środa, 18 listopada 2015

Dzieciaczki część 1

Przed wami ultrakrótkie opowiadanie pt. "Dzieciaczki". Śmieszne, nieco wulgarne- ale zaręczam wam, że prawdziwe. Ile takich nadopiekuńczych mamusiek znacie w prawdziwym życiu? Moją własną, prywatną mamusię proszę umieścić na szczycie takiej listy.
Co do strony technicznej. "Dzieciaczki" powstały w trakcie zdarzających się mi okresowo "napadów histerycznej pisaniny". To znaczy, że cały gotowy utwór pojawia się automatycznie w głowie, niezależnie ode mnie, i domaga się natychmiastowego przelania na papier tudzież tablet, bez chwili zwłoki. Osobiście bardzo lubię taki rodzaj pisania. Wprawdzie moja rola, w takim wypadku, zostaje, de facto, zubożona do funkcji sekretarki i przepisywacza gotowego już teksu ale za to nie wyczerpuje ani fizycznie, ani emocjonalnie.
Wersja PDF (chomikuj.pl) już wkrótce właśnie tutaj.

 Ebook znajduje się też tu: Dzieciaczki


Dzieciaczki
część 1


-Jezusmaria będzie sie oświadczać!- wrzasnęła pani Stiepanowa. W jednej ręce trzymała błękitną, pachnącą nieco werweną i fiołkami, maluchną kopertę z welinu. Drugą ręką ujęła nieco swej popielatej, mocno pocerowanej sukni domowej. Mimo swoich 67 lat i 120 kilogramów, które dumnie na wagę w łazience wnosiła, podskoczyła kilka razy z wielkiej uciechy, niezdarnie wywijając figury kadryla. Pani Stiepanowa ostatniego kadryla tańczyła jeszcze panienką na pensji będąc ale list dzisiejszy taką ogromną radość jej sprawił. Pociła się; obracała; usteczka wyschnięte, niby dziewica nieśmiała sznurowała; tłustymi nóziami wywijała, a raz po raz patrzyła na obrazek Najświętszej Panny, przed którym paliła się, w dzień i w nocy, niewielka lampka oliwna.
„Matuchno przenajświętsza,”- myślała, obracając się jak bąk w swoim tańcu -„adyć ta sprawa się niech jeno do końca wyjaśni, to obiecuję, że do Benedyktynów wosku na świece poniosę, choćby nawet za całego guldena.”
 No- dodała po głębszym namyśle – Może za pół. A już na pewno za ćwierć korony.
I dalejże pląsać, wić się, drżeć i gibać w skocznych podrywach. Baśka- służąca familii od lat czterdziestu, wiecznie brudna, zasmolona i rozczochrana, wpadła do salonu niczym burza. Przetarła brudnym od obierania kartofli kułakiem jedno oko, potem drugie, a na koniec krzyknęła przeraźliwie:
-Dyć nasza pani zwariowali! Rety, rety! Letę zaraz po dochtora od czubków, może jeszcze co się poradzi, zanim się pańci tak na stałe odmieni. Może panią w pasy cza zakuć, elektrofstrzonsy albo chociaż trepanacje? Mówili mie ludzie, że trepanacja bardzo dobre jest. Na fszystkie choróbska pomaga!
Pani Stiepanowa oprzytomniała nagle słysząc te słowa. Zatrzymała się w pół obrotu.
-Samaś żeś czubek.- zgromiła surowo Baśkę, dysząc przy tym ciężko, kieby po maratonie w parku Saskim. Ciężko opadła na połataną sofkę, z której druty i włosie gęsto przez dziury wyzierały.  Wachlowała się trzymaną w ręku kopertą. Zaiste, sam Napoleon pod Verdun nie wyglądał by bardziej zwycięskim.
-Baśka...Baśka...- pani domu zaskrzeczała z niejaką trudnością, zdyszana po tych tańcach łamańcach.- Daj mnie szklankę zimnej wody. A co tam! Dzisiaj święto! Daj mnie szklankę zimnej wody z cukrem!
Zasmoluchona Baśka tylko otworzyła ze zdziwienia gębę. Chwile mięła w brudnych paluchach poplamiony i podarty fartuszek, poskrobała się po dawno nie mytych włosach ale w końcu podjęła decyzję, gdyż śmignęła w kierunku kuchni. Migiem przyniosła szklankę, napełnioną wodą z cebrzyka i otworzyła stary kredens, który to pani jeszcze we wianie mężowi wniosła. Z pewnym namaszczeniem włożyła mały, srebrny kluczyk do porcelanowej cukiernicy i przekręciła. Wieczko bomboniery trochę się zacinało. Rzadko snadź było w użyciu. Wprawdzie cukier w tym skromnym, urzędniczym mieszkaniu owszem był, (dla gości),  ale pełnił raczej rolę wieczystej dekoracji niż rzeczywistego środka spożywczego.
Pan Stiepan, urzędnik trzeciej kategorii magistratu enezetowskiego brał miesięcznie guldenów 40. Pani Stiepanowa natomiast wymagania miała za co najmniej 50. Wprawdzie wystarczało im by opłacić sługę, małe, trzypokojowe mieszkanie w nie ciekawej kamienicy, szkołę córek i od czasu do czasu precla albo malusieńki koniaczek kuracyjny w kawiarni Ciesielskiego dla pana Stiepana- ale nie wystarczało im, by codziennie jadać mięso, co sezon kupować żonie i córkom nowe kostiumy jedwabne lub utrzymywać- jak inne, lepiej sytuowane rodziny- własną, pełnokrwistą angielkę do przejażdżek po parku saskim. Dostatek i powodzenie domostwa państwa Stiepanów na pozór było tylko, blichtr jeno i licha pozłota. Pani Stiepanowa przywykła grać przed sąsiadami i znajomymi komedię zamożności. Po prawdzie jednak cierpiała niewymowne katusze i dręczyła się ponurymi wizjami, aby tylko któraś z „pań z towarzystwa” nie zauważyła, że sama ceruje swoje pończoszki, sama przerabia córkom sukienki a jej połatana mantyla jest już świeżości wyjątkowo mocno nie pierwszej. Pani Stiepanowa, w tajemnicy przed wszystkimi, liczyła kartofle wydawane do obiadu i froterowała swoje lakierowane parkiety, oszczędzając na drogiej usłudze. Sama wydzielała służącej węgiel do piecyka, narzekając, że tak szybko się rozchodzi i sama oszczędnie napełniała lampę naftą, pilnując, by nie wlać ani kropelki więcej niż to potrzebne. Ba! Nawet ogarki stearynowych świec, te malutkie ogarki, co to do niczego się już nie nadają topiła w malutkim rondelku a później, nie zważając na poparzenia, ugniatała z gorącej stearyny koślawe świeczki do sypialni „panienek”.
Panienki swoje chowała bardzo krótko, pobożnie, bardzo correct. Kochała je jednak miłością matczyną, wprost nieopisaną. Mimo surowego wychowania pieściła te swoje cacuszka, te laleczki wychuchane, te córeczki wymarzone, wymodlone, wyśnione. Ona mogła nie dojadać, Roman na próżno mógł czekać na buty zimowe, z całą podeszwą i nie odpadającymi obcasami- ale ślicznotki mamusine musiały iść – nie!- fruwać przez życie otoczone koronkami, jedwabiami, piórami i cukierkami. Och, jakby mogła pożarła by je całe. Zawsze były dla niej to za chude, to za blade, to za mało radosne i tonami znosiła do domu (bezlitośnie rujnując męża i jego zdolność kredytową)  pomarańcze i mandarynki, zamorskie ananasy, kolorowe ołówki w drewnianej oprawie, nauczycieli muzyki, tańca i gracji, fortepian, biało-szarego kotka czy foremki do zabawy w piasku- mimo, że na wyjazd do nadmorskich miejscowości nie mogli sobie pozwolić. Nigdy nie były córki dla niej wystarczająco dorosłe. Zawsze widziała je dziećmi, prawie że w powijakach, niezdarne, zagubione, życia nie znające. Pisała dla nich świat na nowo, otulając je w miękką kołderkę bez problemów, bez zmartwień. Tworzyła dla nich świat bez wojny, bez cierpienia, bez gniewu, zła i zazdrości- sobie i pozostałym domownikom skąpiąc mydła, kaszy i świeżej bielizny i odrobiny miłości.
Nic dziwnego więc, że wierna Baśka, która przywykła do graniczącej ze skąpstwem oszczędności tego domu, zawahała się zanim wsypała do szklani łyżeczkę mocno zakurzonego już cukru.
-Pańcia na pewno łbem gdzieś w ścianę nie przytrąbiła?- zapytała jednak podejrzliwie służąca.- W toalecie może? Tam ciemno i łatwo można się poślizgnąć. Ja już mówiłam stróżowi, że panienka Genia to nie raz prawie, orła by pięknego wywinęła. Pańcia jednak wie, że stróż to psubrat i chamidło. Ino się śmiał i mówił, że jakby panienka Genia na podłogę nie naszczała to mokro by nie było. Ale jak panienka Gienia mogłaby tak na podłogę? Wielkie mi mecyje! Przecie, raz to może osiusiała sobie pończoszki, bo nie zdążyła, ale tera to bydom to cały rok jej wypominać?
-Baśka!- cienki, piskliwy głos pani Stiepanowej przerwał potok słów służącej. Obie rozumiały się prawie bez słów. Można śmiało powiedzieć, że rozumiały się zdecydowanie lepiej niż pani Stiepanowa ze swoim mężem- drobnym, apatycznym, łysiejącym mężczyzną. Obie wiedziały, i to bez zbytecznej dyskusji, że masło jest drogie i dlatego należy na nim oszczędzać. Woda, natomiast, jest tania (bo ze studni) i dlatego doskonale przy obiedzie można nią zastąpić herbatę czy nawet kawę i likiery przy podwieczorku.  Przed wieloma laty, pewnego wiosennego przedpołudnia te dwie, skąpe dusze spotkały się w kantorku pośrednictwa służących- pani w fałszowanych sobolach, sługa w podartym kaftanie- i w jednej chwili, bez zbędnego słowa zrozumiały i przypadły do serca.
Baśka- tak jak jej chlebodawczyni odmawiała sobie wszystkiego, nawet odrobiny mydła i ciepłej wody w niedzielę. Bez zmrużenia oka dojadała „po państwach” czerstwy chleb i wyschły ser. Waleczna jednak była jak lwica. Kiedy inne służące wyśmiewały panią Stiepanową, dziwiąc się jej dziurawym bucikom i pocerowanemu szalowi, bez wahania szarpała za kudły kucharki, pokojówki i zwykłe najemne popychadła, by kułakami tłumaczyć im, że: „pańcia skopma nie jist, ino oszczędna co to i tobie by się lakudro jedna przydało, żebyś na starość, na żebraczym chlebie pod kościułem nie wysiadywała”. Ten zeschnięty chleb i spleśniałe kartofle moc jednak Baśce w rękach dawały, toteż nikt, prosto w oczy, biedy nie wyrzucał ani Baśce, ani tym bardziej pani Stiepanowej. Jednak w swoim gronie zarówno płatne sługi jak i damy z towarzystwa rajcowały jak przekupy na targu i bez strachu wyśmiewały źle wypraną bieliznę pani Stiepanowej oraz stare kapelusze, przerabiane już piąty sezon.
-To może pańcia los na loterii wygrała? Jak ten stary Kraszewski z kamienicy na rogu Ostrej i Niełczowskiego? On to jednak, ciechoroba, takie chytra dusza jest, że pary z gęby nie puści. Nawet na trakierunek nikogo nie zaprosił, a jak go ktoś zagada, to ino rencami macha i wrzeszczy: „a dajcie wy mnie wszyscy świnty spokój z tom loteriom! Pedam wam, że nic nie wygrałem. Ktoś kalumnie puszcza i mnie oszczerża”. A do mieszkania to mu się jednak cosik już z siedem razy włamywano, mimo, że w kamienicy stróż i lampki się palą na korytarzu bez caluśkom noc. Ale jakby nic nie wygrał to by się mu złodziej do chałupy nie pchał, co nie?
-Baśka, Baśka zawrzesz ty gębę?- pani Stiepanowa nie była dzisiaj  w nastroju na ploteczki, mimo, że pasjami lubiła te historyjki przynoszone ze sklepików, z pralni i ze składu węgla.       - Widzisz ty ten list? Czy ty widzisz ten list?- uniosła dumnie malutką kopertę, co to ją w taki rozrzutny, ocukrowany nastrój wprawiła.
-Nom, widzę.- przytaknęła Baśka, mrużąc oczy, bo ciut krótkowzroczna była. –Co? Znowu rachunki?
-A bogać tam, rachunki.
- To może spadek?
-A po kim my byśmy mieli spadek dostać? Bój się Boga, Baśka.
-No, a po wujku Leonie?
Panie Stiepanowa mocno ściągnęła usta, zmarszczyła brwi i zrobiła minę, która dobitnie świadczyła, o tym, co sądzi ona o właściwościach intelektualnych sługi. Jużci, te 20 koron miesięcznie to dostaje z pewnością nie dla swojego ajkju.
-Głupiaś, Baśka.- pani domu rozwiała wszelkie wątpliwości co do stanu umysłowego czupiradła.- Po wujku Leonie, w spadku, to my możemy najwyżej dostać wezwanie do urzędu, celem zapłacenia za niego zaległych podatków. Daj mu, Matuchno Przenajświętsza, jak najdłuższe życie.- wzdrygnęła się nagle na tę przykrą myśl.
-To może pani ciotka z Ameryki darowuje pani tę hacjendę, co to jej bogaty meksykaniec kupił?
-Co ja bym zrobiła z taką hacjendą? Jeno kujoty i kaktusy tam rosną. Baśka, ten list jest od tego oficera huzarów, co to go Gienia i Cesia, na balu u naczelnikostwa Malickich, poznały. Od huzarów!
Baśka wyprostowała się nagle jak struna a oczy stanęły jej w słup.
-O retyrety! Od tego huzara co to pani opowiadała, ża ma wąsy jak prosiak nieskrobany?
-Dokładnie.
-A nogi krzywe jakby na beczce oklepem pędził?
-Ten sam.
-A z pyska to mu się tak durnie patrzyło, jakby gawronowi nieopierzonemu jakiemu?
-Tak, tak! Ten ci on!- pani Stiepanowa nie wytrzymała. Zeskoczyła z kanapy kiej młódka i z powrotem w tany się puściła, śmiejąc sie przy tym i chichocząc z radości. Baśka zgłupiała już doszczętnie. Wpatrywała się w swoją pańcię a w myślach przepowiadała sobie jednak od której to godziny zaczyna przyjmować doktór Janiszewski, ten od czubków, co to na drugie piętro do starszej pani Bydlowej przychodził kiedy ta sfichsowała i goła po ulicy biegała, na wstyd wielki synowi i synowej. Coś jej jednak mówiło, żeby wstrzymała się z chodzeniem po doktora.
-A co takiego pisze tyn huzar?- zapytała ostrożnie. Pani Stiepanowa spojrzała na nią triumfalnie. Zatrzymała się właśnie w jakiejś, niemożliwej dla jej tuszy, pozie baletnicy. Z jedną nogą w górze, lewym ramieniem za prawym uchem, a prawą dłonią, w łokciu zgiętą, pod lewym udem.
-On tu pisze... on pisze...- dyszała ciężko - on pisze... że się pyta czy mu wolno przyjść na herbatę. Juhu!
Głupia Baśka wzruszyła tylko ramionami. Ona nie widziała w takim pytaniu nic szczególnego.
Iiii tam, herbata? Toć to przecież prawie to samo, jakby se z gazowni kontroler przeszedł, ino bez zapowiedzi i nie na herbatę.
-Taki wydatek, jeno!- biadoliła.- Earlgreya przecież trzeba będzie w sklepiku kupić i to cały funt co najmniej! Do tego ile to cukru wyjdzie, bo przecie, że o suchym pysku siedział nie będzie. Jakiś ciasteczek trzeba będzie upiec a może nawet tort cały z cukierni przynieść. Iiii... tam.- machnęła ręką ze wzgardą.- Co to za jenteres? Przyjdzie, podłogę nabrudzi, herbaty się nażłopie, na krzywy ryj ciasta poje i pójdzie sobie. Pańciu wy moja, ja pańci dobrze radzę.- ton Baśki stał się nagle poufały- jak on tu przyndzie, to ja go za wszarz ściepnę i ze schodów zrzucę. Taniej to dla nas będzie i oszczędniej.
-Ani mi się waż!- wrzasnęła z pasją pani Stiepanowa.- Ani się waż za cokolwiek huzara łapać i ze schodów zrzucać. On się przecie, że nie o herbatę upomina!
-Nie? Ino o co?
-Ino o małżeństwo.- pani Stiepanowa podniosła wysoko w górę tłusty paluch i niczym biskup na mszy skruszonego grzesznika, służącą nim dźgnęła.
Na te słowa Baśka otworzyła szeroko ze zdumienia brudną gębę.
Ha! Małżeństwo. Mocno słowo. Święte słowo. Ile tylko razy wypowiadano je z nabożną czcią w tym mieszkaniu, tak za każdym razem robiło się tu jakby tak uroczyściej, odświętniej. Największym marzeniem pani Stiepanowej było bowiem zobaczyć swoje córki w bieli panny młodej, w powodzi koronek, w wianku mirtowym na głowie, przed ołtarzem i z rękami przykrytymi haftowana stułą.
Największym marzeniem zaś pana Stiepana było zrzucenie przymusu utrzymywania finansowego córek na barki, życia nie znającego, naiwnego zięcia. I chociaż z całego serca żal mu było biedaka, który by w sieć tę wpadł, to jednak dodatkowe kieliszki koniaczku w kawiarni u Ciesielskiego były argumentem skutecznie zagłuszającym wyrzuty sumienia.
Pani Stiepanowa pociągnęła głośno nosem, bo czuła, że w gardle spływają jej łzy wzruszenia. Albo smarki. Ale nawet proste gluty miały rozkoszny smak obietnicy i dumę z bycia teściową.
Tymczasem zegar wydzwonił godzinę drugą. Czas, aby Baśka ile sił w nogach popędziła na ulicę Marsjeńską, na pensję pani Blycht, panienki- to jest Genię i Cesię- odebrać. Nie uchodziło to bowiem panienkom z towarzystwa by same po ulicach, jak robotnice albo bydło jakieś, chodziły.
Huknęły, stuknęły drzwi wejściowe zatrzaśnięte mocno przez służącą. Baśka śpieszyła się bardzo. Słowa więcej nie powiedziała ale w głowie pędziły jej myśli narowiste kiej niewydojone krowy.
„Jezusiczku najdroższy! Adyć to możliwe by paniusie się w końcu za mąż puściły? Taka radość dla matki. Takie uhahanie.”
I z bananem na brudnej gębie, z włosem rozwianym, pędziła w stronę szkoły, by tylko pieszczoszki same do domu nie musiały wracać. Baśka- choć prosta- kochała je bowiem jak własne dzieci.
Tymczasem pani Stiepanowa wolno piła wodę z cukrem, delektując się tym rzadkim i kosztownym przysmakiem. W myślach wciąż wracała do tego balu, sprzed trzech tygodni, u naczelnikostwa Malickich.

 cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Zza mórz, zza rzek i spod Ciechocinka, złakniona rozrywki idzie pielgrzymka. I choć czytają, serca radują, to jednak postów tych nie kopiują. I za to dziękuję ja -Helga- szczerze, bo w waszą uczciwość wciąż jeszcze wierzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)