenka.- Idź przodem, Zenuś.
Mechaniczne drzwi otworzyły się z lekkim sykiem. Ze środka buchnęło ciepło i światłość, radosne kolędy i krzyk tłumu walczącego o promocyjnego karpia.
Trzech przyjaciół patrzyło za oddalającym się Mikołajem i jego asystentem.
-Fest kobitka, co nie?- zapytał Łopata, drżącym od nagłego wzruszenia głosem.
-Fest.- zgodził się Tadzik.- Ale chyba trochę nie ten tego. Widziałaś jakie to poroże swojemu mężowi przyprawiła?
A milczący do tej pory Marian nagle poczuł święta bo zaczął śpiewać na cały głos: „przybieżeli do Betlejem me-ne-le...” 

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Jak jednoznacznie wynika to z opowiadania- mam konszachty ze świętym Mikołajem. Wszyscy, którzy ośmielą się kopiować bez podania źródła- otrzymają, w prezencie pod choinkę, całoroczny karnet do dentysty.