środa, 4 listopada 2015

Miszka cz.3

         Dzisiaj trzecia część opowiadania pt. "Miszka", a po niej, jak to zazwyczaj bywa, nastąpi część czwarta, a może nawet i piąta. Tę oczywistą oczywistość publikuję ze specjalną dedykacją dla pracowników służby oczyszczania dróg. Panowie! Zima się zbliża. Nie, żeby znowu was zaskoczyła w tym roku.

Kompletna wersja również tutaj: Miszka


Miszka
część trzecia

-A jużci, że psa trzeba kupić.- powiedział następnego dnia Ryśko. Oczy miał podkrążone bardzo po niespokojnej nocy i szkliły się w nich jeszcze resztki łez za świniakiem, co w myślach jego prawie męczeńskim bohaterem został.  Cały jednak był zawzięty i zmotywowany.
 – Rację ma jucha wójt. Co mie z tego, że do policmajstra pójdę i o śwniaku mu opowiem, jak oni sami ze złodziejami trzymajom? Przyjedzie ta beczka smalcu, popatrzy, obejście przewącha, kurczaka se jakiegoś każe na koszyczek załadować a po 2 miesiącach przyjdzie do mnie zawiadomienie, że niska szkodliwość społeczna. O takiego wała pany policjanty. Psa se kupie jak hamana, na sznurku uwiąże i niech ktoś spróbuje, o wa!
Taka moc go rozpierała, że aż kułakiem w wezgłówek małżeńskiego wyrka uderzył. Prędko też pożałował gospodarz swojej zapiekłości ale nic po sobie nie dał poznać, mimo, że łzy cisły mu się z boleści do oczów. Hańcia odwróciła się. Modrymi oczętami w męża się wgapiała a zdziwienie malowało się na gębusi.
-Jak to psa? Ryśko, a tyś w ogóle kiedyś psa na ślepia widział?
-O wa!- napuszył się chudy Rysko, kieby paw.- A widziałem.  Za dzieciaka widziałem, co to dziedzic se psa kupił. Jajnika dokładnie. I na mysze se z nim do obórek chadzał i polował. Zawzięta bestia była. Niewiele co ode ziemi odrosłe ale haukało jak nakręcone i myszy dziedzicowi znosiło.
Hańcia przeżegnała się zestrachana całkiem.
-Ja ty kcesz takiego jajnika kupić? A poznasz ty go w ogóle?
-A co ty myślisz, babo, że nie poznam? Ot, ogon, dupa, cztery nogi, pies jak pies. Wielkie mie miecyje!  Śniadanie lepij dawaj, bo cie kułakami wygrzmocę. Wylegujesz sie w betach jako hrabina jaka albo i dziedzicówna a robota leży i gnije. Na targ dziesiaj pójdem i psa kieby niedźwiedzia do zagrody kupię. Takom rzekł!
Wyleciała Hancia z łóżka, a duma rozpierała ją, że aż utrzymać w sobie tego nie mogła. Prędko do obórki pobiegła, krówkę wydojała, kartofli kilka naskrobała, na war wrzuciła i chyłkiem się do sąsiadki przez opłotek przemknęła- by chwilkę krześcijańską dzień piękny i pana Buczka chwalić.
-Pochwalony.- rzekła zdyszana.
-Pochwalony.- odparła sąsiadka Miećka Waligrzącha, wdowa po kotlarzu, co to se na łeb przez przypadek miedziany kocioł spuścił i z tego parę puścił. Wdowa, pobożna była bardzo, tęga, rumiana, matka sześciorga drobiazgu, z czego aże dwójka była kotlarzowa.- A co wasz? Nadal po świniaku lamentuje?
-Iiii...- Hańcia lekceważąco ręką machła.- Pani Waligrząchowa a mój to dzisiaj na targ idzie.- pedziała, cała kraśna z dumy kieby jajko na Wielkanoc. –Jajnika kupujemy.
Waligrząchowa pod boki się podparła.
-Ludzie, krześcijany, a niech was Pon Jezusiczek ma w opiece!- krzyknęła zestrachana.
Pomarkotniała Hańcia bardzo.
-A czemuż to?
Waligrząchowa pokiwała tylko głową jako to kobieta życie znająca i doświadczona.
-Przecie, że na targach to sama Sodomia i Gomoria, i rozpusta. Ryśkowa, moja Ryśkowa, ty wy nie wiecie co to chłopów na targ zawsze ciąga? A muzykanty! A wódczysko! A hulanka!
Pobledła Hańcia, a wargi drżeć jej zaczęły.
-Pani Waligrząchowa...
Ino Waligrząchowa Hańci nie słuchała, jeno jakby się w swojej zawziętości zaparła i dalejże gromy ciskać poczęła.
- Skrzypkom każą se grać i hulają aż ostatnia koszula im przepotnieje. Z tanecznicami płatnymi hulają! Obertasa wywijają. Pieniądz ostatni na gorzałę przepijają a jak im już talarów w sakiewce nie wystarczy to na kredyt. Arendarz ino kredą na drzwiach znaczki se stawia a oni całe chałupy, całe inwentarze przepijajom. A mało to takich, co to z gospodarzy całkiem zdziadzieli i na komorniki zeszli?
-Jezus Maryja!
-Wszystkie zagony w starce utopili. Wszyściutki len, caluśkie pszenice. A do tego, jak się jeden z drugim w wódce rozsmakuje to dopiero się zaczyna. Cały dobytek taki jeden z drugim z chałupy wykrada. Kołdry, statki, ławki i garczki. Wszystko, wszyściutko idzie do kieszeni arendarza, moja Ryśkowa. Puść swego raz na targ, a mówię ja wam- dziadem proszalnym wróci.
Rozbeczała się Hańcia i dłużej nie mogła słuchać gadaniny Waligrząchowej. Zasmarkana i zapłakana do domu wróciła. Kartofle właśnie były doszły na ogniu. Zabrała się przeto gospodyni za warzenie żurku ale miast solą łzami swoimi serdecznymi tę warzę doprawiała.
Ryśko kończył właśnie poranną toaletę. Włosy se smalcem natarł, coby mu od glacy piknie świeciło, grzebieniem ułamanym przeczesał i koszulę zmienił na tę niedzielną, prawie, że czystą. Pod szyjom, z wielką fantazją, czerwoną wstążeczkę zacisnął aże mu oczyska na wierch wyszły.
-Czego to ryczysz, Haniuś kieby pinda zasmarkana?- zapytał uprzejmie.
Na te słowa rozryczała się Hanka jeszcze bardziej.
-Na dziady pójdziemy zarutko jak tylko z targu wrócisz! Na rany Krystusa! Ryśko! Nie idź!- i z rykiem do nóg mężowych przypadła. Zbladł Ryśko i spotniał.
-Babo! Babo! Czyś ty się blekotu najadła czy szaleju napiłaś?
-Mówiła mnie Waligrząchowa, że ty tam idziesz, ino tylko, by się w obertasku z tanecznicami szlajać. Gorzałę na kredyt łykać! Chudobę przepijać!
Nie zdzierżył Ryśko takiego pomówieństwa. Szast, prast babę do porządku przyprowadził. Lunął jej z jednej strony, lunął jej z drugiej, kułakiem w brzuch poprawił i oprzytomniała w końcu Hańcia.
-Anim na hulankę nie idę, anim na gorzały chlanie. Wiesz, przecie babo, że psa trza nam kupować.
Ale Hańca, mimo, że poliki piekły ją od uderzenia, ustępować nie myślała. Przyklękła pod obrazkiem Noświętszej panienki i klęcząc, rence w górę wzniosła.
-Przysięgniej mnie, na tyn obrazek świnty, że jajnika na targu kupisz! Przysięgniej mnie, jako cie Pon Jezus i Matuchna Częstochowska mili!
Uroczystą chwila była bardzo. Ryśko w oczy żoneczce popatrzył, a szaleństwo w nich olbrzymie widząc, zestrachał się nieco. Tedy powiedział:
 -Przysięgam na ten obraz świnty, że jajnika na targu kupię.- i przeżegnał się galatno.
Ucieszyła się Hańcia. Troska, dusząca jej serce kieby czarna zmora, odpuściła i zaczęła baba z tyj radości wielkiej płakać a męża po butach całować.
-Oj, nie dogodzisz babie nigdy.- mruknął pod nosem Ryśko.- Smutna to płacze, wesoła to ryczy. Jak kontenta to beczy, jak nieszczęśliwa- śluzy puszcza. Musi ten babski ród nie z żebra ino z wody zbudowany.
Prędko siedli też do śniadania, żurek z ziemniakami i kaszę na mleku połykając. Łojciec ryśkowy, jako, że w chałupie najstarszy był, dawał synowi ostatnie rady.
-Nosompierw do figury dojdziesz, co to na polu. Potem się w lewo obrykiesz i pójdziesz, hań, aże do tyj wierzby co zeszłej wiosny uskła. Potem się od siebie obrócisz i pójdziesz aż do mostku. A potem to prosto, hen, ksobie pójdziesz i już bydziesz widział miasteczko i targ. Strażnikowi, co w budce na cle siedzi, grzecznie się ukłoń a jak już bydziesz z psem do domu wracał to powisz mu tak: nikscumfercolen. (nichts zum verzollen- nic do oclenia)
Ryśko ziemniaki jadł i w takt tausiowych mądrości łyżką wybijał.
-Acha, acha.- kiwał głową.- Niksfercolen. A jak się mnie franca jeszcze o coś zapyta?
-To powiesz mu tak: nicfersztejn. (nichts verstehen- nie rozumieć)
-No, a jak się jeszcze o coś bydzie pytać?
-Iiii...- łojciec wzruszył ramionami.- To mu powiesz, żeby się w dupę pocałował. Niech się jenzyków łuczom jak takie niegramotne.
I poznali wszyscy jako to mądrość była wielka ryśkowego ojca.
Czas było to już się zbierać. Ryśko wstał ode stoła, przed obrazkiem świntym się przeżegnał, sukmanną czapkę na głowę wcisnął i dzieciskom błogosławić zaczął.
-Matki się słuchać, a nie bałasykować. Nie hultajić się po somsiadowych zagrodach. Krowy za łogon nie ciągać. Bydziecie grzeczne to wam cosik z targu przyniesę. Karmelków słodziuśkich albo cukru w tutce.
Pisk się też zaczął wśród dzieciarni wielgi. Huru buru, ruszyły dziecki na ojca i u rekawów mu się wieszać a dziękować, jakby te słodkości już w garści trzymały. Na som koniec obrócił się Ryśko do łojca i żonki.
-Z Bogiem łojciec. Z Bogiem Hańcia.
-Z Bogiem, Ryśku. Z Bogiem. Ino weź ze sobą Wicia i Felka.
Zdziwiował się Ryśko.
-A to niby czego?
-A to, żebyś nas na dziady tym targiem nie powiódł!- wrzasnęła Hańcia.
„Ot, baby”- pomyślał Ryśko ale na dwóch najstarszych synów ręką skinął. Nie śmiał się żonie przeciwstawić, gdyż znowu mu się miarkowało, że w ślepiach jej zacznie gorzeć szaleństwo.

cdn...

wasza
Helga von Klusken 

p.s. tradycją bloga stało się już, że uprzejmie proszę o niekopiowanie i nie powielanie moich tekstów. Usprawiedliwiona bólem zęba oświadczam: "uprzejmie" i "proszę" możecie sobie darować. Nie kopiować, bo nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)