środa, 20 maja 2015

Wielki Pracodawca



Opowiadanie "Wielki Pracodawca" zostało w dużym stopniu zainspirowane muchami pana Lipki. (Jerzy Lipka, "Co większe muchy", Fantastyka nr 1, 1982). Do poczytania pod adresem http://niniwa22.cba.pl/lipka_co_wieksze_muchy.htm. Muchy pana Lipki nie straciły z biegiem czasu na przesłaniu. Ludzkość nadal nie wybiła się ponad kilka miliardów gównożerców przeszkadzających na bankiecie życia kilkunastu najbogatszym. Co gorsza much przybywa a strecore, które obsiadły kurczy się w zatrważającym tempie. Wersja PDF Wielkiego Pracodawcy dostępna jest do pobrania z chomika http://chomikuj.pl/woorkroom2007/vonklusken. 40 darmowych MB czeka, bo kilka milionów much nie może się mylić.

Plik PDF z utworem również do bezpośredniego poczytania tutaj Wielki Pracodawca




Wielki Pracodawca 

            Jedzenia nie wolno michrać. Nie wolno i już, takie są przepisy, a za złamanie przepisów można dostać po łapach. Numer Sz-854 uważnie przyjrzał się swojemu obiadowi na zielonej tacce- szarawej brei ziemniaków, sałatce z buraków i cebuli z octem, i niedużemu, mielonemu kotletowi. Kotlet był za krótko smażony, na zewnątrz buro-brązowy a w środku jeszcze różowy i krwisty. Plastikowa tacka, mocno zużyta i połamana na rogach podzielona była na sześć segmentów. Największy z nich był przeznaczony na dodatek białkowy. Sześciokątne wgłębienie było zdecydowanie za duże, gdyż kawałki ryby lub mięsa rzadko były większe niż połowa jego zaciśniętęj pięści. Tylko w dni kiedy podawano rzadki, wodnisty gulasz było wypełnione po brzegi. Dwa kolejne segmenty przeznaczono na dodatek skrobiowy- najczęściej ziemniaki lub makaron, ryż podawano niezbyt często, i na bombę witaminową. Dzisiaj były to buraki, które Sz-854 niezbyt lubił, gdyż ocet palił go w usta. Pocieszał się jedynie tym, że buraczki zdarzają się tylko kilka razy w miesiącu. Najbardziej lubił sałatkę z cebuli i marchwi, kiszone ogórki, kapustę na gęsto i sinozielony szpinak.  Sz-854 pamięta nawet, że raz dostali fasolkę szparagową z bułką tartą i bardzo mu ta fasolka smakowała, mimo, że w ramach oszczędności kucharz dodał piasku do bułki, który nieprzyjemnie trzeszczał między zębami. Ale to nic. Piasek podobno jest bardzo zdrowy, nawet psy strażnicze dostają żarcie z piaskiem, i to bardzo dobre żarcie, a nie zdarza im się chorować.
Czwarty okrągły segment przewidziany jest na sos ale Sz-854 nigdy go nie je. Sosu nie wolno michrać z ziemniakami inaczej biją po łapach. A samym widelcem też jakoś ciężko go zjeść. No to go nigdy nie je, bo łyżką nie wolno. Kierownik sali mówi, że łyżką sos to jakoś tak nieestetycznie i wali po łapach jak widzi. A jak nie widzi to nie wali. Loooogiczne. Piąty segment to kwadratowe wgłębienie na kartonik z sokiem lub mlekiem. Dzisiaj jest multiwitamina, nawet nieźle. Zawsze mogło być gorzej jak sok z buraków albo rzepy. Z napoi Sz-854 najbardziej lubi nektar jabłkowy, pomarańczowy i z czereśni. Mleko i kakao też są dobre, chociaż zdarza się, że kwaśnieją w burzowe dnie i wtedy trzeba czekać aż do kolacji aby się napić. Wprawdzie w kiblach też jest czysta woda ale między posiłkami z kibla pić nie wolno. Kierownik sali mówi, że to też jakoś nieestetycznie i zawsze wali po łapach jak widzi, że ktoś pije. No chyba, że nie widzi, wtedy nie bije. Ale to looogiczne. Na kolacje nigdy nie dają mleka tylko herbatę: czarną i z pokrzywy.  Kiedyś jeszcze, ale to już bardzo dawno temu, dawali sok śliwkowy. Ale teraz to już się go widuje, bo czyścił kiszki, że ho ho i zawsze ktoś, stojąc w kolejce do klopa po kolacji nie zdążył i zasrywał podłogę. A podłogi nie wolno zasrywać bo takie są przepisy i można dostać po łapach.
Ostatni segment na plastikowej tacce przeznaczony jest na deser. Dzisiaj dostali po ciasteczku. Nie za duże, nie za małe, żółciutkie i słodko pachnące wanilią. Ma nawet kilka okruchów czekolady na górze. Jeden z kawałeczków odpadł i leży obok ciasteczka. Sz-854 z chęcią pośliniłby palec i tym poślinionym paluchem przeniósł okruszek do usta ale wie, że nie wolno. Za to dostaje się po łapach.
Sz-854 czeka aż kierownik sali, siedzący u szczytu długiego stołu, skończy mamrotać pod nosem modlitwę i da znak, że wolno żreć. Wcześniej nie można. Nie można i już, bo inaczej biją po łapach. Sz-854 zna tego kierownika sali, dobrze, że dzisiaj nie dali im nikogo nowego. To nawet spoko gościu, taki grubasek w okularach i o wiecznie spoconym karku. Nie bije i nie krzyczy zbyt mocno a modlitwy odmawia krótkie i konkretne.  Nie to co inni, co lubią przeciągnąć litanię aż żarcie zrobi się zimne i pokryje zestałą skorupką tłuszczu. O proszę, kierownik sali już bije się w piersi- znaczy zaraz koniec. Palce Sz-854 drżą leciutko, gotowe by w jednej sekundzie zacisnąć je na  plastikowym widelcu. In namen patris et fili i buch, buch, buch. I  już. Wolno żreć.
Sz-854 słyszy jak sąsiad po jego lewej stronie zaczyna cmokać i pryskać jedzeniem na wszystkie strony. Sz-854 krzywi się i odsuwa leciutko, ale naprawdę tylko leciutko, tak, żeby ślina tamtego nie pryskała na jego tackę. Zaczyna powoli żreć. On nigdy nie strzyka śliną choćby nie wiem jak bardzo był głodny. Na Boga, trzeba mieć przecież w sobie choć trochę kultury! Wszyscy jesteśmy tutaj cywilizowani!
Na początek spróbował ziemniaków. Smaczne, chociaż jak zwykle niedosolone. Sz-584 z chęcią wymichrałby je z sosem ale sosu i ziemniaków nie wolno razem michrać. Inaczej po łapach. Teraz buraki. Przez chwilę nawet zastanawiał się czy może lepiej ich wcale nie ruszać i zostawić na tacce ale w porę przypomniał sobie, że buraki to witaminy a witaminy są ważne. Kilka razy wysłuchał obowiązkowego wykładu na temat roli witamin w organizmie. Ostatni wykład prowadził referent Jankowski i prostym, aczkolwiek pięknym językiem przedstawił konsekwencję ich braku- łysienie, ciemnotę i impotencję. Sz-584 westchnął w duchu (głośno nie wolno, bo po łapach) i zmusił się do przełknięcia kilku plastrów buraka. Ocet ohydnie palił go w gardle. Teraz mięso. Dooobre, chociaż nie wysmażone. Dwa, trzy kęsy i już go nie ma. Teraz trzeba ustalić w jakiej kolejności jeść dalej. Normalnie zjadłby najpierw kartofle, potem bombę witaminową, potem deser i na koniec wypił napój z kartonika- ale dzisiejsze buraczki zaburzyły jego stały rytm. Śmieszne to, miesiąc po miesiącu, tyle już lat dostaje na obiad buraczki w occie a jeszcze nie przyzwyczaił się do tego, nie wypracował pewnej formy obrony, jakiejś jedynej i słusznej strategii. A może to i dobrze, bo jednak zmusza tę leniwą, otępiałą pracą i wiecznym zmęczeniem głowę do myślenia. A więc- skup się, skup się- może najpierw dodatek skrobiowy a potem deser, napój i te nieszczęsne witaminy? E, lepiej nie, inaczej będzie czuł smak octu aż do kolacji. Postanawia zjeść warzywa jako pierwsze i spłukać ich smak multiwitaminowym napojem. A potem ziemniaki i ciasteczko. Nagły rumor przy drzwiach przerwał jego rozmyślania. Do sali wszedł woźny w brudnym kitlu, hałaśliwie taszcząc ze sobą aluminiową drabinę. Oczy robotników zwróciły się w jego stronę.
-Żreć, żreć!- krzyknął nagle kierownik sali i uderzył dłonią w blat stołu. – Nie gadać!- wrzasnął jeszcze, chociaż nikt nie gadał. Nikt by się nie odważył, za to można było dostać po łapach. Woźny nie zwracał najmniejszej uwagi na wrzaski kierownika sali. Przystawił drabinę pod wiszącą na ścianie tablicą ogłoszeń, otworzył ją małym, srebrnym kluczykiem dobytym z kieszeni zatłuszczonego kitla i niedbałym ruchem zerwał nieaktualną już rozpiskę. Na jej miejsce przyczepił pinezkami nową. Trzy pinezki były żółte a jedna niebieska.
Sz-584 machinalnie jadł buraki i kątem oka, niezauważalnie spoglądał na tablicę ogłoszeń. Ma szczęście, że siedzi niezbyt daleko i bez problemu może rozczytać drobne, maszynowe pismo. Na rozpiskę nie wolno było bowiem spoglądać ani gromadzić się wokół gabloty ale trzeba było znać jej treść i rozporządzenia. Ci z robotników, którzy siedzieli w dalszym kącie jadalni musieli prosić wieczorami o powtórzenie treści. Rozpiska to ważna rzecz i trzeba ją znać, w przeciwnym wypadku biją po łapach. Kiedyś, bardzo dawno temu zdarzyło się, że nowy robotnik z samego końca sali nie stawił się na wezwanie Wielkiego Pracodawcy. A przecież wezwanie było jasno wypisane na rozpisce. Sz-584 nigdy więcej nie widział już tego robotnika ale był przekonany, że dostał po łapach.
            Dzisiaj nie było nic szczególnego w ogłoszeniach. Plan posiłków na przyszły tydzień (w środę i w piątek buraczki, w środę znowu w occie a w piątek zasmażane). Na niedzielę zaplanowano rosół i to był fakt godny uwagi. Rosół zdarzał się rzadko. Pod planem posiłków umieszczono listę robotników wyznaczonych do obowiązku małżeńskiego. Sz-584 z zadowoleniem stwierdził, że nie ma na nim jego numeru. Dawno, bardzo dawno temu na tablicy pojawiło się ogłoszenie, że został ożeniony z numerem P-12 i w nocy z 16 na 17 ma zgłosić się do wypełniania obowiązku małżeńskiego. W sumie zawsze wiedział, że wcześniej czy później go ożenią bo każdy musiał być żonaty ale nie będzie kłamał- trafiło go to jakby dostał w czerep albo po łapach. No bo pomyśl sobie tylko, jesz sobie spokojnie kiełbasę z kartoflami jako wolny człowiek a tu szur, szur do sali wchodzi woźny z drabiną i już jesteś żonaty. Sz-584 doskonale pamięta tamten dzień. Po kolacji starannie umył nogi i genitalia, pod bacznym okiem kierownika zmiany i razem z innymi, którzy na ten sam dzień zostali wyznaczeni do obowiązku małżeńskiego udał się do oddziału kobiecego. Uśmiechnął się sam do siebie na tamto wspomnienie ale tylko lekko, leciutko bo śmiać się nie wolno. Nie wolno i już, takie są przepisy. Jak wtedy drżały mu nogi, kiedy kierowniczka zmiany oddziału kobiecego dużym ,  mosiężnym kluczem otworzyła drzwi i odhaczała na trzymanej w ręku liście numery wyznaczonych do spełnienia obowiązku. Wtedy to był młody i głupi.
            W sali obowiązku małżeńskiego stało osiem łóżek, oddzielonych parawanami jak w szpitalu. Pozostali robotnicy to byli stare wygi, bez zawahania rozpoznali swoje żony, tylko on kręcił się jak gówno w przeręblu, dopóki kierownik zmiany nie wskazała mu zniecierpliwionym ruchem ręki jego połowicy. Przyjrzał się uważnie małej, chudej kobiecie o burych włosach i zmęczonych oczach,  i pomyślał, że może być. Nie wiedział czy jest ładna czy brzydka, bo wcześniej nie widywał zbyt wielu kobiet ale zauważył, że nie ma wąsów jak kierowniczka zmiany i zaliczył to na plus. P-12 leżała w łóżku, nakryta pod szama szyję cienkim kocem w czystej ale spranej poszewce. Jej oczy robiły się coraz większe i większe, gdy powoli zbliżał się do łóżka. Sz-584 zdjął piżamę w czerwoną kratkę, złożył ją starannie w kostkę, wsunął kapcie pod łóżko i wślizgnął szybko pod koc, gdyż w sali było nieco chłodno- starannie jednak uważając by nie dotknąć żony. Leżeli tak chwilkę obok siebie jak dwa głuptaki, nie za bardzo wiedząc co robić dalej. Ukryte za parawanem łóżko obok zaczęło rytmicznie skrzypieć. Wtedy przypomniały mu się filmy instruktażowe puszczane przez poprzedniego referenta- magistra Skakałę. Wyciągnął rękę i macał chwilę żonę po miękkich, sflaczałych piersiach a potem przesunął palce w stronę jej waginy. Rozsunęła posłusznie nogi umożliwiając jego palcom penetrację ale pochwa pozostawała nieprzyjemnie sucha. Sz-584 chwilę pocierał ręką własne genitalia i w tej samej chwili, gdy z łóżka obok zaczęły dochodzić głośniejsze westchnienia, uznał że już czas. Przetoczył się na żonę, starannie nakrywając gołą dupę kocem (w pokoju było dosyć chłodno) i spróbował wejść w głąb.  Jego penis był jednak zbyt miękki by sforsować wejście pochwy. Spróbował jeszcze raz czy dwa ale też bez rezultatu i w końcu musiał zrezygnować, czując, że penis zamienia się w miękką, galaretowatą glizdę. Wąsata kierowniczka zmiany włożyła głowę za parawan i obrzuciła miłosną parę surowym wzrokiem.
-Do roboty!- wrzasnęła.
Obydwoje zadrżeli pod wpływem wrzasku. Sz-584 obrócił się na brzuch, wszedł na żonę i pchnął jeszcze raz. Ale im bardziej się starał tym żałośniejsze wydawały się jego próby. Miękki penis obijał się tylko smętnie o uda. Znowu usłyszeli gniewny kroki kierowniczki zmiany i wtedy, wiedziona przerażeniem, żona zaczęła wydawać głośne jęki. Dostosował się instynktownie do jej rytmu i ślizgał na pocerowanym prześcieradle w przód i w tył, wykonując udawane ruchy frykcyjne. Łóżko trzeszczało. Wąsate babsko znowu wetknęło głowę za parawan ale tym razem nie powiedziała nic. Pół godziny później zapalono górne, ostre światło i wyprowadzono mężczyzn z sali.
            Przed drugim obowiązkiem małżeńskim Sz-584 poprosił o indywidualną konsultację kierownika zmiany. Kierownik okazał wyrozumienie, wszedł z lekkim tyko oporem w jego żonę niczym łyżka w miękką kluskę i zademonstrował sumiennie wszystko jak należy. Potem, razem z wąsatą kierowniczką zmiany obserwowali poczynania Sz-584 z rzadka udzielając mu tylko fachowych wskazówek. No a za trzecim razem to już sam wszystko wiedział, gdzie i w jaką dziurę, i kilka miesięcy później przeczytał na rozpisce, że został ojcem  UI-23. Chłopak- 4,5 kilo, 56 cm.
Ale to było dawno, tak dawno temu. Teraz był zadowolony, że na tablicy ogłoszeń nie było jego numeru. Oznacza to, że dzisiejszy wieczór, cała godzina przed spaniem należy tylko do niego. Może przyszyć sobie guziki do robotniczego kombinezonu, zawalczyć o miejsce w małej salce z telewizorem i obejrzeć wieczorne wiadomości (krzeseł było zawsze mniej niż chętnych a na stojąco nie wolno było oglądać, bo po łapach) albo razem z chłopakami wspólnie wypalić w ubikacji, Bóg wie tylko jakim sposobem zdobytego, papierosa. Przesunął wzrok niżej na tablicy ogłoszeń i zmartwiał. No i po ptakach. Nici z wiadomości i papierosa. Na wieczór zaplanowano obowiązkowy odczyt. Referent Jankowski przy pomocy filmu instruktażowego i oficjalnych materiałów dydaktycznych omówi problem zatwardzeń i sposoby radzenia sobie z nimi. Zatwardzenia rzadko zdarzały się Sz-584 i to tylko w te dnie, kiedy podawano kaszankę na kolacje ale obowiązek to obowiązek i na odczyt musi pójść. Takie są przepisy, inaczej można dostać po łapach. Nagle ocknął się, wyrwany z zamyślenia nieprzyjemnym dźwiękiem szurających po gumoleum krzeseł. Zauważył, że kierownik zmiany skończył żreć i właśnie mamrocze pacierz na zakończenie posiłku. Z przerażeniem spojrzał na swoja tackę z porcją niedokończonych kartofli, buraków i słodkim, waniliowym ciasteczkiem garnirowanym czekoladą. Wbił w żarcie widelec i z pośpiechem zaczął wpychać w gardło breję z warzyw i soku.
-Koniec żarcia! Tacki zdać!- wrzasnął kierownik sali. Sala zaszumiała.  Robotnicy wstali z rumorem, z trzaskiem odsuwanych krzeseł, z głuchym uderzeniem plastikowych tacek.
Sz-584 stał już w kolejce do okienka brudnych naczyń i z błogim uśmiechem żuł słodkie, waniliowe ciasteczko. Serce wypełniała mu radość, nozdrza miał pełne zapachu wanilii. Pomyślał sobie, że tak właśnie musi smakować to szczęście o którym opowiadał mu referent Jankowski. Że to dzięki Wielkiemu Pracodawcy ma to wszystko, tą małą, wiecznie zmęczoną, chudą żonę, te kartofle, te buraki, to miejsce w sali telewizyjnej i tego skitranego papierosa. A nade wszystko, dzięki Wielkiemu Pracodawcy, ma to niewiarygodnie słodkie ciasteczko z czekoladą smakujące niby wrota samego raju. I zalała go fala wdzięczności dla Wielkiego Pracodawcy. A potem dostał po łapach, bo uśmiechać się nie wolno i takie są przepisy.


KONIEC

wasza

Helga von Klusken

p.s. jak zwykle. Nie wolno kopiować, bla, bla, bla, wyłącznie do użytku prywatnego, bla, bla, bla,  zabrania się publikacji w postaci pisemnej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej, bla, bla, bla  bez pisemnej zgody autora, bla, bla.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)