Kompletna wersja również tutaj: Miszka
Miszka
część trzecia
-A jużci, że psa trzeba kupić.- powiedział następnego dnia Ryśko. Oczy miał podkrążone bardzo po niespokojnej nocy i szkliły się w nich jeszcze resztki łez za świniakiem, co w myślach jego prawie męczeńskim bohaterem został. Cały jednak był zawzięty i zmotywowany.
– Rację ma jucha
wójt. Co mie z tego, że do policmajstra pójdę i o śwniaku mu opowiem, jak oni
sami ze złodziejami trzymajom? Przyjedzie ta beczka smalcu, popatrzy, obejście
przewącha, kurczaka se jakiegoś każe na koszyczek załadować a po 2 miesiącach
przyjdzie do mnie zawiadomienie, że niska szkodliwość społeczna. O takiego wała
pany policjanty. Psa se kupie jak hamana, na sznurku uwiąże i niech ktoś
spróbuje, o wa!
Taka moc go rozpierała, że aż kułakiem w wezgłówek
małżeńskiego wyrka uderzył. Prędko też pożałował gospodarz swojej zapiekłości
ale nic po sobie nie dał poznać, mimo, że łzy cisły mu się z boleści do oczów.
Hańcia odwróciła się. Modrymi oczętami w męża się wgapiała a zdziwienie
malowało się na gębusi.
-Jak to psa? Ryśko, a tyś w ogóle kiedyś psa na ślepia
widział?
-O wa!- napuszył się chudy Rysko, kieby paw.- A widziałem.
Za dzieciaka widziałem, co to dziedzic se psa kupił. Jajnika dokładnie.
I na mysze se z nim do obórek chadzał i polował. Zawzięta bestia była. Niewiele
co ode ziemi odrosłe ale haukało jak nakręcone i myszy dziedzicowi znosiło.
Hańcia przeżegnała się zestrachana całkiem.
-Ja ty kcesz takiego jajnika kupić? A poznasz ty go w ogóle?
-A co ty myślisz, babo, że nie poznam? Ot, ogon, dupa,
cztery nogi, pies jak pies. Wielkie mie miecyje! Śniadanie lepij dawaj, bo cie kułakami
wygrzmocę. Wylegujesz sie w betach jako hrabina jaka albo i dziedzicówna a
robota leży i gnije. Na targ dziesiaj pójdem i psa kieby niedźwiedzia do zagrody
kupię. Takom rzekł!
Wyleciała Hancia z łóżka, a duma rozpierała ją, że aż
utrzymać w sobie tego nie mogła. Prędko do obórki pobiegła, krówkę wydojała,
kartofli kilka naskrobała, na war wrzuciła i chyłkiem się do sąsiadki przez
opłotek przemknęła- by chwilkę krześcijańską dzień piękny i pana Buczka
chwalić.
-Pochwalony.- rzekła zdyszana.
-Pochwalony.- odparła sąsiadka Miećka Waligrzącha, wdowa
po kotlarzu, co to se na łeb przez przypadek miedziany kocioł spuścił i z tego
parę puścił. Wdowa, pobożna była bardzo, tęga, rumiana, matka sześciorga
drobiazgu, z czego aże dwójka była kotlarzowa.- A co wasz? Nadal po świniaku
lamentuje?
-Iiii...- Hańcia lekceważąco ręką machła.- Pani
Waligrząchowa a mój to dzisiaj na targ idzie.- pedziała, cała kraśna z dumy
kieby jajko na Wielkanoc. –Jajnika kupujemy.
Waligrząchowa pod boki się podparła.
-Ludzie, krześcijany, a niech was Pon Jezusiczek ma w
opiece!- krzyknęła zestrachana.
Pomarkotniała Hańcia bardzo.
-A czemuż to?
Waligrząchowa pokiwała tylko głową jako to kobieta życie
znająca i doświadczona.
-Przecie, że na targach to sama Sodomia i Gomoria, i
rozpusta. Ryśkowa, moja Ryśkowa, ty wy nie wiecie co to chłopów na targ zawsze
ciąga? A muzykanty! A wódczysko! A hulanka!
Pobledła Hańcia, a wargi drżeć jej zaczęły.
-Pani Waligrząchowa...
Ino Waligrząchowa Hańci nie słuchała, jeno jakby się w
swojej zawziętości zaparła i dalejże gromy ciskać poczęła.
- Skrzypkom każą se grać i hulają aż ostatnia koszula im przepotnieje.
Z tanecznicami płatnymi hulają! Obertasa wywijają. Pieniądz ostatni na gorzałę
przepijają a jak im już talarów w sakiewce nie wystarczy to na kredyt. Arendarz
ino kredą na drzwiach znaczki se stawia a oni całe chałupy, całe inwentarze
przepijajom. A mało to takich, co to z gospodarzy całkiem zdziadzieli i na
komorniki zeszli?
-Jezus Maryja!
-Wszystkie zagony w starce utopili. Wszyściutki len, caluśkie
pszenice. A do tego, jak się jeden z drugim w wódce rozsmakuje to dopiero się
zaczyna. Cały dobytek taki jeden z drugim z chałupy wykrada. Kołdry, statki,
ławki i garczki. Wszystko, wszyściutko idzie do kieszeni arendarza, moja
Ryśkowa. Puść swego raz na targ, a mówię ja wam- dziadem proszalnym wróci.
Rozbeczała się Hańcia i dłużej nie
mogła słuchać gadaniny Waligrząchowej. Zasmarkana i zapłakana do domu wróciła.
Kartofle właśnie były doszły na ogniu. Zabrała się przeto gospodyni za warzenie
żurku ale miast solą łzami swoimi serdecznymi tę warzę doprawiała.
Ryśko kończył właśnie poranną toaletę. Włosy se smalcem
natarł, coby mu od glacy piknie świeciło, grzebieniem ułamanym przeczesał i
koszulę zmienił na tę niedzielną, prawie, że czystą. Pod szyjom, z wielką
fantazją, czerwoną wstążeczkę zacisnął aże mu oczyska na wierch wyszły.
-Czego to ryczysz, Haniuś kieby pinda zasmarkana?-
zapytał uprzejmie.
Na te słowa rozryczała się Hanka jeszcze bardziej.
-Na dziady pójdziemy zarutko jak tylko z targu wrócisz!
Na rany Krystusa! Ryśko! Nie idź!- i z rykiem do nóg mężowych przypadła. Zbladł
Ryśko i spotniał.
-Babo! Babo! Czyś ty się blekotu najadła czy szaleju
napiłaś?
-Mówiła mnie Waligrząchowa, że ty tam idziesz, ino tylko,
by się w obertasku z tanecznicami szlajać. Gorzałę na kredyt łykać! Chudobę
przepijać!
Nie zdzierżył Ryśko takiego pomówieństwa. Szast, prast
babę do porządku przyprowadził. Lunął jej z jednej strony, lunął jej z drugiej,
kułakiem w brzuch poprawił i oprzytomniała w końcu Hańcia.
-Anim na hulankę nie idę, anim na gorzały chlanie. Wiesz,
przecie babo, że psa trza nam kupować.
Ale Hańca, mimo, że poliki piekły ją od uderzenia, ustępować
nie myślała. Przyklękła pod obrazkiem Noświętszej panienki i klęcząc, rence w
górę wzniosła.
-Przysięgniej mnie, na tyn obrazek świnty, że jajnika na
targu kupisz! Przysięgniej mnie, jako cie Pon Jezus i Matuchna Częstochowska
mili!
Uroczystą chwila była bardzo. Ryśko w oczy żoneczce
popatrzył, a szaleństwo w nich olbrzymie widząc, zestrachał się nieco. Tedy
powiedział:
-Przysięgam na ten
obraz świnty, że jajnika na targu kupię.- i przeżegnał się galatno.
Ucieszyła się Hańcia. Troska, dusząca jej serce kieby
czarna zmora, odpuściła i zaczęła baba z tyj radości wielkiej płakać a męża po
butach całować.
-Oj, nie dogodzisz babie nigdy.- mruknął pod nosem
Ryśko.- Smutna to płacze, wesoła to ryczy. Jak kontenta to beczy, jak
nieszczęśliwa- śluzy puszcza. Musi ten babski ród nie z żebra ino z wody
zbudowany.
Prędko siedli też do śniadania, żurek z ziemniakami i
kaszę na mleku połykając. Łojciec ryśkowy, jako, że w chałupie najstarszy był,
dawał synowi ostatnie rady.
-Nosompierw do figury dojdziesz, co to na polu. Potem się
w lewo obrykiesz i pójdziesz, hań, aże do tyj wierzby co zeszłej wiosny uskła.
Potem się od siebie obrócisz i pójdziesz aż do mostku. A potem to prosto, hen,
ksobie pójdziesz i już bydziesz widział miasteczko i targ. Strażnikowi, co w
budce na cle siedzi, grzecznie się ukłoń a jak już bydziesz z psem do domu
wracał to powisz mu tak: nikscumfercolen. (nichts
zum verzollen- nic do oclenia)
Ryśko ziemniaki jadł i w takt tausiowych mądrości łyżką
wybijał.
-Acha, acha.- kiwał głową.- Niksfercolen. A jak się mnie
franca jeszcze o coś zapyta?
-To powiesz mu tak: nicfersztejn. (nichts verstehen- nie rozumieć)
-No, a jak się jeszcze o coś bydzie pytać?
-Iiii...- łojciec wzruszył ramionami.- To mu powiesz,
żeby się w dupę pocałował. Niech się jenzyków łuczom jak takie niegramotne.
I poznali wszyscy jako to mądrość była wielka ryśkowego
ojca.
Czas było to już się zbierać. Ryśko wstał ode stoła,
przed obrazkiem świntym się przeżegnał, sukmanną czapkę na głowę wcisnął i
dzieciskom błogosławić zaczął.
-Matki się słuchać, a nie bałasykować. Nie hultajić się
po somsiadowych zagrodach. Krowy za łogon nie ciągać. Bydziecie grzeczne to wam
cosik z targu przyniesę. Karmelków słodziuśkich albo cukru w tutce.
Pisk się też zaczął wśród dzieciarni wielgi. Huru buru,
ruszyły dziecki na ojca i u rekawów mu się wieszać a dziękować, jakby te
słodkości już w garści trzymały. Na som koniec obrócił się Ryśko do łojca i żonki.
-Z Bogiem łojciec. Z Bogiem Hańcia.
-Z Bogiem, Ryśku. Z Bogiem. Ino weź ze sobą Wicia i
Felka.
Zdziwiował się Ryśko.
-A to niby czego?
-A to, żebyś nas na dziady tym targiem nie powiódł!-
wrzasnęła Hańcia.
„Ot, baby”- pomyślał Ryśko ale na dwóch najstarszych
synów ręką skinął. Nie śmiał się żonie przeciwstawić, gdyż znowu mu się
miarkowało, że w ślepiach jej zacznie gorzeć szaleństwo.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. tradycją bloga stało się już, że uprzejmie proszę o niekopiowanie i nie powielanie moich tekstów. Usprawiedliwiona bólem zęba oświadczam: "uprzejmie" i "proszę" możecie sobie darować. Nie kopiować, bo nie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)