czwartek, 5 listopada 2015

Miszka cz.4

      Koty to dupki. Też tak macie? Przygarniacie do domu małą, puchatą kuleczkę, troszczycie się o nią, podsuwacie najlepszą karmę. Z czasem stajecie się etatowym lokajem kota, żadna kolacja nie może się odbyć bez jego żebrania i podkradania szynki. Rozpieszczanie kota przybiera niespotykane wcześniej rozmiary: tutaj trochę wędzonej rybki, tam kawałek kotleta, bo przecież miauczy tak żałośnie. Tutaj chrupek, tam kropelka mleka skondensowanego- i ani się człowiek obejrzy, zamiast smukłego, długonogiego tygryska- ma w domu tłustego, włochatego ziemniaka z uszami. A taki był pienkny, amerykancki...

Ebook z opowiadaniem znajdziecie także tutaj: Miszka


Miszka
część czwarta

-Od figury ksobie!- wrzeszczał Felek.
-A nie prawda!- skakał mu do ślepiów rok młodszy Wicek.- Dziadziuś mówili, żeby od figury się na prawo obrytnąć! Dobrze pamiętam.
-Zawrzeć gemby!- huknął Ryśko. Podeliberował chwilkę, chłopakom po wszarzy dał coby cicho byli i na ojcowe słowa pomniał. W lewo się obrykli, hań do wierzby poszli co uskła, od siebie obrócili, do mostku poszli i prosto ksobie powędrowali. W jakie dwa pacierze w oddali obaczyli wieżę kościoła gminnego a pięć zdrowasiek później do miasta wartko wchodzili. Jużci, dzień był targowy. Ludu- mrowie, chłopy srogie na obliczach, zawzięte, wilkiem patrzące. Baby grube i rozepchane kieby gomółki serowe, w serdaki kolorowe pozakutane. Dzieciska jak zawsze brudne i gęby drące. Parobki wąsate a wódka rozochocone i panny co to każda z gębusi do głowy cukrowej abo do plastra miodu podobna. A gwarno, a tłumno, a tłoczno! A kramów chyba z tysiąc abo i ze sto! Nie zliczysz. Oczyska ciągną w lewo, w prawo, rade by wszystkiemu się przyjrzeć, wszyściuchno obaczyć i w domownikom w chałupie dokładnie opowiadać aże by im się gemby ze zdziwienia pootwierały. Tu sprzedają czapki chłopskie ale jakie! Sam dziedzic... co tam dziedzic, juha jedna. Sam król jaki lepszych by nie nosił! Sukienne, płóciane, derlichowe, ze sprzączkami, z daszkiem i z dzwoneczkami. Obok zaraz chusty i dla gospodyni i dla najmitki, kolorowe kieby tęczą grają porozkładane na straganie. Modre jako niebo albo czerwone kiej maki po polach, a sprzedająca jeno gębę w uśmiechu sznuruje i drze się nie gorzej niźli marcujący kocur:
-Do mnie po chusty! Po fulary! Najlepsze! Do mnie!
Tuż obok smród straszliwy ale to nie smród sprzedają, bo ten to każdy ma własny i to darmo całkiem, jeno ryby. Błyszczące makrele, lśniące krwią na skrzelach leszcze, maluchne płotki ponawijane w tuzin na sznurku, wędzone węgorze, karpie, sumy i okonie. A gruba kramarzowa pod boki się wzięła i w głos zaklina się przed zatykającą nosy klientelą.
-To ja tak śmierdzę, bo ryby świeżusieńkie!
Ale kto by jej tam uwierzył?
I czego tam jeszcze nie było! I chleb na słomie rozpostarty, kukiełki cudaczne w ludziki jakie ulepione, meble drewniane w kwiatki i ptaszki malowane, portki na dupy chłopskie i pańskie, buty szmalcem starannie do glancu wytarte, świnie, jęczmień, siekiery, paciorki, książki nawet uczone i milion innych rzeczy. A w samym rogu jarmarku, tuż obok miejskich jatek, sprzedawali psy. Tam też tłoczyli się poważni gospodarze, wyrostki niedorosłe, parobki i dziewuchy chociaż przed pieskowymi zębiskami ogromy strach mieli. Wszędy kręcą się sprzedawcy, zawodowi howańce co to w głos wrzeszczą:
-Najlepsze dobermany. Dogi niemieckie! Tylko u mnie wilczury!
A grupa Żydków, co to na handel wzięła na spółkę jednego psa, kundla podwórkowego- jak wróble obsiedli poważnego gospodarza z biczyskiem w spracowanej garści. Żydki psu ogon podnoszą, prawię, że wąchać każą psią dupę i cmokają, zachwalają, targują się.
-Aj waj! Pacz pan co za pies. Złoto nie pies, żeby mnie broda odpadła jak kłamię.
-Paszoł won.- odpędza się gospodarz od natrętów.-Sami se śmierdziela w dupę całujta.
-Panie gospodarz, pan nam da 5 złotych i pan go możesz całować gdzie tylko chcesz. Pacz pan jak się pies na mordzie cieszy.
A gdzie indziej jeszcze patykami szczują pozamykane w klatkach bestie, nawołują i na wyścigi z psami szczekają coby je jeszcze srożej rozsierdzić. Oho, to nie dla mientkich jest to widowisko. Psy białemi kły błyskają a skowyczą, a hałkają, jeno cud prawdziwy, że nikomu jeszcze uszy nie poodpadywały.
Stanął Ryśko, stanął Wicek, stanął i Felek. A oczyska to im prawie wypadały od tych dziwów wszelakich. Bo jakże to, widział kto kiedy takie bestie, prawie, że do smoków podobne?
W końcu pierwszy Felek szturchnął papcia pod bok.
-Tatko kupcie tego wielkiego, z bura łatą na grzbiecie, co to z pyska do organisty jest podobny. Tako wąsaty i pomarszczony.
-A jużci! Organista jak żywy. A tamten- Wicek wskazał innego, w klatce zamkniętego- to wypisz, wymaluj ksiądz proboszcz. Tez gruby i wyliniały.
Nie zdzierżył Ryśko i Wicka w ucho palnął, bo jakże to ze świętej osoby se śmichy chichy robić.
-Ty uważaj gówniarzu co ty mówisz.
Ale sam, im dłużej się psu przyglądał tym więcej podobieństwa do dobrodzieja znajdował. Tak samo zdawał się być nienażarty, a przez kraty do suk się wyrywał. Tako jako i dobrodziej, niby to człek poważny, a wystarczy jeno, że jaka krasawica na plebanie przyjdzie a sukienkę nieco wyżej podkasa to już dobrodziej na gębie czerwnieje i apopleksja go tyka. W tyn mig zauważył sprzedawca frajera...eee znaczy się klienta. Skoczył, Ryśka pod ramię wziął i do klatki z psem powiódł.
-Widzieliście gospodarzu takiego hamana?- tak zaczął psa zachwalać- Jakie to ma uszy...
-Oklapnięte.- wtrącił się szybko Felek.
-Zewrzyj gembe gówniarzu.- sprzedawca kontynuował nie wzruszony.- A jakie ma zęby...
-Wszystkie trzy?- dopytywał się Wicek. Howaniec zmierzył go tylko złym wzrokiem.
-A jaki brzuch...
-Iiii, wzdęło go jakby cielaka po gotowanych ziemniaka. I pierdzi też tak samo.
Pies jakby na potwierdzenie tych słów zaczął ujadać tą drugą stroną ale to tak intensywnie, że z budki strażnika przybiegł wąsaty Niemiec i sprzedawcę razem z psem za habety wzion i wyrzucił z targu- jako, że broni, w tym biologicznej, zabronione było sprzedawać.
-Wy mi już lepij nie pomagajcie.- ofuknął ostro Ryśko synów.-Sam psa kupię.
Zarutko dopadli go inni sprzedawcy i zaczęli za rękawy ciągać a każdyn w głos swego kundla zachwalał.
-Kupcie Szarika gospodarzu- wysoki howaniec w podartej kurcie za kark trzymał chudego bernardyna.- Chudobę wam ochroni, dużo nie zeżre, ze ślepiów uczciwie mu się patrzy.
-Ja mu się może uczciwie patrzeć jak kundel prawie, że ślepy?- wtrącił się inny sprzedawca.- Kupcie Rintintina.- i podniósł wysoko skomlącego labradora- To, to jest pies jak marzenie, ogon włochaty, pysk spiczasty, nogi same muskle.
-A no prawda!- darł się staruszek. W jednej ręce trzymał maluchnego ratlerka, od pięści niewiększego a w drugiej laskę i laską tą okrutnie wywijał.- Nogi same muskle bo go jużeś, cyganie ty, ze trzy razy sprzedał i za każdym razem pies do ciebie wraca.
-Musi, że tęskni. A co jam winowaty, że pies mnie kocha?- mruknął zawstydzony sprzedawca. A krewki staruszek piskał dalej:
-Co wy sie tam na psoch znacie, same wypierdki jeno chowacie. Jak se człowiek chce takie straszydło do budy wpuścić to równie dobrze może i teściową tam zagonić. Pies to ma być na pokazywanie. Na pokoje. Na to, żeby se na poduszce sypiał, mlika popijał i piknym był. O!- tu w górę podniósł ratlerka kieby ksiądz monastryję przenajświętszą na ofiarowanie.- Lassie to jest pies jakiego szukacie, gospodarzu. Śliczności a nie kondel zwykły. Paczcie jako to mu się ślipia świeca jako gwiazdy na niebie.- i zaczął psa łobracać w prawo, w lewo aż się tymu szczurowi we łbie od tyj karuzeli zakręciło i  haftować począł. I wnetki poczęli sprzedawcy i howańce na wyścigi swoje kondle zachwalać, a przechwalać się, a puszyć, a gęby drzeć. Prawie, że do bitki nie doszło. Zafrasował się Ryśko- nieboraczysko. Tyli psów do wyboru, do koloru, którego to aby wziąć? Tego wielkiego co to mu się ze ślipiów źle patrzy? A może tego wesołego, co to na dwóch łapkach skacze i sztuczki ucieszne pokazuje? A może i jednak tego do chomika podobnego, z wybałuszonymi oczyskami i ogonkiem cienkim kiej sznureczek? A może jednak kupić jajnika, jako sam dziedzic kupował i na myszy se z nim na polowanie chadzać? Kto poratuje dobra radą? Kto mu mądrości doda? I z wielkiego tego frasunku zaczął się też w cichości Ryśko modlić do św. Antoniego patrona dobrego pomyślunku.
„Święty Antoni Padewski, obywatelu niebieski adyć poratujcie mie w potrzebie. Ześlijcie mnie taką bestie co to i złodzieja odstraszy, i poszanowania u ludziów mi przysporzy. I niech bydzie jakietobądz  ale w pysku niech ma kłów wiele i niech takie dźwięki straszne wydaje, żeby złodzieje na pół wiorsty słyszeli i bali się mnie do zagrody podejść, amen”
Usłyszał modlitwę biedaka sam święty Antoni w niebie. Wychylił się zza chmurki na której leżał, oczy łod słońca dłonią przysłonił i spoglądał na ziemię kto to tam tak gorąco się modli.
„Aha, przecież to Chudy Ryśko, poczciwina.- pomyślał św. Antoni.- Niech że się też biedakowi tak stanie o co prosi. Przecie, że nieborak świniaka stracił to jakaś nagroda mu się należy.” I skinął św. Antoni dłonią jako śnieg bielutką i istotnie stało się to, o co Ryśko tak gorąco się modlił. A dokładniej to przyszedł kowal Jędrocha, nieźle już napruty. Czapka na bakier mu się przechyliła, kaftan aże do pół piersi rozchłestany, czerwony na mordzie jakby farbę puścił a do tego gorzałką cuchnął okrutnie. Poznał kowal Ryśka. Stanął, mocno się nogami w ziemie zapierając coby go wiatr nie zdmuchnął, bo chociaż wiatru nie było to powiewało nim setnie. Gały w niego wlepił i ryknął:
-Szego?
Ryśko czapkę zdjął, do piersi przycisnął.
-Po kondla żem przyszedł.- westchnął gospodarz.- Ale z tej mnogości pomiarkować się nie mogę jakiego to kupić. Jędrocha zarzucił mu ramie na szyję i z tyj przyjaźni w gębę mu okowitą chuchał.
-Bo wy się Ryśko do tego zupełnie źle zabieracie.- radził mu życzliwie.-Psa wy kiedy widzieliście?
-Ano widział.- przytaknął Ryśko.
-A drzewo wy kiedy widzieliście?
-Anom też widział. Bo to raz!
-A widzieliście wy co to pies pod drzewem robi?
-No, sika.
-A czym sika?- dopytywał się dalej Jędrocha, chociaż słowa plątały mu się ogromnie.
-No czym, czym. Mokrym sika.
-A widzicie!- zatriumfował Jędrocha.- I od tego właśnie cza zacząć kupno psa. Mokrym czemś podlać.- Z tymi słowami powiódł Ryśka do karczmy i nie wychodzili z niej ady się już zmierzchało. Oj, nie żałował mokrego Ryśko, nie żałował, coby tylko dobrze mu się tego psa kupowało. Raz on kolejkę mocnej starki stawiał, a raz Jędrocha. Raz on araku żądał a raz Jędrocha. Raz on piwo dysponował a raz Jędrocha. A pod wieczór to mu może cosik ze trzy miedziaki w kieszeni zostały. Oprzytomniał Ryśko na ten żałościwy widok, przed karczmę wyleciał i rozgląda się.
         Przyskoczyli do niego synowie, co to na ojca pod karczmą czekali. Zobaczył szkraby swe, ojciec poczciwy i serce wezbrało mu litością.
-O wy nieboraczki! O wy chudziątka najmilejsze.- i dalej czupryny dzieciurów tarmosić, łzami oblewać i do serca przyciskać.- Adyć rację miała Hańcia. Na dziady zejdziemy, na żebraki. Bez psa to chudobę nam porozkradają, wszystek inwentarz zabiorą złodziejaszki przeklęte i z czego bydziewa żyć? O nie!- zawziął się w sobie nagle chłop bo ogólnie to zawzięty był bardzo. Jednym susem znalazł się śród howańcow i hardo do handlu przystąpił.
-A ile ten wilczur?- zapytał głośno.
-Dwa ruble, gospodarzu.- aże wytrzeźwiał Ryśko w jednej chwili jak cenę tą przeokrutną usłyszał. Markotno spoglądał na koprowinę, co to mu w garści po hulance została.
-Ile chcecie za ta lablador?- zapytał drugiego.
-Trzy ruble.- odparł howaniec.
-A za ta bernardyn?
Za bernardyna to już wołano pięć rubli i trzydzieści kopiejków. Za ratlerka ośm, a za jajnika to już w ogóle krzyczano dziesięć rubli, kopiejków dwadzieście- tyli co za krowę na ocieleniu. Miotał się biedny Ryśko i szastał, od jednego sprzedawcy do drugiego biegał. Za koszule na piersi ich chwytał, w oczy przymilnie spoglądał, błagał i zaklinał. Ale nikt nie chciał mu żadnego psa sprzedać za te trzy marne miedziaki co to mu w garści zostały. Nawet Żydy, oburzone tą cena, kondla swego zabrały i z gospodarzem gadać nie chcieli mimo, że kondel parchy miał wielkie jak stodoła i pchły kiej konie po nim skakały. Zapłakał Ryśko umęczony.
-O Hańciu połowico ty moja!- łkał aże serce rozdzierało.- A jak do domu wrócem to ci tak wszystkie gnaty porachuję, bo widzę, żeś rację miała!
Żałość go wzięła sroga, bo przecież na tyn świnty obraz przysięgał, że na hulankę nie pójdzie a z psem do doma wróci. I dalejże płakać, ryczeć a włosy w głowy wyrywać, choć po prawdzie wyrywać to tam już nie było za bardzo czego na ryśkowej głowie. Płakałby tak pewnie jeszcze aż do dzisiaj, gdyby się do niego jakiś chłop nie przysunął i w ramię go nie trącił. Dziwny był to chłop. Oczka miał kaprawe, chytrze rozbiegane a po ziemi cosik tak niedobrze poglądał. Złe miał przeczucia Ryśko kiedy nieznajomy Boga pochwalił i w te pędy rozmowę zagaił.
-Psa kupić kcecie, gospodarzu?
-Ano kcem. Co z tego, jak te sprzedawcy Żydom gorsze i ceny aże do nieba windują?
-To ja wam psa sprzedam.
I z tymi słowami wyciągnął zza pazuchy psa, szczeniaka jeszcze. Pies włochaty był bardzo, wielki nad wyrost, zębów w paszczy miał mnogość okrutną, z oczów patrzyło mu sie źle, oj bardzo źle. Pazury miał długaśne a wił się i piskał kieby węgorz w siatce. Ryśkowi coś się jednak w tym kondlu nie podobało.
-Kieby cielak taki wielki a nie pies.- szepnął ostrożnie, bych jeno sprzedającego tom swoją nieufnością zbytnio nie urazić i do handlu nie zniechęcić.
-Co ma nie być pies.- zdenerwował się nagle chłop.- Pies przecie, paczcie gospodarzu. Uszy ma, ogon, ma, cztery łapy ma, no pies jak nie pies.
-Cosik nie szczeka.- baknął niepewnie Ryśko.
-Nie szczeka bo śpik go zmorzył. Wyśpi się to zarutko jutro z rana szczekać zacznie.
-Cosik mu pysk taki za bardzo spiczasty.
-Bo to zagramaniczna rasa, cudo nad cudami. Nawet dziedzic takiego nie ma i mieć nie będzie.
Nadstawił uszu Ryśko.
-Nawet dziedzic nie ma takiego? To od jajnika lepszy?
Nieznajomy w piersi się buchnął aż zagrzmiało.
-Lepszy. Ba! Od wszystkich psów lepszy! Bierzcie.
Szast prast, psa Ryśkowi do garści wcisnął i miedziaki chwycił i prędziuśko w tłumie zniknął, zanim jeszcze chłop cokolwiek zdążył powiedzieć.
-Panie! Adyć panie!- wołał jeszcze za nim gospodarz.- Jeno jak się wabi?
Ale sprzedający uciekał aż się za nim kurzyło.
Tymczasem szczeniak aż do krwi wpił zębiska w jego ręce. Jednak co było robić? Obiecał żonce, że z psem wróci, to choćby i intuicja mu podpowiadała że z tym psem coś nie ten tego, to do domu musiał wrócić. Jużci, że zawsze lepiej z kondlem jak bez niego.
-A wy synkowie, gemby na kłódkę trzymać i matce nie gadać ile pies kosztował.
-Ja nic nie powiem.- powiedział Wicek.
-Ja też nie.- obiecał Felek.
-Ani ja.- dodał Michałko.
I całą piątką do domu wrócili, bo ściemniało się już galatno.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Tak w kwestii formalnej: wszelkie powielanie i kopiowanie, nieuzgodnione z Helgą, tudzież jej rzeczywistą postacią, będzie ścigane z artykułu 13, paragraf 21, Kodeksu o ochronie zdrowia umysłowego ludu miast i wsi ziemi polskiej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)