Poniższe opowiadanie powstało właśnie w takiej produktywnej fazie, w mojej wiejskiej chałupie.
Jutro, z samego rana, znowu jadę na wieś i mam ogromną nadzieję, że moja chęć do pracy zdecyduje się mi towarzyszyć.
Czas czytania: ok 10 minut.
"Ja tu tylko sprzątam" opowiadanie. Wersja PDF z chomikuj tutaj.
Wersja online do poczytania i ściągnięcia tutaj: Ja tu tylko sprzątam.
Ja tu tylko sprzątam
-Rany julek,- westchnął Franuś.-ale bym
opchnął teraz takiego schabowego...
Zelówa lewym okiem spojrzał gniewnie na
Franusia a prawym żałośnie na dystrybutor żywności, który zepsuł się jakieś
dziesięć tysięcy lat świetlnych temu. Po prostu zawył, zatrzeszczał, beknął
dymem z prądnicy i prawie zdechł. Prawie, bo od tamtego czasu jedynym posiłkiem,
jaki wypluwał z głębi swoich plastikowych kiszek był torcik orzechowy i rolada
z boczkiem. Samo w sobie to nic złego, takie żarcie; teoretycznie można na nim
przeżyć dwadzieścia tysięcy lat świetlnych- tyle bowiem miała trwać ich wyprawa
zwiadowcza na nowo odkrytą planetę w gwiazdozbiorze Myszołówki. Praktycznie już
nie bardzo, gdyż złośliwa maszyna owijała torcik plasterkami boczku, nadziewała
kiszonym ogórkiem i dusiła go z cebulką i czosnkiem w 200 stopniach Celsjusza
przez 45 minut.
Kulinarna katastrofa, za którą
odpowiedzialne były tęgie głowy z NASA.
Zdesperowani tym nieco monotonnym menu
Zelówa z Franusiem kilka razy atakowali śrubokrętem i piłą łańcuchową podstępne
dystrybutorzysko, ale wszystko na próżno. W ramach odwetu dystrybutor zaczął
posypywać ich orzechowo-boczkowe roladki cukrową posypką z delikatną nutą
wasabi i starych skarpetek. Wtedy zrezygnowali z dalszego remontu. Kto wie, czy
z następną aktualizacją systemu dystrybutor nie doda im do jedzenia cyjanku w
celu uzupełnienia wartości odżywczych?
Tymczasem Franuś dalej marzył na jawie.
-Schaboszczaka w podwójnej panierce,
takiego, jakiego robiła mamusia...
-Franek, ostrzegam cię.- mruknął Zelówa.
-Z modro kapusto i kluskami...
-Franek!
-A na deser szpajza cytrynowa1...
-Zamknij dziób!
-No co? No co?- oburzył się Franuś.- Czego
się rzucasz? Pomarzyć sobie nie można?
-Idź sobie marzyć gdzie indziej. Mnie tu
kiszki formalnie marsza grają. Pogrzebowego.
Franuś uniósł do góry brwi ze zdziwienia i
rozejrzał się po rakiecie. Gdzie niby ma pójść skoro to jednoizbowa rakietka
kosmiczna typu M1? Nawet kuchnia jest w aneksie. To gdzie ma iść? Do klopa? I
tak nic to nie da, bo ścianka działowa jest cienka, wszystko słychać. Kiedy
Zelówa znika po śniadaniu na pół godziny w wucecie, z gazetką pod pachą, to
dobywają się stamtąd takie wystrzały armatnie jakby mu własne kiszki wojnę
domową wypowiedziały.
Wobec tego Franuś dalej marzył już tylko w
myślach, chociaż i to działało głodnemu Zelówie na nerwy. Im bardziej wpatrywał
się w ten uśmiechnięty od ucha do ucha pysk kolegi, tym większą miał ochotę
wepchnąć go do dystrybutora i wybrać program „mielone z buraczkami”. Nie zrobił
tego tylko dlatego, gdyż był przekonany, że i z Franusia dystrybutor zrobi
roladki z cukrową posypką.
Franuś zaś, zupełnie nieświadomy grożącego
mu niebezpieczeństwa wzdychał, mlaskał i ślinił się na wspomnienie smakowitego
krupnioka2 i ciapkapusty3. Ach, żeby to tak być już w
domu! Mamusia obiecała, że nasmaży mu krepeli4 jak wróci, babcia
zrobi dziubanego placka5 i zisty6. Ile to jeszcze godzin
zostało im do powrotu na Ziemię? Spojrzał na prędkościomierz.
O retyrety, mniej niż dwanaście godzin
świetlnych i już będą na starej, poczciwej planecie.
Dwadzieścia tysięcy lat świetlnych ich nie
było. Kontaktu nie mieli w tym czasie żadnego, bo jakaś fajtłapa ze stoczni
kosmicznej krzywo przylutowała druciki w radiotelegrafie. W eterze cisza jak
makiem zasiał i przez ten czas Franuś i Zelówa byli skazani wyłącznie na swoje
towarzystwo. Uff, dobrze, że nie są małżeństwem, bo chybaby się wzajemnie
pozagryzali. Co jednak nie znaczy, że było im ze sobą łatwo.
Franuś dyskretnie zerknął na lewe oko
Zelówy lśniące zielenią i fioletem, a potem wyszczerzył zęby i obejrzał swój
uśmiech w błyszczącej obudowie panelu sterowniczego. Hm... jedynki można łatwo
wstawić na tytanowych sztyftach, a jak będzie miał szczęście, to dentysta
udzieli rabatu. W końcu jest się tym bohaterem związku kosmicznego pierwszej
klasy. Cmoknął ustami. Proszę, jaki ładny z niego chłopak.
-Zelówa?- zagaił.
-Czego?
-Tego... wciąż się gniewasz?
Zelówa spojrzał na niego posępnie.
-Nie mam forsy. Zresztą, i tak już mi
wisisz.
Franuś przerwał mu podekscytowany.
-Nie o to chodzi! Spójrz na zegar! Za
dwanaście godzin będziemy w domu!
Zelówa drgnął zaskoczony. Umysł miał
niezbyt lotny i w testach na kosmonautę nie wyróżnił się specjalnie
inteligencją, za to zachwycił siłą i wprawnym używaniem młota pneumatycznego.
Spojrzał na pulpit, zmarszczył czoło, po czym wyprostował palce i zginając je i
rozwierając, dokonywał jakiegoś skomplikowanego obliczenia. Długo to trwało.
Franuś był święcie przekonany, że Zelówa się zawiesił i już przymierzał się, by
zrestartować kompana lewym nelsonem, kiedy oczy kosmonauty rozjaśniły się ze
szczęścia.
-Ożeż w mordę misia.- wybełkotał Zelówa.-
To naprawdę już!
Franuś zachichotał.
-Prawie jakbyśmy już tam byli. Cieszysz
się?
-W dupę jeża nietoperza!- wrzasnął
Zelówa.- Cieszyć się? Czy ja się cieszę? Franek, bestio, dawaj mordy!- mimo że
nigdy nie był specjalnie wylewny, porwał chudego Franusia w swoje potężne
objęcia i prawie zgniótł w herkulesowym uścisku.
-Niech żyją schabowe!- wrzasnął.
-I kapusta.- wycharczał Franuś.
-Niech żyje piwko, piwunio, piweczko!
-I kapusta...- wyszeptał resztką sił
duszony Franuś.
-I niech żyje torcik orzechowy!
Franek
jakoś wyrwał się z uścisku.
-Zgłupiałeś?- zapytał zupełnie
zdezorientowany. Zelówa tylko pokręcił głową.
-Niech żyje torcik orzechowy i rolada z
boczkiem! Wiesz, co zrobię jak już wylądujemy?
Franuś nie wiedział.
-Pójdę do jakiejś sześciogwiazdkowej
restauracji, zamówię porcję rolady i kawałek torcika a potem wsmaruję ją
kelnerowi w twarz. O tak! Tak właśnie zrobię! Ha, ha, ha!
Jego towarzysz roześmiał się. Co za pyszny
wic! Ten Zelówa prochu może nie wymyśli, ale za to do zabawy to pierwszy.
Kosmonauci w szampańskim nastroju zasiedli w fotelach antygrawitacyjnych. Przez
następne jedenaście godzin obrzucali się żarcikami, snuli plany na przyszłość,
przechwalali kto poderwie większą ilość dziewczyn i komu prędzej urwie się film
w barze dla kosmonautów „Pod dziurawą blaszanką”. Kiedy rakieta weszła w pas
planetoid, do Ziemi pozostała niecała godzina.
-Rozglądaj się.- polecił Zenuś
Franusiowi.- Nie odbieram sygnału z satelity komunikacyjnego. Pewnie znowu nam
antena odpadła. Teraz to już szkoda zachodu, żeby wychodzić na zewnątrz i
doklejać, znajdziemy Ziemię na czuja.
-Tak jest, panie sierżancie.- zasalutował
Franuś.
-Sierżancie? Po powrocie powinni mnie
zrobić co najmniej kapralem!- oburzył się Zelówa.
-Albo centurionem.
-Centy... centy co?
-Centyfugą.- wyjaśnił Franuś z chytrym uśmieszkiem.
Pięć minut później do swojego rachunku u dentysty musiał doliczyć także nowe koronki
na trzonowce.
Burza przeszła tak samo prędko, jak się
pojawiła. Po chwili obaj zgodnie i w milczeniu wpatrywali się w wizjery. Przelatujące
komety wspaniale iluminowały gwieździstą przestrzeń, krzesząc z warkoczy iskry
lodowatego pyłu. Gwiazda polarna mrugała do dzielnych podróżników, jakby
witając ich w powrotem w układzie słonecznym. Nawet małe meteoryty dziurawiły
poszycie kadłuba rakiety ze swojskim, przyjaznym świstem. Prawie są w domu, już
można witać się z gąską.
-Jest! Jest Ziemia!- wrzasnął nagle
Franuś.
-Gdzie?
-O tam! Nawet świeci na czerwono.
Zelówa wytężył wzrok i skrzywił się.
-To Wenus.- zauważył. Franuś zdurniał.
-Jak Wenus skoro wracamy od strony
Plutona? Ziemia musi być przecież zaraz za Marsem. Czekaj, czekaj, jak to
szło?- przypomniał sobie szkolną wyliczankę.- Moją wolę znaj matole jak się uprę,
nie pozwolę. Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun,
Pluton. Jak nie jak tak? Nie może być, że to Wenus, dopiero co minęliśmy Marsa,
nie zgadza się.
Zelówa analizował coś gorączkowo.
-Może schowała się za słońcem? Lećmy i
sprawdźmy.
-No to leć.- odparł Franuś lekko
zdenerwowanym głosem. Zelówa puścił sprzęgło i dodał gazu. W piętnaście minut
świetlnych okrążyli słońce, ale Ziemi nigdzie nie było.
-Dziwne.- mruknął Zelówa.
-Może wypadła z orbity?- rzucił pomysłem
Franuś. Trochę zaczynało mu się to wszystko nie podobać. Kiedyś zgubił zupełnie
nowe galotki, które kupił na promocji w supermarkecie. Nigdy ich potem nie
znalazł, mimo że mieszkanie wywrócił do góry nogami. No, ale cała planeta to
nie to samo co majtochy w panterkę.
Zelowa zdecydował przelecieć cały system
słoneczny jeszcze raz, tym razem bardzo powoli. Obydwoje wytężali wzrok,
zaglądali za każdą asteroidę, okrążali większe meteoryty i planetoidy, wszystko
jednak na nic. Ziemi nigdzie nie było, natomiast w miejscu, w którym powinna
znajdować się planeta latał sobie jakiś mężczyzna i zgarniał szufelką gruz.
Mężczyzna miał złocistą, spływająca na piersi brodę, ogniste skrzydła i
gorejący miecz sprawiedliwości przypasany do śnieżnobiałej tuniki. Próżnia
kosmiczna i zero absolutne nie robiły na nim żadnego wrażenia, gdyż gwizdał
sobie nonszalancko podczas zamiatania. Obok niego dryfowała swobodnie metalowa
taczka napełniona szczątkami Mount Everestu, rowu Mariańskiego i Radomia.
Zelówa tknął Franusia łokciem pod bok.
-Chodź. Pójdziemy się tego gościa spytać,
może on coś wie.
-Trochę dziwny facet.- ostrzegł Franuś.-
Wygląda na czubka.
-A masz jakiś wybór? Chcesz do Bożego
Narodzenia szukać?
Franuś nie chciał. Wcisnęli się w swoje
kosmiczne skafandry (skurczyły się chyba, bo jakoś na brzuchach im się nie
dopinały), otworzyli lufcik, przywiązali linami i już po chwili pływali w
przestrzeni kosmicznej. Zelówa kraulem a Franuś pieskiem, bo inaczej nie
potrafił. Zbliżyli się do mężczyzny ze
szczotką na tyle blisko, by krzyknąć:
-Uszanowanie szanownemu panu!
Anioł drgnął. Wyjął z uszy słuchawki
walkmana i rozejrzał się trochę nieprzytomnym wzrokiem.
-Aaa...- mruknął na ich widok, nie okazując
żadnej emocji.-...bry.
-Ładną mamy pogodę.- powiedział uprzejmie
Zelówa.
-Za milion lat podobno ma padać deszcz meteorytów.-
wtrącił Franuś.- Ale tylko przelotnie, tylko przelotnie. Za dziesięć milionow
lat ma się znowu rozpogodzić.
-To wspaniale, bo akurat wtedy
zaplanowałem sobie urlop. Dwa tygodnie w Kołobrzegu, wie pan- paplał Zelówa to
do anioła, to do Franusia- drinki z palemką, żarcie olinkluziw, dyskoteka na
plaży w świetle gwiazd.
-Acha.- anioł nie wydawał się specjalnie
zainteresowany.
-Jestem Zelówa, a to mój partner Franuś.-
przedstawił ich. Anioł wzruszył ramionami.
-Ja tam jestem tolerancyjny. Wszystkiego
dobrego na nowej drodze życia.
Franuś i Zelówa poczerwienieli nagle.
-Nie, nie, nie! Pan nas źle zrozumiał
panie...
-Gabriel. Archanioł Gabriel.
-Panie Gabriel. Nie, że partner, tylko
partner, znaczy się kolega z pracy. Naprawdę.- Zelówa bił się w piersi, a Franuś
przytakiwał mu z zapałem.
-My tylko latamy razem w rakiecie. Franuś,
Franuś pan Gabriel myśli, że my ten tego...
-Ha, ha, ha.- śmiał się słabo Franuś i
czerwieniał na twarzy coraz bardziej na wspomnienie pewnej nocy. To było wtedy,
kiedy dystrybutor żywności jeszcze działał poprawnie i wydał im piwo do
kolacji. To było cholernie mocne piwo.
-Nienienie, my nie z takich, skądże!
Archaniołowi Gabrielowi było wszystko
jedno.
-Acha.- odparł znudzony. Odwrócił się do
nich uskrzydlonymi plecami i sprzątał dalej.
-Panie Gabriel, pan może wie, gdzie to się
Ziemia podziała?
-Nie wiem.
Zelówa nie ustępował.
-Bo wie pan, według telemetru to powinna
tutaj być. O, dokładnie w tym miejscu co je pan zamiatasz.
-Nie wiem.
-No, a ludzie? Gdzieś chyba są?
-Nie wiem.
-To może, chociaż ktoś nam wiadomość jakąś
zostawił? Taką na poste restante? Albo polecony?
-Nie wiem.- Archanioł Gabriel wyglądał jak
znudzony mops. Znudzony mops ze szczotką do zamiatania. Zelowa zdenerwował się nagle nie na żarty.
-Panie piękny, co z panem? Tak to się
traktuje bohaterów kosmosu?
-Pierwszej klasy.- wtrącił Franuś.
-Właśnie! Bohaterów związku kosmicznego
pierwszej klasy? Wracamy po dwudziestu tysiącach lat świetlnych, zaganiani jak
psy, zmęczeni, spracowani a tu co? Ja nie mówię, żeby witać nas od razu z
honorami wojskowymi, ale trochę szacunku by się przydało. Pionierami wszechświata
jesteśmy. Przodownicy pracy, a pan ciągle tylko nie wiem i nie wiem. Pan lepiej
uważaj, bo pana do sądu podam za nieudzielanie pomocy.
Jednak nawet ta ognista przemowa nie
zrobiła na archaniele żadnego wrażenia. Gabriel powoli zagarnął na szufelkę
okruchy, które kiedyś były Wielkim Kanionem Kolorado. Już czysto, proszę, ani
jednego pyłku. Odsapnął z ulgą i zapalił papierosa. Papieros nie chciał się
palić, co było zupełnie normalne w próżni kosmicznej. Ze złością cisnął szluga
na stertę śmieci, ujął taczkę za rączki i szykował się do odejścia.
-Ale to jak to?- jęknął Zelówa.- I to już?
Tak po prostu?
-A co? Jakieś śmieci przeoczyłem? Niedokładnie
pozamiatane?
-To już po wszystkim? Tak nagle? Żadnego
bum? Żadnego uprzedzenia? Żadnych chórów anielskich? Wieczystej szczęśliwości?-
zachlipiał Franuś.- Co będzie dalej?
Archanioł spoglądał to na bladego ze
zgrozy Zelówę, to na chlipiącego Franusia.
-A skąd mam wiedzieć?- burknął
nieuprzejmie.- Ja tu tylko sprzątam.
KONIEC
17.06.2016
1szpajza- śląski deser z jajek i żelatyny.
Nieśmiertelny hit na komuniach i stypach.
2krupniok- kaszanka czyli kasza z krwią, kopytkami
i mieloną skórką. Uwielbiam.
3ciapkapusta- śląska potrawa z puree ziemniaczanego
i kapusty kiszonej.
4krepel- pączek.
5 placek dziubany- w czeluściach internetu
znalazłam tylko skąpe informacje o tej mitycznej potrawie. Podobno jest to
ciasto z kaszy jęczmiennej i ziemniaków, okraszone szpyrkami czyli kawałkami
mięsa, boczku i smażonej cebuli. Przepis pilnie poszukiwany!
6zista- babka piaskowa. Nie że z piasku, tylko
zwyczajnie z mąki, cukru, jajek i słodkich szczeniaczków.
wasza
Helga von Klusken
p.s. Uprzejmie proszę nie kopiować, nie przywłaszczać sobie treści i ogólnie zachowywać się jak na cywilizowaną małpę przystało.