Opowiadanie można poczytać i ściągnąć także stąd: Drzwi
Drzwi
część druga- ostatnia
Drzwi pasowały wymiarami. Nie za wysokie, nie za
szerokie, nie za białe i nie za kolorowe. Takie w sam raz. Prawie, że idealne.
Prawie.
-A co one się tak podejrzanie świecą?- zapytała Ramona
jeżdżąc poślinionym paluchem po lakierowanej powierzchni. Dopiero teraz Mathias
i sprzedawca zauważyli, że drzwi istotnie promieniują jakimś tajemniczym
blaskiem.
-Może one na prąd są?- zdziwił się sprzedawca. Obejrzał
drzwi ze wszystkich stron ale nie. Nie były na prąd. Mathias postukał knykciami
w drewno.
-Może jakieś czarodziejskie są?- zażartował ale Ramona
spojrzała się na niego jak na idiotę, to znaczy tak jak zwykle.
-Żeś czubku wymyślił. Czarodziejskie drzwi. I co? Może
jeszcze prowadzą do Stumilowego Lasu?- zakpiła. Mathias nic nie odpowiedział a
młody sprzedawca uścisnął mu tylko współczująco rękę, w geście męskiej
solidarności. Przy kasie Ramona wykłócała się ze sprzedawczynią o rabat, bo
przecież „świecą i świecą ile to prądu będzie żarło!” Firma udzieliła im
trzyprocentowego rabatu i dodała kupon upominkowy na zakupy u konkurencji. W
domu, po wielkiej ilości westchnień, okrzyków złości i lecących kurtyzan, drzwi
były zamontowane. Mathias przykręcił ostatnią śrubkę i otarł z czoła pot.
Ramona polerowała stalową klamkę.
-Nareszcie.- sapnęła prawie, że szczęśliwa. Prawie. -Jednak
potrafisz jakąś rzecz zrobić porządnie.- rzuciła mężowi z uznaniem wątpliwy
komplement.- Dzieci nie zrobiłeś porządnie, szkoły nie skończyłeś porządnej,
roboty też nie masz za ciekawej a drzwi jednak zamontowałeś. No!
Spojrzeli obydwoje. W ciemności korytarza drzwi
promieniowały łagodną poświatą, mieniąc się leciutko wszystkimi kolorami tęczy.
Czerwony przechodził w śliczną żółć dojrzałych słoneczników, butelkowa zieleń
oceanu zmieniała się w błękit pogodnego nieba, fiolet przemieniał w
szmaragdowy, a różowisty w brąz płodnej, tłustej ziemi. Piękne to było i
troszeczkę smutne zarazem, nie wiadomo dlaczego. Mathias przysiągłby, że mógłby
stać tak godzinami i zafascynowany wpatrywać się w melancholijną grę kolorów.
Ale mózg Ramony nie miał wmontowanej fabrycznie opcji „zachwyt nad pięknem”.
Brutalnie nacisnęła klamkę i weszła do środka. Od razu zaczęła wrzeszczeć ale
nie tak jak zwykle tylko zdecydowanie głośniej i zdecydowanie bardziej
złowróżebnie. Mathias trwożliwie zaglądnął za nią. Zamiast łazienki z mozaikowym
prysznicem, firankami w oknach, kaktusami na parapecie i puszystym chodniczkiem
ujrzał mały, nędzny pokoik. Wprawdzie jego dom też był mały i nędzny ale ten
pokoik zdecydowanie nie należał do domu. Instynkt powiedział Mathiasowi, że
pokoik ten nie należy nawet do tego świata, tylko do zupełnie innego wymiaru a
drzwi były portalem, który w przedziwnym splocie okoliczności połączył jego
łazienkę z tajemniczym, innym bytem. Nie wiedział skąd to wiedział ale wiedział
i już!
Pomieszczenie, które w zamierzeniu miało być łazienką
było wąskie, długie, bardzo opuszczone i bardzo zakurzone. U szczytu wąskiej
kiszki tkwiło trzyczęściowe okno wykuszowe bez klamek. Światło słoneczne
wpadało do pokoju ze wschodu, północy i zachodu, czwarta ściana posiadała natomiast
tylko jedne drzwi, te przez które weszli i nic więcej. Pokój nie był połączony
w żaden inny sposób z resztą budynku, skądinąd gwarnego i pełnego życia, gdyż
głosy sąsiadów doskonale słychać było zza cienkich ścian. Z drewnianej podłogi
odpryskiwał przy każdym kroku lakier. Pojedyncze szyby były zmatowiałe na
brzegach i bardzo brudne. Długie koty kurzu zwisały z popękanego sufitu.
-Czego tak stoisz idioto?!- wrzeszczała Ramona.-Zrób coś!
„Coś” w wykonaniu Mathiasa polegało na tym, że podszedł
powoli do wykuszowego okna, oparł się o nie czołem i z otwartymi ustami
przyglądał tajemniczemu światu. Ujrzał miasto, olbrzymie miasto przyszłości.
Wielkie budowle, o fantastycznie zakręconych wieżach, strzelały w górę niczym
sękate palce robota. Pomiędzy budowlami płynęły, szybowały w powietrzu małe
pojazdy podobne do prywatnych helikopterów, które zamiast wirników posiadały
laserowe dysze. Pojazdy wymijały się, krzyżowały i wyprzedzały w taki sposób,
że postronnego obserwatora przyprawiało to o zawał serca, ale ani razu nie
doszło do kolizji czy poważniejszej kraksy. W dole ulicy, 1000 pięter w dół można
było dojrzeć wielkie hologramowe reklamy. Srebrzyste ekrany wirowały zachęcając
do kupna klobała- podłużnej, czarnej rurki migającej na końcu czerwoną diodą- i
prząśnychu w błyszczącym opakowaniu. Najnowsza moda skłoniła mieszkańców miasta
do noszenia złocistych kombinezonów, a każdy obywatel posiadał długą antenę
wszczepioną na czubku głowy- niewątpliwie służącą do komunikacji. Ramona
szarpała zawzięcie mężem.
-Ja chcę moją łazienkę!- wyła. – Gdzie moja łazienka?
Gdzie mój prysznicek kochany? Gdzie moje puchate ręczniczki?- w rozpaczy
zawzięcie tłukła głową męża o szybę, jakby to miało cokolwiek pomóc. –Gdzie
mooooje kaaaaktusy? Co zrobiłes z moiiiimmmmiiiii kaktusami? Ty łachudro
niemyty! Nawet drzwi nie potrafisz poprawnie zamontować?!
Mathias ocknął się nagle ze swojego zadumania i
instynktownie, nie myśląc co robi, przylał kochanej żoneczce z liścia.
Przeraziła się Ramona ale jej mąż był przerażony tym co zrobił jeszcze bardziej.
-Dzwonię na policję.- zasyczała mściwie i zbiegła na dół
do telefonu. Istotnie, zadzwoniła na policję. Ale nie, żeby oskarżyć męża o
czynną napaść tylko, żeby zgłosić kradzież łazienki.
Oficer po drugiej stronie linii stanowczo pominął się z
powołaniem na opiekuna grupy leniwców w zoo, gdyż swoje obowiązki wykonywał
niechętnie, niedokładnie i bardzo powolnie.
-To co pani mówi, że ukradli?
-Łazienkę.- łkała do telefonu Ramona.
-Meble znaczy się? Umywalkę i klop też?
-Wszystko ukradli! Wszystko! Meble, kaktusy, okno,
ściany, tapety, wszystko! Niech pan tu przyjeżdża. Koguta włączaj pan i
przyjeżdżaj!
Z piętra Mathias protestował głośnym krzykiem. Na co im
policja? Po co to? Przyjadą i będą węszyć. Jeszcze zapytają się o pozwolenie na
budowę garażu, który postawił ze szwagrem nielegalnym sposobem albo o staw w
ogrodzie, wykopany dokładnie nad podziemną linią wysokiego napięcia. Mało to
problemów mają?
-Odłóż słuchawkę!- krzyczał na żonę z mocą, z którą się
nigdy nie zdobył w ciągu długich lat małżeństwa.- Odkładaj pókim dobry!
-A wała!- wrzeszczała z dołu Ramona.- Wała jak Polska
cała! Co żeś z łazienką zrobił?- i z powrotem krzyczała do słuchawki- Panie
komendancie! Panie komendancie! Ratunku! Na miłość boską, ratunku!!!
Policjant zanotował w kajeciku przemoc domową i bez
zwłoki wysłał tam patrol, o którym wiedziano, że nie patyczkuje się z pijakami,
damskimi bokserami i wszelką hołotą męskiego rodzaju. Samochód policyjny w
kilka minut zjawił się z piskiem opon pod domem. Rośli, barczyści stróże prawa
wbiegli do środka, po czym najpierw skopali Mathiasa, wykręcili ręce, założyli
mu kajdanki, rzucili twarzą na ziemię a dopiero potem spokojnie zapytali co się
tu właściwie dzieje.
-Łazienkę ukradli.- jęczała Ramona.
-Kto?- pytanie policjantów było krótkie i konkretne. Kto
z was, naiwniaki, myślał, że policja
jest od szukania złodziei? Policja jest właśnie od stawiania krótkich i
konkretnych pytań, ot, co!
-Nie wiem zboczeńce czy kosmity jakieś. Pan patrzy.- z tymi słowami zaprowadziła
ich schodami na górę. Skuty Mathias jakoś podczołgał się na brzuchu za nimi.
Groźni dzielnicowi najpierw zdecydowanie przeszli przez tęczowe drzwi do pokoju
z innego świata. Ale ich pewność siebie stopniowo malała w miarę jak zbliżali
się do wykuszowego okna. Spojrzeli na fantastyczne budynki, migoczące w
promieniach dwóch zachodzących słońc obcej planety. Spojrzeli na latające w
powietrzu pojazdy, spojrzeli tysiąc pięter w dół, na hologramy reklamujące
ochłypki i kworczek.
-Ty.- szturchnął jeden drugiego pod ramię.- Tu chyba jakiś
film kręcą, no nie?
-Albo słuchowisko.- szepnął ze zgrozą drugi nasłuchując
dobiegającej zza ściany niezrozumiałej rozmowy sąsiadów.
-Mówiłem, że to czarodziejskie drzwi.- powiedział
zdyszany Mathias. Właśnie udało mu się, mimo kajdanek, wstać na nogi.
-Bujda na resorach.- sprzeciwił się ostro pierwszy
policjant.
-Właśnie.- przytaknął drugi.- Za czary to można dostać
kilka latek z paragrafu 48.
-A co z moją łazienką?- jęczała Ramona.
Policjanci obeszli dom dookoła, starannie oświetlając
latarkami każdy krzew, po czym jeszcze raz wrócili na górę. Z zewnątrz nie
widać było nic podejrzanego, a przez okno łazienki nawet dojrzeć można było
kaktusy na parapecie i kawałek prysznica. Ale gdy tylko wrócili z powrotem
pokój był tą samą brudną, zapuszczoną ślepą kiszką w innym świecie.
-Tego chyba nie było na szkoleniu.- mruknęli do siebie
oficerowie i bez słowa wyjaśnienia zniknęli.
Jednak zamiast na komendę, najpierw pojechali do baru w
którym strzelili sobie po kilka głębszych na rozluźnienie. To dlatego procedura
zgłoszenia kradzieży łazienki trwała tak długo. Oficer dyżurny nie chciał
uwierzyć dwóm, podpitym policjantom bredzącym niestworzone historie o
tajemniczej planecie w kabinie prysznicowej.
Przez kilka pierwszych dni Ramona tysiące razy otwierała
i zamykała świecące drzwi z nadzieją, że może jednak to sen i wszystko wróci do
poprzedniego stanu. Na próżno. Z zewnątrz, przez okno łazienka była normalną
łazienką a w wewnątrz pomieszczeniem w innym wymiarze. I nie pomagało
trzaskanie drzwiami choćby najgłośniejsze ani wyzywanie ich od „sukinsynowatej
płyty paździerzowej” a męża od „frajera, który nawet furtki nie potrafi
poprawnie przykręcić”. W końcu, zrezygnowana, wymiotła z pomieszczenia kurze, umyła
wykuszowe okno, po czym sprowadziła hydraulika.
-Pan mnie tu łazienkę zainstaluje.- warknęła przez zaciśnięte
zęby do małego, kulącego się ze strachu mężczyzny.- Z mozaikowym prysznicem i
kaktusami. Ale już!
Monter rozłożył bezradnie ręce.
-Gdzie ja pani tu prysznic podłączę, jak tu w ogóle nie
ma dostępu do kanalizacji? Nawet u sąsiadów nie słychać, żeby woda w ruchach
szumiała.- dodał odrywając ucho od szklanki przyłożonej do ściany.- Może oni tu
w ogóle nie mają kanałów ze ściekami?
-To jak się myją w takim razie?
-Może oni jakoś ten brud dezintegrują?- wtrącił Mathias.-
Jakieś pompy mają antygrawitacyjne do mycia albo lasery?
Ramona tylko poszła do kuchni mamrocząc groźnie pod nosem:
-Srery lasery. Żebym ja mu tak laserem łba nie rozwaliła.
Hydraulik spoglądał na Mathiasa i współczująco poklepał
go po plecach.
-Pięćdziesiąt euro się należy.- dodał szybko.
-Panie! Za takie nic?
-Opinia fachowca to dla pana nic?- oburzył się drobny
człowieczek.- Panie, ja na takie nic to tu całe 15 minut zmarnowałem! A mogłem
papieroska wypalić. Kwiatki na łące wąchać. Życiem sie cieszyć. Poezje pisać.
Miał rację, skubany. Z ciężkim sercem Mathias zapłacił mu
50 euro i dodał jeszcze 5 napiwku. Ot, tak na długopis i kajet na poezje.
Pokój w innym wymiarze nie dawał spokoju ani hydraulikowi
ani policji. Odpowiednie służby bezpieczeństwa zostały powiadomione, że w prywatnym
domu, z prywatnej, nieopodatkowanej inicjatywy znajduje się inna planeta i
gdzieś środkiem lata na podjeździe zjawiło się czarne, błyszczące BMW a ze
środka wypadła banda rosłych facetów, w wełnianych garniturach i okularach
przeciwsłonecznym.
-Grupa do spraw blhmkhkmww, porucznik blhmnmbmnbvffff.-
warknął szybko największy wzrostem drab w garniturze. Mignął Mathiasowi przed
oczyma jakąś legitymacją i bez pytania o pozwolenie wdarł się do środka. Jego
koledzy podążyli za nim. Wyciągnęli aparaty, kamery i dyktafony, po czym zaczęli
mierzyć, sprawdzać i nagrywać każdy możliwy kąt w pokoju na innej planecie.
-Trzy metry dwadzieścia długości na metr sześćdziesiąt
szerokości.- relacjonował pierwszy drab.
-Okno proste, wykuszowe, szyby pojedyncze. Brudne.-
meldował drugi.
-Drzwi lita sosna. 70 cm. Świecą się i migają.- zdawał
raport trzeci. A czwarty natomiast gdzieś telefonował, z kimś się głośno
wykłócał i klął jak szewc. Po pół godzinie podwórko zaroiło się od jeszcze
wiekszej ilości drabów w ciemnych garniturach, techników w białych fartuchach,
naukowców w szczelnych kombinezonach, przejętych sekretarek urzędu
bezpieczeństwa, studentów wydziału kryminologii i paru frajerów, którzy uważali
się za nowych Danikenów. Frajerów szybko zakuto i odstawiono na komisariat
zanim zaczęli robić zdjęcia a naukowcy i ich pomagierzy przystąpili do pracy.
Ramona siedziała w kuchni, piła wódkę prosto z butelki,
wyła do lustra i przeklinała każdego, kto nanosił błoto na jej nowe wykładziny.
A brudzili, szczerze mówiąc, wszyscy. Kilka tygodni intensywnych badań nie
doprowadziło mózgowców do żadnego logicznego wniosku: czym jest pokój, co to za
planeta, gdzie się znajduje i na jakiej zasadzie działają drzwi. Bo pokój to
tak naprawdę był tylko pokój z staromodnym, wykuszowym oknem, z widokiem na
miasto i podwójne słońce, niczym więcej. Jeden z jajogłowych, zdobywca nagrody
Nobla zaproponował ściągnięcie drzwi i przeniesienie ich do laboratorium.
Wtedy- tłumaczył- przy pomocy mikroskopu albo młotka będzie można finezyjnie
rozebrać drzwi na części pierwsze, wydusić ich tajemnicę. Plan był w teorii
dobry, zawiodła jak zwykle tylko praktyka. Drzwi nie można było ruszyć z
zawiasów. No nie można było i już. Czy
to przyrosły do futryny, przykleiły się jakąś czarodziejską mocą, zintegrowały,
przyssały, wrosły- nie wiadomo. Jedyne to co zostało na pocieszenie naukowcom,
to fakt, że można sobie było pomachać odrzwiami w przód i w tył bez zbytniego skrzypienia.
-To może spalimy całą chałupę?- podrzucił inny naukowiec,
też zdobywca jakiejś ważnej nagrody. Ale i ten pomysł szybko upadł, w związku z
oświadczeniem Ramony, że prędzej ona spali im wszystkim żony, matki i ojców niż
pozwoli się komukolwiek zbliżyć z miotaczami płomieni.
Ktoś wpadł na pomysł, że pokój na pewno znajduje się w
czarnej dziurze i wsysa wszystko co się w nim znajduje- dlatego jest pusty.
Teza była interesująca i jako pierwszego, na ochotnika oczywiście, wrzucono tam
związanego sznurami, szarpiącego się i wzywającego donośnym głosem pomocy
pomysłodawcę. Przekręcono za nim klucz, odczekano dziesięć minut i w asyście
policyjnej ponownie otworzono drzwi. No i nic. Nic się nie stało. Nieszczęśnik
od idei czarnej dziury nadal rzucał się, wierzgał i klął na wszystkie strony
świata. Z wyjątkiem urażonej dumy i przegranego później procesu o poniesione
straty moralne nic mu się nie stało. Tajemnica jak tajemnicą była tak została.
Pomysł rozbicia szyb od razu uznano za głupi a nawet niebezpieczny. A kto może
potwierdzić czym to oddychają mieszkańcy tajemniczej planety? A jeżeli to
gazowy kwas solny to co? Wyzdychają wszyscy w ciągu sekundy jak wieloryby
nieudolnie ratowane przez Greenpeace. To samo dotyczyło przebicia się do
sąsiadów, których głosy rozlegały się zza ściany. Teoretycznie możliwe.
Praktycznie nie wiadomo czy nie wyskoczą z laserowymi kałasznikowami, szalejąc
i mordując wszystko co tylko stanie na ich drodze. Jedyne co pozostało
naukowcom do zrobienia to nakręcenie kilku filmów naukowych o holograficznych
reklamach szkopułków i wyprostków, napisanie kilku dysertacji o modzie planety
i złocistych kombinezonach i zgapienie pomysłu na laserowe dysze helikopterów-
które- o dziwo- i w ziemskiej atmosferze sprawdziły się zdecydowanie lepiej niż
zwykle wirniki. A potem szał wiedzy opadł. No bo co zrobić z czymś, z czym nie
wiadomo co zrobić? Można by tak stać w wykuszowym oknie przez całą wieczność i
gapić się na podwójne słońce. Można by wykonać transparent i powiesić go w
oknie z takim napisem, na widok którego miejscowi natychmiast rzucą się szukać
kontaktu z Ziemianami. Ale i to nie pomogło. Na napis „ratunku!” nikt nie
reagował a transparent z napisem „darmowa pizza tutaj” spowodował tylko
szyderczy śmiech jakiegoś dzieciaka, przylepionego do szyby helikoptera.
Smarkacz miał na sobie złocisto- bordowy kombinezon, malutką, skręconą w formie
antenki sprężynkę na głowie i wyjątkowo dorodny jęzor, który bez zażenowania
pokazywał zdumionym naukowcom.
Więcej nic się nie stało. Oczywistym było, że tajemniczy
pokój jest zapomniany przez mieszkańców innego świata, być może nawet nie zdają sobie sprawy, że
tutaj, za szybą, stoi całe grono najtęższych mózgów na planecie Ziemia i
prawie, że na kolanach błagają o kontakt wyższych braci w rozumie. Nic takiego
jednak się nie wydarzyło. Zrezygnowani naukowcy rozjechali się na swoje macierzyste
uniwersytety. Tylko wykładzinę trzeba było zmienić po ich odjeździe, bo naniesione
błoto wżarło się tak, że nawet karcherem nie można było jej odczyścić.
Kilka dni po odjechaniu naukowców
dom pana i pani Hoebe najechała druga plaga egipska, nie mniej dzika horda
dziennikarzy. Pokręcili się po opuszczonym pokoju, zrobili zdjęcia Ramony,
Helgi, Berty, Nerona i nawet szczuropsa Maksymiliana (o Mathiasie jakoś
zapomnieli), napisali na kolanie kilka nieautoryzowanych wywiadów w których to
Ramona była piękna i szczupła, dziewczynki mądre i błyskotliwe a Maksiu wyrósł
na dorodnego amstaffa z kolekcją ostrych zębów. Zapchali kibel który też trzeba
było wymienić i odjechali tak szybko jak się pojawili- niczym szarańcza
pozostawiając po sobie szkody i pusty, opróżniony z alkoholu barek.
Po dziennikarzach przyszła kolej na wszelkiej maści
świrusów- nowych proroków, łowców kosmitów, ufologów, scjentologów, pomazańców
bożych, zwykłych i niezwykłych idiotów. A każdy z nich przywoził ze sobą coraz
bardziej to fantastyczną teorię na temat tego czym jest pokój i jak funkcjonują
drzwi. Jedni, opatuleni w białe, niezbyt czyste prześcieradła głosili, że to
raj obiecany i namawiali do wyznania grzechów i czynienia pokuty. Inni okręcali
głowy srebrzystą folią aluminiową, zapadali w udawany trans i zarzekali się na
wszystkie świętości, że odbierają myśli mieszkańców tajemnego wymiaru. Jeszcze
inni (przeważnie młodzież) zamykali się od środka na klucz, niby ze swoją
asystentką i takie wyprawiali tam harce, że aż wstyd było słuchać wysokiego C „asystentki”
i porykiwań gwałconego orangutana które to wydawał z siebie naukowiec-amator
męskiego rodzaju. Po mniej więcej godzinie opuszczali pokój, ona z rozmazaną
szminką, on w przekręconym krawacie, obydwoje czerwoni na twarzy i znikali
jeszcze prędzej niż się pojawili.
Mathias razem z kolegami z pracy robił dyskretne zakłady
jak długo wytrzymają to jeszcze nerwy Ramony. Tym razem udało mu się wygrać od
kolegów trzydzieści euro, bo on stawiał na to, że następnego zainteresowanego
Ramona po prostu udusi i przeżuje na surowo jego okrwawione zwłoki, natomiast
koledzy twierdzili, że wyrwie mu serce z klatki piersiowej samą dłonią.
Ową ofiarą na część krwiożerczej bogini był dziarski
staruszek w grubych okularach, mówiący o sobie, że w młodości był prawie
profesorem, a już na pewno zostałby nim gdyby się nie potknął na maturze z
historii tańca. Interesował się antycznymi
kosmonautami i serią znaczków pocztowych z wizerunkami Kotliny Kłodzkiej. Tutaj
nerwy Ramony pękły niczym sparciała gumka w starych galotach.
Chwyciła jedną ręką za kark małego prawie profesora,
drugą otworzyła drzwi wyjściowe i pięknym łukiem odrzuciła go hen, hen w ten
kawałek ogrodu, który porastały najwyższe pokrzywy. Coś tam przy tym krzyczała,
że jedynym antykiem w tej chałupie jest on sam- ale że pluła się bardzo i z
wielkiej złości połykała połowę wyrazów, głowy więc sobie za to ściąć nie dam.
Potem kupiła dwa wielkie dobermany którym wyjątkowo źle się ze ślepiów
patrzyło, kazała otoczyć dom wysokim płotem i pogroziła pięścią mężowi.
-Jeżeli jeszcze raz, ktokolwiek tylko wspomni w tym domu
choćby słówkiem o jakiś drzwiach albo pokojach to ty oberwiesz.
-Dobrze kochana żoneczko.- odparł pokornie Mathias.
Powoli wszyscy zapomnieli o pokoju i o drzwiach. Nową
łazienkę Ramona kazała urządzić w piwnicy, a ponieważ miejsca było tam więcej-
nie zważając na protesty małżonka poleciła zamontować tam jakuzzi i małą saunę.
-Morda w kubeł. To przez ciebie te wszystkie problemy.
Jakbyś normalnie drzwi przykręcił to nic takiego by się nie działo.
Może i miała rację, kto wie? Może to z winy Mathiasa
otworzył się portal do innego świata? Tak więc szczęśliwy żonkoś, pomny na
słowa połowicy, posłusznie mordę w kuble trzymał. Z tajemniczego pokoju żabusia
uczyniła schowek na szczotki, stare gazety i połamane meble. Nikt tam też nie
zaglądał. Tylko Mathias w częstych chwilach, kiedy to rejterował przed gniewem
małżonki, chował się dokładnie za starym, dziurawym fotelem albo wielkimi
pudłami proszku „Wizir”. I tylko dlatego Mathias był jedynym człowiekiem, który
dostrzegł, że tajemniczy świat za
brudnym, wykuszowym oknem zaczyna się zmieniać a zmiany te są bardzo szybkie.
Pierwsze co odkrył to to, że sąsiedzi za ścianą nie śmiali się już tak często.
Coraz częściej mówili ściszonymi głosami, a nawet płakali głośno. Śmiech i
płacz nie potrzebują tłumaczenia na inne języki, są uniwersalne dla każdego
inteligentnego bytu w kosmosie. Kilka miesięcy później zauważył, że liczba
latających pojazdów cywilnych zmalała, a na ich miejsce pojawiły się ciężkie,
opancerzone, wojskowe helikoptery. Siedzący za sterami żołnierze miny mieli
ponure, na ich twarzach nie gościł najmniejszy nawet uśmiech. Ręce ściskali na
laserowych automatach, od czasu do czasu posyłali w kierunku pierwszego z
brzegu okna pocisk. Okno i pomieszczenie za nim eksplodowało a martwe,
okrwawione ciała spadały 1000 pieter w dół. Holograficzne reklamy zmieniły swój
wydźwięk. Już nie zachęcały do kupna błękitnych krupików czy lśniących wiciołków.
Teraz oferowano mordercze buciągi i klepasze o olbrzymiej sile rażenia, mogące
w ciągu sekundy zamienić całe miasto w pył. Z ulic znikali zastraszani
mieszkańcy. Coraz częściej słychać było terkotania laserowych karabinów w
odległych dzielnicach miasta. Coraz częściej rozbłyskiwały morzem ognia
wybuchy, niszczące całe piętra i budynki, i coraz częściej ambulansy wojskowych
medikopterów zabierały zwłoki cywili i żołnierzy. Któregoś popołudnia Mathias
ukrył się w pokoiku chcąc przeczekać PMS Ramony. Schowany za stertą starych
gazet słuchał wrzasków żony i tłuczenia talerzy o kafelki. Wtedy to nad miastem za oknem rozpętało się
piekło. Piekło prawdziwe. Z południa nadleciała eskadra ciężkich pojazdów i raz
za razem zrzucała bomby, które eksplodowały z siłą tysiąca słońc. Z północy
przeciwstawił im się szwadron innych pojazdów i zaatakował przeciwnika. Część
pocisków nie doleciała do celu i również spadła w dół wzniecając pożary. Cywile
z krzykiem kryli się w głębi swoich mieszkań. Mury osmalone były od ognia i
poczerniałe od krwi. A kiedy się zdawało, że najgorsze jest już za nimi, na
horyzoncie ukazał się wykwit chmury w kształcie grzyba i całe miasto spowił pył
i ciemność. Tylko jedno, jedyne okno oparło się morderczej sile wybuchu. Mathias
przez długie godziny trwał przy wykuszowym oknie, próbując przebić wzrokiem
czarne chmury. Nadarmnie. Wiele tygodni trwało nim opadł pył. Mathias
codziennie, jakby wbrew sobie wchodził do pokoju i starał wyobrazić ogrom
zniszczeń, ukrytych w smolistej czerni. Po wielu tygodniach, po wielu
miesiącach radioaktywny piach zaczął opadać i odsłonił prawdziwy widok katastrofy.
W mieście nie żył już nikt. Żaden helikopter nie latał nad ulicami. Rozbite
hologramy milczały. Okna straszyły osmaloną czernią. Wiatr turlał ulicami kośćmi
spopielonych. Jeszcze długie, długie lata Mathias przychodził do pokoju i tkwił
tam godzinami mając nadzieję, że ktoś zacznie odbudowę po wielkiej wojnie.
Ktokolwiek. Czasem wyobraźnia płatała mu figle i wmawiał sobie, że dostrzega
złocisty kombinezon przemykający szybko ruinami ulic albo słyszy śmiech dzieciaka z wielkim jęzorem. Ale
ten świat był już martwy i tylko świecące na niebiesko, w radioaktywnym pyle,
podwójne słońce było ostatnim, niemym świadkiem zniszczenia.
*
Wszystkie drzwi prowadzą
zazwyczaj tam dokąd to wymarzyli sobie ich twórcy. Za wielkimi, bogato
zdobionymi wrotami o miedzianych okuciach znajdziemy najczęściej spokój
kamiennego wyhoru albo zapomniane ekresze starożytnych bogów. Zdobione w
mytolskie malowidła, białe, lakierowane odrzwia skrywają obitą w bordowy jedwab
sypialne królów, niemi świadkowie rozpusty i zgorszenia. Proste, betrzeńskie,
prowadzą do chłopskiej chaty, której mieszkańcy- jako te betrzeny, mocni
są i uczciwi. Furtki, ledwie co tylko z
na wpół zbutwiałych desek zbite chowają przed oczyma ciekawskich kanciapy i
skrytki pełne starych butów, butwiejących przetachów i mysich kup. Lekkie a
wytrzymałe drzwi aluminiowe prowadzą do sklepów, cudownych niby skarbiec samego
Kononocy, pełnych tajemniczych zapachów i wszystkich kolorów świata, mocnej
temuty, drażniącej nos reli, beli aksamitów, żółtego przędziołka, klejnotów,
obrazów i sprzętów wdp.
Wszystkie ale to wszystkie drzwi zawsze i wszędzie, mniej
lub bardziej spełniały swoją funkcję. Otwierały się i już można było znaleźć
się tam gdzie chciano się znaleźć- w magazynie, preluszku albo wychodku.
Z wyjątkiem jednych drzwi. Te nie prowadziły tam dokąd życzyłby
to sobie ich właściciel- Osto 3 T.XP - to znaczy do ślicznej, małej preluszki z
mozaikowym hukupem i puchatymi ręcznikami. A prowadziły do pokoju z którego, za
zamkniętymi wykuszowymi oknami, można
było zobaczyć wspaniałe miasto. Miasto nazywało się Berlin i znajdowało się w
zupełnie innym wymiarze...
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. Jak zwykle: proszę o nie kopiowanie, nie powielanie, nie wydawanie w jakiejkolwiek innej formie. Prawa autorskie do opowiadania mogę zamienić na porcelitowego psa albo 3 butelki likieru kokosowego.
Ewentualnie na golfa trójkę, nie starszego jak 27 lat i koniecznie w kolorze głębokiej depresji.

