Opowiadanie "Wielki Pracodawca" zostało w dużym stopniu zainspirowane muchami pana Lipki. (Jerzy Lipka, "Co większe muchy", Fantastyka nr 1, 1982). Do poczytania pod adresem http://niniwa22.cba.pl/lipka_co_wieksze_muchy.htm. Muchy pana Lipki nie straciły z biegiem czasu na przesłaniu. Ludzkość nadal nie wybiła się ponad kilka miliardów gównożerców przeszkadzających na bankiecie życia kilkunastu najbogatszym. Co gorsza much przybywa a strecore, które obsiadły kurczy się w zatrważającym tempie. Wersja PDF Wielkiego Pracodawcy dostępna jest do pobrania z chomika http://chomikuj.pl/woorkroom2007/vonklusken. 40 darmowych MB czeka, bo kilka milionów much nie może się mylić.
Plik PDF z utworem również do bezpośredniego poczytania tutaj Wielki Pracodawca
Wielki Pracodawca
Jedzenia nie wolno michrać. Nie wolno i już, takie są przepisy, a za złamanie
przepisów można dostać po łapach. Numer Sz-854 uważnie przyjrzał się swojemu obiadowi
na zielonej tacce- szarawej brei ziemniaków, sałatce z buraków i cebuli z octem,
i niedużemu, mielonemu kotletowi. Kotlet był za krótko smażony, na zewnątrz
buro-brązowy a w środku jeszcze różowy i krwisty. Plastikowa tacka, mocno
zużyta i połamana na rogach podzielona była na sześć segmentów. Największy z
nich był przeznaczony na dodatek białkowy. Sześciokątne wgłębienie było zdecydowanie
za duże, gdyż kawałki ryby lub mięsa rzadko były większe niż połowa jego zaciśniętęj
pięści. Tylko w dni kiedy podawano rzadki, wodnisty gulasz było wypełnione po
brzegi. Dwa kolejne segmenty przeznaczono na dodatek skrobiowy- najczęściej
ziemniaki lub makaron, ryż podawano niezbyt często, i na bombę witaminową. Dzisiaj były
to buraki, które Sz-854 niezbyt lubił, gdyż ocet palił go w usta. Pocieszał się
jedynie tym, że buraczki zdarzają się tylko kilka razy w miesiącu. Najbardziej
lubił sałatkę z cebuli i marchwi, kiszone ogórki, kapustę na gęsto i
sinozielony szpinak. Sz-854 pamięta
nawet, że raz dostali fasolkę szparagową z bułką tartą i bardzo mu ta fasolka
smakowała, mimo, że w ramach oszczędności kucharz dodał piasku do bułki, który
nieprzyjemnie trzeszczał między zębami. Ale to nic. Piasek podobno jest bardzo
zdrowy, nawet psy strażnicze dostają żarcie z piaskiem, i to bardzo dobre
żarcie, a nie zdarza im się chorować.
Czwarty okrągły segment przewidziany jest na sos ale Sz-854 nigdy go nie
je. Sosu nie wolno michrać z ziemniakami inaczej biją po łapach. A samym
widelcem też jakoś ciężko go zjeść. No to go nigdy nie je, bo łyżką nie wolno.
Kierownik sali mówi, że łyżką sos to jakoś tak nieestetycznie i wali po łapach
jak widzi. A jak nie widzi to nie wali. Loooogiczne. Piąty segment to
kwadratowe wgłębienie na kartonik z sokiem lub mlekiem. Dzisiaj jest
multiwitamina, nawet nieźle. Zawsze mogło być gorzej jak sok z buraków albo
rzepy. Z napoi Sz-854 najbardziej lubi nektar jabłkowy, pomarańczowy i z
czereśni. Mleko i kakao też są dobre, chociaż zdarza się, że kwaśnieją w
burzowe dnie i wtedy trzeba czekać aż do kolacji aby się napić. Wprawdzie w
kiblach też jest czysta woda ale między posiłkami z kibla pić nie wolno.
Kierownik sali mówi, że to też jakoś nieestetycznie i zawsze wali po łapach jak
widzi, że ktoś pije. No chyba, że nie widzi, wtedy nie bije. Ale to looogiczne.
Na kolacje nigdy nie dają mleka tylko herbatę: czarną i z pokrzywy. Kiedyś jeszcze, ale to już bardzo dawno temu,
dawali sok śliwkowy. Ale teraz to już się go widuje, bo czyścił kiszki, że ho
ho i zawsze ktoś, stojąc w kolejce do klopa po kolacji nie zdążył i zasrywał
podłogę. A podłogi nie wolno zasrywać bo takie są przepisy i można dostać po
łapach.
Ostatni segment na plastikowej tacce przeznaczony jest na deser. Dzisiaj
dostali po ciasteczku. Nie za duże, nie za małe, żółciutkie i słodko pachnące
wanilią. Ma nawet kilka okruchów czekolady na górze. Jeden z kawałeczków odpadł
i leży obok ciasteczka. Sz-854 z chęcią pośliniłby palec i tym poślinionym
paluchem przeniósł okruszek do usta ale wie, że nie wolno. Za to dostaje się po
łapach.
Sz-854 czeka aż kierownik sali, siedzący u szczytu długiego stołu, skończy
mamrotać pod nosem modlitwę i da znak, że wolno żreć. Wcześniej nie można. Nie
można i już, bo inaczej biją po łapach. Sz-854 zna tego kierownika sali,
dobrze, że dzisiaj nie dali im nikogo nowego. To nawet spoko gościu, taki
grubasek w okularach i o wiecznie spoconym karku. Nie bije i nie krzyczy zbyt
mocno a modlitwy odmawia krótkie i konkretne.
Nie to co inni, co lubią przeciągnąć litanię aż żarcie zrobi się zimne i
pokryje zestałą skorupką tłuszczu. O proszę, kierownik sali już bije się w
piersi- znaczy zaraz koniec. Palce Sz-854 drżą leciutko, gotowe by w jednej
sekundzie zacisnąć je na plastikowym
widelcu. In namen patris et fili i buch, buch, buch. I już. Wolno żreć.
Sz-854 słyszy jak sąsiad po jego lewej stronie zaczyna cmokać i pryskać
jedzeniem na wszystkie strony. Sz-854 krzywi się i odsuwa leciutko, ale
naprawdę tylko leciutko, tak, żeby ślina tamtego nie pryskała na jego tackę.
Zaczyna powoli żreć. On nigdy nie strzyka śliną choćby nie wiem jak bardzo był
głodny. Na Boga, trzeba mieć przecież w sobie choć trochę kultury! Wszyscy
jesteśmy tutaj cywilizowani!
Na początek spróbował ziemniaków. Smaczne, chociaż jak zwykle niedosolone.
Sz-584 z chęcią wymichrałby je z sosem ale sosu i ziemniaków nie wolno razem
michrać. Inaczej po łapach. Teraz buraki. Przez chwilę nawet zastanawiał się
czy może lepiej ich wcale nie ruszać i zostawić na tacce ale w porę przypomniał
sobie, że buraki to witaminy a witaminy są ważne. Kilka razy wysłuchał
obowiązkowego wykładu na temat roli witamin w organizmie. Ostatni wykład
prowadził referent Jankowski i prostym, aczkolwiek pięknym językiem przedstawił
konsekwencję ich braku- łysienie, ciemnotę i impotencję. Sz-584 westchnął w
duchu (głośno nie wolno, bo po łapach) i zmusił się do przełknięcia kilku
plastrów buraka. Ocet ohydnie palił go w gardle. Teraz mięso. Dooobre, chociaż
nie wysmażone. Dwa, trzy kęsy i już go nie ma. Teraz trzeba ustalić w jakiej
kolejności jeść dalej. Normalnie zjadłby najpierw kartofle, potem bombę
witaminową, potem deser i na koniec wypił napój z kartonika- ale dzisiejsze
buraczki zaburzyły jego stały rytm. Śmieszne to, miesiąc po miesiącu, tyle już
lat dostaje na obiad buraczki w occie a jeszcze nie przyzwyczaił się do tego,
nie wypracował pewnej formy obrony, jakiejś jedynej i słusznej strategii. A
może to i dobrze, bo jednak zmusza tę leniwą, otępiałą pracą i wiecznym zmęczeniem
głowę do myślenia. A więc- skup się, skup się- może najpierw dodatek skrobiowy
a potem deser, napój i te nieszczęsne witaminy? E, lepiej nie, inaczej będzie
czuł smak octu aż do kolacji. Postanawia zjeść warzywa jako pierwsze i spłukać
ich smak multiwitaminowym napojem. A potem ziemniaki i ciasteczko. Nagły rumor
przy drzwiach przerwał jego rozmyślania. Do sali wszedł woźny w brudnym kitlu,
hałaśliwie taszcząc ze sobą aluminiową drabinę. Oczy robotników zwróciły się w
jego stronę.
-Żreć,
żreć!- krzyknął nagle kierownik sali i uderzył dłonią w blat stołu. – Nie
gadać!- wrzasnął jeszcze, chociaż nikt nie gadał. Nikt by się nie odważył, za
to można było dostać po łapach. Woźny nie zwracał najmniejszej uwagi na wrzaski
kierownika sali. Przystawił drabinę pod wiszącą na ścianie tablicą ogłoszeń,
otworzył ją małym, srebrnym kluczykiem dobytym z kieszeni zatłuszczonego kitla
i niedbałym ruchem zerwał nieaktualną już rozpiskę. Na jej miejsce przyczepił
pinezkami nową. Trzy pinezki były żółte a jedna niebieska.
Sz-584
machinalnie jadł buraki i kątem oka, niezauważalnie spoglądał na tablicę
ogłoszeń. Ma szczęście, że siedzi niezbyt daleko i bez problemu może rozczytać
drobne, maszynowe pismo. Na rozpiskę nie wolno było bowiem spoglądać ani
gromadzić się wokół gabloty ale trzeba było znać jej treść i rozporządzenia. Ci
z robotników, którzy siedzieli w dalszym kącie jadalni musieli prosić
wieczorami o powtórzenie treści. Rozpiska to ważna rzecz i trzeba ją znać, w
przeciwnym wypadku biją po łapach. Kiedyś, bardzo dawno temu zdarzyło się, że
nowy robotnik z samego końca sali nie stawił się na wezwanie Wielkiego
Pracodawcy. A przecież wezwanie było jasno wypisane na rozpisce. Sz-584 nigdy
więcej nie widział już tego robotnika ale był przekonany, że dostał po łapach.
Dzisiaj nie było nic szczególnego w
ogłoszeniach. Plan posiłków na przyszły tydzień (w środę i w piątek buraczki, w
środę znowu w occie a w piątek zasmażane). Na niedzielę zaplanowano rosół i to
był fakt godny uwagi. Rosół zdarzał się rzadko. Pod planem posiłków umieszczono
listę robotników wyznaczonych do obowiązku małżeńskiego. Sz-584 z zadowoleniem
stwierdził, że nie ma na nim jego numeru. Dawno, bardzo dawno temu na tablicy
pojawiło się ogłoszenie, że został ożeniony z numerem P-12 i w nocy z 16 na 17
ma zgłosić się do wypełniania obowiązku małżeńskiego. W sumie zawsze wiedział,
że wcześniej czy później go ożenią bo każdy musiał być żonaty ale nie będzie
kłamał- trafiło go to jakby dostał w czerep albo po łapach. No bo pomyśl sobie
tylko, jesz sobie spokojnie kiełbasę z kartoflami jako wolny człowiek a tu
szur, szur do sali wchodzi woźny z drabiną i już jesteś żonaty. Sz-584 doskonale
pamięta tamten dzień. Po kolacji starannie umył nogi i genitalia, pod bacznym
okiem kierownika zmiany i razem z innymi, którzy na ten sam dzień zostali
wyznaczeni do obowiązku małżeńskiego udał się do oddziału kobiecego. Uśmiechnął
się sam do siebie na tamto wspomnienie ale tylko lekko, leciutko bo śmiać się
nie wolno. Nie wolno i już, takie są przepisy. Jak wtedy drżały mu nogi, kiedy
kierowniczka zmiany oddziału kobiecego dużym ,
mosiężnym kluczem otworzyła drzwi i odhaczała na trzymanej w ręku liście
numery wyznaczonych do spełnienia obowiązku. Wtedy to był młody i głupi.
W sali obowiązku małżeńskiego stało
osiem łóżek, oddzielonych parawanami jak w szpitalu. Pozostali robotnicy to
byli stare wygi, bez zawahania rozpoznali swoje żony, tylko on kręcił się jak
gówno w przeręblu, dopóki kierownik zmiany nie wskazała mu zniecierpliwionym
ruchem ręki jego połowicy. Przyjrzał się uważnie małej, chudej kobiecie o burych
włosach i zmęczonych oczach, i pomyślał,
że może być. Nie wiedział czy jest ładna czy brzydka, bo wcześniej nie widywał
zbyt wielu kobiet ale zauważył, że nie ma wąsów jak kierowniczka zmiany i
zaliczył to na plus. P-12 leżała w łóżku, nakryta pod szama szyję cienkim kocem
w czystej ale spranej poszewce. Jej oczy robiły się coraz większe i większe,
gdy powoli zbliżał się do łóżka. Sz-584 zdjął piżamę w czerwoną kratkę, złożył
ją starannie w kostkę, wsunął kapcie pod łóżko i wślizgnął szybko pod koc, gdyż
w sali było nieco chłodno- starannie jednak uważając by nie dotknąć żony.
Leżeli tak chwilkę obok siebie jak dwa głuptaki, nie za bardzo wiedząc co robić
dalej. Ukryte za parawanem łóżko obok zaczęło rytmicznie skrzypieć. Wtedy
przypomniały mu się filmy instruktażowe puszczane przez poprzedniego referenta-
magistra Skakałę. Wyciągnął rękę i macał chwilę żonę po miękkich, sflaczałych
piersiach a potem przesunął palce w stronę jej waginy. Rozsunęła posłusznie
nogi umożliwiając jego palcom penetrację ale pochwa pozostawała nieprzyjemnie
sucha. Sz-584 chwilę pocierał ręką własne genitalia i w tej samej chwili, gdy z
łóżka obok zaczęły dochodzić głośniejsze westchnienia, uznał że już czas. Przetoczył
się na żonę, starannie nakrywając gołą dupę kocem (w pokoju było dosyć chłodno)
i spróbował wejść w głąb. Jego penis był
jednak zbyt miękki by sforsować wejście pochwy. Spróbował jeszcze raz czy dwa
ale też bez rezultatu i w końcu musiał zrezygnować, czując, że penis zamienia
się w miękką, galaretowatą glizdę. Wąsata kierowniczka zmiany włożyła głowę za
parawan i obrzuciła miłosną parę surowym wzrokiem.
-Do
roboty!- wrzasnęła.
Obydwoje
zadrżeli pod wpływem wrzasku. Sz-584 obrócił się na brzuch, wszedł na żonę i
pchnął jeszcze raz. Ale im bardziej się starał tym żałośniejsze wydawały się
jego próby. Miękki penis obijał się tylko smętnie o uda. Znowu usłyszeli
gniewny kroki kierowniczki zmiany i wtedy, wiedziona przerażeniem, żona zaczęła
wydawać głośne jęki. Dostosował się instynktownie do jej rytmu i ślizgał na
pocerowanym prześcieradle w przód i w tył, wykonując udawane ruchy frykcyjne.
Łóżko trzeszczało. Wąsate babsko znowu wetknęło głowę za parawan ale tym razem
nie powiedziała nic. Pół godziny później zapalono górne, ostre światło i
wyprowadzono mężczyzn z sali.
Przed drugim obowiązkiem małżeńskim
Sz-584 poprosił o indywidualną konsultację kierownika zmiany. Kierownik okazał
wyrozumienie, wszedł z lekkim tyko oporem w jego żonę niczym łyżka w miękką
kluskę i zademonstrował sumiennie wszystko jak należy. Potem, razem z wąsatą
kierowniczką zmiany obserwowali poczynania Sz-584 z rzadka udzielając mu tylko
fachowych wskazówek. No a za trzecim razem to już sam wszystko wiedział, gdzie
i w jaką dziurę, i kilka miesięcy później przeczytał na rozpisce, że został
ojcem UI-23. Chłopak- 4,5 kilo, 56 cm.
Ale to było dawno, tak dawno temu. Teraz był zadowolony,
że na tablicy ogłoszeń nie było jego numeru. Oznacza to, że dzisiejszy wieczór,
cała godzina przed spaniem należy tylko do niego. Może przyszyć sobie guziki do
robotniczego kombinezonu, zawalczyć o miejsce w małej salce z telewizorem i
obejrzeć wieczorne wiadomości (krzeseł było zawsze mniej niż chętnych a na
stojąco nie wolno było oglądać, bo po łapach) albo razem z chłopakami wspólnie wypalić
w ubikacji, Bóg wie tylko jakim sposobem zdobytego, papierosa. Przesunął wzrok
niżej na tablicy ogłoszeń i zmartwiał. No i po ptakach. Nici z wiadomości i
papierosa. Na wieczór zaplanowano obowiązkowy odczyt. Referent Jankowski przy
pomocy filmu instruktażowego i oficjalnych materiałów dydaktycznych omówi
problem zatwardzeń i sposoby radzenia sobie z nimi. Zatwardzenia rzadko
zdarzały się Sz-584 i to tylko w te dnie, kiedy podawano kaszankę na kolacje
ale obowiązek to obowiązek i na odczyt musi pójść. Takie są przepisy, inaczej
można dostać po łapach. Nagle ocknął się, wyrwany z zamyślenia nieprzyjemnym
dźwiękiem szurających po gumoleum krzeseł. Zauważył, że kierownik zmiany
skończył żreć i właśnie mamrocze pacierz na zakończenie posiłku. Z przerażeniem
spojrzał na swoja tackę z porcją niedokończonych kartofli, buraków i słodkim,
waniliowym ciasteczkiem garnirowanym czekoladą. Wbił w żarcie widelec i z
pośpiechem zaczął wpychać w gardło breję z warzyw i soku.
-Koniec żarcia! Tacki zdać!- wrzasnął kierownik sali. Sala
zaszumiała. Robotnicy wstali z rumorem,
z trzaskiem odsuwanych krzeseł, z głuchym uderzeniem plastikowych tacek.
Sz-584 stał już w kolejce do
okienka brudnych naczyń i z błogim uśmiechem żuł słodkie, waniliowe ciasteczko.
Serce wypełniała mu radość, nozdrza miał pełne zapachu wanilii. Pomyślał
sobie, że tak właśnie musi smakować to szczęście o którym opowiadał mu referent
Jankowski. Że to dzięki Wielkiemu Pracodawcy ma to wszystko, tą małą, wiecznie
zmęczoną, chudą żonę, te kartofle, te buraki, to miejsce w sali telewizyjnej i
tego skitranego papierosa. A nade wszystko, dzięki Wielkiemu Pracodawcy, ma to
niewiarygodnie słodkie ciasteczko z czekoladą smakujące niby wrota samego raju.
I zalała go fala wdzięczności dla Wielkiego Pracodawcy. A potem dostał po
łapach, bo uśmiechać się nie wolno i takie są przepisy.
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. jak zwykle. Nie wolno kopiować, bla, bla, bla, wyłącznie do użytku prywatnego, bla, bla, bla, zabrania się publikacji w postaci pisemnej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej, bla, bla, bla bez pisemnej zgody autora, bla, bla.

