Przed wami część trzecia opowiadania "Dzieciaczki". W ciągu kilku minut pojawi się także na chomiku, w formacie PDF. A gdyby się nie pojawiło to przecież uprzedzałam: kłamliwa gnida, co nie?
Kompletne opowiadanie możecie znaleźć też tu: Dzieciaczki
Dzieciaczki
część 3- ostatnia
Mieszkanie Stiepanowiczów
jeszcze nigdy nie było tak gruntownie wysprzątane jak owego dnia, kiedy to na
herbatce miał zjawić się młody Popowic i pani generałowa Popowicowa. Nie
znalazłoby się w nim najmniejszego nawet pyłku kurzu. Nawet gdyby ktoś uparł się
i długo szukał, poniósłby sromotną porażkę. Dokładnie odkurzono dywany, zmieciono
podłogi, wytrzepano chodniczki. Piękne, zdobione kredensowe meble wytarto
najpierw wilgotną szmatką, potem przetarto suchą, a na końcu wypolerowano z
dodatkiem oleju kokosowego. Cerowaną sofkę i dwa uszaste fotele odświeżono wodą
z octem. Stół pociągnięto bezbarwną bejcą. Plamę od majonezu na tapecie
przysłonięto naprędce kupionym, bardzo tanim parawanikiem z łyka. Stare
portiery przetrząśnięto w poszukiwaniu moli i skropiono werweną. Nawet pod
łóżkami panienek zamieciono, chociaż herbata pitą miała być w salonie a nie w
panieńskiej sypialni. Z przykrością trzeba stwierdzić, że oprócz skandalicznej
ilości kurzu, pod łóżkiem Cesi znaleziono starą skarpetkę i spleśniały kawałek
sera. Pani Stiepanowa, mimo że córkę skarciła, w duchu ucieszyła się bardzo bo
skarpetki już od dawna do pary szukała. Nawet kuchnia, w której królowała
Baśka, czysta była i uroczysta.
Miedziane rondle wyszorowano gorącą
wodą i piaskiem, w emaliowanym blacie kuchenki można się było przejrzeć jak w
lustrze. Baśka z podziwem wpatrywała się w elegancki torcik, dopiero co
przyniesiony z kawiarni Ciesielskiego. Wydawał się duży i ciężki ale zamiast z
nasączanego biszkoptu upieczono go z bezy i przełożono lekką śmietanką, dlatego
nie kosztował zbyt wiele. Mimo to, dekoracja z cukrowej róży robiła wrażenie
drogiej i umyślnej.
-Takie ciastko!
Taka aligancja! To co pańcia na wesele zamówi skoro już teraz takie piękności
do zwykłej arbaty podaje?- zapytała. Pani Stiepanowa zmrużyła oko i poddawała
egzaminowi dzieło mistrza Ciesielskiego ale dzieło było bez zarzutu.
-Baśka, Baśka
opanuj swój jęzor. Od zwykłej herbaty do ślubu to jednak jeszcze daleka droga.
-A jaka tam
daleka.- zachichotała służąca.- Jeno
młodych na chwilkę samych zostawić a tu cmok, cmok i bydom się całować.
Na te słowa w panią
Stiepanową jakby piorun strzelił. Przerwała poprawianie róży na torcie i
poleciała w te pędy do sypialni dziewczynek. Panienki skończyły właśnie się
ubierać. Panienka Gienia siedziała na swoim łóżeczku i ponuro, bez słowa
wpatrywała się w niciany chodniczek. Panna Cesia biegała między jednym a drugim
oknem, to przez jedno, to przez drugie zapuszczając żurawia i lamentując.
-Idą? Czy już idą?
Dlaczego nie idą? A może pomylili adres? Jezus, Maria na pewno pomyli! A tam?
To oni? Eee, nie oni. A tam dalej? A może to oni jednak? O, a tam z daleka? Co
tam widać? Oni...? E, nie, to tylko droga na Ostrołękę.
Matka przerwała
jej te żale.
-Ja panienkom
tylko raz, jeden, jedyny o tym powiem i więcej przypominać nie będę ani nie
chcę.- podniosła w górę palec.- Ja
panienkom jak najuroczyściej zabraniam się z tym młodzieńcem całować.
-Nawet po ślubie?
-Nie bądź
bezczelna.- skarciła Cesię matka.
-I niech się za
firankami z tym żonierzykiem nie chowajo bo i tak syćko widać!- wrzasnęła z
kuchni Baśka.
-Właśnie. Proszę
tego pana za portiery czy firany nie ciągać i nie migdalić. Macie być skromne,
żebym się was wstydzić nie musiała. Panią Popowicką grzecznie w rękę ucałować,
ciasta za dużo nie jeść, żeby na niedzielę coś jeszcze do obiadu zostało, w
rozmowy dorosłych sie nie wtrącać i nie paplać bez potrzeby. A ty, Gieniu,
mogłabyś od czasy do czasu otworzyć usta bez proszenia.
Dingdong- w
przedpokoju rozległ się dzwonek i nawet po tym „ding dong” słychać już było, że
targa nim dystyngowana ręka generałowej.
-Jezus, Maria,
wszyscy święci!- wrzasnęła przerażona pani Stiepanowa.- To już? Roman, Roman,
majtki czyste założyłeś jak kazałam?
Pan Stiepan nie
tylko galotki miał czyste ale nadto skarpety, podkoszulek, marynarkę starą ale
porządnie wyłataną, a nawet wąs sobie przystrzygł i kark wygolił. Cały
czyściutki, rumiany, pachnący smażonym boczkiem z obiadu, wsunął się do salonu
w chwili gdy pani Stiepanowa wymieniała powitalne całusy z generałową. Młody
Popowic miał na sobie fraczek w stylu młodzieżowym, bardzo skromnym ale
gustownym i blaszany order huzarówki. Podobnie jak pan Stiepan wąs sobie
przystrzygł a czerwony, tłusty kark podgolić u balwierza kazał. Pani generałowa
rozpływała się w zachwycie nad urządzeniem salonu, choć w głębi serca
znajdowała go niemodnym i w bardzo tanim guście.
-Ładnie tu u pani.
Czystość widać. Nie to co u innych.
-O, droga pani
generałowo! Ja wolę nie dojeść a mydła kupić. Od małego tak nauczonam i tak
córki swoje nauczyłam. Pani uwierzy, że te maleństwa zamiast bawić się lalkami,
wolą mnie prosić o wiadro gorącej wody i szczotkę do mycia podłogi?
Istotnie,
generałowa nie uwierzyła ale nie dała tego po sobie poznać.
-A gdzie pani
kruszyny? Gdzie je pani ukryłaś?
-Gienia! Cesia!
Na te słowa obie kruszyny
wybiegły ze swojego pokoju. Gienia powoli, anemicznie a Cesia jak słoń młody i
rozszalały.
-Młodość...uh...
ta młodość.- jęknęła głucho generałowa gdy Cesia z rozpędu uderzyła w nią
czołem, piersiami i brzuchem.
-Jak źrebaki. Nie
ustrzeżesz, kiedy krew w nich tak szaleje.- biadała pani Stiepanowa.- Gieniu,
przywitaj się proszę z panem Popowicem.
Gienia, w
odpowiedzi na żądanie matki, wydała z siebie tylko ciche charczenie i usiadła w
kąciku sofki.
-Siadaj,
kawalerze. Może tu, obok Cesi.- komenderowała wzruszona pani Stiepanowa.-No,
nie upilnujesz młodych, choćby nawet człowiek chciał.- zwróciła się jakby z
przeprosinami do generałowej. W tym samym czasie mocno pchnęła Cesię w stronę
Popowica, tak, że ta oparła się o niego ramieniem i biustem.- Już figlują. Już
się mają ku sobie. Patrz pani, jakie to rozkoszne.
-Krew nie woda.-
stwierdziła sentencjonalnie Popowicowa.- Pewnie zaraz szeptać zaczną. Ja bardzo
proszę kawalera, żeby z panienką nie szeptał.- powiedziała głośno i dumnie, ale
w tonie głosu słychać było, że życzy sobie aby kawaler natychmiast jakieś
szepty rozpoczął.
-Cesiu, gdzie ty
ręce trzymasz?- skarciła dziewczynę matka, modląc się w duchu, żeby Cesia,
miast grzecznie ręce na podołku trzymać na dłoniach, a może nawet (o zgrozo!!!)
na kolanie młodzieńca położyła.
-Rozkoszny
obrazek.
-Cielęce
miłostki.- zgodziła się natychmiast z Popowicową Stiepanowa. Baśka przyniosła z
kuchni ciasto i herbatę. Tort wnet zyskał uznanie generałowej, która chwaliła cukrową
różę i czekoladowe (bardzo tanie) ozdoby.
Damy, jak sępy,
uważnie obserwowały miłosny trójkącik, półgębkiem żując ciasto i półgłosem
wymieniając uwagi, a reszta obecnych siedziała cicho. Pan Stiepan wcisnął się w
fotel i z całej siły starał uczynić niewidzialnym. Gienia siedziała sztywno na
sofce z lewej strony milczącego, nieśmiałego generałowica. Z prawej tkwiła
Cesia, zazwyczaj gracka i rozgadana, teraz jednak onieśmielona.
Zapadła przykra
cisza.
-Gieniu! Czemu ty
tak blisko kawalera siedzisz?- zawołała pani Stiepanowa, by przerwać milczenie.
W duchu jednak życzyła sobie, żeby córka siedziała jeszcze bliżej. Gienia odsunęła
się posłusznie a matka natychmiast przeklęła ją w myślach.
-Mieciu, czemu ty
tak na Gienię zerkasz?- zapytała generałowa, mimo, że Mieciu wpatrywał się nie
w suchą pannę Gienię, tylko w czubek swoich wypastowanych butów.
I znowu cisza.
Obie dostojne panie oczyma sobie znaki dawały, brwiami dyskretnie ruszały i
ufryzowanym głowami, nieznacznie w stronę dzieciaczków kiwały. Jednak wymarzona
przez obie mamuśki szalona miłość młodych, jak nie przychodziła, tak jej widać
nie było, w związku z czym obie damy postanowiły jej nieco pomóc. Nienachalnie
i taktownie ma się rozumieć.
-Cesiu, czemu ty
kolanami tak świecisz? To nieprzyzwoite. Obciągnij mi natychmiast sukienkę.-
mimo tych słów pani Stiepanowa życzyła sobie by Cesia zaczęła nie tylko kolana
ale i gołe uda pokazywać.
-Mieciu, ty
jesteś czerwony na twarzy!
-Gieniu,
dlaczego ty tak szybko oddychasz?
-Mieciu,
duszno ci? Duszno?
-Cesi
pewnie też duszno. Roman, Roman! Okno otwórz albo co!
Pan
Stiepan, posłusznie niczym robot, wstał i okno otworzył, chociaż tak naprawdę
nikt czerwony na twarzy nie był i nikomu duszno też wcale nie było.
Trójka
dzieciaczkow, milcząca, onieśmielona nie śmiała powiedzieć choćby słowa. Obie
damy bez ustanku poszukiwały najminiejszych choćby oznak rodzącego się romansu.
-Mieciu,
brzuszek cię aby nie boli? Gazy masz może albo motylki?
-Cesia,
Gienia, słabo się wam nie robi? Roman, Roman! No, zamknij to okno, albo co, bo
się dziewczynkom słabo robi.- Pan Stiepan, posłusznie niczym robot, z fotela
wstał i okno zamknął.
-Oni
wszyscy bardzo bladzi są.- ośmieliła się zauważyć Stiepanowa.
-A gdzieżby
tam.- zaprzeczyła natychmiast generałowa.- Ja znajduję ich bardzo czerwonymi.
To młoda krew tak szybko w żyłach krąży.
-Bez
wątpienia, bez wątpienia. Faktycznie bladzi są tylko trochę, a czerwoni
bardziej.
Przykre
milczenie trwało i trwało, przerywane od czasu do czasu głupimi okrzykami
Stiepanowej i generałowej.
„Co to?”
„Powieka ci
drgnęła, czy oczko puściłeś”
„Czemu go
tak nóżką miziasz?”
„Nie
ziewaj, bo panienki pomyślą, że chcesz im buzi dać.”- i tym podobne bzdury.
Tymczasem
duży zegar stołowy wybił godzinę piątą, a niesforne dzieciaki jak do rzeczy nie
przeszły, tak nie przechodziły. Zamiast całować się i z miłosnym bełkotem na
ustach wisieć, tępo w podłogę się wpatrywały, nie śmiąc ni drgnąć, ni głosu z
siebie wydać. Panie postanowiły tedy wziąć sprawę w swoje ręce. Niby to
przypadkiem, sięgając po leżące na stole albumy, generałowa wyciągnęła rękę i
syna popchnęła. W tej samej chwili pani Stiepanowa na Cesię biodrem
naparła i chcąc, nie chcąc, młodzi
zderzyli się głowami.
-Ach,
całują się!- krzyknęła z udawanym oburzeniem pani Popowicowa, źle tając swoją radość.
-W moim domu!
A tak prosiłam, tak uprzedzałam, że to niemoralne. Nie w dobrym tonie!
-Cóż pani
poradzisz? Krew im w żyłach szaleje, nie wiedzą co czynią.
-Taki
skandal w moim domu. Teraz to musi już być ślub, bo co ludzie powiedzą?
-Tak, tak.-
przytaknęła szybko i ochoczo generałowa.- Teraz już się gołąbeczki od ślubu nie
wykręcą. Na porządnego człowieka syna wychowałam. Pannę zbałamucił, to niech
się żeni!
Ppani
Stiepanowa, ucieszona wielce na gębie, kazała z wielką pompą orzechówki podać,
coby tę chwilę uświetnić. Wszyscy dostali po kieliszku likieru, który orzechami
miło pachniał ale dziwnie słaby się wydawał. Baśka zadrżała na widok znajomej
butelki.
-Ale
dzieciom? Dzieciom alkohol?- biadała generałowa. Pani Stiepanowa uspokajała jej
sumienie.
-Z takiej
okazji to nie grzech, przecie. No, tylko kieliszeczek. Naparstek maluchny. Moja
pani generałowo! Za pomyślność naszych dzieci na nowej drodze życia.
-Spełnić
taki toast to matczyny obowiązek. No to siup, za pomyślność.
Cesia i
Miecio jakby teraz dopiero właśnie zrozumieli, że się zaręczyli. Obydwoje
nieśmiało wychylili po kieliszku, nie mając odwagi na siebie spoglądać. Pan
Stiepan wypił z ochotą, a Gienia ponuro. Obie damy paplały wesoło, uzgadniając
termin uroczystości, listę zaproszonych gości, menu obiadowe a nawet imiona
pierwszych wnuków – ale z tym to się bardzo przed dziećmi kryły i na ucho coś
sobie, z wielką tajemnicą, szeptały. Puste kieliszki skrzętnie sobie wzajemnie
napełniały. Orzechówka, mimo, że rozwodniona, mocno szła im do głowy. Nie minęło
pół godziny, kiedy to dystyngowana pani generałowa zaczęła śpiewać piosenkę o
nago kapiących się dziewczątkach a jej towarzyszka- grubym głosem ryczała
pieśni o figlarnych rozbójnikach. Pan Stiepał uznał to za sygnał do zakończenia
herbatki. Wezwał dorożkę i wrzucił tam spitą do nieprzytomności generałową,
polecając ją opiece syna i dorożkarza. Pani Stiepanowa tarzała się po dywanie i
płakała rozdzierająco.
- O, córciu
moja, już ci za mąż czas! Matkę samą zostawiasz, męża sobie bierzesz! O, ja
sierota! O, ja nieszczęśliwa!
A w kuchni
ryczała Baśka, chociaż tym razem żadnej orzechówki nie piła. Ot, tak z żalu za
panienką, której to czas za mąż iść i z domu rodzicielskiego, jako temu ptakowi
z gniazda wyfruwać.
*
Niewiele już
godzin zostało do ślubu. Po prawdzie, toć to przecież dzisiejszy wieczór tylko,
a jutro z samego rana ksiądz stułą dzieciaczkom ręce przewiąże, i pytanie owo,
najważniejsze pytanie zada:
„Masz li ty
wolę nieprzymuszoną zostać żoną i mężem?”
U państwa
Stiepanowych wszystko już było do zaślubin przygotowane. Mieszkanie
wyczyszczone aż do błysku. Wypożyczony smoking pana Stiepana uroczyście wisiał
na wieszaku, a każdy jego cynowy guzik zdawał się już z daleka wrzeszczeć: „oto
chwila uroczysta będzie!”. Bielutka sukienka druhny, panny Gieni, leżała na
łóżku a strojną, obszytą gazą i koronkami suknię panny młodej ostrożnie
położono na ceratowej sofce. Pani Stiepanowa, nie zważając na wydatki, sprawiła
sobie nowy kostium letni, dopasowany, nie grożący pęknięciem czy rozdarciem.
Nawet Baśka barchan swój pocerowała a giry brudne szarym mydłem uczciwie
wyszorowała.
Tylko... jeden pozostał malutki problem. Milutki wprawdzie, choć nieco
krępujący. Problem z którym to zmierzyć się muszą wszystkie kochające mateczki
w przededniu ślubu dziewiczych córek i nieświadomych synków.
Pani
Stiepanowa sprowadziła do pomocy generałową, która rozmowę niezręczną ale
konieczną miała już za sobą.
-Gieniu, ty
jesteś jeszcze dziecko. Tobie nie wolno takich rzeczy słuchać. Idzże do
salonu.- poleciła pani Stiepanowa starszej córce.
-I niech
sobie jeszcze uszy zatka.- doradziła generałowa.
-Racja.
Roman, ty dziecka pilnuj, żeby miała uszy zatkane! To nie dla niej, co my tu
mówić będziemy.
Wyrzucili
Gienie z pokoju panieńskiego. Gienia, blada i ponura, uszy posłusznie pięściami
zatkała. Pan Stiepan obok córki usiadł, by nie podsłuchiwała a na dodatek Baśka
zaczęła głośno śpiewać „gorzkie żale”, żeby tylko żadne słowo nie wpadło w nie
tę główkę co nie trzeba.
Pani generałowa parę razy westchnęła
i mocno Cesię uściskała. Matka łzy z oczu otarła. Żadna nie wiedziała jak
zacząć.
-Cesiu,
dziecko drogie.- odważyła się w końcu pani Stiepanowa.- Pan Bóg małżeństwa
uświęca.
-O tak,
tak! Małżeństwa skojarzone są w niebie.- potwierdziła ochoczo generałowa.
-Kojarzą...
kojarzą... Cesiu, dziecko, ty pamiętasz jak pani Natalia spod szóstki wyszła
kiedyś na spacer i przypadkiem skojarzyła swoją suczkę z psem pana kapitana
spod dwunastki, kiedy im się psy szczepiły?
-Pamiętam, proszę
mamy.
-A czy ty
pamiętasz co się potem stało?
-Potem pani
Natalia pytała się wszystkich czy ktoś nie chciałby małego, skundlonego
labradora. Bo trzy suczki miała i dwa pieski.- i z tymi słowami Cesia zaczęła
powarkiwać i szczekać.
Damy spojrzały po
sobie i mrugnęły oczami. No! Najtrudniejsza część już chyba za nimi.
-Dziecko drogie.-
tym razem pałeczkę przejęła generałowa.- Naszym chrześcijańskim obowiązkiem
jako matki i przyszłej teściowej jest wytłumaczyć ci, że po ślubie należy się
trochę... skundlić.
-O, to, to, to!-
podchwyciła ochoczo Stiepanowa.- Jak psy. Jak kundle podwórzowe. Rozumiesz
dziecko?
-Nie, proszę
mamy.- odparła Cesia między jednym szczeknięciem a drugim.- Jak psy? A czy ja
bym nie mogła być po ślubie dżokejem, zamiast kundlem? Takim co to miss Emilly
ujeżdża?
Generałowej nagle
coś się odwidziało. Pojęła, że rozmowa zmierza w innym kierunku, niż to sobie
wcześniej umyśliła.
-Jakie kundle? Co
jej pani o kundlach opowiada? Ja protestuję! To skandal! To nie do przyjęcia.
Ją trzeba subtelnie, powoli wprowadzić w najświętsze tajemnice życia. To
dzieciaczek bez skazy, rozpustą nie skalany. O kwiatuszkach trzeba jej
opowiadać albo o motylkach. O różach, które w swoją najpiękniejszą noc powoli
otwierają płatki i czarują pięknem. Kobieta w noc poślubną ma być jak róża,
która otwiera się na motyla swojego męża, a nie jak dziki kundel! Jak nagietek,
jak nasturcja. Jak irysek przed wypuszczeniem pączuszka. Tak jej, droga pani,
trzeba tłumaczyć.
-Albo jak myszka w
norce, córeczko.- podchwyciła pani Stiepanowa.- Mała, malutka myszeczka
porośnięta czarnym futerkiem. Piska sobie trochę, zagubiona jest. Łepek podnosi
i węszy: „gdzie ta moja norka?” Węszy, niucha, wąsiska jej chodzą w te i we
wte. Aż tu nagle: „ojejku, jejku”- myśli sobie myszka-„ to przecież tutaj moja
norka. Czarna i brudna, ale to przecież moja norka, moja własna”.
-Albo wąż w
jamce.- kontynuowała teraz generałowa.- Wężyk taki malutki i wcale niegroźny.
Pełza sobie tu i tam przez kłujące trawy. I nagle widzi jamkę. Niedługa,
niekrótka, taka w sam raz na wężyka. I wpełza wężyk bo mu zimno. A w norce
ciepło i deszcz mu na głowę nie pada.
-Albo moździerz.
Ten duży, granitowy, co go w kuchni mamy. Pomyśl sobie Cesiu, że święta
nadchodzą. Mak trzeba do kutii utrzeć. Więc bierze Baśka ten moździerz i uciera
mak. Uciera, uciera aż się cała spociła. W przód nim kręci i w tył, a ten mak
taki twardy, że choćby całą noc ucierała to nie da rady. I znowu, w przód, i w
tył. W przód i w tył.
-Albo bucik.
Zwykły, węgierski bucik, sznurowany wysoko pod kolano. Sznurówki nie ma,
zgubiła się i nową trzeba kupić. No to idziesz na Krakowskie Przedmieście, bo
tam sznurówki najładniejsze. Kupiłaś taką w sam raz. Nie za długą, nie za
krótką, nie za grubą i nie za chudą. Przychodzisz do domu i przewlekasz tę
sznurówkę. A w buciku dziurek wiele i nie wiadomo od której zacząć.
-Albo kot.
Wskakuje kot na stół w kuchni i masło widzi. I dalejże lizać to masło. I liże,
i liże, i liże...
Długo jeszcze głupiutkie kobiety w
ten sposób, miękki i zawoalowany, tłumaczyły Cesi istotę małżeństwa. Pełno było
w ich opowiadaniach cukru, miodu, białych piórek, chmurek na których
przysiadają aniołki, boćków przynoszących malutkie bobaski i zajęcy, co wesoło
kapustę chrupią.
A tymczasem, w noc poślubną, panna
Cesia zerżnęła swojego męża tak, że tylko w łóżku leżał i o litość jęczał. Bo
dzieci, drodzy rodzice, dorastają o wiele szybciej niż wam się to wydaje.
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. W związku z kryzysem mojej tożsamości finansowej (znany też jako "bida z nędzą") proszę o nie kopiowanie i nie powielanie moich tekstów w formie papierowej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej. I tak forsy z tego nie będzie, nie ma co się łudzić.
