Edit: Wersja na wynos dostępna już na chomiku tutaj.
Kompletna wersja do poczytania i ściągnięcia online tutaj: Miszka
Miszka
część pierwsza.
W złym humorze obudził się gospodarz, oj w złym.
Ledwo co ślipia odemnknął już wiedział, że dzień będzie do dupy. Czy sprawiło
to słońce, co ledwie tylko i nieśmiało przedzierało się przez ciężkie,
deszczowe chmury, czy też może leżący na zapiecku ojciec, co stękał z bólu
przez niespokojny sen, czy to może dopiero co wczoraj narodzone, chore cielę-
co zeszczało się w nocy na podłogę, tak że śmierdziało łokrutnie w caluśkiej
chałupie- któż to wie. Faktem niezaprzeczalnym jest, że gospodarz obudził się
zły a wtedy to już tylko kogoś do wybitki szukał, coby ukoić rozkołatane nerwy.
Wyciągnął rękę spod brudnej pierzyny, niepranej aż ode Wielkiej Nocy i
szturchnął żonę.
-Wystawiaj dupę Hanka.- zażądał twardo. Ale gospodyni tylko odburknęła
niechętnie:
- Ta, ta, ta, na jamory ci się zachciało. Anim głowy do tego nie mam. Dej
mnie jeszcze pospać ociupinkę.
Ryśko podniósł się letko, zwężonymi z wściekłości oczyma zlustrował groźnie
małżowinę i szarpnął ją za nieuczesane kudły.
-Wystawiaj dupę Hanka, bo pożałujesz!- ryknął na cały głos. Teraz zbudzili
się w chałupie wszyscy, łącznie z ciołkiem, ale nikt nie śmiał odezwać się ani
słowem. Chudy Ryśko miał twardą rękę a wzburzony prał wszystko i wszystkich jak
leci na nic nie bacząc. Dzieciuska (a było ich w chałupie aż ośmioro) zaszyły
się głębiej w kożuchy i świńskie derki które służyły im za okrycia; chore,
umęczone cielę wtuliło miękki pyszczek w kościsty bok; jeno stary ojciec z
wytrzeszczonymi oczyskami spoglądał zza przypiecka na syna i synową. Gospodyni zbudziła
się już na dobre i poznała łod razu, że to nie żarty. Szybko odwaliła bok
pierzyny, podciągnęła tak wysoko do góry brudną halkę, że aż można było
zobaczyć jej chude, wyssane cycki, strąciła piętą z łóżka dzieciaka, który z
braku miejsca spał w nogach nędznego, małżeńskiego wyrka i czekała w strachu na
zmiłowanie mężowskie. Chudy Ryśko zafrasował się troszeczkę. Po prawdzie miał
nadzieję, że żona mu odmówi jak to zwykle bywało, a wtedy będzie miał pretekst
by jej uczciwie dać po ryju jako ślubnemu w mocy byjącego. A tak? Cóż teraz
miał robić biedaczyna? Ano jak się powiedziało „be” to trzeba i „ce”
powiedzieć, coby powagi męża i łojca nie stracić. Ściągnął z brudnej dupy
jeszcze brudniejsze, nigdy nie prane kalesony, obalił się prędko na żonę i , wstrzymując
oddech, bo małżonce cokolwiek z mordy capiło, jak to po długiej nocy
zwyczajnie- zrobił co zrobić musiał. Stęknął ze trzy razy, spuścił się kieby
ten książowski byk, co to do rozpłodu krowy do niego doprowadzali aże spod
Gnojnej Górki i z westchnieniem ulgi wrócił na swoją stronę łóżka. Gospodyni,
aby czasu zbytnio nie tracić, odmawiała sobie w myślach zdrowaśki, bo to
przecież nie po krześcijańsku tak się bez pacierza z łóżka podnosić.
...zacznijcie wargi nasze chwalić... ledwo co zaczęła a już było po
wszystkim. Małżonkowie chwilę w milczeniu leżeli obok siebie, delektując się
słodyczą owego małżeńskiego pożycia. „Chwilo trwaj”- jakby to powiedział ten,
co to wielkim poetą był. Chudy Ryśko zdecydował się w końcu zwrócić żonie
słuszną uwagę:
-A długo się będziesz tak wylegiwała w betach, ty kurwo nieskrobana?-
zapytał, starając się nadać barwie swojego głosu cokolwiek cieplejszą nutę, bo
wiadomo, do kobiety to jednak trzeba uprzejmym być. -Krowy już pewnie z głodu
zębiskami o żółb uderzają, kurczakom trza jajka podebrać, bo się znowu bydom po
całym obejściu walały i śniadania byś uwarzyła, coby człowiek nie musiał o
suchym pysku do roboty zapierdalać jak onegdaj.
Na tę oczywistą prawdę Hanka podciągnęła kieckę w
dół i wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Wraz z nią izba przebudziła się do
życia. Dzieciaki podniosły się ze swoich legowisk, słusznie rozumiejąc, że już
nie grozi im gniew tatowy. Rozgrzebały zapchlone bety i nuże zaczęły dokazywać-
jak to dzieciska zwyczajne. A to mleko ze skopka wylały, a to nosy powsadzały w
garnki od wieczerzy jeszcze na palenisku leżące i wyjadały wyschnięte kartofle,
a to dmuchać zaczęły w wygasły ogień szukając w nim żaru, aż po całym
pomieszczeniu latały farfocle szarego popiołu, a to cielę za ogon ciągnęły i
zaśmiewały się serdecznie z jego boleściwego muczenia.
-Lakudry, nie dzieci.- zamruczał gniewnie chudy Ryśko, a gniew, którego
słodki akt miłosny nie zdołał uśmierzyć, wzrastał w nim coraz bardziej i
bardziej chociaż sam nie wiedział czemu. W końcu, gdy Marcelek, czwarty z
najstarszych, piegowaty i nieco jąkała, zaczął stękać na całą izbę, udając
miłosne jęki ojca- nie wytrzymał i wyleciał z łóżka- sprawiedliwie i bez
wyjątku tłukąc dzieciury po brudnych mordach.
-Adyć wychowałabyś tę hołotę w poszanowaniu jako obyczaj nakazuje!- ryknął
w stronę żony.- Żadnej poczciwości w nich nie ma. Żadnej bojaźni. Jakby się tu
sam Jezusek najmiłościewszy w izbie nam objawił to nic, ino bych im były figle
i psikusy w głowie.
-Jezusek się tu nie objawi, bo w całym obejściu capi jakby się papcio po
pijaku znowu do miednicy zeszczał.- zauważyła rezolutnie malutka dziewuszka
wyglądająca spod stołu.
-Oż ty!- ryknął papcio. Rzucił się w pogoń za dzieweczką ale ta była
szybsza. Wypadła jednym susem na podwórko i przepadła w wysokiej pokrzywie.
Chudy Ryśko szukał jej chwilę w zaroślach, chcąc kilkoma argumentami silnej
ręki przywrócić swoją powagę ojcowską, ale dziecka już nie było. Rozgniewany
gospodarz wrócił do domu wypatrując kogokolwiek lub czegokolwiek, gdzie mógłby
dać upust swojej złości. Ale dzieciska były mądrzejsze. Rozproszyły się po
całej chałupie i z zapałem jęły pomagać w porannym gospodarstwie. Jedne
skrobały kartofle na śniadanie, inne zamiatały izbę, a jeszcze inne przyklękły
pod świntym obrazkiem i odmawiały pacierze, głośno bijąc się w wyschnięte
piersi. Po prawdzie, obrazek przedstawiał wydartą gdzieś, kiedyś z gazety
reklamę maści przeciwgrzybicznej- ale cała rodzina chudego Ryśka- a i somsiedzi
też- twardo wierzyli, że ta piękno panna to musi być ani chybi noświentsza panienka.
Wprawdzie panna cosik cyckami za bardzo świeciła i odziana była bardzo
nieobyczajnie- ale co wolno świntej panience to jej wolno. Obrazek ten znalazł
jeszcze, racz mu dać Panie wieczne odpoczywanie, teściu chudego Ryska a łojciec
sam rodzony Hanki, gdzieś na jarmarku, pod płotem. Legenda rodzinna mówi, że
podniósł go, pobożnie ucałował, za pazuchę schował, do chałupy poniósł i w
złocone ramki oprawić kazał aby się całej rodzinie szczęściło. I istotnie od
tamtego czasu szczęściło się wszystkim. Wprawdzie teściu zmarł jakoś trzy
miesiące później przygnieciony przez wóz z drzewem, krowy wybiła zaraza i
trzeba było dać weteryniarzowi do dorżnięcia, spaliła się obórka i grad wydusił
zboże – ale ogólnie to się szczęściło co niemiara. I jakże to teraz pod takim
obrazkiem z cudów słynącym przetrzepać bachorzyskom dupska? No nijak. To jakby
samiuśką świętą panienkę by chciał na kolanie położyć i w dupe przyłożyć. Chudy
Ryśko aż się wzdrygnął od tej myśli nieczystej i przeżegnał pobożnie.
-A ode złego zachowaj nas Panie.- mruknął jeszcze, jakby sam znak krzyża
najświętszego nie był dostateczną gwarancją obrony przed szatańskim pomiotem. A
dzieciury tylko spod zmrużonych ocząt na tatula spoglądały i śmieszki- heheszki
se robiły, nic a nic się go nie bojąc. W końcu Hanka skończyła z porannym
oporządkiem chałupy. Na piecu perkotały kartofle w jednym garnczku, w drugim,
wysokim i smukłym, kipiało niechrzczone mleko. Stary łojciec zwlókł się z
przypiecka charcząc i plując ciemną flegmą.
-Co to łojciec tak pluwa jakby w chlewie?- spytał rodzica chudy Ryśko. Bosą
stopę wycierał właśnie o rozmiękłe klepisko, gdy przez nieuwagę wdepnął w
plwocinę starego. – Cosik mnie się zdaje, że wy na książęcą oborę patrzycie,
ha?
-A dzieżby to.- oburzył się stary.- Jeno mie w piersi tak coś zaparło i
dusi me od wczoraj i dusi.
- To może wam mleka ojciec dać? Gorące mleko z wódką to nalepsze na
dusznoty jest.
-Z wódką i z pieprzem.- wtrąciła Hanka, doglądając kartofli. Stary
poskrobał się zakłopotany w głowę.
-A bo ja wiem.- odparł cichuśko. – Może to nijak tak mleka pić, bo go
jeszcze dla cielaka by zabrakło. Chudy on nieboraczek ale pożytku z niego
będziecie więcej mieli jak ze mnie, ze starego.
Ciołek, jakby słysząc, że o nim mowa, podniósł
głowę i zareczał długo i żałośliwie. Chudy Ryśko wyciągnął już mały, srebrny
kluczyk, który trzymał na tasiemce zawiązanej na szyi i otworzył właśnie
niesporą, drewnianą skrzynkę malowaną na żółto i czerwono w polne kwiaty i
ptaki-cudaki. W skrzynce znajdowały się najważniejsze skarby rodzinne- butelka
tęgiej gorzały, kartka pocztowa z wizerunkiem cyrsorza z wąsami kieby dwa
węgorze, jakieś Hankowe szmaty, pęk korali po matuli i zaświadczenie z urzędu o
zakazie wypuszczania psów na pańskie pola. W chałupie uczony nikt nie był i
czytać drukowanego by nie poradził, ale zaświadczenie- przysłane na urzędowym
papierze i w urzędowe pieczęcie ilość niesłuchaną zaopatrzone wydawało się im
jakimś wielce ważnym papiórem. Odłożył tedy ostrożnie Ryśko dokument w
niebieskiej kopercie na sam spód skrzynki („a czyij pies był by na sraniu
przyłapany to zapłaci straf kopiejków 20...”), przewalił szmaty hankowe
cuchnące naftaliną i dobył zielonej butelki.
- Co ja tam byde lekarstwa dla rodzonego łojca żałować.- butnie powiedział
Ryśko. W jednej ręce trzymał butelkę i zmrużywszy jedno oko, z doświadczeniem
profesjonalnego moczymordy, przyglądał jej się dokładnie pod światło. – Jednego
tatusia tylko mam. Co by mnie somsiady powiedziały gdyby ja wam, rodzonemu,
kropli mlika żałował? Ot,- tu splunął z ohydą na ziemię- od szwabów by mnie
wyklęli i cyganichów. Ksiądz z ambony by mnie palcem pokazywał, dzieciurom na
śmiech i poniżenie.
-Co prawda to prawda.- przytaknął cicho stary a oczami wpił się miłośnie w
zieloną butelczynę i ślepia wielkie mu się robiły niby kotu, co sra pod płotem.
Tymczasem mleko na piecu zaczęło kipieć i z sykiem uciekać z garnka. Hanka
przestała karmić najmłodsze dziecko, skoczyła na równe nogi i ostrożnie, przez
zapaskę odsunęła mliko od ognia.
-Co ty się tak wpatrujesz w tę butelkę kieby sroka w gnat? A dajże ojcu.-
popędziła męża, który z cichym zdumieniem gapił się w błyszczącą w słońcu
siwuchę.
-Chwila, babo. A skąd ja mam wiedzieć czy, na ten taki przykład, nie
zwietrzało? Albo, na ten taki inny przykład, nie skwaśniało? Miałbym ojca
zepsutym lekarstwem potraktować? Przecieże wszyscy wiedzą, że skwaśniała wódka
gorsza jeszcze od zwykłej.
-A jużci.- zgodził się stary. Natedy chudy Ryśko fachowym ruchem odbił
otwartą dłonią denko butelczyny aże korek sam wyskoczył z szyjki i długim
haustem pociągnął spory łyk. Beknął i otarł rękawem wilgotne usta.
-No i?- dopytywał się stary niecierpliwie. Ryśko wzruszył ramionami.
-Iiii tak jakoś... macie ojciec. Spróbujta czy nie zepsute.- Podał ojcu
butelkę a ten przyssał się do niej drżącymi ustami i ciągnął siwuchę długo,
długo aże mu grdyka tylko chodziła w górę i w dół kieby gąsiorowi. Zaciekawiona
Hanka zbliżyła się do obydwu.
-No i?- zapytała. Ojciec odstawił butelkę. Chwilę mlaskał językiem w
bezzębnej gębie.
-Chyba nie skwaśniało,- zawyrokował po chwili.- ale pewności to nie mam
nijakiej. Nuże Haniuś, skosztuj i ty.
Hanka chciała wymówić się dyplomatycznie ale im dłużej spoglądała na wódkę
tym większych nabierała wątpliwości.
-Może ona i faktycznie zepsuta.- powiedziała, ostrożnie wąchając
zawartość.- Zapach ma jakby taki nie tego...- i upiła łyczek malusi,
malusieńki.- I kolor jakiś nie taki.- tu upiła już łyczek większy.- Ale w smaku
to całkiem dobra.- ucieszyła się ciągnąc już wielgachne łykczysko.
-Czyli, że nie skwaśniało.- powiedział Ryśko i gulgnął wódkę jeszcze raz,
ot tak, żeby się upewnić.
-Nic a nic nie skaśniało.- potwierdził ojciec odbierając mu butelkę.
-A gdzieżby- przytaknęła Hanka spijając ostatnie resztki siwuchy.- Całkiem
dobra.
I nuże zaczęli krzątać się wokół tatusiowego lekarstwa. Chudy Ryśko skoczył
po jaki taki garnuszek kolebiąc się ciut w mienckich kolanach i wyrzekając na
niemoc przychodzącą z samego rana na uczciwe krześcijany. Hanka, chwiejna
bardzo, lała gorące mliko ale więcej go lała po klepisku i swoich bosych
stopach niźli do garczka, a stary ojciec kichając i krztusząc się sypał w głąb
pieprzu grubo mielonego, co go gospodyni na miseczce w szafce stojącego zegara
chowała. Jeno gorzały im już zabrakło. Ale to nic. Łyknął tatuś ociupinkę mlika
z pieprzem i już się takim zdrowym im znalazł, bo zrazu z chałupy do wychodka
wystrzelił jedną ręką się za gębę a drugą za dupę trzymając.
-Musi, że już zdrowy skoro tak chyżo biega.- stwierdził chudy Ryśko.
I siedli do śniadania. Zjedli dopiero mało wiele, kiedy to ze sralnika
wrócił ojciec lamentując wielce.
-Ło, la Boga rety, nieszczęście się stało.- i w ryk.- Świniaka na ukradli.
Dziura w chlewiku wielka, że krowę by z cielakiem przeciągnął. Patrzył ja,
krowa jest, kuń jest, kurczaki som a świniaka zbereźnika jednego nie ma. Jak
nic mocą to nieczystą uczynione!
Skoczyła Hanka, skoczyły dzieciska, z gębami kartoflami zapchanymi, i
wszystkie kieby na komendę jakową zaczęły drzeć się w niebogłosy a matyjasić i
żale swoje wykrzykiwać. Nawet cielę, co to leżało pod piecem na grubej słomie,
otworzyło poczciwą gębusie i poczęło wydawać z siebie dźwięki kieby na
dorżnięciu- jakby tako chciał gospodarzy swoich serdecznych w żałości tyj
pocieszyć.
-O mój świniaku ty serdeczny! Na co jam cię piersią własną wykarmiła?-
wrzeszczała Hanka przesadzając ciutkę w swojej boleści.-Na com ci co najlepsze
kąski do gębuli podtykała? Na com ja cię hołubiła?
Gospodyni wrzeszczała, ojciec płakał, dzieci piszczały, ciele
muczało, no istny koniec świata nastał w izbie- jeno, że diabła by tam
brakowało co by im jeszcze na okarynie skocznie przygrywał. Ino chudy Ryśko
siedział na ławie jakby mu kto obuchem w głowę przyłożył a brew mu drgała
niespokojnie. W końcu skoczył kieby oparzony.
- Co mie tu ojciec baje opowiada?- wrzasnął- Jak to świniaka skradli?
Mojego świniaka? Mnie? Krześcijaninowi uczciwemu?- I z tej boleściwości to nie
wiedział już co czyni. Kopnął nogą najmłodszą dziewuszkę, co to mu się pod
stołem kręciła, odepchnął ojca, Hankę ze złością popchnął aże się na piec
zatoczyła i wybiegł na podwórze.
Lecz słowa ojcowe niestety okazały się prawdą aż
nadto. Wrota do stodoły były rozezwarte a w tylnej ścianie, jaże pode samym
ogrodem świeciło się wielkie dziurzysko. Musi, że profesjonalna robota
żydowskiego wykijdały albo jakiegoś inszego złodziejskiego ścierwa- bo deski
były siekierką jakoby odłupane i równo w stosik pod ścianą złożone. Widok ten
nieszczęsny jakby w piersi dźgnął chudego Ryśka. Skoczył on głową w przód, w
otwarte wrota i nieprzytomny jakby, z oczyskami gorejącymi wbiegł do środka.
Paczy się, paczy i widzi. Krowa jest. Kuń jest. Kurczaki som. Ino świniaka
jeno, paskudnika, nie ma a sama zgnojona słoma po nim została. Jeno wielka
dziura w ścianie ozłocona promieniami wschodzącęgo słońca a przez dziurę tom
zaglądają jakieś dzieckowskie gembusie. Tedy nie zdzierżył. Chwycił pierwszego
lepszego dzieciaka za połataną na piersiach sukmanę i jak nie przełoży przez
kolano! Jak nie huknie! Jak nie stuknie. Ino mu ciężki, od roboty stwardniały
kułak pracował w górę i w dół- uczciwie garbując skórę swojej pociechy.
-Tak tyś to smrodziarzu inwentarza tatusiowego pilnujesz!- krzyknął z
oczyma pełnymi łez, nie wiedząćc już w tyj złości i żałości co czyni.- Takie to
z ciebie pożytki do gospodarstwa? A masz, a masz!- i bił dupę synową aż
puchła.- Do miski to zawsze pierwsze, chleba im nastarczyć nie można a do
roboty to ostatnie! A masz za mojego świniaka! A masz za moje nieszczęście!
Na podwórzek wybiegli Hanka z resztą dziecisków. Z tyłu człapał stary
ojciec wycierający w rękaw kaftana wielkie zielone gile co mu z nosa od płaczu
zwisały.
-Ryśko!- krzyknęła boleściwie Hanka widząc dzieciaka co wił się kieby
piskorz w uścisku i przed klapsami wyginał.
-Zewrzyj gembe!- huknął Ryśko.
-Ryśko puść dzieciaka!
-A ty się ...a masz... a masz... a ty się pilnuj, żebym i tobie gnatów nie
przetrącił! Gospodyni galatna, co to lewentarza doliczyć się nie może. A
masz... i jeszcze raz!
Hanka bezwolnie opadła na kolana.
-Na rany Chrystusa przenajświętsze! Na Panienkę Częstochowską, puść Ryśko
dzieciaka!
-A bo co?
-A bo to nie nasze!- krzyknęła Hanusia. Dopiro wtedy oprzytomniał nieco z
tego żałościwego gniewu gospodarz. Głową potrząsnął, dzieciaka z kolana zdjął,
postawił go przed sobą i w gębę mu patrzy. Istotnie, coś jakiś taki niepodobny.
Włosy płowe niczem zboże na dojrzeniu, nos ciut garbaty, usta kieby żaby
jakiej- no jak jego, jak nie jego. Smarkacz ryczy a łzy lecą mu wielkie niby
grochy.
-Czyjś ty?- pyta jednak chudy Ryśko, bo może to, a nuż, ich prywatny synko?
Ale nie.
-Felków kowalowych.- odpowiada malec i zanosi się szlochem. Głupio się
zrobiło Ryśkowi, oj głupio ale nic po sobie nie pokazuje, coby powagi
gospodarza w oczach rodziny nie stracić.
-No.- powiedział tylko. Otrzepał dzieciucha ciut z kurzu, włosy
rozczochrane mu ręką zmierzwił i podniósł z ziemi guziki od sukmany co to mu
przy przetrzepywaniu tyłka niechcący poobrywał. – Jak ty wyglądasz, taki
nieobleczony.- skarcił go surowo, mimo, że w duchu płonął ze wstydu.- Niech cie
matka guziki do koszuli poprzyszywa. I uczesz się lakudro. Nieładno to takim
oberwańcem po świecie chodzić.
Chłopakowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
Prysnął jak długi przez dziurę w stodole a wraz z nim wszystkie pozostałe
dzieciaki, co to jako też i zwyczajne we wsi to było, włóczyły się całą bandą
od opłotka do opłotka, od rana do wieczora.
I już nic więcej nie powiedział chudy Ryśko ino powlókł się mizeraczek do
chałupy. Siadł na zydlu, nogi przed siebie wyciagnął i jeno siem przed siebie
durnie patrzył. I siedział tak aż do połednia, nic nie mówiąc, chociaż mu
gospodyni naleśników nasmażyła i konfiturów wiśniowych szczodrze do nich
podała. Tak to żal było poczciwej Hańci swojego nieboraka kochanego.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Proszę o nie kopiowanie, nie powielanie, nie udostępnianie bez
stosownych zezwoleń, nie palenie w miejscach publicznych i nie śmiecenie w
lasach i na plażach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)