Drodzy czytelnicy.
Z związku z przeprowadzką na nową domenę publikacje zostają czasowo wstrzymane.
Od stycznia 2017 zapraszam pod nowy adres.
wasza
Helga von Klusken
czwartek, 10 listopada 2016
środa, 17 sierpnia 2016
Ciało pilnie poszukiwane cz.2- ostatnia
Niedawno dostałam miłe zapytanie czy mogłabym nagrać opowiadania jako audiobooki i opublikować na youtube. Mimo najszczerszych chęci muszę odmówić. To se ne nada. Mam głos przypominający skrzek kury mordowanej na niedzielny rosół i niewielką ale irytującą wadę wymowy- niemieckie "r".
Ja odpadam, ale gdyby ktoś, z ogromnym nadmiarem wolnego czasu, wspaniałą dykcją i brakiem nadziei na jakikolwiek zarobek miałby ochotę się tym zająć to czemu nie?
Kompletna wersja PDF do poczytania i ściągnięcia: Ciało pilnie poszukiwane
Ja odpadam, ale gdyby ktoś, z ogromnym nadmiarem wolnego czasu, wspaniałą dykcją i brakiem nadziei na jakikolwiek zarobek miałby ochotę się tym zająć to czemu nie?
Kompletna wersja PDF do poczytania i ściągnięcia: Ciało pilnie poszukiwane
Ciało pilnie poszukiwane
Część 2 - ostatnia
Profesor spłynąłby potem, gdyby mógł. Zaraz
pewnie zaczną się szerzyć plotki, że jest asinus asinorum9, królem
osłów i księciem debili. Jego reputacja będzie na wieki zniszczona!
-Silentio, silentio!- krzyczał, lecz na
próżno.
Napiętą atmosferę całkiem niespodziewanie
rozładowała wypowiedź Loli Siupki, za czasów posiadania ciała fryzjerki i
rasowej blondyny, z inteligencją odwrotnie proporcjonalną do rozmiarów
imponującego biustu.
-Ale tak naprawdę to ja w ogóle nie
rozumiem, po co ta powszechna prywatyzacja.- jęknęła żałośnie.
-Preparatyzacja.- poprawił ją uczenie
profesor.
Lola wzruszyłaby ramionami, gdyby mogła.
-Jeden czort. Po co właściwie to wszystko?
Nie, żebym się skarżyła, bo to i czynszu nie trzeba płacić, i w słoiku jest
zawsze cieplutko, jak na Majorce albo w Kołobrzegu latem, ale po głębszym
namyśle to mnie się tu jednak nie podoba. Nawet nie ma komu włosów strzyc, nie
mówiąc już o trwałej ondulacji czy farbowaniu henną. Pan profesor w telewizji
to zawsze mówił, że bez ciała będzie nam wszystkim lepiej, ale ja naprawdę
lubiłam swoje ciało.- Lola pomyślała ze smutkiem o swoich dwóch, wspaniałych
piersiach wciśniętych w skąpy kostium bikini, długich aż do szyi nogach,
jedwabistej skórze i jędrnej dupci, ochoczo podszczypywanej przez męską
klientelę zakładu strzyżenia i golenia „płać i płacz” w którym pracowała.
-Można to jakoś odwrócić?
-Wykluczone.- profesor, gdyby mógł, aż
wzdrygnąłby się z obrzydzenia na sam pomysł powrotu do ciała.- Nasze mięsne
powłoki zostały zmielone, wyciśnięte przez praskę do winogron a pozyskany w tym
procesie moszcz stał się podstawą naszej odżywczej mieszanki. Zawiera ona
białka, cukier, witaminy i barwnik E217. Dzięki temu otrzymujemy wszystko, co
potrzebne do wieczystej egzystencji wypełnionej wzniosłymi myślami i
błyskotliwymi wnioskami. I to wszystko bez plugawych cielsk, które tylko
narażały nasze doskonałe mózgi na starzenie się i mechaniczne uszkodzenia.
-To może chociaż mogłabym dostać z
powrotem same cycuszki?- zaproponowała smętnie Lola.
-O tak!- zawołał ochoczo mąż z trzeciej
półki.- Może moglibyśmy zobaczyć jej cycuszki? Ustawiłoby się jakiś podest na
środku albo co. Niech sobie popatrzą wszyscy.
-Świnia.- warknęła żona.
-Głupia krowa.- mąż nie był dłużny.
-Pasożyt!
-Kanapowy leniwiec!
-Pax, paaax!!!- wrzasnął profesor Siupała.-
Coś mi się zdaje, że w naszej gromadzie nie wszyscy są przekonani do cudu
pozyskiwania czystego, doskonałego rozumu. Wstydźcie się państwo. Taka
zakrojona na szeroką skalę akcja informacyjna w internecie i telewizji, a wy mi
tu teraz z cycu... z gruczołami piersiowymi wyjeżdżacie.
-Ja chcę tylko moje bimbałki z powrotem.-
marudziła Lola.
-To po co poddawała się pani
preparatyzacji?- zirytował się profesor.- Nikt przecież nie zmuszał, wszystko
było dobrowolne.
-Czy ja wiem?- jęczała płaksiwie Lola.-
Wszyscy stali w jakiejś kolejce, to stanęłam i ja. Wszyscy coś podpisywali, to
podpisałam i ja. Myślała, że coś za darmo dają, a tu się okazało, że to nie
dają, tylko biorą i to do tego moje cycunie kochane. Buuu... moje dwa malutkie
pieścidełka!
I rozszlochała się na dobre.
Nagle zewsząd podniosły się głosy.
-Wierzcie państwo lub nie, ale ja miałem
całkiem niezły tyłek. Też mi go trochę szkoda.
-Fuu! Czy to znaczy, że ja tutaj jestem
zanurzona w wydzielinie z tyłka?
-Z naprawdę niezłego tyłka, panno Lolu.
Naprawdę niezłego.
-A, to co innego.
-Ja miałam bardzo ładny nos. Trochę krzywy i trochę piegowaty, ale ogólnie
bardzo przyjemny. Nawet kichał wyjątkowo elegancko, z takim jakby niewymuszonym
wdziękiem.
-A ja lubiłem swój piwny brzuszek. Wcześniej
myślałem, że to wstyd, bo gruby i owłosiony, ale teraz to i owszem, widzę, że
to był całkiem fajny brzuch. Bardzo mięciutki.
W jednej chwili okazało się, że każdy, ale
to każdy mózg posiadał jakąś część ciała, której utraty żałował. Jeden chciałby
swoje uszy z powrotem, inny płakał na myśl o utraconych piętach, jeszcze inny
chwalił sobie swoją świetnie funkcjonującą wątrobę. Początkowy entuzjazm
preparatyzacji szybko przemienił się ogólnomagazynowe larum nad nosami, oczami,
piersiami, dwunastnicami i tchawicami. Gdyż w każdym ciele można znaleźć coś
pięknego, coś co porusza, co zachwyca, co sprawia, że staje się takie
wyjątkowe. Różnorodność jest piękna, różnistość jest zachwycająca.
Tylko profesor Siupała, gdyby mógł, zbladłby
z gniewu. No ale przecież nie mógł. Zamiast tego wrzasnął:
-Ja tu widzę, że państwu przydałoby się
trochę elementarnej wiedzy. Takie ignoranctwo jest niedopuszczalne. Więcej: ja
otwarcie mówię, że to bardzo niebezpieczne. To pachnie buntem! To zakrawa na
rebelię! Państwu jest potrzebny natychmiastowy, przyspieszony kurs
dokształcający z preparatyki stosowanej! Państwa niewiedza jest przerażająca!
-No to oświeć nas pan.- zakpił mistrz
Siupićko.- Pan nas w sumie żeś do tych słoików wepchnął, to jesteś za wszystko
odpowiedzialny. I nie musisz się pan spieszyć. Mamy przed sobą całą wieczność w
odżywczej mieszance pańskiego pomysłu.
Profesor, gdyby mógł, spaliłby mistrza
Siupićkę wzrokiem. No, ale nie mógł. Mimo że wewnętrznie wrzał z gniewu
zachował spokój, godny genialnego naukowca. Zaczął objaśniać chłodnym,
rzeczowym tonem.
-Trzeba w końcu raz na zawsze powiedzieć
to głośno: posiadanie ciała jest obrzydliwe.
-Parę rzeczy było jednak fajnych.
Jedzenie, taniec i takie tam...- przerwał ktoś, a ktoś inny podsunął lubieżnie:
-Bara bara, riki tiki, hehe.
-Cisza!- warknął gniewnie profesor Siupała.-
Posiadanie ciała jest obrzydliwe. Nie wierzycie państwo? Weźmy pierwszy z
brzegu przykład: śniadanie. Jak śniadanie to kawusia z mlekiem, rogaliki z
konfiturą truskawkową, wiejskie masełko, takie prawdziwe „od baby”, solone
rzodkiewki i drobno posiekany, zielony szczypiorek. Mmmm...
Wyliczaniu profesora towarzyszyły
rozmarzone westchnienia słuchaczy.
-Aż ślinka cienie, nieprawda? No właśnie!
Ślina cieknie! Hektolitry obrzydliwie wilgotnej śliny kapiącej powoli spomiędzy
warg. W ciągu całego życia produkujemy jej tyle, że wystarczyłoby do
napełnienia trzech basenów olimpijskich. Kto z was chciałby kąpać się w tej
ślinie? Fuj, ohyda. Usta mokre, szyja mokra, kap, kap, kap, kapie po podbródku.
Potem wcale nie jest lepiej. Otwieramy paszczę do pierwszego kęsa nasmarowanego
marmoladą rogalika i co? Smród! Zatęchły zapaszek nieumytych jeszcze po nocy
zębów, który zdołałby powalić nawet najbardziej odpornego dentystę. Gryzienie
też wcale nie jest apetyczne, tu coś skrzypi, tam trzeszczy i to wszystko przy
akompaniamencie ciągłego ciamkania i mlasków.
„Mmm, jaki pyszny rogalik.”- chlup, ciap,
mlask.
„A ta konfitura? Niebo w gębie”.- chlup,
ciap, mlask.
„Poproszę o sól.” i znowu ciap, chlup,
mlask.
A zęby, ha? Czyż zęby nie są odrażające?
Kogo z was kiedykolwiek bolały zęby?
Gdyby mogli, zgłosiliby się wszyscy.
Profesor kontynuował.
-Czyż to nie jest największa obrzydliwość
ze wszystkich? Bolą, trzeszczą, łamią się i cuchną.
-No... ale przecież wymyślono dentystów.-
Wiesiek zwrócił nieśmiało uwagę.- Trochę krzyku i po krzyku.
-Dentyści, o zgrozo!- zawył profesor.-
Kiedy studiowałem na uniwersytecie sześćdziesiąt lat temu, to adeptów
stomatologii mieliśmy w największej pogardzie. Dziewczyny nie chciały się z
nimi umawiać, chłopaki wrzucali im do plecaków zdechłe szczury i stare kanapki
z pasztetową. Tylko sadysta zgodziłby się na wykonywanie tak znienawidzonego
przez wszystkich zawodu. Borowanie, skrobanie, dłutowanie i grzebanie w
korzeniach rozpalonym do czerwoności żelazem. „Nie będzie bolało, w ogóle nie
będzie bolało” zapewniają. A figa! Boli za każdym razem i za każdym razem znowu
wierzymy w te ich kłamstwa. To ja już wolę nie mieć ciała i nie mieć zębów, niz
pozwolić jakiemukolwiek dentyście na pchanie mi łap do gardła. Są
przyjemniejsze metody na śmierć w męczarniach.
W magazynie panowała ponura cisza.
-Jeszcze mało państwu dowodów na słuszność
preparatyzacji?- zaśmiał się ironicznie naukowiec. –To idźmy dalej. Po obfitym
śniadanku przeklęte ciało zaczyna trawić kawusię i rogaliki z marmoladą.
Trawić! Na duszę Plancka i Einsteina, nie mam słów by wyrazić głębię tej ohydy.
Pierdy, bąki, gazy, smrody, prutki. Jak to możliwe, że jednym końcem wchodzi
dżemik pachnący skąpanymi w słońcu truskawkami, a z drugiego końca wychodzi
trująca mieszanka zapachowa z nutą zdechłego skunksa, przepoconych skarpet i
radzieckiej konserwy rybnej?
-Przecież kobiety nie puszczają bąków.-
zaprotestował Heniek. Na te słowa i profesor i nieszczęśliwy mąż z trzeciej
półki zarechotali gorzko.
-Pan kawaler?
-Zatwardziały.
-O santa simplicitas! O święta naiwności!
Miałem kiedyś kolegę, świeć Panie jego duszy, który raz jeden jedyny był
kelnerem na wieczorze panieńskim, na zastępstwie za chorego przyjaciela. Podano
grochówkę i fasolkę po bretońsku. Jeszcze tej samej nocy hospitalizowano
trzydzieści młodziutkich panienek, a pogrzebem Miecia zajęła się organizacja
feministyczna i firma produkująca ogniotrwałe szelki. To są fakty, drodzy
państwo. To są fakty autentyczne.
Mózgi zgodnie jęknęły ze zgrozy. Panna Lola
żuła intensywnie jakąś myśl.
-Ale ten...- zaczęła nieśmiało.- Jedna
rzecz to jednak całkiem przyjemna...No... jakby tu tak to powiedzieć... chodzi
to to, że... bo to w sumie nie chodzi, tylko leży... ale można też stać...-
plątała się w swojej wypowiedzi. Mąż z trzeciej półki przyszedł jej z pomocą.
-Szabada szabada szabada! Uuuu, mydełko
Fa!- zaśpiewał, okropnie fałszując.
-Knur!- parsknęła żona.
-Latawica!
-Frajer!
-Stara ropucha!
-Mózgi w kubeł!- krzyknął profesor Siupała
doprowadzony do ostateczności. Zazwyczaj był przykładem wykwintu i najwyższej
kultury, lecz teraz czuł, że jeszcze moment, jeszcze chwila a wybuchnie,
doprowadzony do wściekłości przez tę bandę prostaków i nieuków. Zamiast radować
się wieczystą możliwością uczonych dyskusji i subtelnej wymiany mądrych
przemyśleń bez wstrętnej obecności ciał, przeklęta zgraja z czterysta siedemnastki
poniewczasie zaczęła lamentować nad utraconymi korpusami. Zupełnie jakby było
też czego żałować. Uczony wyrzucał sobie, że nie przyjął zaproszenia prezydenta
i nie zajął miejsca w prywatnym, ekskluzywnym magazynie dla polityków,
dostojników kościelnych i wpływowych bogaczy. Oni tam mają półki z mahoniu,
kulę dyskotekową i specjalnego robota-didżeja z wgraną całą dyskografią
Zbigniewa Wodeckiego.
„Ale nie.” pomyślał kąśliwie. „Chciałem
być uczciwy, chciałem być blisko prostego człowieka. No to mam za swoje. Hanc
personam indiusti, agenda est.10”
Ponuro ciągnął swój wywód.
-Zacznijmy w końcu nazywać rzeczy po
imieniu. Miłość, panno Lolu, pani chodzi o miłość. Owszem, wiem co to jest,
nawet coś o tym czytałem w prasie naukowej. Ars amandi, romantyczne uniesienia,
szeptanie do ucha pieszczotliwych słówek, pocałunki i trzymanie się za ręce w
świetle księżyca. Ohyda! Powiadam wam: zgroza i ohyda! Począwszy od niewinnych
buziaków, które w gruncie rzeczy są niczym innym, jak wymianą miliardów bakterii
a skończywszy na intymnym sam na sam. Tu coś chlupie, tam pluska, wszędzie
mokro i fiołkami też raczej nie pachnie.
-Wcale nie było złe, takie chlupanie.-
szepnął ktoś markotnie. Profesor udał, że nie słyszy.
-Kłamać nie będę. Dopóki ciało młode to i
niczego sobie, nawet nieźle wygląda. Ile jednak trwa młodość? Rok? Dwa? Pięć
lat? Już wkrótce zaczyna się parada celulitu, wrośniętych włosków, kaszaków,
pieprzyków, dzikiego mięska, odcisków, drugich podbródków, rozstępów, znamion,
przebarwień, starczych plam, szyj zwiędłych jak u indora, fałdek pełnych
tłuszczu, cycuszków zwisających smętnie niczym szczurze nosy, obwiśniętych
jąder i szczeciny porastającej plecy. Ale najgorsze, najgorsze ze wszystkiego
jest to, że to przeklęte ciało od zawsze było przeszkodą dla genialnego mózgu.
Każdy z nas doświadczył tego nie raz. Oto chwila zadumy wieczorową porą. Deszcz
bębni łagodnie po szybach, tykanie zegara działa uspokajająco. Mózg zanurza się
w morzu przemyśleń. Doskonały umysł już, już ma rozwiązać problem lotu do
gwiazd, głodu na świecie czy odwieczną zagadkę, którą to stroną należy wieszać
papier toaletowy-do ściany czy od ściany- kiedy to w najmniej spodziewanym
momencie ułomne ciało przerywa chwilę naukowej ekstazy i komunikuje głośnym
beknięciem: „jestem głodne, muszę siusiu, chce mi się spać, oho! ale mnie w
krzyżu łupie”. Ta sekunda najwyższego skupienia, ten moment, w którym miało się
dokonać genialne odkrycie jest już bezpowrotnie stracony. Śmiała myśl zaczyna
się plątać, z trudem wydedukowana konkluzja mroczy. Nic już nie jest jasne, nic
już nie jest proste. Żmudne obliczenia biorą w łeb, boskie natchnienie pryska
niczym szarak przyłapany przez ogrodnika na kradzieży młodej marchewki.
Bo oto, śmiech na sali, jedyną przeszkodą,
która dzieli ludzkość od lotu w gwiazdozbiór Andromedy jest soczyste
pierdnięcie! Czyż to nie żałosne?
Nikt się nie odezwał.
-Drodzy państwo, kiedy przed trzydziestu
laty formułowałem swoją teorię o zbędności, ba! o szkodliwości ludzkiego ciała
zobrazowałem ją przykładami donośnych beków, pierdów o niespotykanej wręcz
głośności, szerokiego ziewania i burczenia w brzuchu. Moim studentom nagle
jakby się rozjaśniło w głowach i wnet zrozumieli dlaczego nie udają im się
błyskotliwe badania nad hodowlą ogórków morskich bez wody czy doświadczenia z
nakłanianiem lwów do wegetarianizmu.
To ciała były winne! Nasze nic nie warte
ciała, które ośmielają się pocić, produkować gazy, męczyć i być głodne w
najmniej spodziewanym momencie. Za całe zło tego świata odpowiadają wieczne
puste kiszki, oblepione przez bakterie gnilne flaki, wątłe mięśnie i podatne na
złamania kości. To ciała prowadzą wojny, to ciała mordują, to ciała
zanieczyszczają wody i grunty orne, to ciała niewolą, upokarzają, rabują i
kłamią. Szlachetne umysły to co innego- one komponują sonaty, projektują domy
sięgające chmur, wymyślają zabawne opowiadania i snują śmiałe wizje przyszłości
bez wojen, głodu i cierpień. Obrzydliwe i wstrętne ciała, rozdęte od tłuszczu
albo wychudłe od choroby niweczą te śmiałe pomysły. Drżąca ręka skrzypka psuje
harmonię uwertury, niezgrabne palce architekta szkicują krzywą ścianę, genialny
pisarz zasypia ze zmęczenia przy trzeciej kartce rękopisu. Tak, tak, moi mili.
Ludzkie ciało jest jedną, wielką symfonią obrzydliwości, skomponowaną z pierdów,
beknięć i chlupotania. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej!- ostatnie
słowa profesor Siupało wykrzyczał tak donośnie, że aż zadrżały ściany
instytutu.
Mózgi milczały. Nikt nie mógł odmówić
profesorowi słuszności.
Przykra cisza trwała i trwała, i trwała aż
w końcu mistrz Siupićko odważył się cichutko stwierdzić.
-A ja tam nadal sądzę, że nie powinno się
pozbywać ciała, tylko dlatego, że nie jest perfekcyjne. Każde jest idealne na
swój niepowtrzalny sposób, niezależnie od wieku i okoliczności. Najlepsze co
można zrobić to zaprzyjaźnić się z tymi fałdami, kaszakami i zmarszczoną szyją,
zamiast niszczyć samego siebie czy to preparatyzacją, czy czym innym. O, tak.
Pomysłów na niszczenie ciała to nam i wcześniej nie brakowało. Modne diety,
operacje plastyczne, gorsety, silikony, botoxy, ale teraz...- prychnął złośliwie.-
teraz to się chyba wznieśliśmy na wyżyny bezmyślności.
Profesor Siupała, gdyby mógł, splunąłby z
obrzydzenia. No ale nie mógł, więc tylko rzekł jadowicie.
-Pan, panie Waldemarze jesteś
nieuleczalnym ignorantem.
I na znak protestu odwrócił się w słoiku,
pokazując pozostałym tylną część móżdżku.
Przykro się zrobiło. Przykro i
niewypowiedzianie smutno.
Lola westchnęła głośno.
-Ach. Co się stało, to się już nie
odstanie. Chodźmy lepiej spać. Może jutro wszystko będzie wyglądać lepiej.
-O, o, o.- zgodził się Heniek.- I to jest
najlepszy wniosek dzisiejszego dnia.
-Niech ktoś zgasi światło. Ja nie zasnę
przy włączonym świetle.- stwierdziła kapryśnie żona.
Mózgi spojrzały na wyłącznik światła
zainstalowany przy drzwiach magazynu i wtedy zapadła krępująca cisza.
-No i co teraz?- zapytał nieszczęśliwy mąż
z trzeciej półki.- Kto zgasi światło?
Spojrzeli po sobie. Słoik to bardzo pożyteczny
wynalazek: w miarę trwały, przezroczysty i wielofunkcyjny. Można w nim zakisić
ogórki, urządzić profesjonalną hodowlę patyczaków albo umieścić mózg w płynnej
odżywce. Ma jednak jedną zasadniczą wadę: jest dosyć nieruchawy.
Mistrz Siupićko stuknął swoim słoikiem o
słój obrażonego profesora.
-Panie mądry i co teraz?- zapytał dosyć
nieprzyjaźnie.
-Bando bęcwałów,- burknął profesor.- to
przecież oczywiste, że trzeba zawołać opiekuna magazynowego. O wszystkim
pomyśleliśmy.- i gwizdnął przeciągle. Na ten dźwięk do magazynu wjechał
XP-12. Zahaczył jedną płozą o stojący
najbliżej regał, obluzowanym chwytakiem o mały włos strąciłby kilka dolnych
słoików, zakręcił się wokół własnej osi, stłukł żyroskop, po czym posłusznie
stanął przed profesorem w oczekiwaniu na polecenia.
-Wyłącz światło.- powiedział wyniośle
naukowiec.
Robot podjechał do przełącznika, wysunął
chwytak i niezgrabnie pacnął nim o ścianę. Chwytak był wyłożony grubą warstwą
elastycznej kauczukowej pianki i tylko ześlizgnął się z przełącznika. Światło
wciąż się paliło.
- Naciskaj mocniej, ty bezużyteczny
szmelcu!- warknął profesor Siupała.
Robot rozpaczliwie machał chwytakiem,
wciąż i wciąż bijąc nim w przełącznik. Wszystko jednak na próżno. Miękka
warstwa kauczuku, która chronić miała delikatne słoiki przed zgnieceniem
podczas transportu, okazała się przeszkodą nie do pokonania podczas wyłączania
prądu. Delikatna pianka odkształcała się pod najmniejszym nawet naciskiem. W
czterysta siedemnastce rozległ się głośny jęk. A potem taki sam w czterysta osiemnastce.
I czterysta dziewiętnastce, i czterysta dwudziestce też. Profesor Siupała ze
zgrozą wpatrywał się w żałosne próby robota. Lola szlochała, żona z trzeciej
półki rzucała obelgami.
Tylko mistrz olimpijski Waldemar Siupićko
nie stracił fasonu.
-Pięknie pan to żeś wykombinował, panie
mądry. Po prostu cudnie. Zdajesz sobie pan sprawę, co będzie jak przyjdzie
rachunek za prąd? Koszmar, normalnie koszmar.- i zaśmiał się pogardliwie.
KONIEC
Objaśnienia wyrażeń i przysłów łacińskich
9 asinus asinorum- osioł nad osłami
10 Hanc personam indiusti, agenda est – wziąłeś na siebie
tę rolę, trzeba ją grać
wasza
Helga von Klusken
p.s. Piękną mamy jesień tego lata, co nie?
wtorek, 16 sierpnia 2016
Ciało pilnie poszukiwane cz.1
Niby jestem ale jednak wciąż mnie nie ma. Do domu wpadłam jak po ogień, na chwilę, na minutkę, na momencik. Ot, kiełki podkręcę u ortodonty, zrobię kilka prań i znowu spadam na wieś, by korzystać z ostatnich uroków deszczowego lata. Przed wami pokłosie trzytygodniowego remontu kuchni. Keep calm i nie zapominajcie alfabetu, dzieciaki.
Wersja PDF z chomika tutaj
Wersja PDF do poczytania online i ściągnięcia tutaj: Ciało pilnie poszukiwane
Wersja PDF z chomika tutaj
Wersja PDF do poczytania online i ściągnięcia tutaj: Ciało pilnie poszukiwane
Ciało pilnie poszukiwane
Część pierwsza
Magazyn 417 wypełniał nieznośny zapach formaliny i
lekki, zastarzały odór zwietrzałej, ludzkiej krwi. Na drzwiach wisiała krzywo
przymocowana tabliczka z napisem:
SAL-STRZY
od
Salecki Adam do Strzygomska Zygfryda
opiekun
magazynu XP-12
Liczba
sztuk 613
|
Samo pomieszczenie było bardzo zwykłe,
śmiem nawet napisać nijakie, podobne do tysięcy innych w Centralnym Instytucie
Przechowywania, imienia szatniarza Gugały. Podłoga wyłożona szarym linoleum,
ściany ochlapane farbą w miłym dla oka kolorze rzadkiej sraczki po buraczkach
na kwaśno, pod sufitem mocna i jaskrawo żarząca się wiecznotrwała świetlówka. Wokół trzech ścian
symetrycznie ustawiono metalowe regały, nieco już zniszczone, z których tu i
ówdzie odłaziła fabryczna zielona farba. Każdy regał posiadał cztery nóżki,
odpowiednio wysokie, tak aby nie dobrały się do nich szczury i sześć półek,
również metalowych, które dla ochrony przed kurzem pieczołowicie wyklejo ceratą
w kwiatki.
Na każdej półce, rzędem jeden obok
drugiego, niby żołnierze na paradzie stały szczelnie zakręcone słoiki, każdy
oznaczony wyraźną etykietką, aż pod wieczko wypełnione brunatnawą, lekko mętną cieczą
odżywczą. A w każdym słoiku pływał mózg.
Ludzki mózg ma się rozumieć.
Panowała cisza, dokładnie taka sama jak
panuje w audytorium pełnym ludzi, którzy widzą się po raz pierwszy w życiu.
Nieco nerwowa, nieco napięta, przepełniona lekkim erotyzmem i zapachem kiełbasy
czosnkowej. Zawsze, czy to w kinie, czy na wykładzie znajdzie się osobnik,
który jest święcie przekonany, że kanapka z czosnkową wyborową jest idealną
przekąską przed spotkaniem dużej ilości osób w relatywnie niewielkim
pomieszczeniu.
Nagle drzwi magazynu pchnięto gwałtownie
od zewnątrz i do środka wślizgnął się mały, niepozorny robot na płozach. Na
kadłubie odsłoniętego silnika miał przymocowana blaszkę identyfikacyjną: „XP-12,
służba magazynowa”. Robot trzymał w swoich teleskopowych chwytakach słoik ze
szczególnym okazem dorodnego mózgu w środku. Mózg był większy od pozostałych,
zdecydowanie bardziej pofałdowany, bardziej żółty, bardziej mięciutki i
gąbczasty. Ponadprzeciętna inteligencja wprost promieniowała od tego
wspaniałego organu. Robot nieco chybotliwie podjechał do metalowej półki, aż
zachlupotała płynna odżywka. Chwilę się wahał, coś obliczał w swoim
mikroprocesorowym łebku i przysięgam!, że gdyby miał brwi, to zmarszczyłby je z
nadmiaru intelektualnego wysiłku. Nagle, z boku metalowej dyńki coś zapiszczało,
z drucianej czupryny buchnął niewielki dym, a robot otworzył stalową gębę i
wychrypiał.
-A... be... ce...de... e... ef...- pauzy
między poszczególnymi literami były coraz dłuższe i dłuższe, aż w końcu, przy
„ef” zaciął się zupełnie. Myślał, myślał ale niewiele z tego myślenia wynikało.
-Gie, ha, i, jot, ka, el, em, en ty
elektroniczny matole!- wrzasnął nagle, wyraźnie zniecierpliwiony, słoik.- O,
pe, er, es, te, u, wu, zet, ziet, żet. Disce peur!1 Powtórz!
- Disco w Peru. Ziet, zet, żet.-
wymamrotał posłusznie robot. Nagle rozpromienił się. Chwycił prawym chwytakiem
wrzeszczący słoik a lewym delikatnie rozsunął dwa inne, stojące przed nim na
półce, na wysokości jego żyroskopu.
-Gdzie tutaj, ty patafianie?- zdenerwował
się znowu słoik.- proszę mnie ustawić jak należy, w alfabetycznej kolejności
inaczej zrobi nam sie tutaj okropny bałagan. Gdyby kiedyś ktoś mnie szukał, to
jak znajdzie bez właściwego porządku? Jestem profesor Ryszard Siupała i mam
prawnie zagwarantowane miejsce w magazynie czterysta siedemnaście, na drugiej
półce piątego regału- licząc od wejścia- między Siupka Lola, fryzjerka a
Siupićko Waldemar, mistrz olimpijski w biegu na trzynaście kilometrów.
-Siupka Lola.- zgodził się potulnie robot
i ostrożnie ustawił słoik na wskazanym miejscu. Odjechał kilka centymetrów i
krytycznym wzrokiem sprawdził czy mózgi stoją w jednym rzędzie, po czym
delikatnie przesunął profesora trzy milimetry w przód.
-Uważaj bęcwale, uważaj!- krzyknął
profesor.- Jak ten chwytak trzymasz? Nie dosuwaj mnie do brzegu, ja mam lęk
wysokości! To jest przecież wyraźnie odnotowane w aktach: nie ustawiać za
blisko krawędzi. Ach, och, ach! Jeszcze mnie strącisz i rozbijesz gamoniu!
Zabieraj te przerdzewiałe łapska!
Robot z uszanowaniem przesunął profesora
trzy milimetry w tył, a następnie, już z własnej woli, wytarł irchową
ściereczką mikroprocesory przylutowane do nakrętki słoika. Mikroprocesory połączone
były cienkim, platynowym drucikiem z odpowiednimi obszarami zwojów mózgowych i
zastępowały organa słuchu, wzroku i mowy. To właśnie dzięki nim wielce
inteligentny profesor Siupała wywrzeszczał sobie należne mu miejsce na półce.
-Na lewym oku mam ciągle jakiś paproch.-
burknął naukowiec. XP-12 wytarł lewy procesor jeszcze raz.- Dobra, nie chuchaj
mi więcej do oka, teraz może być. Fuu, śmierdzi z paszczy starym olejem
silnikowym.
Profesor Siupała, jak każdy genialny
naukowiec, był uroczym mężczyzną, uprzejmym, dobrze wychowanym, dowcipnym i,
zdaniem studentek czwartego roku, zabójczo przystojnym ze wspaniałymi
bokobrodami, błyszczącą łysinką i nieodłączną muchą w wielkie, różowe grochy.
Tylko w stosunkach z robotami zachowywał się jak ostatni skurczybyk. Ciągle na
nie wrzeszczał, popychał i pluł im do oliwiarek, kiedy nie patrzyły. Stare,
chińskie przysłowie mówi, że prawdziwą naturę człowieka można poznać po tym,
jak traktuje on swoich podwładnych. No, coś może w tym jest.
-Teraz spływaj przerdzewiała blaszanko.
Foras! 2
Robot wycofał się pokornie, cichutko
zamkając za sobą drzwi.
Profesor, gdyby mógł, wyprostowałby się
dumnie. Centralny Instytut Przechowywania stanowił bowiem dzieło jego życia.
Ponieważ nie mógł się prostować, gdyż był tylko mózgiem zanurzonym w odżywczej
zawiesinie, wydał dźwięk przypominający odrząkiwanie i wspaniałym, głębokim
barytonem powiedział:
-Wygląda na to, że już jesteśmy w
komplecie, moi mili państwo. Finis coronat opus.3
-Taaa?- Ze słoika obok odezwał się mocno
wątpiącym głosem Waldemar Siupićko.- Jak mnie preparowali to jeszcze jakieś dwa
miliardy ludzi czekało na swoją kolejkę. Już myślałem, że te polityki i inne
wierchuszki zrobili nam kawał. Nas wypreparowano, a sami zatrzymali swoje ciała
i zajęli najładniejsze domki letniskowe nad jeziorkiem, u nas w Kurówce. Ja to
nawet z kancelarii premiera dostałem list z zapytaniem, czy bym premierowi nie
sprzedał swojego, co to go dostałem za Gierka, w nagrodę za olimpiadę.
Najpiękniejszy domek ze wszystkich, całe czterdzieści metrów kwadratowych i
kuchnia w aneksie. Coś pan, panie ładny, taki pewny swego?
Profesor Siupała zignorował zaczepny ton w
głosie Siupićki i gdyby mógł, nadąłby się z pychy.
-Ponieważ to ja, profesor preparatyki
nadzywczajny Ryszard Maria Siupała, razem z moimi asystentami, opracowaliśmy
zarówno teoretyczne jak i praktyczne zasady preparatyki zwanej też w mowie
potocznej ”wyciąganiem mózgownicy ze łba”. Ponadto to my, z sukcesem,
powtarzam: z sukcesem przeprowadzaliśmy ogólnoświatową akcję oddzielana
ludzkich mózgów od ciał. Na samym końcu osobiście wypreparowałem mózgi swoich
asystentów i jako ostatni posiadacz ciała- tu skrzywiłby się z obrzydzeniem na
dźwięk słowa „ciało”gdyby tylko mógł, - zaprogramowałem robota we własnym
laboratorium by wyjął mój mózg i umieścił go w szkle. Szczerze mówiąc miałem
wątpliwości czy to stare robocisko poradzi sobie z tak skomplikowanym zadaniem.
Skoro jednak stoję tu przed państwem cały i żywy, w tym pięknym słoiku po
kiszonych ogórkach, znaczy to, że operacja przebiegła pomyślnie. Mamy komplet,
wypreparowano wszystkich.
Zapadła pełna podziwu cisza. Słowa
profesora wzbudziły ogólny zachwyt. Ten wspaniały, szlachetny człowiek, stoi
razem z nimi w jednym rzędzie, ramię w ram... eee... słoik w słoik i nic a nic
się nie wywyższa, mimo że właśnie dokonał największego eksperymentu w historii
planety. Czapki z głów drodzy państwo, oto co się dzieje, kiedy skromność
spotyka geniusz.
Zadowolony profesor kontynuował.
-A więc...hm... panie i panowie. O,
pardon! Powinienem powiedzieć raczej: moje drogie dzielne mózgi i urocze
mózgowniczki. Oficjalnie ogłaszam koniec dominacji szpetnego ciała. Od teraz do
na zawsze ludzkość istnieć będzie wyłącznie pod postacią czystego, doskonałego
rozumu. Na cześć tego doniosłego wydarzenia chciałbym byśmy razem wznieśli
gromkie hip hip...
-Hura!- krzyknęły zgodnie mózgi.
-Hip, hip...
-Hura!!
-Hip, hip...
-Hura, hura, hura!!!
-I na cześć najtęższego mózgu, który
wymyślił preparację też hura!- wykrzyknął ktoś z dolnej półki.
Profesor, gdyby mógł, zarumieniłby się ze wzruszenia,
gdyż, jak już wspominałam, był niezwykle skromnym człowie... eee... preparatem.
Pozostałe mózgi zaczęły jednak szeptać między sobą.
-Kto to powiedział? Kto to powiedział?
-To chyba Wiesiek.
-O, wypraszam sobie. To nie ja, to Heniek,
ten z dołu.
-Patrz pan, ja z nim przecież w fabryce
śrubek na jednej zmianie pracowałem. Co za wazeliniarz. Lizus zawsze zostanie
lizusem, kierownikowi też ciągle w dupę właził.
-Silentium4!- ryknął potężnie
profesor Siupała.- Nie po to zorganizowaliśmy preparatyzację, żeby teraz
wysłuchiwać podłych plotek. Mamy całą wieczność na przeprowadzanie
wysmakowanych, uczonych dysput i interlokucji. Takie drobne świństewka powinny
na zawsze odejść w niepamięć razem z naszymi wstrętnymi ciałami. Z racji tego i
owego chciałbym jako pierwszy zaproponować temat do pierwszej z naszych
niezliczonych dyskusji panelowych, a mianowicie: wpływ słoni na ogólną
gospodarkę Republiki Federalnej Niemiec w szczytowym okresie zimnej wojny...
Hola, hola! Kto tam znowu płacze?
Pytanie było zasadne, gdyż z trzeciej
półki drugiego regału przy środkowej ścianie istotnie dobiegało rozpaczliwe
szlochanie.
-Buuu! Do końca wszechświata obok tej
zołzy. Dobry Boże, za jakie grzechy?
-Zołzy? Teraz to zołzy, tak?- powiedział
skrzeczący, wiedźmowaty głos ze słoika obok.- Jak się pobieraliśmy dwadzieścia
lat temu, to mówiłeś, że mógłbyś mnie z miłości całą schrupać.
-I szkoda, że cię wtedy nie zeżarłem!
Dzisiaj bym już wychodził z więzienia.
-Silentium, silentium, pax, pax5!-
oponował profesor.- Co to znowu za niesnaski?
-Jakiem się zgadzał na tę całą preparację
to zastrzegłem se, żeby tylko nie stać na półce obok tej megiery, mojej żony.-
odpowiedziano mu przez łzy.- No i patrz pan, chyba specjalnie, na złość
postawiono mnie dokładnie obok.
-Też nie chciałam stać obok tego pacana,
wolałabym towarzystwo Brada Pitta.- wrzasnęła żona.- Tam to przynajmniej byłoby
na czym oko zawiesić.
-Droga pani, zaręczam pani, że w
przeciwieństwie do jego atrakcyjnej mięsnej powłoki, mózg Brada Pitta nie
prezentuje się okazale. Ba, powiem w sekrecie, że jest nieco skurczony i zszarzały,
takie byle co, popelina w formalinie. Nie każdy ma takie szczęście jak na
przykład ja, żeby wyglądać wspaniale zarówno z ciałem i bez ciała.
Profesor Siupała z chęcią zaprezentowałby
wszystkim obecnym wspaniałe bokobrody i wypucowaną do blasku łysinkę, jednak z
braku tych tylko zakołysał się w słoiku i zaprezentował cudownie pofalowane
zwoje mózgowe.
-A Pamela Anderson?- dopytywał się mąż.-
Jaki ma mózg? Ładny?
-Prosiak. Tylko ci jedno w głowie.-
warknęła żona.
-Zimna ryba.
Mózgi znowu zaczęły szeptać między sobą i
ciekawie przysłuchiwać się kłótni. Profesor, gbyby mógł, zbladłby z niepokoju.
To przecież niedorzeczność zaczynać wspólną wieczną egzystencję od ordynarnego,
małżeńskiego mordoplucia zamiast od uczonej dyskusji o słoniach i Niemcach. O
tempora, o mores! 6 Ciekawe czy w innych magazynach też zaczęli
drzeć na siebie od początku ryje. Nagle pożałował, że nie przyjął panieńskiego
nazwiska żony Rymnicki. Stałby teraz w jednym magazynie razem ze światowej
sławy kompozytorem Rymkiewiczem Edwardem i przyjaźnie gawędzili o molach i
etiudach. Zainterweniował jeszcze energiczniej.
-Drogi panie, droga pani, mimo wszystko
prosiłbym o spokój. Sami nie jesteście. Co inne magazyny powiedzą? W takiej
czterysta osiemnastce, drzwi obok, na trzeciej półce czwartego regału stoi sam
laurerat nagrody Nobla. Co on sobie o was pomyśli? Nie wstyd wam? Preparacja to
tak wspaniały wynalazek, że wszyscy powinniśmy przymknąć oczy (gdybyśmy tylko
mogli) na takie drobne niedogodności kto obok kogo stoi. Już w fazie planowania
przyjęliśmy porządek alfabetyczny i tak musi zostać. A stoi obok B, Ce obok De,
a Żet pałęta się w ogonku. Ja sam na
przykład stoję obok pana Siupićko, naszego niedoścignionego mistrza
olimpijskiego w biegu na trzynaście kilometrów, a skądinąd wiem od jednego z
moich studentów, że strasznie cuchną mu nogi. A czy się skarżę? Skądże. Homo
sum.7
-Mnie śmierdzą nogi?- zawył Siupićko,
urażony w miłości własnej.- Kto powiedział, że śmierdzą?
-No, teraz to już panu nie śmierdzą, bo
ich pan nie masz.- uspokajał go profesor.- Zresztą, nawet gdybyś pan miał nogi,
co samo w sobie jest już niedorzeczne, bo nie zmieściłyby się do słoika, to i
tak nikt by tego nie czuł. Ze względów oszczędnościowych nie zainstalowaliśmy
mikroprocesorów odpowiedzialnych za zmysł powonienia.
-A robotowi toś pan przygadał, że mu z
japy jedzie starym olejem.- powiedział Wiesiek, ten od fabryki śrubek.
-Może sobie, wykształciuch, nos prywatnie
kazał zainstalować?
-Tylko proszę bez osobistych wycieczek,
trochę kultury, na duszę Maxa Bohra! To były założenia naturo de facto. Każdemu robotowi, którego dotąd spotkałem,
cuchnęło z paszczy. Roboty nie mogą jej myć, bo im tam w środku wszystko
rdzewieje. Logicznym jest, że temu też pewnie śmierdzi.
-Czy ktoś powiedział znowu: „śmierdzi”?!-
ryknął oburzony olimpijczyk.
Profesor westchnął.
-Panie Siupićko, już tłumaczyłem. Nikt
niczego nie poczuje, więc może pan sobie cuchnąć do woli. A zresztą... dzięki
cudowi preparatyzacji niepotrzebnie się pan tylko unosisz.
-Niepotrzebnie? Całą młodość straciłem na
bieżni i boisku, szkoły nie skończyłem ciągle tylko trening i trening aż do
zupełnego wyczerpania. Żona odeszła, dzieci zapomniały jak wyglądam i zaczęły
do mnie „wujku” mówić, a ja tylko biegłem i biegłem. Przebiegnij sam, jeden z
drugim, dwa maratony dziennie i wsadź gębę we własne skarpety. Zobaczymy czy
będą waniać poziomkami.
-Drogi panie Waldemarze.- oburzył się
profesor.- Zmuszony jestem zwrócić panu uwagę, że odbiegamy od merytorycznego
aspektu naszej pierwszej dyskusji panelowej. Iterum8: jako pierwszy
temat chciałbym zaproponować wpływ słoni...
-Wpływ słoni na rozpaćkiwanie na miazgę
głupich żon!- przerwał mu nagle nieszczęśliwy mąż z trzeciej półki.
-Albo na rozdeptywanie leniwych grubasów!-
dodał mistrz olimpijski.
-Lub durnych mężów, którzy nie kwapią się,
by zreperować cieknący kran!- zawyła żona.
-Skoro powiedziałem, że naprawię, to
naprawię. Musiałaś mi o tym, durna małpo, przypominać co pół roku?
-Cicho, cicho! Pogadajmy lepiej o Heńku.
Na własne oczy widziałem, jak ten wazeliniarz kierownika w otwór całował, żeby
tylko wyższą premię dostać.
-Ja całowałem? Ja?- oburzył się Heniek.
-A całowałeś. Cmok, cmok, cmok,
kierowniczku najdroższy. Buzi w łysinkę, buzi w dupinkę. Sam widziałem.
-Jak cię lunę przez pysk, ty wszarzu, to
nie tylko kierownika zobaczysz, ale i swoich dziadków aż do piątego pokolenia
wstecz!
-Takiś tera w gębie mocny? A we fabryce,
toś się zawsze na fajrant przed chłopakami we kiblu chował, żeby ci po glacy
nie dali za te przytulanki z szefowstwem, ty ciulu radomski! Chodź tu, to ci
przyłożę!
-Nie, to ty chodź do mnie!
Sytuacja zaczynała się robić nieprzyjemnie
dramatyczna. Wprawdzie groźby o „prostowaniu wszarzy” i „lutowaniu
szczęki” można było zignorować, no bo
jak zamierzają pobić się dwa, wypreparowane mózgi? Słoikami będą o siebie stukać,
czy co? Jednak wzmagające się okrzyki zaczynały być słyszalne i na korytarzu.
Co pomyślą sobie inne magazyny o czterysta siedemnastce? Ot, banda goryli- nic
więcej- oto co będą gadać. Profesor spłynąłby potem, gdyby mógł. Zaraz pewnie zaczną
się szerzyć plotki, że jest asinus asinorum9, królem osłów i
księciem debili. Jego reputacja będzie na wieki zniszczona!
-Silentio, silentio!- krzyczał, lecz na
próżno.
cdn...
1 Disce peur – ucz się chłopcze
Objaśnienia wyrażeń i przysłów łacińskich
1 Disce peur – ucz się chłopcze
2 Foras- wynocha
3 Finis coronat opus- koniec wieńczy dzieło.
4 silentium- cisza
5 pax- spokój
6 O tempora,
o mores!- O czasy, o obyczaje!
7 Homo sum (humani nihil a me alienum puto) –
człowiekiem jestem (i nic co ludzkie nie jest mi obce)
8 Iterum-
ponownie
wasza
Helga von Klusken
p.s. Uprzejmie proszę nie kopiować, bo przylutuję w żuchwę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

