Bezpośredni dostęp do pliku PDF znajdziecie także tutaj Roku trzytysięcznego
Roku trzytysięcznego
W roku trzytysięcznym nie ma
pracy. No nie ma i już. Jak sobie pomyślę, że jeszcze 5000 lat temu było 100 %
zatrudnienia to ogarnia mnie pusty śmiech. Takie piramidy na ten przykład.
Tysiące, dziesiątki tysięcy niewolników oblanych potem, palących się w
egipskim, bezlitosnym słońcu. Prężą muskuły twarde niczym skała, napinają
wykute niby z żelaza mięśnie.
-Hej hop! Razem!- krzyczą.- Hej hop i jeszcze raz!
Powoli, dostojnie, centymetr po centymetrze suną
granitowe bloki, z których, niby kawałki gigantycznej układanki wyrastają białe
piramidy. Setki dozorców z plecionymi biczami trzaskają nad wyprężonymi karkami
robotników.
-Do pracy wy tłuste skurwysyny! Hej hop i razem!
Powoli, powolutku, noga za nogą, coraz dalej i coraz wyżej.
Dziesiątki skrybów zapisują na glinianych tabliczkach ilość marmurowych bloków,
cedrowych belek, zużytych, ociekających krwawą posoką pejczy. Nic nie oprze się
ich sokolemu wzroku. Każdy gram piasku, każda główka kapusty i każde
wycieńczone nadludzką pracą truchło niewolnika będzie zapisane. Odnotowane.
Zważone. Policzone i wciągnięte w rejestr. A to wszystko w imię pełnego
zatrudnienia. Ech... mógłbym być takim skrybą albo dozorcą. A co mi tam.
Mógłbym być nawet niewolnikiem.
W roku
trzytysięcznym nie ma jedzenia. To znaczy głodu nie ma ale nie mógłbym
powiedzieć, że mamy jedzenie. Co tydzień dostaję przydział 14 tubek odżywczych,
ani mniej ani więcej. W każdą środę staję w kolejce departamentu sytości,
odczekuję 3-4 godziny w zależności od tego jak sprawnie posuwa się kolejkowy
wężyk i dopiero wtedy mam żarcie. Kolejka jest długa, w każdy powszedni dzień
tygodnia wyznaczono inny rewir po odbiór. Ja mieszkam na Srebrzystej, 5 rewir,
61 dystrykt i co środę wolno mi zająć miejsce w ogonku. Tydzień po tygodniu,
rok po roku, zawsze te same twarze kolejkowych sąsiadów. Moje miejsce jest
między panem Rysiem i wysoką, szczupłą blondynką. Mam je jeszcze po matce. Z blondynką jeszcze nigdy nie zamieniłem ani
słowa, stoi taka wydupiona, wycyckowana z nosem utkwionym w książce albo w
gazecie. Kilka razy nawet brała nie chętka, żeby uszczypnąć ją tak po
przyjacielsku w dupę ale ile razy napotykam jej surowy wzrok odchodzi mnie
ochota.
Pan
Rysiu za to, to co innego. Sypie żarcikami, deklamuje Gałczyńskiego, w lecie poci
się w słońcu i śmierdzi niemiłosiernie, w zimie śmierdzi trochę mniej. Swój
chłop. Umówiliśmy się nawet, że pójdziemy na piwo jak tylko urząd sytości
zacznie z powrotem wydawać marki na alkohol. Bo to jest tak: jeszcze za czasów
mojego dziadka piwo było. Ba! Nawet dżem był i masło, i papierosy. Potem te
ważniaki na górze, politycy znaczy się, wymyślili, że przeludnienie, że rezerwy
trzeba oszczędzać, że niby głód, smród i ubóstwo no to zlikwidowali- ale tylko
przejściowo- kupony na alkohol i papierosy. Potem znikł dżem- że niby zaraza
owocowa. Krowy zjedliśmy- to na razie i masła nie było, a za tatusia to już w
ogóle niczego nie było. Zostały tylko tubki odżywcze. Więc jedzenia nie mamy
ale za to odbiór tubek kwituję co środę w okienku. Szybko podpis na liście,
dziękuję obywatelu, tutaj parafka, życzę miłej środy i następny. No ale kiedyś
jak już przezwyciężymy chwilowe trudności z zaopatrzeniem to i piwo pewnie
wróci. A może nawet i dżem!
Tubek
jest 14, mówiłem już? 7 zielonych i 7 żółtych. Zielonych nie lubię, śmierdzą
rybą i jakimś takim nieświeżym olejem. Zawsze po zielonej tubce mam w gębie
kapeć i zdaje mi się, że cuchnę śledziem czy dorszem. No to zielone tubki
zjadam zawsze na kolację, bo w nocy to mnie zazwyczaj wszystko jedno- zazwyczaj
śpię. Żółta tubka za to jest całkiem smaczna, pachnie i cytrynką, i truskawką,
i nawet troszkę rumem. Ja rumu nigdy nie piłem ale pan Rysio, jako mały berbeć,
skosztował trochę u cioci na imieninach i przysięga, że to to. No to jem żółtą
tubkę zawsze na śniadanie bo lubię miło
zacząć dzień i lubię jak mi z gęby pachnie poziomkami a nie sztokfiszem. Po śniadaniu
siedzę w fotelu i patrzę w telewizor ale tylko tak sobie z przyzwyczajenia, bo
w roku trzytysięcznym w telewizji niczego nie ma. No nie ma ludzie kochani. Chciałbym
wam powiedzieć, że jest coś fajnego ale nie ma i już. Rano to dają najpierw
wiadomości a tam mówi tak spikerka- fajna babka, tak na stronie, z cyckami i
wszystkim co należy- mówi, że nic nie ma. Że nie ma mleka, chleba, wędliny,
pomidorów, jajek, czystej wody i powietrza. Ale to akurat nic nowego, bo
wszyscy wiedzą, że nic nie ma. No to
siedzę sobie w fotelu i słucham jak idiota, że były, na przykład, mandarynki
ale się skończyły. Że były gęski, króliki, frytki i pizza ale teraz nie ma i
czuje jak mi ślinka cieknie. Zjadłbym takiej gęsi. Albo grzybków marynowanych.
Albo owsianki z cebulą. Ech... dobrze, że chociaż tubki dają, chociaż to nie to
samo co cebulka. No wiec jak już tak sobie posłucham tych wiadomości to
zazwyczaj wstaję i idę do ubikacji. W telewizji leci blok reklamowy ale to
takie pic na wodę, fotomontaż, między nami szczerze mówiąc. Bo to reklamują na
zapas, taki marketing przyszłościowy. Na przykład śpiewa taka babeczka, prawie
że goła w samych brokatowych majteczkach, o kabanosach. Kabanosów nie ma, to
wiedzą wszyscy. Ale ona szczerzy zęby do mikrofonu (po co nam właściwie jeszcze
zęby, skoro tubki są płynne?), kręci na prawo i lewo tymi swoimi majtaskami i śpiewa:
-Uuu, kabanosy pyszne są. Uuu, jak się znowu pojawią to
leć je kupić. Uuu, aaa, bejbe, bejbe, kabanosy!
Albo taka inna reklama, też przyszłościowa. Że to niby
kot w kominiarce na łepku napada na sklep, terroryzuje grubą sklepikarę swoimi
pazurami i żąda od niej łiskasa. I męski głos z głośnika oznajmia na tle
zażerającego sie przysmakami kota: „twój kot będzie kupował łiskas”. Tak więc
widzicie, że to głupie, bo po pierwsze to ten kot wcale nie kupował a rabował,
(a to jednak jakaś różnica jest) a po drugie w roku trzytysięcznym nie ma
żadnych kotów. Ale pewnie to tylko przejściowe trudności z zaopatrzeniem. No to
na blok reklamowy zazwyczaj nie patrzę tylko idę do ubikacji, umyć zęby i
zrobić numer dwa. Potem wracam i znowu siadam w fotelu, żeby obejrzeć film. W
roku trzytysięcznym to już nikt filmów nie robi bo to nie ma i dobrych aktorów,
i sensownych reżyserów, i taśm filmowych też nie ma ale nic nie szkodzi.
Zachowały się jeszcze trzy filmy z przeszłości: „Casablanca”, „przygody Forresta
Gumpa” i „Poszukiwacze zaginionej szparki”, i nadają je codziennie zawsze o tej
samej porze. Casablance dają przed południem w pasmie dla gospodyń domowych,
mimo, że gospodyń domowych już nie ma. No bo, żeby były gospodynie to jednak
muszą być i gospodarze, co to w krawacie albo i roboczym wdzianku pędzą rankiem
do biura tudzież warsztatu. Biur już nie ma, warsztatów już nie ma to i
logiczne, że gospodyń ni hu hu nie uświadczysz. Ale Casablance nadają dzień w
dzień. Takie o miłości to jest. Że najpierw on nie chce a ona chce. A potem ona
nie chce a on chce. A potem jak oboje chcą to przylatuje samolot i nic już
więcej nie widać. Czasami jak oglądam Casablance to myślę sobie to tej mojej
cycatej blondynie z kolejki. Mojej to naturalnie tak sobie tylko powiedziane,
bo ona nie jest moja ani niczyja. Ale myślę sobie o tej miłości, o tej
blondynie i jakoś ciepło mi się robi w okolicy serca. I wali tak jakoś
przyjemnie, bumbum, bumbum, bumbum. Ech, żeby tak miłość się przytrafiła ale
taka prawdziwa to by dopiero było coś. Czasami w ramach eksperymentu jak
oglądam Casablance to sobie myślę o panu Ryśku ale wtedy wcale nie robi mi się
ciepło na sercu i wcale nie wali tak mocno jak wtedy, gdy pomyślę o cycyatej.
Bo w roku trzytysięcznym to nie ma miłości (ale to już chyba wam mówiłem?) więc
nawet nie mam sie kogo spytać czy takie bumbum, bumbum, bumbum to już to czy
jeszcze nie. Gdyby była jakaś biblioteka to może można by było nawet o tym
poczytać. Muszę sobie gdzieś zakonotować, żeby zapisać się do biblioteki zaraz
jak tylko z powrotem jakąś otworzą.
Jak się
skończy pierwszy film to znowu jest pasmo reklamowe tym razem dłuższe. Wtedy
zazwyczaj wychodzę zaczerpnąć powietrza na korytarz. Czasami, kiedy licznik
Geigera pokazuje, że promieniowanie jest nawet znośne ośmielam się otworzyć
okno, wyciągam głowę i patrzę sobie na drzewko rosnące na placyku obok.
To wcale nie jest takie łatwe jakby wam się zdawało, bo to najpierw trzeba otworzyć
okno, a zawiasy już się nieco wypaczyły, potem trzeba nieco stanąć na czubkach
palców, wykręcić głowę na prawo i wtedy prawie, prawie można zobaczyć drzewo a
już na pewno jego cień. Drzewko, to chyba brzoza kiedyś była, jest pod stałą
opieką policyjną, 24 godziny na dobę. Wcześniej to tylko taki uschnięty konar
był ale jakoś ze dwa lata temu ktoś zauważył, że na czubku wypuściło 2 zielone
listki i wtedy to normalnie zaczęła się chryja. Przyjechały policjanty z psami,
otoczyli drzewo płotem, podsypali nawozem i pilnują jak oka w głowie. Bo to drzewo
to jedyne w całej dzielnicy co nam zostało z przyrody. Nic innego już nie ma.
Więc jak tak sobie popatrzę na to drzewko, a przynajmniej na jego cień to potem
wracam do domu. Muszę uważać, żeby za długo nie wystawiać głowy przez okno, bo
to jednak ten licznik wcale nie jest taki dokładny. Niby tu pokazuje, że
owszem, promieniowanie niskie, a tu siuuu wiuuu nie wiadomo skąd podleci wiatr,
zakręci jakąś taką chmurą i wtedy stary, poczciwy Geiger zaczyna piskać jak
szalony. No to uważać trzeba i szybciutko rejterować inaczej rzyga się dalej
niż widzi. Dobrą stroną tego jest fakt, że jednak chyba nie można powiedzieć,
że niczego nie ma, bo promieniowanie jednak jest i to takie, że ho ho! Po
dłuższym bloku reklamowym nadają film o Forreście Gumpie. To o takim kolesiu co
biegł, biegł i biegł i na końcu dobiegł do mety. Dobry film. Fajnie, jakoś tak
lekko się to ogląda bo to i czekoladki, i owoce morza i nawet koktajl mleczny
się przewija gdzieś w tle. Także fajne. Zawsze oglądam go do samego końca (za
wyjątkiem środy, bo wtedy muszę odebrać tubki) i najbardziej lubię scenę, kiedy
Forrest siedzi na ławce, palce ma wyświnione czekoladą i mówi:
-Życie jest jak pudełko pralinek, nigdy nie wiesz jaka ci
się trafi.
Ja nie mam żadnych pralinek, tak więc mnie się nic nie
trafi.
Kurde. Trochę jednak szkoda.
Potem w telewizji niczego nie więcej nie ma aż do 22. To
znaczy są i wiadomości i bloki reklamowe ale to takie o których już wam
opowiadałem, wiec w sumie to tak jakby ich nie było. O 22. puszczają trzeci
film, który się jeszcze zachował. To już jest, że tak powiem, inna twarz
kinematografii, też o miłości ale takiej z której powstawały dzieci. Nie żebym
narzekał, bo to jednak i kostiumy mają ładne, dopóki ich nie zdejmą. Akcja też
jest niczego sobie, chociaż nieco monotematyczna, a i dialogi, przynajmniej na
początku każdej sceny, mają coś na zarys pewnego sensu. Ale wiecie co jest w
tym filmie najciekawsze? No nie zgadniecie. He,he ni hu hu nie zgadniecie. To
ja wam powiem.
Las. Normalnie wielki las. Drzew pełno,
trawy pełno, kwiatów i ziół też pełno. Drzew to za bardzo jednak nie widać, bo
większość scen kręconych jest z pozycji horyzontalnej ale i tak wiadomo, że to
las. A w tle rzeczka. Niebieska, niebieściuchna, wije się jak wstążeczka.
Piękne to jest. Motylki latają, jakieś bąki takie żółte i czarne. Wśród liści
przechadzają się czarne, błyszczące żuki. No coś wspaniałego. Te szyszki na
leśnej ścieżce, te sterty zbutwiałego igliwia. Te trawy smukłe, długie i
giętkie, szeleszczące cicho na wietrze. Te kwiatki drobniutkie niczym białe
okruszki, mech lśniący od rosy i ptaki trelające gdzieś w zaroślach. W roku
trzytysięcznym nie ma już żadnego lasu a tu proszę na filmie jeszcze jest. I można
sobie pooglądać nawet codziennie, jak ktoś ma takie życzenie i ochotę.
A potem lecą napisy końcowe, w tle przewija się jakaś
prymitywna muzyczka z syntezatora i wyświetla się wielka kolorowa plansza z
napisem: koniec programu. Widzicie, teraz nawet programu już nie ma. Wtedy idę
do łóżka. Może i nawet powinienem umyć przedtem zęby ale jakoś wieczorami nigdy
mi się nie chce. Po co skoro próchnicy też już nie ma. Więc leżę w swoim łóżku,
myślę o tym lesie i zastanawiam się co my tak właściwie mamy. Bo lasów już nie
mamy. Ani trawy, ani drzew, ani mchu. Nie mamy przestrzeni, nie mamy dzieci, nie
mamy piwa. Pracy nie mamy, jedzenia nie mamy, dżemu nie mamy. Miłości nie mamy
ani wiary, ani nadziei. Ale wiecie co mamy? Mamy rok trzytysięczny. A to już
jednak coś!
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. I jak zwykle na koniec. Czytać można, komentować można, zachwycać się można, wybrzydzać można ale nie można wydawać w formie papierowej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej bez mojej pisemnej zgody. Zgoda kosztuje całą skrzynkę szampana Igistroje, więc radzę się pośpieszyć zanim Ruskie nałożą embargo na ten nektar.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)