Ja odpadam, ale gdyby ktoś, z ogromnym nadmiarem wolnego czasu, wspaniałą dykcją i brakiem nadziei na jakikolwiek zarobek miałby ochotę się tym zająć to czemu nie?
Kompletna wersja PDF do poczytania i ściągnięcia: Ciało pilnie poszukiwane
Ciało pilnie poszukiwane
Część 2 - ostatnia
Profesor spłynąłby potem, gdyby mógł. Zaraz
pewnie zaczną się szerzyć plotki, że jest asinus asinorum9, królem
osłów i księciem debili. Jego reputacja będzie na wieki zniszczona!
-Silentio, silentio!- krzyczał, lecz na
próżno.
Napiętą atmosferę całkiem niespodziewanie
rozładowała wypowiedź Loli Siupki, za czasów posiadania ciała fryzjerki i
rasowej blondyny, z inteligencją odwrotnie proporcjonalną do rozmiarów
imponującego biustu.
-Ale tak naprawdę to ja w ogóle nie
rozumiem, po co ta powszechna prywatyzacja.- jęknęła żałośnie.
-Preparatyzacja.- poprawił ją uczenie
profesor.
Lola wzruszyłaby ramionami, gdyby mogła.
-Jeden czort. Po co właściwie to wszystko?
Nie, żebym się skarżyła, bo to i czynszu nie trzeba płacić, i w słoiku jest
zawsze cieplutko, jak na Majorce albo w Kołobrzegu latem, ale po głębszym
namyśle to mnie się tu jednak nie podoba. Nawet nie ma komu włosów strzyc, nie
mówiąc już o trwałej ondulacji czy farbowaniu henną. Pan profesor w telewizji
to zawsze mówił, że bez ciała będzie nam wszystkim lepiej, ale ja naprawdę
lubiłam swoje ciało.- Lola pomyślała ze smutkiem o swoich dwóch, wspaniałych
piersiach wciśniętych w skąpy kostium bikini, długich aż do szyi nogach,
jedwabistej skórze i jędrnej dupci, ochoczo podszczypywanej przez męską
klientelę zakładu strzyżenia i golenia „płać i płacz” w którym pracowała.
-Można to jakoś odwrócić?
-Wykluczone.- profesor, gdyby mógł, aż
wzdrygnąłby się z obrzydzenia na sam pomysł powrotu do ciała.- Nasze mięsne
powłoki zostały zmielone, wyciśnięte przez praskę do winogron a pozyskany w tym
procesie moszcz stał się podstawą naszej odżywczej mieszanki. Zawiera ona
białka, cukier, witaminy i barwnik E217. Dzięki temu otrzymujemy wszystko, co
potrzebne do wieczystej egzystencji wypełnionej wzniosłymi myślami i
błyskotliwymi wnioskami. I to wszystko bez plugawych cielsk, które tylko
narażały nasze doskonałe mózgi na starzenie się i mechaniczne uszkodzenia.
-To może chociaż mogłabym dostać z
powrotem same cycuszki?- zaproponowała smętnie Lola.
-O tak!- zawołał ochoczo mąż z trzeciej
półki.- Może moglibyśmy zobaczyć jej cycuszki? Ustawiłoby się jakiś podest na
środku albo co. Niech sobie popatrzą wszyscy.
-Świnia.- warknęła żona.
-Głupia krowa.- mąż nie był dłużny.
-Pasożyt!
-Kanapowy leniwiec!
-Pax, paaax!!!- wrzasnął profesor Siupała.-
Coś mi się zdaje, że w naszej gromadzie nie wszyscy są przekonani do cudu
pozyskiwania czystego, doskonałego rozumu. Wstydźcie się państwo. Taka
zakrojona na szeroką skalę akcja informacyjna w internecie i telewizji, a wy mi
tu teraz z cycu... z gruczołami piersiowymi wyjeżdżacie.
-Ja chcę tylko moje bimbałki z powrotem.-
marudziła Lola.
-To po co poddawała się pani
preparatyzacji?- zirytował się profesor.- Nikt przecież nie zmuszał, wszystko
było dobrowolne.
-Czy ja wiem?- jęczała płaksiwie Lola.-
Wszyscy stali w jakiejś kolejce, to stanęłam i ja. Wszyscy coś podpisywali, to
podpisałam i ja. Myślała, że coś za darmo dają, a tu się okazało, że to nie
dają, tylko biorą i to do tego moje cycunie kochane. Buuu... moje dwa malutkie
pieścidełka!
I rozszlochała się na dobre.
Nagle zewsząd podniosły się głosy.
-Wierzcie państwo lub nie, ale ja miałem
całkiem niezły tyłek. Też mi go trochę szkoda.
-Fuu! Czy to znaczy, że ja tutaj jestem
zanurzona w wydzielinie z tyłka?
-Z naprawdę niezłego tyłka, panno Lolu.
Naprawdę niezłego.
-A, to co innego.
-Ja miałam bardzo ładny nos. Trochę krzywy i trochę piegowaty, ale ogólnie
bardzo przyjemny. Nawet kichał wyjątkowo elegancko, z takim jakby niewymuszonym
wdziękiem.
-A ja lubiłem swój piwny brzuszek. Wcześniej
myślałem, że to wstyd, bo gruby i owłosiony, ale teraz to i owszem, widzę, że
to był całkiem fajny brzuch. Bardzo mięciutki.
W jednej chwili okazało się, że każdy, ale
to każdy mózg posiadał jakąś część ciała, której utraty żałował. Jeden chciałby
swoje uszy z powrotem, inny płakał na myśl o utraconych piętach, jeszcze inny
chwalił sobie swoją świetnie funkcjonującą wątrobę. Początkowy entuzjazm
preparatyzacji szybko przemienił się ogólnomagazynowe larum nad nosami, oczami,
piersiami, dwunastnicami i tchawicami. Gdyż w każdym ciele można znaleźć coś
pięknego, coś co porusza, co zachwyca, co sprawia, że staje się takie
wyjątkowe. Różnorodność jest piękna, różnistość jest zachwycająca.
Tylko profesor Siupała, gdyby mógł, zbladłby
z gniewu. No ale przecież nie mógł. Zamiast tego wrzasnął:
-Ja tu widzę, że państwu przydałoby się
trochę elementarnej wiedzy. Takie ignoranctwo jest niedopuszczalne. Więcej: ja
otwarcie mówię, że to bardzo niebezpieczne. To pachnie buntem! To zakrawa na
rebelię! Państwu jest potrzebny natychmiastowy, przyspieszony kurs
dokształcający z preparatyki stosowanej! Państwa niewiedza jest przerażająca!
-No to oświeć nas pan.- zakpił mistrz
Siupićko.- Pan nas w sumie żeś do tych słoików wepchnął, to jesteś za wszystko
odpowiedzialny. I nie musisz się pan spieszyć. Mamy przed sobą całą wieczność w
odżywczej mieszance pańskiego pomysłu.
Profesor, gdyby mógł, spaliłby mistrza
Siupićkę wzrokiem. No, ale nie mógł. Mimo że wewnętrznie wrzał z gniewu
zachował spokój, godny genialnego naukowca. Zaczął objaśniać chłodnym,
rzeczowym tonem.
-Trzeba w końcu raz na zawsze powiedzieć
to głośno: posiadanie ciała jest obrzydliwe.
-Parę rzeczy było jednak fajnych.
Jedzenie, taniec i takie tam...- przerwał ktoś, a ktoś inny podsunął lubieżnie:
-Bara bara, riki tiki, hehe.
-Cisza!- warknął gniewnie profesor Siupała.-
Posiadanie ciała jest obrzydliwe. Nie wierzycie państwo? Weźmy pierwszy z
brzegu przykład: śniadanie. Jak śniadanie to kawusia z mlekiem, rogaliki z
konfiturą truskawkową, wiejskie masełko, takie prawdziwe „od baby”, solone
rzodkiewki i drobno posiekany, zielony szczypiorek. Mmmm...
Wyliczaniu profesora towarzyszyły
rozmarzone westchnienia słuchaczy.
-Aż ślinka cienie, nieprawda? No właśnie!
Ślina cieknie! Hektolitry obrzydliwie wilgotnej śliny kapiącej powoli spomiędzy
warg. W ciągu całego życia produkujemy jej tyle, że wystarczyłoby do
napełnienia trzech basenów olimpijskich. Kto z was chciałby kąpać się w tej
ślinie? Fuj, ohyda. Usta mokre, szyja mokra, kap, kap, kap, kapie po podbródku.
Potem wcale nie jest lepiej. Otwieramy paszczę do pierwszego kęsa nasmarowanego
marmoladą rogalika i co? Smród! Zatęchły zapaszek nieumytych jeszcze po nocy
zębów, który zdołałby powalić nawet najbardziej odpornego dentystę. Gryzienie
też wcale nie jest apetyczne, tu coś skrzypi, tam trzeszczy i to wszystko przy
akompaniamencie ciągłego ciamkania i mlasków.
„Mmm, jaki pyszny rogalik.”- chlup, ciap,
mlask.
„A ta konfitura? Niebo w gębie”.- chlup,
ciap, mlask.
„Poproszę o sól.” i znowu ciap, chlup,
mlask.
A zęby, ha? Czyż zęby nie są odrażające?
Kogo z was kiedykolwiek bolały zęby?
Gdyby mogli, zgłosiliby się wszyscy.
Profesor kontynuował.
-Czyż to nie jest największa obrzydliwość
ze wszystkich? Bolą, trzeszczą, łamią się i cuchną.
-No... ale przecież wymyślono dentystów.-
Wiesiek zwrócił nieśmiało uwagę.- Trochę krzyku i po krzyku.
-Dentyści, o zgrozo!- zawył profesor.-
Kiedy studiowałem na uniwersytecie sześćdziesiąt lat temu, to adeptów
stomatologii mieliśmy w największej pogardzie. Dziewczyny nie chciały się z
nimi umawiać, chłopaki wrzucali im do plecaków zdechłe szczury i stare kanapki
z pasztetową. Tylko sadysta zgodziłby się na wykonywanie tak znienawidzonego
przez wszystkich zawodu. Borowanie, skrobanie, dłutowanie i grzebanie w
korzeniach rozpalonym do czerwoności żelazem. „Nie będzie bolało, w ogóle nie
będzie bolało” zapewniają. A figa! Boli za każdym razem i za każdym razem znowu
wierzymy w te ich kłamstwa. To ja już wolę nie mieć ciała i nie mieć zębów, niz
pozwolić jakiemukolwiek dentyście na pchanie mi łap do gardła. Są
przyjemniejsze metody na śmierć w męczarniach.
W magazynie panowała ponura cisza.
-Jeszcze mało państwu dowodów na słuszność
preparatyzacji?- zaśmiał się ironicznie naukowiec. –To idźmy dalej. Po obfitym
śniadanku przeklęte ciało zaczyna trawić kawusię i rogaliki z marmoladą.
Trawić! Na duszę Plancka i Einsteina, nie mam słów by wyrazić głębię tej ohydy.
Pierdy, bąki, gazy, smrody, prutki. Jak to możliwe, że jednym końcem wchodzi
dżemik pachnący skąpanymi w słońcu truskawkami, a z drugiego końca wychodzi
trująca mieszanka zapachowa z nutą zdechłego skunksa, przepoconych skarpet i
radzieckiej konserwy rybnej?
-Przecież kobiety nie puszczają bąków.-
zaprotestował Heniek. Na te słowa i profesor i nieszczęśliwy mąż z trzeciej
półki zarechotali gorzko.
-Pan kawaler?
-Zatwardziały.
-O santa simplicitas! O święta naiwności!
Miałem kiedyś kolegę, świeć Panie jego duszy, który raz jeden jedyny był
kelnerem na wieczorze panieńskim, na zastępstwie za chorego przyjaciela. Podano
grochówkę i fasolkę po bretońsku. Jeszcze tej samej nocy hospitalizowano
trzydzieści młodziutkich panienek, a pogrzebem Miecia zajęła się organizacja
feministyczna i firma produkująca ogniotrwałe szelki. To są fakty, drodzy
państwo. To są fakty autentyczne.
Mózgi zgodnie jęknęły ze zgrozy. Panna Lola
żuła intensywnie jakąś myśl.
-Ale ten...- zaczęła nieśmiało.- Jedna
rzecz to jednak całkiem przyjemna...No... jakby tu tak to powiedzieć... chodzi
to to, że... bo to w sumie nie chodzi, tylko leży... ale można też stać...-
plątała się w swojej wypowiedzi. Mąż z trzeciej półki przyszedł jej z pomocą.
-Szabada szabada szabada! Uuuu, mydełko
Fa!- zaśpiewał, okropnie fałszując.
-Knur!- parsknęła żona.
-Latawica!
-Frajer!
-Stara ropucha!
-Mózgi w kubeł!- krzyknął profesor Siupała
doprowadzony do ostateczności. Zazwyczaj był przykładem wykwintu i najwyższej
kultury, lecz teraz czuł, że jeszcze moment, jeszcze chwila a wybuchnie,
doprowadzony do wściekłości przez tę bandę prostaków i nieuków. Zamiast radować
się wieczystą możliwością uczonych dyskusji i subtelnej wymiany mądrych
przemyśleń bez wstrętnej obecności ciał, przeklęta zgraja z czterysta siedemnastki
poniewczasie zaczęła lamentować nad utraconymi korpusami. Zupełnie jakby było
też czego żałować. Uczony wyrzucał sobie, że nie przyjął zaproszenia prezydenta
i nie zajął miejsca w prywatnym, ekskluzywnym magazynie dla polityków,
dostojników kościelnych i wpływowych bogaczy. Oni tam mają półki z mahoniu,
kulę dyskotekową i specjalnego robota-didżeja z wgraną całą dyskografią
Zbigniewa Wodeckiego.
„Ale nie.” pomyślał kąśliwie. „Chciałem
być uczciwy, chciałem być blisko prostego człowieka. No to mam za swoje. Hanc
personam indiusti, agenda est.10”
Ponuro ciągnął swój wywód.
-Zacznijmy w końcu nazywać rzeczy po
imieniu. Miłość, panno Lolu, pani chodzi o miłość. Owszem, wiem co to jest,
nawet coś o tym czytałem w prasie naukowej. Ars amandi, romantyczne uniesienia,
szeptanie do ucha pieszczotliwych słówek, pocałunki i trzymanie się za ręce w
świetle księżyca. Ohyda! Powiadam wam: zgroza i ohyda! Począwszy od niewinnych
buziaków, które w gruncie rzeczy są niczym innym, jak wymianą miliardów bakterii
a skończywszy na intymnym sam na sam. Tu coś chlupie, tam pluska, wszędzie
mokro i fiołkami też raczej nie pachnie.
-Wcale nie było złe, takie chlupanie.-
szepnął ktoś markotnie. Profesor udał, że nie słyszy.
-Kłamać nie będę. Dopóki ciało młode to i
niczego sobie, nawet nieźle wygląda. Ile jednak trwa młodość? Rok? Dwa? Pięć
lat? Już wkrótce zaczyna się parada celulitu, wrośniętych włosków, kaszaków,
pieprzyków, dzikiego mięska, odcisków, drugich podbródków, rozstępów, znamion,
przebarwień, starczych plam, szyj zwiędłych jak u indora, fałdek pełnych
tłuszczu, cycuszków zwisających smętnie niczym szczurze nosy, obwiśniętych
jąder i szczeciny porastającej plecy. Ale najgorsze, najgorsze ze wszystkiego
jest to, że to przeklęte ciało od zawsze było przeszkodą dla genialnego mózgu.
Każdy z nas doświadczył tego nie raz. Oto chwila zadumy wieczorową porą. Deszcz
bębni łagodnie po szybach, tykanie zegara działa uspokajająco. Mózg zanurza się
w morzu przemyśleń. Doskonały umysł już, już ma rozwiązać problem lotu do
gwiazd, głodu na świecie czy odwieczną zagadkę, którą to stroną należy wieszać
papier toaletowy-do ściany czy od ściany- kiedy to w najmniej spodziewanym
momencie ułomne ciało przerywa chwilę naukowej ekstazy i komunikuje głośnym
beknięciem: „jestem głodne, muszę siusiu, chce mi się spać, oho! ale mnie w
krzyżu łupie”. Ta sekunda najwyższego skupienia, ten moment, w którym miało się
dokonać genialne odkrycie jest już bezpowrotnie stracony. Śmiała myśl zaczyna
się plątać, z trudem wydedukowana konkluzja mroczy. Nic już nie jest jasne, nic
już nie jest proste. Żmudne obliczenia biorą w łeb, boskie natchnienie pryska
niczym szarak przyłapany przez ogrodnika na kradzieży młodej marchewki.
Bo oto, śmiech na sali, jedyną przeszkodą,
która dzieli ludzkość od lotu w gwiazdozbiór Andromedy jest soczyste
pierdnięcie! Czyż to nie żałosne?
Nikt się nie odezwał.
-Drodzy państwo, kiedy przed trzydziestu
laty formułowałem swoją teorię o zbędności, ba! o szkodliwości ludzkiego ciała
zobrazowałem ją przykładami donośnych beków, pierdów o niespotykanej wręcz
głośności, szerokiego ziewania i burczenia w brzuchu. Moim studentom nagle
jakby się rozjaśniło w głowach i wnet zrozumieli dlaczego nie udają im się
błyskotliwe badania nad hodowlą ogórków morskich bez wody czy doświadczenia z
nakłanianiem lwów do wegetarianizmu.
To ciała były winne! Nasze nic nie warte
ciała, które ośmielają się pocić, produkować gazy, męczyć i być głodne w
najmniej spodziewanym momencie. Za całe zło tego świata odpowiadają wieczne
puste kiszki, oblepione przez bakterie gnilne flaki, wątłe mięśnie i podatne na
złamania kości. To ciała prowadzą wojny, to ciała mordują, to ciała
zanieczyszczają wody i grunty orne, to ciała niewolą, upokarzają, rabują i
kłamią. Szlachetne umysły to co innego- one komponują sonaty, projektują domy
sięgające chmur, wymyślają zabawne opowiadania i snują śmiałe wizje przyszłości
bez wojen, głodu i cierpień. Obrzydliwe i wstrętne ciała, rozdęte od tłuszczu
albo wychudłe od choroby niweczą te śmiałe pomysły. Drżąca ręka skrzypka psuje
harmonię uwertury, niezgrabne palce architekta szkicują krzywą ścianę, genialny
pisarz zasypia ze zmęczenia przy trzeciej kartce rękopisu. Tak, tak, moi mili.
Ludzkie ciało jest jedną, wielką symfonią obrzydliwości, skomponowaną z pierdów,
beknięć i chlupotania. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej!- ostatnie
słowa profesor Siupało wykrzyczał tak donośnie, że aż zadrżały ściany
instytutu.
Mózgi milczały. Nikt nie mógł odmówić
profesorowi słuszności.
Przykra cisza trwała i trwała, i trwała aż
w końcu mistrz Siupićko odważył się cichutko stwierdzić.
-A ja tam nadal sądzę, że nie powinno się
pozbywać ciała, tylko dlatego, że nie jest perfekcyjne. Każde jest idealne na
swój niepowtrzalny sposób, niezależnie od wieku i okoliczności. Najlepsze co
można zrobić to zaprzyjaźnić się z tymi fałdami, kaszakami i zmarszczoną szyją,
zamiast niszczyć samego siebie czy to preparatyzacją, czy czym innym. O, tak.
Pomysłów na niszczenie ciała to nam i wcześniej nie brakowało. Modne diety,
operacje plastyczne, gorsety, silikony, botoxy, ale teraz...- prychnął złośliwie.-
teraz to się chyba wznieśliśmy na wyżyny bezmyślności.
Profesor Siupała, gdyby mógł, splunąłby z
obrzydzenia. No ale nie mógł, więc tylko rzekł jadowicie.
-Pan, panie Waldemarze jesteś
nieuleczalnym ignorantem.
I na znak protestu odwrócił się w słoiku,
pokazując pozostałym tylną część móżdżku.
Przykro się zrobiło. Przykro i
niewypowiedzianie smutno.
Lola westchnęła głośno.
-Ach. Co się stało, to się już nie
odstanie. Chodźmy lepiej spać. Może jutro wszystko będzie wyglądać lepiej.
-O, o, o.- zgodził się Heniek.- I to jest
najlepszy wniosek dzisiejszego dnia.
-Niech ktoś zgasi światło. Ja nie zasnę
przy włączonym świetle.- stwierdziła kapryśnie żona.
Mózgi spojrzały na wyłącznik światła
zainstalowany przy drzwiach magazynu i wtedy zapadła krępująca cisza.
-No i co teraz?- zapytał nieszczęśliwy mąż
z trzeciej półki.- Kto zgasi światło?
Spojrzeli po sobie. Słoik to bardzo pożyteczny
wynalazek: w miarę trwały, przezroczysty i wielofunkcyjny. Można w nim zakisić
ogórki, urządzić profesjonalną hodowlę patyczaków albo umieścić mózg w płynnej
odżywce. Ma jednak jedną zasadniczą wadę: jest dosyć nieruchawy.
Mistrz Siupićko stuknął swoim słoikiem o
słój obrażonego profesora.
-Panie mądry i co teraz?- zapytał dosyć
nieprzyjaźnie.
-Bando bęcwałów,- burknął profesor.- to
przecież oczywiste, że trzeba zawołać opiekuna magazynowego. O wszystkim
pomyśleliśmy.- i gwizdnął przeciągle. Na ten dźwięk do magazynu wjechał
XP-12. Zahaczył jedną płozą o stojący
najbliżej regał, obluzowanym chwytakiem o mały włos strąciłby kilka dolnych
słoików, zakręcił się wokół własnej osi, stłukł żyroskop, po czym posłusznie
stanął przed profesorem w oczekiwaniu na polecenia.
-Wyłącz światło.- powiedział wyniośle
naukowiec.
Robot podjechał do przełącznika, wysunął
chwytak i niezgrabnie pacnął nim o ścianę. Chwytak był wyłożony grubą warstwą
elastycznej kauczukowej pianki i tylko ześlizgnął się z przełącznika. Światło
wciąż się paliło.
- Naciskaj mocniej, ty bezużyteczny
szmelcu!- warknął profesor Siupała.
Robot rozpaczliwie machał chwytakiem,
wciąż i wciąż bijąc nim w przełącznik. Wszystko jednak na próżno. Miękka
warstwa kauczuku, która chronić miała delikatne słoiki przed zgnieceniem
podczas transportu, okazała się przeszkodą nie do pokonania podczas wyłączania
prądu. Delikatna pianka odkształcała się pod najmniejszym nawet naciskiem. W
czterysta siedemnastce rozległ się głośny jęk. A potem taki sam w czterysta osiemnastce.
I czterysta dziewiętnastce, i czterysta dwudziestce też. Profesor Siupała ze
zgrozą wpatrywał się w żałosne próby robota. Lola szlochała, żona z trzeciej
półki rzucała obelgami.
Tylko mistrz olimpijski Waldemar Siupićko
nie stracił fasonu.
-Pięknie pan to żeś wykombinował, panie
mądry. Po prostu cudnie. Zdajesz sobie pan sprawę, co będzie jak przyjdzie
rachunek za prąd? Koszmar, normalnie koszmar.- i zaśmiał się pogardliwie.
KONIEC
Objaśnienia wyrażeń i przysłów łacińskich
9 asinus asinorum- osioł nad osłami
10 Hanc personam indiusti, agenda est – wziąłeś na siebie
tę rolę, trzeba ją grać
wasza
Helga von Klusken
p.s. Piękną mamy jesień tego lata, co nie?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)