Wersja pdf z chomika tutaj.
Do poczytania i ściągnięcia z dysku google tutaj: Czego nie lubię.
Czego nie lubię
Po pierwsze primo to chcem
jasno i wyraziście powiedzieć: ze mnie nie jest żadna gwiazda, ja jestem
skromny człowiek. Robotę mam i nawet jom lubię, ot nowe asfalty kładziemy. Niby
żadna filozofia, każdy głupi by się nadał, bo co to za problem stary zedrzeć,
piaskiem podsypać, położyć nowy i przejechać walcem? Teoretycznie żadna.
Praktycznie jednak to bele głupiego nie wezmą do asfaltu, bo tu upał, smród,
brud i gorąco, i odpowiedzialność wielka. Tu trzeba faceta z jajami, a nie Rudolfa
Valentino.
Po drugie primo to ja chcem też jasno i
wyraziście powiedzieć: ja tam obrzydliwy nie jestem. Lubię prawie wszystko.
Lubię flaczki, kaszankę, lubię jak mnie żona pazurami po plecach smyra. Wiatr
lubię, popiwkować se lubię, lubię po deszczu, z bosymi nogami w błocie połazić.
Lubię zapach świeżego obornika, co to go na polach rozrzucają. Nawet wiersze,
jakieś ładne, też se lubię poczytać, co to mówią o suchym przestworze oceanu
albo o lokomotywie pełnej grubasów. Ludzi lubię, zwierzęta lubię, roślinki też
lubię- najbardziej kapustę i cebulę. Lubię jak babcia Jadzia przyjeżdża do nas
w odwiedziny na grilla. Babcia jest już stara, staruteńka, lat ma chyba ze sto
i niewiele kontaktuje, ale co mnie tam. W końcu to moja babcia, moja własna, no
nie? Lubię patrzeć jak się uśmiecha tymi swoimi bezzębnymi ustami i lubię
patrzeć na jej drobne, wyschnięte rączki pokryte cienką, pergaminową skórą.
Babcia tymi rączkami kilku szkopów w powstaniu rozwaliła, to się jej należy
szacunek. Różne inne rzeczy też lubię, bo ze mnie chłop i do tańca i do różańca,
i do małżeńskiego wygibańca.
Ale o tym może kiedy indziej, bo dzisiaj
to ja bym chciał wam powiedzieć czego nie lubię. Niewiele tego, ale zawsze
troszkę.
Po pierwsze to ja nie lubię zmian. Rozumić
to ja rozumim, że zmiana jest motorem postępu, że popycha ewolucję, że technika
idzie do przodu właśnie dzięki zmianom. Jak się z dwutaktowego Wartburga
przesiadłem na czterotaktową Skodę, to jakby mnie ktoś w łeb uczoną książką
dał- tak się mnie nagle we głowie rozjaśniło. Pod górkę Skoda śmiga jakby
helikopter, silnik mruczy zupełnie jak moja Hańcia, kiedy jej się zachce, do
tego autko cud malina wyposażone we wszystkie luksusy: podświetlaną tarczę
obrotomierza i trzecie światło stopu. Następne dwadzieścia lat przejeździmy se z
Hańcią jak królowie jacyś, jak Kaziki Wielkie albo Bolki Chrobre. Żyć, nie
umierać w takim dobrobycie.
Innych zmian to ja nie lubię. Baby
zmieniać nie lubię ani przyjaciół sprawdzonych, ani ulubionej knajpy, ani
poglądów politycznych. Numeru telefonu też nie. Ot, zżyłem się ze starym, po co
mam, po czterdziestu latach, uczyć się nowego? Dziewięć cyfr a każda prawie
inna, sami przyznacie, że to dosyć trudne. Tylko powiedźcie mnie: dlaczego co
pół roku do mnie wydzwaniają z tej telekompromitacji i gwałtem molestują o
zmianę, a to telefonu, a to abonamentu, a to operatora? Ja im od kilku lat wciąż
powtarzam: kiedy Graham Aleksander Bell wynalazł tę swoją gadkosłuchawkę w 1876
to sama idea urządzenia się nie zmieniła: wybrać numer, w miarę krótko obgadać
co trzeba, zapłacić za połączenie i fiesta. Nic skomplikowanego. Tylko te
wszystkie telefonie gmatwają sprawę niepomiernie.
„Panie Małobrzeski” mówią do mnie jak dzwonią (bo
ja Adam Małobrzeski jestem, po tatusiu), no więc: „Panie Małobrzeski mamy dla
pana jedyną i niepowtarzalną ofertę. Nowy telefon z radiem i funkcją parkowania
samochodu. Za jedyną złotówkę, abonament na dwa lata, w ramach promocji
„uczciwy klient” dostaniesz pan pakiet wiadomości głosowych i osobiste wyznanie
miłości nagrane specjalnie dla pana przez Jona Bon Jovi albo Madonnę do wyboru”.
I to nie tylko do mnie tak dzwonią! Do
sąsiadów też! Ba! Mnie nawet babcię napastują, mimo że babcia lat ma już sto i
potrafi obsługiwać jedynie telefon na korbkę. Ja jestem twardy chłop, mnie się
nie da nabrać na marketingi i sztuczki psychologiczne. Ja swój telefon mam, o
proszę jaki ładny, prawdziwy bakelit i kabelek taki, że ho, ho! Mnie innego nie
potrzeba, a jak ktoś ma do mnie pilną sprawę, to niech telegraf wyśle i szlus.
Tylko znajomków mnie szkoda, bo one to już
się całkiem dały ogłupić na aksamitne głosy konsultantów i telewizyjną reklamę.
Jak głupie jakieś lecą tak, te ciapciaki, na nowy telefon za grosza i
niepotrzebny im pakiety esemesów, dżipiesów i emenemsów. Bo promocja, bo
telefon taki ładny amerykancki. Kup, zmień, płacz że się zepsuł, za pół roku
powtórz scenariusz. A ja se podziękuję.
Dobra zmiana: owszem, niepotrzebna: paszoł
wont. Taki jestem.
Albo te szmaty i inne ubrania. Tutaj to
jeszcze gorzej. Co trzy miesiące trzeba kupować coś nowego, bo stare już
niemodne, już śmieszne i trąci myszką. Też mi coś! Przez dwadzieścia tysięcy
lat pelerynka z futra tygrysa szablozębnego albo kurteczka z mamuta z mody nie
wychodziły, a tu nagle po trzech miesiącach dobre jeszcze portki mają być
niemodne? Durne to jest. Spodnie jak spodnie: dwie rurki i majtki zszyte ze
sobą w strategicznych miejscach. Co tu ma być niemodne? Że kwiatów nie mam na
dupie wyhaftowanych? Że cekiny nie ponaszywane? Że koszula w nie taką kratkę co
potrzeba? Szalik ma za mało pasków? Czapka uszanka się nie podoba, co to ją z
radzieckiego demobilu kupiłem? No trzymajcie mnie ludzie, bo chyba wam tu na
miejscu, ze śmiechu, na zawał zejdę.
Facet ma być czysty, schludny i w miarę trzeźwy. Cała reszta to tylko opakowanie
cukierka.
Kobicie też nie jest żadna moda potrzebna.
Niech ma dwie pary laczków: jedne do kościoła, drugie do chodzenia przy
gospodarstwie, ciepłą kurtkę na zimę, lekką sukienkę na lato i już, wystarczy.
Więcej jej nie trza. Żadnych mejkapów, chlapania farbą włosów, ściskania się
gorsetem i łamania nóg na wysokich obcasach. Niech tylko serce ma wierne, a
oczy uczciwie i bez wstydu patrzące- a mówię wam: wszystkie miss świata i
wszechświata mogą się przy takiej schować.
Dzisiaj to baby jak ze sztancy jakby,
jedna w drugą kubek w kubek podobna. Ot, wydmuszka, wymalowana na gębie jak
kraszanka. Weźże, takiej powiedz, żeby świniakom ziemniaków w parniku ugotowała
albo żeby gnój wyrzuciła. Zaraz rozpoczną się płacze, fochy i lamenty. Mnie tam
baby nie potrzeba, żeby ją se na ołtarzyku postawić i kwiaty jej znosić. Mnie
potrzebna baba taka jak Hańcia, co się z nią człowiek nie boi przez życie
przejść, głód i nędza jej nie straszne, bo potrafi zakasać rękawy i losowi po
ryju dać. Dupiasta, cycasta, na gębie się śmieje i przeznaczeniu w oczy pluje.
Do roboty i do ściskania się pierwsza, a do leżenia w barłogu i depresyjnego
wzdychania ostatnia. To mi się podoba, to lubię.
A takie internety. Ha! Co myśleliście, że
nie znam? A znam, bo mię córka pokazywała. Iii tam, taki trochę wirtualny dom
wariatów to jest. Wszyscy naraz gadają, nikt nikogo nie słucha, każdy ma się za
Napoleona albo drugiego Sapkowskiego. Pudelki, fejsbuki, frjendsfejsy, tłitery,
jutuby i blogspoty. O modzie gadają albo opowiadania piszą. Baśka mię
pokazywała tę... jak jej tam... von Pampuch? Von Makaron? Aaa, mam: von
Klusken. Łooo ludzie! Szkoda czasu na głupoty. Słów wiele, ale sensu w tym
żadnego.
Żeby tylko pisali, to
jeszcze pół biedy, bo czytać to nie dla każdego takie intelektualne wyzwanie
jest ale oni zdjęcia robiom! Normalnie jak jakaś służba wywiadowcza. Cyk, cyk,
cyk, gdzie nie wejdziesz, to cykają. Ludzie to w dzisiejszych czasach wszystko obfotografują
i opublikują. Jak śniadanie żrą, jak do pracy jadą, jak se buty czyszczą z
błocka, dosłownie wszystko. Łatwiej będzie wymienić czego to nie pokazują. Hm...
a może jednak nie.
Jedno mnie tylko zastanawia. Jak to
możliwe, że inni wstają rano, biegają dla zdrowia sześć kilometrów, w drodze
powrotnej basen i siłownia. Na śniadanie jedzą samodzielnie upieczony chleb z
samodzielnie zmielonej mąki i smarują samodzielnie ubitym masłem- z garażowanej
gdzieś w miejskim ogródku krowy, którą własnoręcznie wydoili. Potem praca, w
międzyczasie spotkanie z przyjaciółmi, dzieciaki trzeba odwieźć na karate,
balet i zajęcia z suahili, sprzątają dom od strychu po piwnicę, przystrajają
balkon na wiosnę, skręcają meble ze starych europalet, pieką ciasteczka na
kinderbal, wyskakują ze znajomkami na drinka do pubu i to wszystko w ciągu
jednego dnia. Jak oni to kurde robią? Ja wstaję rano, wypijam kawę, zapalam papierosa,
idę do kibelka na dwójkę a kiedy wracam już jest, kurde, wieczór!
Mówią mnie, że niezorganizowany jestem, bo
jak bym się tak, kurde bele, zawziął, spanie ograniczył do 30 minut na dobę, to
na wszystko bym czas znalazł: i na pieczenie chleba, i na wyścigi rajdowe w
puszczy amazońskiej, i na zdobycie tytułu „mister Universum po sześćdziesiątce”.
Tylko żebym na siłownię jakąś poszedł, do fryzjera się wybrał (na glansowanie
łysinki chyba), brwi makijażem pernamentnym poprawił, klamry na zęby założył,
zamówił regularną dostawę wyszczuplających gajtochów i ogólnie zaczął o siebie
dbać- bo teraz to mnie w cyrku za pieniądze pokazywać można- to byłby ze mnie
człowiek. Teraz to niby co ze mnie jest? Gadająca małpa? Nie lubię, jak mnie
się wmawia, że o siebie nie dbam, bo trochę brzuszka mi się pokazało, bo czoło
zmarszczyło, a tyłek obwisł. Podtykają mnie pod nos zdjęcia
osiemiesięcioletnich dziadków biegnących w maratonach albo szlusujących na
nartach w Alpach. Przyznam się szczerze, ostatni raz to ja biegłem w 1989 na
autobus, jakieś trzysta metrów sprintem jak mnie stoosiemnaście chciało spod
nosa odjechać.
„A ty to co?” zdają się do mnie krzyczeć
zdjęcia babć harcujących w balecie i emerytów skaczących na bungee. „Jak świnia
wyglądasz, jak dzik nieczochrany. Jak ty się nie wstydzisz z takim bezbolem
między światowe ludzie pokazywać? Dlaczego nie ćwiczysz? Dlaczego nie biegasz?
Dlaczego nie pieczesz owsianych ciasteczek?
A ja wam powiem tak: a owszem, brzuch mam.
Brzuch mam, drugi podbródek mam, włosy w nosie też mam, bo te na głowie to już
nie bardzo. No i co? Kula jest najdoskonalszą figurą, więc proszę mnie nie
wmawiać, że ze mną coś nie ten tego. Tłuszcz to kalorie, kalorie to energia.
Wolę już określenie, pełny energii, energiczny. Każdy fizyk się ze mną zgodzi,
ha!
Prawda, że brzuch nie wziął mi się z
niczego, bo wbrew temu, co piszą babskie czasopisma, w powietrzu nie ma
kalorii. Brzuch wziął mi się od kaszanki i boczku, od karkówki podlewanej piwem
i śląskiej z grilla. Tylko dlaczego ludziom ten mój maciek przeszkadza? Pracuję
ciężko, bo kładzenie asfaltu to nie robota dla wymoczków, więc i jem, jak Bozia
przykazała. Moje spracowane ręce nikomu się w oczy nie rzucają, a lekko
odstająca koszula ich kłuje? Że zmarszczki się pokazały? Dziwne by było, gdyby
się nie pokazywały, gęby z gipsu nie mam tylko normalnie ze skóry i mięsa. Że
włosy mi wylazły? A co miały nie wyleźć, skoro pan Bóg tak już to sobie
zaprogramował? Durne to, oj durne. Jużci, że żaden ciężko pracujący chłop nie
ma czasu na szlifowanie pazurów i żelowanie włosów. Niech no jeno zabraknie tych ciężko
pracujących mężczyzn, tych prawdziwych facetów a stanie się katastrofa. Kto wam
śmieci z ulic powywozi, żeby wam nie śmierdziało? Kto wam kafelki w łazience
poprzykleja, hamulce naprawi, ulice wybrukuje? Kto wam rury poprzepycha, kto
będzie pracował w oczyszczalni ścieków, kto chałupę wymuruje i kto wam położy
nowy asfalt na adziewiątce?
Modę i urodę zostawcie tym, którzy nie
wiedzą jak podłączyć kibelek do ogólnej kanalizacji. Pozostałym chłopom
pozwólcie ubrać się w niebieski gajerek z drelichu, w spokoju zjeść schabowego z kapustą, popić
Tyskiem albo innym Scheferhoferem, beknąć, pierdnąć i nabrać sił przed kolejnym
pracowitym dniem. Na bezglutenowej owsiance Krakowa nie zbudowano. Takie jest
moje zdanie, a ja zdania zmieniać nie lubię.
Czego jeszcze nie lubię?
Polityków i żelków z lukrecją. Polityków bo to wiadomo, lubią ich tylko inni
politycy a i to nie zawsze. Podejrzewam, że gdyby ojcowie demokracji przyjrzeli
się dzisiejszemu systemowi, to z wrażenia padliby trupem. Weźcie wytłumaczcie
takiemu Peryklesowi dlaczego fałszuje się wybory, dlaczego kwitnie korupcja,
dlaczego ważniejsze są układy i kolesiostwo niż przysięgi i dobre zamiary. Jak
przekonacie Solona, że głos narodu jest tak naprawdę tylko beczeniem baranów, a
prawo zmienia się zawsze na korzyść bogatych i wpływowych?
Pogadajcie sobie z Arystotelesem i
spróbujcie wyjaśnić mu, że wojny napędzają gospodarkę a multikulturalna
poprawność ubogaca społeczeństwa. Śmiechem by nas zabili i siebie przy okazji
też.
Dzisiaj krzyczącym zamyka się usta, na protestujących
wysyła czołgi, skarżących wtrąca do więzienia, szukających sprawiedliwości
wyśmiewa.
W polityce nic się nie zmienia z wyjątkiem
nazwisk. Co to za różnica Wałęsa czy Gierek, Clinton czy Kennedy skoro nie
ubywa głodnych, biednych i chorych? Od tylu lat obiecują nam świetlaną
przyszłość i jakoś nie może ona nadejść. Ja się jej już pewnie nie doczekam.
ale przynajmniej żeby dzieciakom moim było lepiej. Chociaż to pewnie i tak
tylko mrzonki.
Żelków z lukrecją też nie lubię. Kiedyś
raz spróbowałem. Czarne jak wymioty szatana i smakują prawie tak samo.
-Masz, częstuj się, bo to zagramaniczne.-
powiedział do mnie wujek. Wujek to był prawdziwy obieżyświat, w latach osiemdziesiątych
ubiegłego wieku wyjeżdżał, ukryty pod plandeką dostawczaka, do Grecji i stamtąd
przywoził pomarańcze i cytryny w ramach walki z komuną. Tak walczył z tym
dziadostwem, że po zmianie systemu zarutko otworzył hurtownię owoców, dom se
wystawił jakby pałac normalnie i kandydował do rady miasta Olsztyna. Innym z
tych wojaży przywoził dżinsy i klocki lego, ja dostałem żelki. Zjadłem,
porzygałem się, podziękowałem. Dobrego wujka miałem. Szkoda, że się zapił z
rozpaczy, kiedy załamał się światowy rynek cytrusów.
Banków też nie lubię, a już najbardziej śmieszne
uważam jest to, że to bank każe mi udowadniać, że jestem uczciwy. Ja? Ja w życiu
mandatu za złe parkowanie nie miałem, nawet kary z biblioteki za przetrzymywane
książki nie dostałem. Przechodzę na pasach, po murach nigdy szprejem głupot nie
wypisywałem, żadnego śmietnika nie podpaliłem, żony nie biję, dziecka na ludzi
wychowałem i to ja mam udowadniać, że jestem uczciwy?
Kiedyś z Hańcią chcieliśmy wziąć kredyt na
lodówkę, stara wprawdzie jeszcze chłodziła, ale coś zaczęła nam zdechłym
szczurem zalatywać. Może to od ryby po grecku co została jeszcze od Bożego
Narodzenia, a może zwyczajnie ze starości, bo to i człowiek, i lodówka im
starsze tym bardziej cuchnie.
Bank we wsi mamy elegancki, marmury, złoto,
fontanna w której pluskają się ptaszki, kasjerzy w ancugach, asystentki w
garsonkach i butach od Louboutina- trzeba się przecież pokazać, mimo że buciki
też na kredyt. Dano nam kawy, zapchano gęby czekoladą z firmowym logiem i lecimy
z pacierzem: zaświadczenie o zarobkach, o niekaralności, o ubezpieczeniu, o
niezaleganiu fiskusowi, o opłacaniu składek, świadectwo chrztu, zawarcia
małżeństwa, odbycia nocy poślubnej, historia szczepień, kontroli
stomatologicznej i poświadczenie, że dziadek walczył z bolszewizmem. To takie
buty? A kto MNIE zaświadczy, że to wy mnie nie oszukacie? Że nie zabierzecie
oszczędności mojego życia w zamian za kilka, nic niewartych świstków papieru.
Że nie będę przez was nocami płakał i w głos wyrzekał: po co mi to było? Gdzie
moja gwarancja, że mam do czynienia z ludźmi honoru, a nie bezduszną instytucją
żywiąca się marzeniami i nadzieją? Afery, lichwiarze, kontrolowane kryzysy i wy
mnie chcecie o uczciwości mówić? A tfu z takim gadaniem! To już wolę, żeby mnie
lodówka cuchła.
Poza tym to ja wszystko
lubię. A nie, czekajcie. Groszku nie lubię. Tego zielonego, prosto z ogródka,
ugotowanego do miękkości, ze skwarkami albo masłem. Dziwne to, ja wiem, sam się
wstydzę. Piure z żółtego grochu zjem i nawet się będę o repetę patrzył, grochówka
mmm...- paluszki lizać, ale ten groszek... to jakoś nie chce mi przejść przez
usta. Hańcia rok w rok sadzi tego groszku jak głupia na działce- bo to dla
dzieci i wnuczków witaminy a mnie się mgło robi, jak tylko na niego patrzę. Ot,
takie fiskacje starego chłopa. Kalafior zjem, rzeżuchę zjem, szczawiem nie
pogardzę, jarmuż wezmę, jak dają, tylko ten groszek jakiś taki nie dla mnie.
Może to z dzieciństwa mi uraz został, kiedy wcisnąłem ziarko do ucha, a te
zaczęło kiełkować. Ojciec chciał zostawić do następnych zbiorów, ale matka się
uparła, zabrała do szpitala a tam doktorzy operacyjnie usunęli, a potem
zupełnie nieoperacyjnie dali po dupie za głupie pomysły. Pod tamtego czasu groszku
nie tykam.
Ooo... Przypomniało mi się, że ancugów też
nie lubię. Jak każdemu chłopu jeden w szafie gdzieś mi jeszcze wisi, ten od
ślubu. Wyciągam go raz do roku (Hańcia mi spodnie już trzy razy poszerzała) jak
na wesele do rodziny idziemy. U nas we familii tak się zdarzyło, że teraz co
roku jakiś ślub, co to młodzi albo bardzo chcą, albo bardzo muszą, bo
narzyczona okrągła jak beczka. Lubię jak się młodzież kocha, bo to przecież
zawsze miło posłuchać o miłości dozgonnej, o wierności, o bezgranicznym
zaufaniu i o tym, że ona go nie dopuści aż do śmierci. Same wesela też lubię,
nic do tego nie mam, potańczy człowiek sobie a ja tańczę bardzo dobrze, bo
nawet pierwszą nagrodę zdobyłem za kucanego na festynie ludowym w 1976, poje,
popije, ze starymi familiantami spotka. Kotlet schabowy lub mielone, rosół,
buraczki, pieczona świnia, sałatka jarzynowa, torcik, do kotleta „majteczki w
kropeczki” albo „jesteś szalona”, o północy oczepiny, rzucanie bukieta, kradzież
podwiązki panny młodej i przepychanie surowego jajka przez spodnie młodego;
jednym słowem kultura w remizie pełną gębą.
Tylko te ancugi cholerne... Pod pachą
pije, w kroku ciasne, na brzuchu się nie dopina, krawat ciągle mnie się w
rosole moczy, w zimie za cienkie, latem gorące, poci się w tym człowiek
niemiłosiernie. Normalnie jak wieprz owinięty kawałkiem brezentu. Kto to
wymyślił, że takie ancug, to najlepszy strój jest dla faceta? Wygodnie powinno
być. Spodnie na gumce, przewiewne klapki i biały, bawełniany podkoszulek. Co ma
być zakryte jest zakryte, co się poci jest odsłonięte, elegancko i z klasą. A
jak komuś szyku za mało to se może przecież muchę pod szyją zawiązać. Tylko
żeby się animalsi znowu nie przyczepili o męczenie zwierząt.
Jak już tak o tych ancugach
mówię, to mnie się przypomniało, że wojen też nie lubię, ale to logiczne, co
nie? Idzie człowiek na wojnę, pada w pierwszym lepszym okopie, pakują go do
trumny a w trumnie co? Ano w ancugu, cholerniku przeklętym znowu leży. Nawet po
śmierci nie może być wygodnie.
Wojna to w ogóle jest jedno wielkie paskudztwo.
Polityki to tylko gadają, że im na sercu leży dobro obywateli, jednak żadnemu z
nich ani powieka nie drgnie jak trzeba młodych na front wysłać. To ma być dla
ich dobra? Te flaki rozbebeszone, rozmaślone mózgi na ścianach, te urwane ręce
z których zwisają poszarpane ścięgna niby nitki w rozprutym swetrze. Wyrwane
szczęki, wyłupione oczy, spalone kadawry, bebechy rozjechane przez czołgi,
miękkie jak galareta ciała podziurawione na sito przez kule. Smród krwi, kupy,
rzygowin, ryki rannych, płacz, wrzask, ohydny trzask łamanych kości i
rozłupywanych czaszek. Jezu Chryste, gdzie tu miejsce na dobro obywateli? Ja
może nie wiem wiele, ale jedno wiem na pewno: tam gdzie krew i śmierć, tam nie
może być miejsca na najmniejsze nawet szczęście społeczne. O ani tyci. Nawet
tyli co czarnego za paznokciem być nie może.
I do tego to wstrętne jedzenie z puszek,
ile ja się tego na manewrach najadłem, święci pańscy uchowajcie. Paprykarz,
mielonka turystyczna, wędzone ośle kopytka i ryby płaszczki w zalewie
pomidorowej. Paprykarz był chyba tylko z nazwy, bo papryki było owszem sporo,
ale to już wszystko; mielonki to nawet kot gospodarzy, u których nocowaliśmy,
nie chciał tknąć. Kot nie zjadł, pies polizał i wypluł, wieprzki tym
wzgardziły, kurom nie smakowało to co się miało zmarnować? Wziął gospodarz i w
niedzielę na obiad z rodziną wtranżolili. Człowiek to nie świnia przecie, zje
wszystko. Wojskowe żarcie jest zdecydowanie przereklamowane. Jedno małpie mięso
było zjadliwe. Małpina i grochówka. Grochówka wojskowa jest pyszna- ale
prawdziwą grochówkę wojskową to dostanie się tylko na jakiś festynach z okazji
święta narodowego albo inszej uroczystości. Porządna zupa, z wsadem jak się
patrzy, gotowana na kościach i wędzonce, a grochu w niej tyle, że zupę można
widelcem jeść.
A w okopach suchary, fałszowany spirytus
zalatujący rdzą z blaszanki i radzieckie konserwy. Zimno, chłodno, głodno i do
domu daleko. Szkoda na to dzieciaków. Ja nie mówię, że te dzisiejsze dzieciaki
to jakieś wyjątkowo udane okazy są. Do narkotyków ich ciągnie, z alkoholem
umiaru nie znają, głupie to i durne, ale nawet takich szkoda na jakąkolwiek
wojnę. Każdego szkoda.
Jeszcze to, że chorować nie lubię, ale kto
lubi? Hańcia trzy dziecki urodziła i to bez znieczulenia, a tak się przy tym
bidulka umęczyła, że wnet zrozumiała co czuje przeziębiony chłop. Chłop z grypą
to musi pod kołdrę, herbaty z cytrynką się napić, ostatnie namaszczenie przyjąć
i do piachu. Dokładnie w takiej kolejności. Katar u mężczyzny to poważna sprawa
jest, bo każdy kończy się na cmentarzu. U niektórych trochę wcześniej, u innych
później, z reguły tak mniej więcej w wieku 75 lat. Statystyki są jednak nieubłagane,
sto procent mężczyzn, którzy kiedykolwiek byli zaziębieni w końcu umiera. To
poważne rzeczy są. Śmiertelnie poważne. A babom to tylko śmichy chichy w
głowie, kołdrę z umęczonego chłopiny zedrą i tylko jadaczką kłapią:
-A idźże do lekarza, ty symulancie!
Ja
do lekarzy chodzić nie lubię, bo z tym chodzeniem to trochę dziwne jest- idzie
człowiek z odciskiem, a wychodzi z rakiem, zapaleniem okostnej i guzami
nadnercza. Chyba nikt na całym świecie
nie jest zdrowy, każdemu coś dolega. Nie wiem, czy to jedzenie takie mamy
trujące, czy to w powietrzu miazmaty samolotami rozpylają czy jeszcze coś
inszego. Normalnie gdzie człowiek nie spojrzy to nowotwory, gronkowce i
zapalenie pęcherza. Zastanawia mnie w jaki sposób jeszcze w ogóle egzystujemy.
Taka schorowana rasa już dawno powinna wymrzeć, a my się trzymamy pazurami tej
planety jak wszy jakieś.
Podobno to przez jedzenie te chorowanie,
choć trochę ciężko mnie w to uwierzyć. Mięso na ten przykład ma być niezdrowe,
bo powoduje zakwaszenie i zakiszenie organizmu, włosy od tego wypadają,
człowiek traci pamięć i impotencieje. Bujda na resorach. Mój sąsiad miał lisa
oswojonego, Heńka. I ten Heniek ciągle mięso tylko żarł, a to kurę podkradł, a
to kaczkę udusił. I żyłby jeszcze ze sto lat, gdyby się kiedyś sąsiad nie
zdenerwował i mu przez łeb za te kradziejsta nie dał. Mówię wam- to był
najzdrowszy lis jakiego znałem, dopóki nie umarł. A mięso jadł? Jadł.
Z tym mięsem to chyba niekoniecznie chodzi
o to, żeby jeść albo nie jeść. Mnie się wydaje, że tu chodzi o szacunek do
zwierzęcia, które nam to mięso dało. Żeby bydła nie traktować jak zwykłe bydło,
tylko tak trochę po ludzku, sami wiecie.
Bo ja bardzo, ale to bardzo nie lubię, jak
mnie się w twarz rzuca jakimś wegetarianinem i zarzuca, że ze mnie bezduszny
człowiek, gdy zjadłem schabowego albo golonki. Ja zwierzęta lubię i szanuję,
pies mi lepszym przyjacielem niż żona. Tylko dlaczego mam się wstydzić, że
zjadłem tatara zamiast soczewicy? Ot, poglądy i opinie są jak dupa. Każdy ma własną
i niekoniecznie trzeba ją pokazywać innym.
Hm... Czego ja jeszcze nie lubię? Ja się
tak zastanowić to całą resztę już lubię, z wyjątkiem Cześka, co pod sklepem
zwykle wystaje i grzeje „książęce”. Cześka to jednak nikt nie lubi i nie będę
wam o nim opowiadać, bo się tylko będziecie denerwować. Wystarczy wam tyle
wiedzieć, że jak go poznacie, to też go znielubicie. Taka menda jedna społeczna,
kapownik i moczymorda.
Ale to byłoby już na tyle. Ja przecież mówiłem, że
obrzydliwy nie jestem, lubię prawie wszystko. Chłop ze mnie do rany przyłóż. Ja
mógłbym i w Sopocie śpiewać, bo to bardzo lubię, i na łyżwach jeździć jakbym
potrafił, i nawet w balecie tańczyć kucanego. Bo mimo tego, że stary pryk już
ze mnie wciąż lubię cieszyć się życiem, gdyż milej jest śmiać się w wesołym
gronie niż płakać w samotności. A kiedy przyjdzie już i na mnie kryska na
matyska to chciałbym razem z tym ostatnim tchnieniem zabrać ze sobą obraz mojej
Hańci, jej uśmiechu i radosnego spojrzenia. Chciałbym przypomnieć sobie jak żyłem,
jak śmiałem się, jak chodziłem po lasach i polach, jak wdychałem morskie
powietrze, słuchałem szantów i bajań wiejskich szeptuch. Chcę pamiętać twarze
Baśki i Józka, i Jolki, i wnuczków wszystkich, i te ognisko w górach co to
wtedy nas niedźwiedź tak pogonił, żeśmy się dopiero po tygodniu w Zakopanem
znowu odnaleźli. I chcę wierzyć, że ten świat, mimo wszystko, wcale nie jest
taki zły, bo wciąż i wciąż więcej rzeczy w nim lubię jak nie lubię. Bo wciąż i
wciąż wierzę w człowieka, w dobro, w miłość, w przyjaźń i honor, który niby
pozłota pokrywa duszę. Taki jestem.
Wszystko przebaczę, wszystko zapomnę, ze wszystkim się zakumpluję. Ale jednego,
po prostu, nie lubię najbardziej na świecie. To trzymałem na sam koniec, żeby
wam powiedzieć. Bo tak naprawdę to wszystko mogę ścierpieć: i polityków, i
banki, i chodzenie po dochtorach, i te trucizny w jedzeniu, robienie z ludu
stada głupich baranów, te wojny, tę skrywaną nędzę, te niedostatki i
niesprawiedliwoście, Cześków chlejących pod sklepami, głód, żebraków, ciągły
strach o robotę, o jutro, o to żeby te dziecki na ludzi wyszły, tę polityczną poprawność, od której umierają
niewinni posiekani kulami terrorystów, a
nawet peemesy Hańci. Jednak najbardziej, najbardziej ze wszystkiego to ja nie
lubię jak zjem już cały bigos, a jeszcze zostanie mi trochę chleba, ot co!
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. Tekst chroniony przez prawo autorskie, grupę goryli, patrol obywatelski i kanarów wrocławskiego MPK. Nie zadzierajcie z kanarami.