Aaaaa.... i jeszcze jedno. Nie przysyłać więcej ofert kupna porcelanowego psa (i tak nikt nie przysłał). NIEAKTUALNE! Dorwałam na pchlim targu takiego kundla, że klękajcie narody. Za 40 euro, a piękny taki jakby co najmniej 50 kosztował.
Całość można poczytać i ściągnąć również tutaj: Miszka
Miszka
część 5- ostatnia
-Jak to czyij babo, się tak głupio pytasz.- zdenerwował
się Ryśko nie na żarty.- Ksiądzowe? Dziedzicowe?
-Adyć się pytam bo nie wim.
-Sama żeś go w wielkich bólach rodziła a tera nie poznajesz?-
gospodarz obracał małym, umorusanym Michałkiem na prawo, na lewo, czuprynę mu
odgarniał i chleba z miodem do garści wpychał.
-Tego basałyka rodziłam.- Hanka wskazała na Wicka.-Tego
też.- to o Felku.- Pamiętam bo na Matkę Boską Zielną to było. Ale tego toś ty z
jarmarku przyprowadził, a ja nie pomnę, żebyś go z chałupy wyprowadzał.
Patrzy Ryśko na chłoptysia i istotnie, z gęby wcale nie
podobny. Czarniawy był bowiem wielce, jakby się w sadzy wytarzał albo i w
błocie, a włosy miał jako baran kędzierzawe.
-Czyjś ty?- pyta. Michałko jednak gębę rozdziawił i w ryk
wielki uderzył.
-Jam przecie, że tatusiowy!- i dalej beczy.
-Tatusiowy? To jak twojemu tacie wołają?
-Ja nie wiem. Jam go zawsze tatusiem zwał. My z daleka na
jarmark przyjechali. Ojciec ino skoczył nową klepałkę do kosy kupować a mnie przykazuje:
„tatusia się trzymaj”. No tom siem trzymał razem z Wickiem i Felkiem, bo
przecie nie powiedział którego tatusia dokładnie.
Westchnął Ryśko, westchnęła Hańcia.
-To niech już zostanie, skoro taka wola boża.- ozwała się
gospodyni i smarkowi łzy serdeczne z gęby obtarła.- ośmioro w domu jest to i
dla dziewiątego się chleba znajdzie.
Zwlókł się z przypiecka ojciec i do gospodarzy
zbliżył.
-A psa, gospodarzu kupiliście?- zapytał.
-Kupilim.- pokraśniał z zadowolenia Ryśko i Wicka
zawołał, który to szczeniaka za sznurku ciągnął. Szczeniak wyrywał się wiele,
pazurami zapierał aże dziury w klepisku robił, rykał, do nóg się rzucał i aż do
krwi kąsał.
Spogląda Hańcia, spogląda ojciec, oba zafrasowani wielce.
-To pies jest?
-A pies.
-Jajnik?
-Tysiąc razy lepsze niż jajnik.- wziął się pod boki Ryśko
i wyprostował dumnie.-Tysiąc razy lepsze niż wszystkie psy.
-Pysk ma cosik śpiczasty.
-Bo to zagramaniczny. Nawet dziedzice takiego mieć nigdy
nie bydom.
-A czemu nie hauka?
-Bo zmęczony.- odparł hardo gospodarz. Milczała Hańcia,
milczał ojciec. W końcu stary splunął na podłogę.
-Iiii... taki tam pies, ciechoroba. Na moje oko to jeno
kłopoty z nim bydom.
-Łojciec!- wrzasnął Ryśko do żywego oburzony.- To ja na
targu był, strażnikom się w pas kłaniał i nisztcumfercolen gadał. Jak wam
mówię, że nojlepszy pies to na świecie, to mówię. Swoje stare cholewki zjem,
jak się nam jeszcze kiedy złodziejaszki do chałupy, lebo obory zakradną. A ty
Hańcia zamknij kondla w kojcu a rano da mu się jeść.
Było nie było, poszli wszyscy spać, dniem tym długaśnym
umęczeni. A rano zbudziło ich psowe porykiwanie. Zebrali się wszyscy wokół
kojca kondlowego.
-Dej Hańcia jemu jeść.- pedział do żony Rysko ale ta
tylko przeżegnała się pobożnie i ze strachem od klatki odskoczyła.
-Adyć się bojam. Ślepiami tymi tak źle błyska, a ryka i
ryka. Sam mu daj.
Nie dał po sobie poznać Ryśko, że i on się psa czegoś lękał.
Pchnął w stronę szczeniaka najmłodszą córkę.
-Nuże.- zachęcił dzieciaka.- Daj żreć piesowi.
-Tatko, tatko, ja się go bojam bo on ryka.
-Hałka głupia.- strofował córkę ojciec. –Psy haułkają.
-Jeno ten nie haułka, ino ryka.- odparło rezolutne
dziewuszątko.
-A bogać was tam!- wrzasnął gospodarz.- Haułka! Jak
mówię, że haułka to haułka!- i żeby pokazać, że się nie boi, sam wrzucił kawał
padliny do psiego kojca. Pies ryknął aże serca wszystkim struchlały i jednym
susem dopadł mięsa. Zębiska zatapiał, kawały wielkie wyrywał i im bardziej
Ryśko i inni paczyli się na żrąca bestię tym bardziej pęczniały im portki ze
strachu.
-Piknie żre, piknie.- bąknął niepewnie Ryśko.
-Piknie, piknie.- cedził złośliwie stary łojciec.-
Jeno czekać kogo pierwszego z nas zeżre jak podrośnie.
Minęło pół roku w trakcie którego pies
urósł wielki jak dojna krowa, a jak dalej nie haułkał, tak nie haułkał, ino
wciąż rykał głosem kieby trąba jerychońska. Schodzili się gospodarze do ryśkowej chałupy by psa, z daleka, ostrożnie oglądać.
-Dyć to niedźwiedź jest przecie.- prawili na widok
włochatej bestii drapiącej ziemię ostrymi jak kosa pazurami.
Ale Rysko był uparty.
-Pies jeno.- tak każdemu odpowiadał.- Co wy mi tam oczy
mydlić bydziewa? Lepszy ode wszystkich psów to mi go zazdrościcie.
Krążyły słuchy po
wsi o rykajacej bestyji w zagrodzie Ryśkowej i niczem wiadomość po drucie
telegraficznym niosła się ode chałupy do chałupy. Od chałupy do komorniczych
izdebek, zamieszkałych przez bezrolną hołotę. Dalej wieść się niosła z brudnej
izby na plebanię, od świętych obrazów świecącej. Z plebani do młyna, z młyna do
tartaku, z tartaku do dochtora a stamtąd hen, hen aże do dworu samego, przez
pana dziedzica i żonkę jego, dziedzicową, zamieszkałego.
Dziedzic osobiście pofatygował się do Ryśkowej chudoby i
pozieleniały ze strachu przez lornytkę (bo bliżej podejść nie śmiał) oglądał
bestię.
-Niedźwiedź prawdziwy! Na rany Chrystusa, niedźwiedź!
Wypuście go do lasu gospodarzu, bo nas tu wszystkich kiedyś powyżera.
-Panie dziedzicu, z przeproszeniem panowym- Ryśko
dziedzicowi w pas się kłaniał.- Kondel to przecie pospolity. Lepsze od waszego
jajnika, to mnie już każecie go do lasu wypuścić. O, wa! Zwyczajnie,
zazdrośniście.
Nawet ksiądz z ambony Ryśka wyczytał i za grzech wielki
mu miał.
-Niedźwiedzia se do chałupy sporowadzajom!- grzmiał na
sumie w niedziele.- Jako psa do palika przywiązują! A widłami pogonić bestię!
Grzech to! Grzech śmiertelny!
Nawet wójt, pobożny i prawilny wielce, nie mógł mu przemówić
do rozsądku.
-Ryśko, przecież on wcale nie haułka.
-Nie haułka bo zmęczony. Niech jeno odeśpi trochę to
zarutko haułkać zacznie.
-Prędzej ty miauczeć będziesz niż to bydle haułkać.
Nagle wszystka wieś zaczęła utyskiwać o hardości wielkiej
poczciwego Ryśka.
-Zadufany w sobie, juha.- plotkowały baby.
-Nos wyżej nosi niż inni dupe trzymajom.- mówili
gospodarze.
Ale prawda była taka, że to po prostu wstyd było się Ryśkowi
przed wszystkimi przyznać, co tak naprawdę się na jarmarku zdarzyło. Że
caluśkie pieniądze przepił i, że jak
głupi dał sobie niedźwiedzia wcisnąć a wcale nie poznał, że to nie pies. Powagi
swej gospodarzowej przed ludzkimi oczyma stracić nie chciał. Paliły go te trzy
miedziaki, co to mu nieznajomy za szczeniaka zabrał ale jeszcze bardziej paliła
go głupota własna. Z daleka obchodził Miszkę, który do tęgiego, kieby chłopskie
ramię, łancucha był przywiązany. Miszka ryczał, pazurami ziemie darł, na nogi
tylne wstawał i paszczę pełną ostrych kłów prezentował, aż serce się trwożyło.
-Co ma nie być pies?- mówił sam do siebie gospodarz i sam
siebie chciał przekonać, chociaż nieskoro wcale mu to szło.- Ot, głowa, dupa,
ogon, cztery nogi, wielkie mecyje. Co to ja psa bym kupić nie potrafił?
Natomiast przez następne 20 lat, dopóki Miszka żył, żaden
złodziej nie ośmielił się zbliżyć choćby na pół wiorsty do Ryśkowego obejścia. Taka
to była wielga moc modlitwy do świętego Antoniego, amen.
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s.i tym oto optymistycznym akcentem zakończyliśmy serię o sympatycznym Ryśku i jego rodzinie. Ciekawskim, zawczasu odpowiadam: Ryśko i Hańcia żyli jeszcze sto lat, doczekali się dwudziestu wnuków i 30% zniżki od towarzystwa ubezpieczeniowego z racji braku kradzieży w gospodarstwie. A ja, jak zwykle proszę o nie wykorzystywanie "Miszki" do niecnych celów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)