wtorek, 9 czerwca 2015

Roku trzytysięcznego

Po dwóch tygodniach pobytu na zabitej dechami wsi jestem z powrotem, razem z nowym opowiadaniem. Przyznam się wam szczerze: "Roku trzytysięcznego" powstało głównie z frustracji powodowanej remontem naszej wiejskiej chawiry. Ciągle czegoś brakuje, a to gwoździ, a to farby, a to cierpliwości i umiejętności- a po każdą duperelę trzeba jeździć do odległego o 10 kilometrów Eisleben (tak na boku, to ta sławna miejscowość w której urodził się i umarł Marcin Luther). Tak moi drodzy, gwoździ nie ma, farby nie ma, styropian był ale się skończył, lakier wyparował, piasek wywiało, cementu nie dowieźli. Ale wiecie za to co jest? Jest waląca się chałupa, którą dwa, zupełnie nieobeznane z remontami, głuptaki próbują połatać i posklejać, coby deszcz nie padał im za kołnierze. Przed wami "Roku trzytysięcznego". Zapraszam do lektury na miejscu. Wersję pdf na wynos znajdziecie pod adresem http://chomikuj.pl/woorkroom2007/vonklusken.

Bezpośredni dostęp do pliku PDF znajdziecie także tutaj Roku trzytysięcznego



Roku trzytysięcznego

W roku trzytysięcznym nie ma pracy. No nie ma i już. Jak sobie pomyślę, że jeszcze 5000 lat temu było 100 % zatrudnienia to ogarnia mnie pusty śmiech. Takie piramidy na ten przykład. Tysiące, dziesiątki tysięcy niewolników oblanych potem, palących się w egipskim, bezlitosnym słońcu. Prężą muskuły twarde niczym skała, napinają wykute niby z żelaza mięśnie.
-Hej hop! Razem!- krzyczą.- Hej hop i jeszcze raz!
Powoli, dostojnie, centymetr po centymetrze suną granitowe bloki, z których, niby kawałki gigantycznej układanki wyrastają białe piramidy. Setki dozorców z plecionymi biczami trzaskają nad wyprężonymi karkami robotników.
-Do pracy wy tłuste skurwysyny! Hej hop i razem!
Powoli, powolutku, noga za nogą, coraz dalej i coraz wyżej. Dziesiątki skrybów zapisują na glinianych tabliczkach ilość marmurowych bloków, cedrowych belek, zużytych, ociekających krwawą posoką pejczy. Nic nie oprze się ich sokolemu wzroku. Każdy gram piasku, każda główka kapusty i każde wycieńczone nadludzką pracą truchło niewolnika będzie zapisane. Odnotowane. Zważone. Policzone i wciągnięte w rejestr. A to wszystko w imię pełnego zatrudnienia. Ech... mógłbym być takim skrybą albo dozorcą. A co mi tam. Mógłbym być nawet niewolnikiem.
            W roku trzytysięcznym nie ma jedzenia. To znaczy głodu nie ma ale nie mógłbym powiedzieć, że mamy jedzenie. Co tydzień dostaję przydział 14 tubek odżywczych, ani mniej ani więcej. W każdą środę staję w kolejce departamentu sytości, odczekuję 3-4 godziny w zależności od tego jak sprawnie posuwa się kolejkowy wężyk i dopiero wtedy mam żarcie. Kolejka jest długa, w każdy powszedni dzień tygodnia wyznaczono inny rewir po odbiór. Ja mieszkam na Srebrzystej, 5 rewir, 61 dystrykt i co środę wolno mi zająć miejsce w ogonku. Tydzień po tygodniu, rok po roku, zawsze te same twarze kolejkowych sąsiadów. Moje miejsce jest między panem Rysiem i wysoką, szczupłą blondynką. Mam je jeszcze po matce.  Z blondynką jeszcze nigdy nie zamieniłem ani słowa, stoi taka wydupiona, wycyckowana z nosem utkwionym w książce albo w gazecie. Kilka razy nawet brała nie chętka, żeby uszczypnąć ją tak po przyjacielsku w dupę ale ile razy napotykam jej surowy wzrok odchodzi mnie ochota.
            Pan Rysiu za to, to co innego. Sypie żarcikami, deklamuje Gałczyńskiego, w lecie poci się w słońcu i śmierdzi niemiłosiernie, w zimie śmierdzi trochę mniej. Swój chłop. Umówiliśmy się nawet, że pójdziemy na piwo jak tylko urząd sytości zacznie z powrotem wydawać marki na alkohol. Bo to jest tak: jeszcze za czasów mojego dziadka piwo było. Ba! Nawet dżem był i masło, i papierosy. Potem te ważniaki na górze, politycy znaczy się, wymyślili, że przeludnienie, że rezerwy trzeba oszczędzać, że niby głód, smród i ubóstwo no to zlikwidowali- ale tylko przejściowo- kupony na alkohol i papierosy. Potem znikł dżem- że niby zaraza owocowa. Krowy zjedliśmy- to na razie i masła nie było, a za tatusia to już w ogóle niczego nie było. Zostały tylko tubki odżywcze. Więc jedzenia nie mamy ale za to odbiór tubek kwituję co środę w okienku. Szybko podpis na liście, dziękuję obywatelu, tutaj parafka, życzę miłej środy i następny. No ale kiedyś jak już przezwyciężymy chwilowe trudności z zaopatrzeniem to i piwo pewnie wróci. A może nawet i dżem!
            Tubek jest 14, mówiłem już? 7 zielonych i 7 żółtych. Zielonych nie lubię, śmierdzą rybą i jakimś takim nieświeżym olejem. Zawsze po zielonej tubce mam w gębie kapeć i zdaje mi się, że cuchnę śledziem czy dorszem. No to zielone tubki zjadam zawsze na kolację, bo w nocy to mnie zazwyczaj wszystko jedno- zazwyczaj śpię. Żółta tubka za to jest całkiem smaczna, pachnie i cytrynką, i truskawką, i nawet troszkę rumem. Ja rumu nigdy nie piłem ale pan Rysio, jako mały berbeć, skosztował trochę u cioci na imieninach i przysięga, że to to. No to jem żółtą tubkę zawsze na śniadanie  bo lubię miło zacząć dzień i lubię jak mi z gęby pachnie poziomkami a nie sztokfiszem. Po śniadaniu siedzę w fotelu i patrzę w telewizor ale tylko tak sobie z przyzwyczajenia, bo w roku trzytysięcznym w telewizji niczego nie ma. No nie ma ludzie kochani. Chciałbym wam powiedzieć, że jest coś fajnego ale nie ma i już. Rano to dają najpierw wiadomości a tam mówi tak spikerka- fajna babka, tak na stronie, z cyckami i wszystkim co należy- mówi, że nic nie ma. Że nie ma mleka, chleba, wędliny, pomidorów, jajek, czystej wody i powietrza. Ale to akurat nic nowego, bo wszyscy wiedzą, że nic nie ma.  No to siedzę sobie w fotelu i słucham jak idiota, że były, na przykład, mandarynki ale się skończyły. Że były gęski, króliki, frytki i pizza ale teraz nie ma i czuje jak mi ślinka cieknie. Zjadłbym takiej gęsi. Albo grzybków marynowanych. Albo owsianki z cebulą. Ech... dobrze, że chociaż tubki dają, chociaż to nie to samo co cebulka. No wiec jak już tak sobie posłucham tych wiadomości to zazwyczaj wstaję i idę do ubikacji. W telewizji leci blok reklamowy ale to takie pic na wodę, fotomontaż, między nami szczerze mówiąc. Bo to reklamują na zapas, taki marketing przyszłościowy. Na przykład śpiewa taka babeczka, prawie że goła w samych brokatowych majteczkach, o kabanosach. Kabanosów nie ma, to wiedzą wszyscy. Ale ona szczerzy zęby do mikrofonu (po co nam właściwie jeszcze zęby, skoro tubki są płynne?), kręci na prawo i lewo tymi swoimi majtaskami i śpiewa:
-Uuu, kabanosy pyszne są. Uuu, jak się znowu pojawią to leć je kupić. Uuu, aaa, bejbe, bejbe, kabanosy!
Albo taka inna reklama, też przyszłościowa. Że to niby kot w kominiarce na łepku napada na sklep, terroryzuje grubą sklepikarę swoimi pazurami i żąda od niej łiskasa. I męski głos z głośnika oznajmia na tle zażerającego sie przysmakami kota: „twój kot będzie kupował łiskas”. Tak więc widzicie, że to głupie, bo po pierwsze to ten kot wcale nie kupował a rabował, (a to jednak jakaś różnica jest) a po drugie w roku trzytysięcznym nie ma żadnych kotów. Ale pewnie to tylko przejściowe trudności z zaopatrzeniem. No to na blok reklamowy zazwyczaj nie patrzę tylko idę do ubikacji, umyć zęby i zrobić numer dwa. Potem wracam i znowu siadam w fotelu, żeby obejrzeć film. W roku trzytysięcznym to już nikt filmów nie robi bo to nie ma i dobrych aktorów, i sensownych reżyserów, i taśm filmowych też nie ma ale nic nie szkodzi. Zachowały się jeszcze trzy filmy z przeszłości: „Casablanca”, „przygody Forresta Gumpa” i „Poszukiwacze zaginionej szparki”, i nadają je codziennie zawsze o tej samej porze. Casablance dają przed południem w pasmie dla gospodyń domowych, mimo, że gospodyń domowych już nie ma. No bo, żeby były gospodynie to jednak muszą być i gospodarze, co to w krawacie albo i roboczym wdzianku pędzą rankiem do biura tudzież warsztatu. Biur już nie ma, warsztatów już nie ma to i logiczne, że gospodyń ni hu hu nie uświadczysz. Ale Casablance nadają dzień w dzień. Takie o miłości to jest. Że najpierw on nie chce a ona chce. A potem ona nie chce a on chce. A potem jak oboje chcą to przylatuje samolot i nic już więcej nie widać. Czasami jak oglądam Casablance to myślę sobie to tej mojej cycatej blondynie z kolejki. Mojej to naturalnie tak sobie tylko powiedziane, bo ona nie jest moja ani niczyja. Ale myślę sobie o tej miłości, o tej blondynie i jakoś ciepło mi się robi w okolicy serca. I wali tak jakoś przyjemnie, bumbum, bumbum, bumbum. Ech, żeby tak miłość się przytrafiła ale taka prawdziwa to by dopiero było coś. Czasami w ramach eksperymentu jak oglądam Casablance to sobie myślę o panu Ryśku ale wtedy wcale nie robi mi się ciepło na sercu i wcale nie wali tak mocno jak wtedy, gdy pomyślę o cycyatej. Bo w roku trzytysięcznym to nie ma miłości (ale to już chyba wam mówiłem?) więc nawet nie mam sie kogo spytać czy takie bumbum, bumbum, bumbum to już to czy jeszcze nie. Gdyby była jakaś biblioteka to może można by było nawet o tym poczytać. Muszę sobie gdzieś zakonotować, żeby zapisać się do biblioteki zaraz jak tylko z powrotem jakąś otworzą.
            Jak się skończy pierwszy film to znowu jest pasmo reklamowe tym razem dłuższe. Wtedy zazwyczaj wychodzę zaczerpnąć powietrza na korytarz. Czasami, kiedy licznik Geigera pokazuje, że promieniowanie jest nawet znośne ośmielam się otworzyć okno, wyciągam głowę i patrzę sobie na drzewko rosnące na placyku obok. To wcale nie jest takie łatwe jakby wam się zdawało, bo to najpierw trzeba otworzyć okno, a zawiasy już się nieco wypaczyły, potem trzeba nieco stanąć na czubkach palców, wykręcić głowę na prawo i wtedy prawie, prawie można zobaczyć drzewo a już na pewno jego cień. Drzewko, to chyba brzoza kiedyś była, jest pod stałą opieką policyjną, 24 godziny na dobę. Wcześniej to tylko taki uschnięty konar był ale jakoś ze dwa lata temu ktoś zauważył, że na czubku wypuściło 2 zielone listki i wtedy to normalnie zaczęła się chryja. Przyjechały policjanty z psami, otoczyli drzewo płotem, podsypali nawozem i pilnują jak oka w głowie. Bo to drzewo to jedyne w całej dzielnicy co nam zostało z przyrody. Nic innego już nie ma. Więc jak tak sobie popatrzę na to drzewko, a przynajmniej na jego cień to potem wracam do domu. Muszę uważać, żeby za długo nie wystawiać głowy przez okno, bo to jednak ten licznik wcale nie jest taki dokładny. Niby tu pokazuje, że owszem, promieniowanie niskie, a tu siuuu wiuuu nie wiadomo skąd podleci wiatr, zakręci jakąś taką chmurą i wtedy stary, poczciwy Geiger zaczyna piskać jak szalony. No to uważać trzeba i szybciutko rejterować inaczej rzyga się dalej niż widzi. Dobrą stroną tego jest fakt, że jednak chyba nie można powiedzieć, że niczego nie ma, bo promieniowanie jednak jest i to takie, że ho ho! Po dłuższym bloku reklamowym nadają film o Forreście Gumpie. To o takim kolesiu co biegł, biegł i biegł i na końcu dobiegł do mety. Dobry film. Fajnie, jakoś tak lekko się to ogląda bo to i czekoladki, i owoce morza i nawet koktajl mleczny się przewija gdzieś w tle. Także fajne. Zawsze oglądam go do samego końca (za wyjątkiem środy, bo wtedy muszę odebrać tubki) i najbardziej lubię scenę, kiedy Forrest siedzi na ławce, palce ma wyświnione czekoladą i mówi:
-Życie jest jak pudełko pralinek, nigdy nie wiesz jaka ci się trafi.
Ja nie mam żadnych pralinek, tak więc mnie się nic nie trafi.
Kurde. Trochę jednak szkoda.
Potem w telewizji niczego nie więcej nie ma aż do 22. To znaczy są i wiadomości i bloki reklamowe ale to takie o których już wam opowiadałem, wiec w sumie to tak jakby ich nie było. O 22. puszczają trzeci film, który się jeszcze zachował. To już jest, że tak powiem, inna twarz kinematografii, też o miłości ale takiej z której powstawały dzieci. Nie żebym narzekał, bo to jednak i kostiumy mają ładne, dopóki ich nie zdejmą. Akcja też jest niczego sobie, chociaż nieco monotematyczna, a i dialogi, przynajmniej na początku każdej sceny, mają coś na zarys pewnego sensu. Ale wiecie co jest w tym filmie najciekawsze? No nie zgadniecie. He,he ni hu hu nie zgadniecie. To ja wam powiem.
 Las. Normalnie wielki las. Drzew pełno, trawy pełno, kwiatów i ziół też pełno. Drzew to za bardzo jednak nie widać, bo większość scen kręconych jest z pozycji horyzontalnej ale i tak wiadomo, że to las. A w tle rzeczka. Niebieska, niebieściuchna, wije się jak wstążeczka. Piękne to jest. Motylki latają, jakieś bąki takie żółte i czarne. Wśród liści przechadzają się czarne, błyszczące żuki. No coś wspaniałego. Te szyszki na leśnej ścieżce, te sterty zbutwiałego igliwia. Te trawy smukłe, długie i giętkie, szeleszczące cicho na wietrze. Te kwiatki drobniutkie niczym białe okruszki, mech lśniący od rosy i ptaki trelające gdzieś w zaroślach. W roku trzytysięcznym nie ma już żadnego lasu a tu proszę na filmie jeszcze jest. I można sobie pooglądać nawet codziennie, jak ktoś ma takie życzenie i ochotę.
A potem lecą napisy końcowe, w tle przewija się jakaś prymitywna muzyczka z syntezatora i wyświetla się wielka kolorowa plansza z napisem: koniec programu. Widzicie, teraz nawet programu już nie ma. Wtedy idę do łóżka. Może i nawet powinienem umyć przedtem zęby ale jakoś wieczorami nigdy mi się nie chce. Po co skoro próchnicy też już nie ma. Więc leżę w swoim łóżku, myślę o tym lesie i zastanawiam się co my tak właściwie mamy. Bo lasów już nie mamy. Ani trawy, ani drzew, ani mchu. Nie mamy przestrzeni, nie mamy dzieci, nie mamy piwa. Pracy nie mamy, jedzenia nie mamy, dżemu nie mamy. Miłości nie mamy ani wiary, ani nadziei. Ale wiecie co mamy? Mamy rok trzytysięczny. A to już jednak coś!


KONIEC


wasza
Helga von Klusken

p.s. I jak zwykle na koniec. Czytać można, komentować można, zachwycać się można, wybrzydzać można ale nie można wydawać w formie papierowej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej bez mojej pisemnej zgody. Zgoda kosztuje całą skrzynkę szampana Igistroje, więc radzę się pośpieszyć zanim Ruskie nałożą embargo na ten nektar.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)