czwartek, 19 listopada 2015

Dzieciaczki część 2

Przyznam się bez bicia: utknęłam na tym opowiadaniu przez bite dwa tygodnie. Za ten stan rzeczy w dalszym ciągu odpowiada nierozstrzygnięta jeszcze sprawa spadkowa, która spędza mi sen z powiek, a troskom każe serce zżerać. Co by ty długo nie opowiadać- jest dobrze, bo prawo (teoretycznie) stoi po naszej stronie, ale krzewicielom tego prawa potrzeba sporo czasu, by dojść do takiego samego wniosku.
Na pocieszenie dzisiaj druga część opowiadania "Dzieciaczki", a jutro, zaraz po wizycie u szczękologa, trzecia i ostatnia. Czuwajcie druhy!

Kompletny ebook do poczytania również tutaj: Dziaciaczki


Dzieciaczki
część 2



-Prędko, prędko, suknia Gieni! Gieniu, dziecko, uważaj żebyś się nie wygniotła. Ręce przed siebie wyciągnij... ręce mówię a nie nogi! Pchaj do góry głowę, no pchaj! Brzuch wciągnij, język schowaj. Skaranie boskie, czemuś ty taka wysoka urosła? Kostki ci widać... No, przykurcz się trochę!- Pani Stiepanowa, razem z Baśką, pocąc się, dysząc i stękając wspólnymi siłami wciskały panienkę Gienię w balową sukienkę. Sukienka była bladozielonego koloru i przybrana kwitnącymi gałązkami akacji, świśniętymi przez Baśkę, wczoraj wieczorem, w Parku Saskim. Wprawdzie strażnik gonił ją i coś tam krzyczał, od złodziejów wyzywał, ale Baśka rącza była kiej młoda klacz. Z dumą przyniosła do domu pachnące akacje, dzięki którym zaoszczędzono całych pięć koron na przybraniu balowej toalety panienki. Sama suknia obstalowana była na kredyt.
Panienka Gienia była to chuda, anemiczna, wysoka trzydziestoośmioletnia dziewczyna z zębami wystającymi jak u konia. Pani Stiepanowa ciągle ją na pensję dla młodziutkich panienek posyłała, mimo, że dziewczyna dobrze już siwieć zaczęła. W kokardy ubierała i ciepłym mlekiem przed spaniem poiła. Matka sądziła jednak, że krótka, dziecinna sukienka i długie majtki przyciągną w końcu jakiegoś adoratora, który się o rękę „młodziuchnej” panny Gieni oświadczy. Ale młodzi kawalerowie dobrze przecież widzieli drobniutkie zmarszczki w kącikach oczu, bruzdy ciągnące się od nosa do warg i pewien smutek w oczach, którego u młodziutkich panienek nie uświadczysz. Ale jeszcze bardziej niż sucha, bezkrwista, małobiuściasta powierzchowność Gieni odstraszał ich fakt, że panna nie miała „nic a nic”, z wyjątkiem zahukanego tatuśka i grubej mamuśki. Posagu nic- ale takie dokumentne.  Nic gotówką, nic z nieruchomości, nic w akcjach i zagranicznych dewizach, nawet z klejnotów nic- bo panna brylanty miała sztuczne, zrobione ze szkiełka i w bardzo tandetne kocie złoto oprawione, łuszczące się przy każdym poruszeniu palcem.
-Wysoka jak topola a głupia kiej fasola.- podśpiewywała cienkim głosem druga panna, trzydziestosiedmioletnia Cesia. Panna Cesia przypadkiem się państwu Stiepanowiczom przytrafiła, kiedy to już więcej dzieci nie planowali. W noc rozszalałą od szampana serwowanego na publicznym balu w ratuszu, roziskrzoną od gwiazd i czarną od pomroczności jasnej obydwojga małżonków. Czy to sprawką czarów, czy też może szampańskiego w noc poczęcia, a może nawet ognista męskość pana Stiepana, którą ostatni raz w życiu małżonce okazał, sprawiły to, że druga córka też była brzydka, ale jakby to tak określić... z drugiego końca. W przeciwieństwie do siostry niska była, aż za niska, i do tego rozrośnięta niczym bułka która piekarzowi za szybko wzeszła. Na policzkach krwawiły się wieczne, ceglane rumieńce a włosy miał jak jajko żółciutkie i szorstkie niczym siano. No i na twarzy dziwnie nalana, ciągle spocona i czerwona.
-Jak panienka może się tak z siostrzyczki wyśmiewać?- zganiła ją Baśka. Właśnie obciągała falbany sukienki Gieniowej. Gienia, blada i ponura, w jasnozielonym jedwabiu wyglądała jak niezbyt świeża topielica, zielona na twarzy, biuście i obnażonych rękach. Tymczasem jasnowłosa Cesia w swojej różowej sukience fruwała po pokoju niczym spasiony, ociężały motyl.
-Uch! Jak będę tańcowała. Uch! Jak se urżnę krakowiaka z nogi...- Cesia nie zwracała uwagi na słowa służącej. Gibała się na lewo, gibała się na prawo, nóżką wdzięcznie pas drobiła, rączką pulchną machała jakby ją kawalerowi do tańca podawała. Ponura panna Gienie nic nie zważała na te siostrzańskie wygłupy, tylko z rezygnacją poddawała się serii zabiegów upiekszająco-odmładzających, które serwowała jej matka. Panie Stiepanowa, w dobrej przecież wierze, rzadkie włosy córki żelazkiem pokarbowała tak, że spływały cieniutką falą na plecy, smętne niczym szczurze ogony. Lekko, ale to naprawdę leciutko, twarz jej Velutiną upudrowała, że to niby świeżość taka dziewczęca. Puder był jednak gruby, pannie pory zatykał i zmarszczki, miast utajnić, jeszcze bardziej uwidaczniał. Gruba panna Cesia walcowała coraz zapamiętalej, coraz śmielej, coraz chyżej się obracała aż wpadła na toaletkę i stłukła dzbanek z grubej porcelany.
-No masz ci los!-krzyknęła pani Stiepanowa.- Co za nieusłuchane dziecko! Proszę natychmiast przestać wyprawiać te brewerie albo panna pójdzie zaraz spać, a nie na bal!
Panna Cesia uciekła z krzykiem do salonu. Wiedziała, że groźba matki to tylko blaga. Od przeszło 25 lat razem z siostrą chodziły na bale dziecinne i młodzieżowe, i jeszcze nigdy nie zdarzyło się by pani  Stiepanowa przegapiła okazję przedstawienia swoich córek kilkorgu kawalerom „na wydaniu”. Na prawdziwym balu dla dorosłych jeszcze nigdy nie były.  Pani Stiepanowa nie zamierzała na razie wprowadzać córek w towarzystwo i prezentować ich jako debiutantek.
-Och!- mówiła znajomym- Są jeszcze takie młodziutkie. Jeszcze mają czas. Nie chcę okradać ich z dzieciństwa.
Bardzo silnie trwała w tym postanowieniu, bo panny, odkąd dwunasty rok życia skończyły, z roku na rok w tym dzieciństwie trwały. Włosy im siwiały, skóra więdła i marszczyła się, opadały biusty mocą grawitacji, w kolana wkradł artretyzm- ale na gwiazdkę, urodziny i inne okazje wciąż prezentowano im lalki, kolorowanki, drewniane klocki i pąsowe kokardy do wplatania w warkocze. Wciąż opowiadano bajki o Alibabie i Kopciuszku i wciąż posyłano do szkoły by uczyły się (jak wszystkie młode panienki z dobrych domów) francuskiego, rysunków i podstaw arytmetyki. Pani Blichtowa, dyrektorka pensji, interes życia zwąchała i co roku panienki w ostatniej, najwyższej piątej klasie zostawiała, gdzie od przeszło 20 lat w otoczeniu nastoletnich przyjaciółek powtarzały „a kwadrat plus b kwadrat”.  Dyrektorka nigdy, najmniejszym nawet słowem się przed panią Stiepanową nie zdradziła, że panienki są o dobre dwadzieścia lat na szkołę za stare. Tym sposobem zapewniła sobie nieprzerwany przypływ kilkunastu guldenów miesięcznie. Mała krowa także sra- powtarzała sobie w myślach jakże mądre porzekadło.
-Proszę nie biegać, bo się Cesia zgrzeje.- za panienką wlókł się niczym wąż mocny głos matki. Panna Cesia niewiele sobie z tego robiła. Dopadła ojca, który już ubrany w wyjściowy frak, stał obok fotela i oczekiwał aż mu pani żona da znak, by je na bal powiódł. Cesia zakręciła ojcem i zaczęła z nim hopkę galopkę tańczyć aż biednemu staruszkowi fajka z ust wypadła. Świeży tytoń i stary popiół rozsypały się po dywanie.
-Cesiu, dziecko, zostaw mnie starego.- wyjąkał. Cesia przyglądała mu się z uwagą.
-Jaki tam tatko stary. Mógłby tatko się jeszcze na torze ścigać. Jak Bałucki na przykład, ten dżokej co na miss Emily teraz jeździ. Hop, hop! Wio, tatuśku! Patatajaj!
Chwyciła, leżące na komodzie dla ozdoby, dwie połówki orzecha kokosowego i uderzeniami do złudzenia przypominającymi stukot końskich kopyt- udawała folbluta.
-Ichaj i patatajaj! No wio! Wiooooo!!!- krzyknęła, po czym zarżała jak koń odchylając do tyłu głowę. Stary pan Stiepan ciut niespokojnie spoglądał na córkę, która w swej balowej toalecie potrząsała rękami jak wierzgający nogami rumak. Pani Stiepanowa wypadła z sąsiedniego pokoju niczym z procy. Sama była już ubrana w bardzo wysłużoną suknię, kilka numerów za ciasną. Materiał niebezpiecznie opinał się na biodrach i potężnych udach, grożąc pęknięciem i odsłonięciem kawałka białej nogi albo włochatego półdupka.
-Co to za hałasy? Co to za zabawy? A co się tutaj dzieje?
-Papcio chce się przekwalifikować na dżokeja. Będzie startować w wielkiej warszawskiej na miss Emily. Właśnie ćwiczymy. Ichaaaaa!
Zza pleców matki wyjrzała długa, skurczona i wysuszona twarz Gieni. Kuracja odmładzająca tylko podkreśliła upiorny, zielony odcień skóry i pionowe zmarszczki na czole.
-Roman, Roman...- pani  Stiepanowa łajała męża- W takiej chwili zachciało ci się z dzieckiem bawić. A jak ci mówię: poczytaj im co po pracy, weźże je na huśtawki do Ogrodu Saskiego, na lody czasem zabierz- to ty nic. A jak się teraz spieszymy to wy sobie właśnie figle migle urządzacie.
Pan Stiepan spoglądał to na jedna córkę, co pasła się teraz na zielonym, wydeptanym chodniczku, to na drugą- milcząca i ponurą. Już dawno świtała mu w głowie pewna myśl. Od kilku lat zbierał w sobie całą odwagę by porozmawiać z żoną, ale ile razy napotkał wzrok jej karcący, a głos zaczynał wibrować niebezpiecznie w okolicy wysokiego „c”- rejterował jak niepyszny, ceniąc sobie, nade wszystko, spokój w domu i zgodę. Teraz jednak, widząc wypięty zad Cesi i jej porżewania, zdecydował się.
-Malwinko...- zaczął ostrożnie.- Chciałbym z tobą...na słóweczko...tak zamienić...
-A o czym o niby to?- pani Stiepanowa wzięła się pod boki.
-No właśnie? O czem?- krzyknęła Baśka z drugiego pokoju. Służąca niby to uprzątała toaletki ale brudnymi uszami mocno strzygła. Pan Stiepan zebrał w sobie całe swoje męstwo, chociaż nie było go znowu zbyt wiele.
-Malwinko... Bo Cesia i Gienia... Bo ten bal...
-Bo ten bal się zaraz skończy jak będziemy tu stali i tak o niczym rozmawiali.- żona wyprostowała się dumnie. – Bądź pan łaskaw przestać się jąkać i wołaj pan dorożkę. Genia, mantylę zakładaj. Cesia, rumakuj mi się stąd. Baśka- a ty czasem nie waż mi się orzechówki podpijać. Paznokciem na etykiecie znak zrobiłam i dobrze wiem ile zostało w butelce.
-A gdzieżbym śmiała!- odkrzyknęła Baśka. Ale jednak śmiała, bo od razu, kiedy państwo za drzwiami zniknęli, nalewki tęgo gulgnęła a do butelki dolała wody z cebrzyka. No bo kto jednak pozna?
Pani Stiepanowa zarzuciła na ramiona starą ale nadal ładną dolmanę. Córkom iść przed sobą przykazała i sama, dumnie wyprostowana, ze schodów zeszła, obcasikami mocno postukując. A niech wiedzą sąsiady, że na bal idzie.
Przed domem czekała już na nich nędzna dorożka z tych „niedrogich ale nietrzęsących”. Podróż minęła im w milczeniu, przerywana tylko od czasu do czasu cichym rżeniem Cesi. Panienka Gienia nic nie mówiła. Pani Stiepanowa myślała o młodym baronie von Pietruszken, który jako jedenastoletni kawaler miał mieć swój debiut na balu dziecinnym. Zaś pan Stiepan tylko ciężko wzdychał i sam siebie w myślach pytał czy odważy się kiedyś żonie nurtujące go pytanie zadać. Ale wiedział, że tchórz z niego niesłychany.

Bal był taki, jak każdy bal dziecinny. Ścisk, pisk, tłok, rumor. Młodsze dzieci, wszystkie w strojnych toaletach, biegały po korytarzach potrącając kelnerów roznoszących lody, biły się ze sobą, pluły i gryzły, nie zważając na strofowania mam, ojców i bon. Starsza młodzież zebrała się wokół nauczyciela tańca w dużym salonie, który, specjalnie na tę okoliczność, państwo Maliccy przerobili na salę balową poprzez odsunięcie stołu od okna i zwinięcie dywanów. Podlotki zachowywały się daleko spokojniej niż hałasująca tłuszcza dzieciurów. Panny w obstalowanych na kredyt jedwabiach, iluzjach i falbanach podawały naprzód chude biusty pod surową ocenę kawalerów. Chłopcy, zaprzężeni w niewygodne fraki, z dumą prezentowali pierwszego wąsa, z koloru i obfitości podobnego do rzadko wschodzącego koperku. Młodzież przyglądała się wzajemnie, czasami wymieniali słówko, a czasami nawet uściśnienie sekretne dłoni albo spojrzenie gorące. Dla nikogo tajemnicą nie było, że na takich balach młodzieżowych zawiązało się nie jedno młodziutkie małżeństwo. Że zakochany, a życia nie znający książę albo hrabia, ba! nawet syn jakiegoś wysokiego urzędnika, głowę kompletnie tracił dla jakiejś pięknej panienki i o rękę się oświadczał.
Toteż z wzruszeniem wielkim wstępowała zawsze w progi balowe pani  Stiepanowa i w myślach jak litanię powtarzała, że może tym razem, może tym razem, jakiś mąż się dla córeczki trafi. Mocna była jej wiara, mocna i nie zachwiana od lat już wielu.
Panienki, ledwo się z pomocą pokojowej z okryć rozzuły, dołączyły zaraz do przyjaciółek. Cesia wpadła na salę niczym burza, zarżała, obcasem jak kopytem stuknęła i porwawszy w objęcia dwunastoletnią Manię Strofkównę, zaczęła kręcić się w kadrylu, mimo, że orkiestra dopiero instrumenty stroiła. Panienka Gienia wsunęła się do sali milcząca, blada i poważna. Przycupnęła pod ścianą. Pani Stiepanowa, uwolniona od dolmany, zaczęła witać się i ściskać ręce pozostałych rodziców.
-Ładnie nam pociechy wyrosły, co?- mówiła do żony profesora całując ją w oba policzki.           - Człowiek się ani nie obejrzy a tu już wkrótce czas im za mąż iść. Rada bym je jeszcze trochę w domu potrzymać, niech się ociupinkę dłużej nimi nacieszę. Jednak to zew natury, proszę pani. Ach, szalona, szalona młodość! Ani się człowiek nie obejrzy a już jest zakochany po uszy i już matce mówi: adieu.
Pani profesorowa trochę cierpiąca dzisiaj była. Zęby ją bolały albo co, bo odezwała się cierpko.
-Dzieciaczki coś się jednak pani długo rozglądają. Panny ci nie tylko wybujały ale nawet...przekwitły.
-Potwarz, paniusiu, potwarz!- pani Stiepanowa wachlowała się szybko ręką a na twarzy poczerwieniała nagle coś bardzo podejrzanie.- Wiosna idzie. Wiosną wszystkie dzieci są niezdrowe. Moje to ostatnio w górę tak śmignęły, nic dziwnego, że cerę mają trochę bladą. Ale poczekaj pani do lata, zobaczysz jakie dziewczęta zrobią mi się krzepkie i rumiane.
-Uhm. Dziewczęta.- mruknęła z przekąsem pani profesorowa, po czym odeszła w stronę bufetu zastawionego kieliszkami z lemoniadą i liebfrauenmilchem, szeleszcząc przy tym swoim bladoliliowym jedwabiem. Tymczasem pani Stiepanowa ćwierkała już szybko z innymi mamami, chcąc przykryć wzburzenie. Słowa profesorowej zakłuły ją mocno ale na siliła się na szeroki uśmiech i błyskała na wszystkie strony zżółkłymi zębami.
-A baron von Pietruszken już przybył?- skrzeczała słodziutko.
-O, tak. Tam, w rogu sali.- ktoś objaśnił ją uprzejmie. Von Pietruszken był wysokim, rozłobuziakowanym chłopczykiem, który nie zważając na tytuł baroneta, robił dokładnie to co każdy chłopiec w jego wieku robić powinien. Huśtał się na firankach i pokazywał wystraszonym dziewczynkom okazałych rozmiarów jęzor- również baronowski.
-Uroczy malec.- pani Stiepanowa przyglądała się chwilę jak pluje na dziewczynki z wysokości karnisza.- Czy to prawda, że ma zapisane w testamencie coś z pół miliona?
-Cyt, cyt. To tylko w gotówce. A ile ziemi, ile wsi, ile dusz. Niezliczone.
-I jedynak?
-Jedynak, a do tego matka taka już całkiem nie dychająca. Nic dziwnego, baron ją z innego stanu wziął. Mezalians prawie że popełnił, to uschła kobieta w cieplarnianej atmosferze. Nauczycielką była, pani. Nauczycielką! Gdzie takiej do wyższych sfer, do arystokracji. Takim kobietom to jednak potrzeba pieczonej rzepy i barszczu. Potrzeba im boso na pole iść, grzybów po lasach szukać, bo inaczej więdną między złoconymi obrazami i służbą w liberii.
-No, no...- pani Stiepanowa kręciła głową.- Matka dychająca, mówisz pani. Ale skąd wiadomo, że ojciec sobie drugiej żony nie weźmie i jeszcze z pięciorga dzieci nie sprawi?- jej rozmówczyni znacząco mrugnęła okiem.
-A co on ma sobie sprawić jak mu fuzyjka...ten, tego, rozumie pani... już nie strzela?
-Ani tyci?
-Ani tyci moja pani. Uschło mu na amen.
-To i chwała Bogu!
Nagle z salonu rozległ się donośny głos pani Malickiej.
-Prosimy do tańca! Prosimy na bal. Bal czas zacząć. Pan pozwoli- ukłoniła się nauczycielowi tańca.- ganianego! Chłopcy! Dziewczęta! Trzeba tańczyć!
Muzyka zaczęła grać. Z improwizowanej sali balowej dobiegały pierwsze takty polki, przerywane śpiewnym głosem nauczyciela tańca.
-Na trzy panienki kółeczooo. Nóżeczki ala bas, no chapau. Tres bien madmoiselle, tres chiiiic. Et un, duuuu, tre, parimpapim, parampapap. W kółeczko, panienki w kółeczko a kawalerowie koszyk. Tak, w koszyczek, rąsie naprzemiennie sobie podawać. Pan z tym panem, a ten kawaler z tym. Rączki w górę i gibamy się. Lekko, lekko, korpusik luźniej. I un, du, tre. I jeszcze raz un, du, tre.
            Młodsze dzieci jednak więcej uwagi poświęcały lodom ananasowym niż tańcom. Za to młodzież ciasno obstąpiła wyfrakowanego nauczyciela tańca, kiwając się w takt jego poleceń. Szumiały nakrochmalone krynoliny, błyskały kolorowe jedwabie, w górę wyrzucano drobne nózie obute w prunelkowe pantofelki i wielkie giry obute w podkute buciska. Drobne rączki wiły się w omdlewającym tańcu wróżek, olbrzymie, porośnięte włochem rączyska co rusz wsadzały panienkom wielgachne palce do oczu. Rozdzierająco, niczym marcujące koty łkały skrzypce, fortepian piszczał cienkim głosikiem a stara, drewniana podłoga gięła się od przytupów i podskoków tak bardzo, że sąsiedzi z dołu wyławiali z kolacyjnej zupy wielkie kawałki świeżo odpryśniętego tynku. Metr wąsy tylko co rusz podkręcał i rzucał tańcującym od niechcenia francuskie słówka, uważając jednak by nie zdradzić się z tym, że francuszczyzny ni w ząb nie rozumie. Matki stłoczyły się w drzwiach salonu  żeby podziwiać „a pas i a bas” synów i córek. Ojcowie przezornie schowali się w malutkiej bibliotece by w milczeniu, solidarnie przecierpieć to ohydztwo, tę plątaninę spoconych stóp, mokrych pach i wyziewów młodzieńczej, hormonalnej burzy. Muzyka przeszła w kadryla a następnie w skoczną galopkę. Pani Stiepanowa cichaczem ściągnęła młodego von Pietruszken z karnisza, choć szczeniak wyrywał się i gryzł. Spocona dotargała go do córek. Za nic pozwoliłaby sobie, by zrezygnować ze sposobności przedstawienia młodego bogacza swoim panienkom.
Panna Gienia stała ponuro pod ścianą i nie zwracała uwagi na tańczących. Panna Cesia śmiała się głośno, mówiła głupoty i szastała po całej sali jak nienormalna.
-Pan baron pozwoli.- sapnęła Stiepanowa.
-Nie pozwolę!- wrzasnął młody pan baron ale nie na wiele się to zdało. Stiepanowa trzymała go mocno, ściskając wątłe, chude ramię dwoma palcami.
-Moja córka Gienia. Moja córka Cesia. Nam wszystkim robi to taką przyjemność zawrzeć miłą znajomość z panem baronem.- mówiła prędko przerywanym tonem, bo szczeniak wił się jednak jak piskorz, chcąc bez zwłoki wrócić do poprzedniego zajęcia tj. plucia z wysoka.- Pan baron niech sobie popatrzy. Czy panu baronowi podoba się Gienia? Albo Cesia? Czy pan baron jest już z kimś po słowie? Może chce się pan baron ożenić?
Ale pan baron zamiast odpowiedzieć dwornie, kopnął Stiepanową w kostkę bardzo boleśnie, ugryzł w dłoń, szarpnął, wyrwał z uścisku i zniknął w tłumie.
-Oto chwast arystokracji! Prędko rośnie, pleni się jeszcze szybciej a pożytku z tego za grosz.- powiedział ktoś nagle bardzo głośno, tuż za plecami Stiepanowej. Pani Stiepanowa odwróciła się i stanęła oko w oko z poważna matroną odzianą we wspaniale połyskująca suknię w orzechowym kolorze. Tuż obok niej grzecznie stał młodzieniec we wdzianku huzarów.           
     Huzarzy była to elitarna szkoła wojskowa dla młodzieńców z patentami szlacheckimi, w wieku od jedenastu do dziewiętnastu lat. Nosili oni pyszne kurty, białe z sobolowymi kołnierzami, fircykowato na jedno ramię zarzucone, nadto spodnie obcisłe, do figury szyte. Piękną mieli przed sobą przyszłość absolwenci huzarówki. O ile nie wybrali sobie kariery wojskowej, śmiało mogli przebierać w ofertach między zostaniem politykiem, dyplomatą, szpiegiem lub wysokim urzędnikiem dworu cesarskiego i wszędzie witano ich z otwartymi ramionami.
 Nieznajoma skłoniła się uprzejmie.
-Pani wybaczy moją słabość ale już dawno miałam życzenie zaznajomić się z panią i jej uroczymi córeczkami. Moje nazwisko Popowicka, po generale Popowicu. Pani musiałaś o nim kiedyś słyszeć. Dostał order od cesarzowej za uratowanie wstążki co to ją jakaś szkapa z włosów jaśnie pani ukradła i żuć zaczęła. Mój mąż, z narażeniem życia, rzucił się wstążce na ratunek i nie zważając na to, że koń mu łatwo palce mógł odgryźć, z trzewi potwora wstążkę wyciągnął a cesarzowej podał. Słyszałaś pani? W gazetach nawet opisane było.- spojrzała bystro a tak dostojnie na Stiepanową, że tej zrobiło się słabo. Nie, nie słyszała o takim wypadku ale nie dała tego po sobie poznać.
-Ależ naturalnie, naturalnie!- wykrzyknęła, pełna dobrych chęci.- A jakże! Niebieska wstążka jaśnie pani cesarzowej!
-Seledynowa.- poprawiła ją generałowa.
-No, oczywiście! Co ja mówię? Od razu chciałam powiedzieć seledynowo-niebieska. O, mój mąż jest dobrym znajomym pana generała. Nie dalej przecie jak pięć dni temu razem sobie partyjkę wista ucięli w gabinecie ministra obrony. Jak zdrowie pana generała?- zapytała uprzejmie. Popowicka nawet nie drgnęła.
-Umarł przed trzema laty.
-Aaaa...- chwila niezręcznego milczenia.- I co? Dalej nie żyje?
Wdowa po generale puściła tę uwagę mimo uszu. Lekko szarpnęła za rękaw kurty syna, ciągnąc go w przód. Młodzieniec czerwienił się aż po sam czubek łysiny, znać było po nim, że nieśmiały jest bardzo. Popowicka tymczasem ciągnęła dalej.
- Pani pozwoli, że ośmielę się przedstawić mojego syńcia. Jest on wprawdzie jeszcze bardzo młody ale zaczyna już powoli obmyślać sobie jaką to karierę obrać w przyszłości. Ja mu wprawdzie radzę, żeby poszedł do handlu bo z jego młodością, estymą, wigorem byłby wspaniałym kupcem ale chłopaczysko to żywy obraz ojca. Tylko żołnierze i żołnierze. Generałem będę jak papcio- pani to sobie wyobraża, że dzień w dzień mi to powtarza? Dumna z niego jestem ale i obawiam się się bardzo tego wojowania. A nuż też zechce się popisać i wstążki z końskich brzuchów wyciągać? Ach ten szał młodości! Nie upilnujesz.
-Urodzony bohater!- krzyknęła rozentuzjazmowana pani Stiepanowa. Przyglądała się z wielkim zaciekawieniem młodzieńcowi. Wnet zapomniała o młodym von Pietruszken. Ten tutaj- to dopiero wymarzony kandydat na zięcia. Syn generała! Samego generała, matkobosko, co za zaszczyt!
       Młodzieniec miał już lat dobre 50, włosów na głowie ledwo, ledwo co mu zostało, zaś szyja zwisała luźno niczym podgardle u indyka. Huzarem był w taki sam sposób w jaki panienki na pensji pani Bychtowej siedziały. Brzuszek miał już znaczny, wąs bardzo siwy a ręce pokryte plamami wątrobianymi. Spoglądał nieśmiało to na matkę, to na panią Stiepanową, to na Gienię, to na Cesię a wzrok mu omdlewał gdy tylko kawałek panieńskiego ciałka dostrzegł. Pani Stiepanowa w mig zrozumiała co się święci.
-Kawaler pozwoli: córka moja Gienia, moja córka. Ostatnia klasa pensji. Talenta ma liczne, śpiewa, tańczy a jak maluje na porcelanie! Sam cesarz by się zachwycił. Same piątki i szóstki zawsze na cenzurce.
-A jak przedmiota gospodarcze?- zapytała Popowicowa cedząc wolno słowa przez zaciśnięte wargi. –Gotuje coś? Służby dopilnuje? Obyczajna? Wzorowa?
-Prima sort, kochana pani generałowo!- Stiepanowa z nadmiaru wzruszeń i gorąca pozwoliła sobie na takie poufałości. Z sali balowej nadal dobiegła ryk taneczników pomieszany z krzykiem nauczyciela i fałszowaniem orkiestry.
-Gotuje, powidła smaży, ściereczkę potrafi akuratnie wyhaftować. A to moja druga córka Cesia.- chwyciła mocno Cesię za zgarbione ramiona, wyprostowała przemocą i prawie że dorodny biust młodszej w brzuszysko Popowickiego wpychała.- Też ostatnia klasa pensji, młodsza ale bardzo zdolna. Pani Bychtowa nachwalić się nie może.
-Gotuje?
-A jakże! No, Cesia.- szturchnęła córkę ale ta milczała onieśmielona nagle towarzystwem pięknego młodzieńca i jego dystyngowanej matki.- Gotuje, piecze, smaży, nawet pisać i czytać potrafi. Moje dwa pieścidełka, byle komu ich nie oddam.- dodała na koniec, wrośnięta w swoją macierzyńską dumę. Popowicka uważnie przyglądała się obydwu panienkom, ich przywiędłym cerom i opadniętym biustom.
-Dopóki dzieciom nie pozwalamy dorosnąć, dopóty same jesteśmy wciąż takie młode.- powiedziała po chwili milczenia. Stiepanowa przytaknęła.
-To prawda. Dzieci nigdy nie powinny dorastać bez pozwolenia rodziców.
-Matka to przecież zawsze tylko matka. Rady by dzieciaczki przy sobie jak najdłużej zachować.
-Z ust mi to pani wyjęłaś.
-Zachować jak najdłużej. W domu hołubić i pieścić. Przy kominku bajki opowiadać i na spacery w wózku prowadzać. Przed światem zamknąć i nikomu nie oddawać. Jednak, jak bardzo by się nie starać, przychodzi któregoś dnia na dzieci miłość niespodziewana i szalona, której nic się nie oprze. I na nic wtedy łzy matki, jej proszenia i błagania. Bo to te dzieciury samolubne usłuchałyby kiedy próśb rodzicielki? Żeby nie opuszczały. Żeby się nie zakochiwały. Bo matki kochają je na całe życie, a dzieci matki, lat tylko kilka. A potem im radość a nam cisza, smutek i samotność. Im młodość a nam starość nagła. Im żłobek a nam grobek. Rada by matka trzymać je przy sobie tak mocno dopóki sił starczy. Tylko potem,  w pewnym momencie, jest już tak późno, że ani my, ani te dzieci nasze życia nie mogą sobie ułożyć. I przychodzi taki czas, kiedy to trzeba powiedzieć „stop” i rzucić to dziecko ukochane w paszczę świata- chociażby z bólem serca.- żaliła się Popowicowa, nie wiadomo czy to przed Stiepanową czy to może przed sobą samą usprawiedliwiała.
-Prawda, święta prawda.
Generałowa dumnie głową skinęła.
-Ale ja synowi mojemu na drodze do szczęścia stać nie zamierzam. Gdyby znalazł pannę młodziuchną, z dobrego domu i dobrego wychowania, bogobojną, gospodarną, oszczędną- to powiem mu tylko tak: synu młody jesteś i niedoświadczony ale serce moje mówi mi, że tak być musi. Dlatego synu- tak bym mu powiedziała, gdyby znalazł pannę odpowiednią i z odpowiedniego domu, choćby i nawet urzędnikowską córkę- dodała nagle znaczącym tonem i wymownie na panią Stiepanową patrząc.-  to bym mu powiedziała „żeń się”. Albowiem małżeństwa zawiązywane są w niebie.
-Amen! Amen!- wykrzyknęła Stiepanowa z oczyma pełnymi łez, jakby w religijnej ekstazie. Obydwie wpadły nagle w jakiś rodzaj pobożnego wzruszenia. Generałowa ciągnęła z zapałem i dramatycznym patosem.
- I chociaż tak krótko był u matki. Ba! Dzieckiem prawie wciąż jest, to jednak ja mu błogosławić będę. Sama go do ołtarza powiodę (z panienką uprzejmą i uprzejmego wychowania) i choćby serce moje matczyne miało pęknąć z żalu to wiem, że tak być musi. Że takie są prawa boskie a przed Bogiem nawet matka nie ma pierwszeństwa. Tylko w wyborze tym wolałabym mu pomóc, (mimo, że ja się w wybory mojego syna w ogóle nie wtrącam), gdy tylko miłość na niego przyjdzie. Młode to jednak, życia nie zna, po co mi jakąś małpę ma do domu sprowadzać bez żadnej dystynkcji i urodzenia? – wysyczała nagle mściwym tonem. Oczy zmrużyła z nagłej nienawiści przed rozpustnymi kobietami, które z pewnością czaiły się na każdym rogu by tylko za łeb, na siłę powieźć chłoptysia jej do ołtarza.- To ja już wolę, żeby się mamusi posłuchał, bo ja krzywdy dla niego nie chcę. Żona, nie żona, w ostateczności to najważniejsze, żeby mamusię kochał.- perorowała jak natchniona.
-A ja...- rzekła nagle Stiepanowa- Chociaż córki moje ledwo, ledwo co podrosły, nie sprzeciwiłabym się gdyby mi powiedziały, że serduszka mają zajęte, jedna albo druga. Oj, płakałabym pewnie, tylko co mogę ja, matka, gdy miłość nadejdzie szalona i małżeństwem uświęcona? Powiedziałabym tylko: córuś idź za niego, bo się jego matce dobrze z oczy patrzy.- rzekła wpatrując się w oczy pani Popowicowej niczym małpa  w dojrzałego banana.
-I prawdę pani powiesz. Dzieciom, choć młodym, przeszkadzać nie wolno. Ich niewinne dusze zrozumieją się i pokochają.
-Ale oni tacy młodzi jeszcze... i my takie młode...- wzdychała Stiepanowa.
-Młodość ma swoje prawa, których nawet my łamać nie możemy.- Tu obydwie damy jakby na komendę padły sobie w ramiona, łkając i rozpaczając, a potem poprawiły zwichrzone fryzury, wymieniły biletami wizytowymi i solennie obiecały nawzajem się odwiedzać. A trzy dni później pani Stiepanowa weszła w posiadanie owej błękitnej koperty, co ją w takie uradowanie wprawiła. Bowiem i jej, i pani generałowej jedno było od samego początku jasne: dzieci trzeba jakoś w końcu ożenić  i basta! Mamusia przecież zawsze wie najlepiej co dla dziecka najlepsze.


cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s.Uprasza się o nie kopiowanie, nie rozpowszechnianie, nie powielanie, nie handlowanie pokątnie pietruszką i wsiowymi jajami. Na koniec przypominam o korzyściach płynących ze świeżo wyciskanego soku z marchwi. Wielka ilość beta karotenu i naturalnie pomarańczowa twarz to nie jedyne z jego licznych zalet.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)