Co do strony technicznej. "Dzieciaczki" powstały w trakcie zdarzających się mi okresowo "napadów histerycznej pisaniny". To znaczy, że cały gotowy utwór pojawia się automatycznie w głowie, niezależnie ode mnie, i domaga się natychmiastowego przelania na papier tudzież tablet, bez chwili zwłoki. Osobiście bardzo lubię taki rodzaj pisania. Wprawdzie moja rola, w takim wypadku, zostaje, de facto, zubożona do funkcji sekretarki i przepisywacza gotowego już teksu ale za to nie wyczerpuje ani fizycznie, ani emocjonalnie.
Wersja PDF (chomikuj.pl) już wkrótce właśnie tutaj.
Ebook znajduje się też tu: Dzieciaczki
Dzieciaczki
część 1
-Jezusmaria
będzie sie oświadczać!- wrzasnęła pani Stiepanowa. W jednej ręce trzymała błękitną,
pachnącą nieco werweną i fiołkami, maluchną kopertę z welinu. Drugą ręką ujęła
nieco swej popielatej, mocno pocerowanej sukni domowej. Mimo swoich 67 lat i
120 kilogramów, które dumnie na wagę w łazience wnosiła, podskoczyła kilka razy
z wielkiej uciechy, niezdarnie wywijając figury kadryla. Pani Stiepanowa ostatniego
kadryla tańczyła jeszcze panienką na pensji będąc ale list dzisiejszy taką
ogromną radość jej sprawił. Pociła się; obracała; usteczka wyschnięte, niby
dziewica nieśmiała sznurowała; tłustymi nóziami wywijała, a raz po raz patrzyła
na obrazek Najświętszej Panny, przed którym paliła się, w dzień i w nocy,
niewielka lampka oliwna.
„Matuchno
przenajświętsza,”- myślała, obracając się jak bąk w swoim tańcu -„adyć ta
sprawa się niech jeno do końca wyjaśni, to obiecuję, że do Benedyktynów wosku
na świece poniosę, choćby nawet za całego guldena.”
No- dodała po głębszym namyśle – Może za pół.
A już na pewno za ćwierć korony.
I dalejże pląsać, wić się, drżeć i gibać w skocznych
podrywach. Baśka- służąca familii od lat czterdziestu, wiecznie brudna,
zasmolona i rozczochrana, wpadła do salonu niczym burza. Przetarła brudnym od
obierania kartofli kułakiem jedno oko, potem drugie, a na koniec krzyknęła
przeraźliwie:
-Dyć
nasza pani zwariowali! Rety, rety! Letę zaraz po dochtora od czubków, może
jeszcze co się poradzi, zanim się pańci tak na stałe odmieni. Może panią w pasy
cza zakuć, elektrofstrzonsy albo chociaż trepanacje? Mówili mie ludzie, że
trepanacja bardzo dobre jest. Na fszystkie choróbska pomaga!
Pani
Stiepanowa oprzytomniała nagle słysząc te słowa. Zatrzymała się w pół obrotu.
-Samaś żeś
czubek.- zgromiła surowo Baśkę, dysząc przy tym ciężko, kieby po maratonie w
parku Saskim. Ciężko opadła na połataną sofkę, z której druty i włosie gęsto
przez dziury wyzierały. Wachlowała się
trzymaną w ręku kopertą. Zaiste, sam Napoleon pod Verdun nie wyglądał by
bardziej zwycięskim.
-Baśka...Baśka...-
pani domu zaskrzeczała z niejaką trudnością, zdyszana po tych tańcach łamańcach.-
Daj mnie szklankę zimnej wody. A co tam! Dzisiaj święto! Daj mnie szklankę zimnej
wody z cukrem!
Zasmoluchona
Baśka tylko otworzyła ze zdziwienia gębę. Chwile mięła w brudnych paluchach
poplamiony i podarty fartuszek, poskrobała się po dawno nie mytych włosach ale
w końcu podjęła decyzję, gdyż śmignęła w kierunku kuchni. Migiem przyniosła
szklankę, napełnioną wodą z cebrzyka i otworzyła stary kredens, który to pani
jeszcze we wianie mężowi wniosła. Z pewnym namaszczeniem włożyła mały, srebrny
kluczyk do porcelanowej cukiernicy i przekręciła. Wieczko bomboniery trochę się
zacinało. Rzadko snadź było w użyciu. Wprawdzie cukier w tym skromnym,
urzędniczym mieszkaniu owszem był, (dla gości),
ale pełnił raczej rolę wieczystej dekoracji niż rzeczywistego środka
spożywczego.
Pan Stiepan, urzędnik trzeciej kategorii
magistratu enezetowskiego brał miesięcznie guldenów 40. Pani Stiepanowa
natomiast wymagania miała za co najmniej 50. Wprawdzie wystarczało im by
opłacić sługę, małe, trzypokojowe mieszkanie w nie ciekawej kamienicy, szkołę
córek i od czasu do czasu precla albo malusieńki koniaczek kuracyjny w kawiarni
Ciesielskiego dla pana Stiepana- ale nie wystarczało im, by codziennie jadać
mięso, co sezon kupować żonie i córkom nowe kostiumy jedwabne lub utrzymywać-
jak inne, lepiej sytuowane rodziny- własną, pełnokrwistą angielkę do
przejażdżek po parku saskim. Dostatek i powodzenie domostwa państwa Stiepanów
na pozór było tylko, blichtr jeno i licha pozłota. Pani Stiepanowa przywykła
grać przed sąsiadami i znajomymi komedię zamożności. Po prawdzie jednak
cierpiała niewymowne katusze i dręczyła się ponurymi wizjami, aby tylko któraś
z „pań z towarzystwa” nie zauważyła, że sama ceruje swoje pończoszki, sama
przerabia córkom sukienki a jej połatana mantyla jest już świeżości wyjątkowo
mocno nie pierwszej. Pani Stiepanowa, w tajemnicy przed wszystkimi, liczyła
kartofle wydawane do obiadu i froterowała swoje lakierowane parkiety,
oszczędzając na drogiej usłudze. Sama wydzielała służącej węgiel do piecyka,
narzekając, że tak szybko się rozchodzi i sama oszczędnie napełniała lampę
naftą, pilnując, by nie wlać ani kropelki więcej niż to potrzebne. Ba! Nawet
ogarki stearynowych świec, te malutkie ogarki, co to do niczego się już nie
nadają topiła w malutkim rondelku a później, nie zważając na poparzenia, ugniatała
z gorącej stearyny koślawe świeczki do sypialni „panienek”.
Panienki swoje chowała bardzo krótko,
pobożnie, bardzo correct. Kochała je jednak miłością matczyną, wprost
nieopisaną. Mimo surowego wychowania pieściła te swoje cacuszka, te laleczki
wychuchane, te córeczki wymarzone, wymodlone, wyśnione. Ona mogła nie dojadać,
Roman na próżno mógł czekać na buty zimowe, z całą podeszwą i nie odpadającymi
obcasami- ale ślicznotki mamusine musiały iść – nie!- fruwać przez życie
otoczone koronkami, jedwabiami, piórami i cukierkami. Och, jakby mogła pożarła
by je całe. Zawsze były dla niej to za chude, to za blade, to za mało radosne i
tonami znosiła do domu (bezlitośnie rujnując męża i jego zdolność kredytową) pomarańcze i mandarynki, zamorskie ananasy,
kolorowe ołówki w drewnianej oprawie, nauczycieli muzyki, tańca i gracji,
fortepian, biało-szarego kotka czy foremki do zabawy w piasku- mimo, że na
wyjazd do nadmorskich miejscowości nie mogli sobie pozwolić. Nigdy nie były
córki dla niej wystarczająco dorosłe. Zawsze widziała je dziećmi, prawie że w
powijakach, niezdarne, zagubione, życia nie znające. Pisała dla nich świat na
nowo, otulając je w miękką kołderkę bez problemów, bez zmartwień. Tworzyła dla
nich świat bez wojny, bez cierpienia, bez gniewu, zła i zazdrości- sobie i
pozostałym domownikom skąpiąc mydła, kaszy i świeżej bielizny i odrobiny
miłości.
Nic dziwnego więc, że wierna Baśka, która
przywykła do graniczącej ze skąpstwem oszczędności tego domu, zawahała się
zanim wsypała do szklani łyżeczkę mocno zakurzonego już cukru.
-Pańcia
na pewno łbem gdzieś w ścianę nie przytrąbiła?- zapytała jednak podejrzliwie
służąca.- W toalecie może? Tam ciemno i łatwo można się poślizgnąć. Ja już mówiłam
stróżowi, że panienka Genia to nie raz prawie, orła by pięknego wywinęła.
Pańcia jednak wie, że stróż to psubrat i chamidło. Ino się śmiał i mówił, że
jakby panienka Genia na podłogę nie naszczała to mokro by nie było. Ale jak
panienka Gienia mogłaby tak na podłogę? Wielkie mi mecyje! Przecie, raz to może
osiusiała sobie pończoszki, bo nie zdążyła, ale tera to bydom to cały rok jej
wypominać?
-Baśka!-
cienki, piskliwy głos pani Stiepanowej przerwał potok słów służącej. Obie
rozumiały się prawie bez słów. Można śmiało powiedzieć, że rozumiały się
zdecydowanie lepiej niż pani Stiepanowa ze swoim mężem- drobnym, apatycznym,
łysiejącym mężczyzną. Obie wiedziały, i to bez zbytecznej dyskusji, że masło jest
drogie i dlatego należy na nim oszczędzać. Woda, natomiast, jest tania (bo ze
studni) i dlatego doskonale przy obiedzie można nią zastąpić herbatę czy nawet
kawę i likiery przy podwieczorku. Przed
wieloma laty, pewnego wiosennego przedpołudnia te dwie, skąpe dusze spotkały się
w kantorku pośrednictwa służących- pani w fałszowanych sobolach, sługa w
podartym kaftanie- i w jednej chwili, bez zbędnego słowa zrozumiały i przypadły
do serca.
Baśka- tak jak jej chlebodawczyni odmawiała sobie wszystkiego, nawet
odrobiny mydła i ciepłej wody w niedzielę. Bez zmrużenia oka dojadała „po
państwach” czerstwy chleb i wyschły ser. Waleczna jednak była jak lwica. Kiedy
inne służące wyśmiewały panią Stiepanową, dziwiąc się jej dziurawym bucikom i
pocerowanemu szalowi, bez wahania szarpała za kudły kucharki, pokojówki i
zwykłe najemne popychadła, by kułakami tłumaczyć im, że: „pańcia skopma nie
jist, ino oszczędna co to i tobie by się lakudro jedna przydało, żebyś na
starość, na żebraczym chlebie pod kościułem nie wysiadywała”. Ten zeschnięty
chleb i spleśniałe kartofle moc jednak Baśce w rękach dawały, toteż nikt,
prosto w oczy, biedy nie wyrzucał ani Baśce, ani tym bardziej pani Stiepanowej.
Jednak w swoim gronie zarówno płatne sługi jak i damy z towarzystwa rajcowały
jak przekupy na targu i bez strachu wyśmiewały źle wypraną bieliznę pani
Stiepanowej oraz stare kapelusze, przerabiane już piąty sezon.
-To może
pańcia los na loterii wygrała? Jak ten stary Kraszewski z kamienicy na rogu Ostrej
i Niełczowskiego? On to jednak, ciechoroba, takie chytra dusza jest, że pary z
gęby nie puści. Nawet na trakierunek nikogo nie zaprosił, a jak go ktoś zagada,
to ino rencami macha i wrzeszczy: „a dajcie wy mnie wszyscy świnty spokój z tom
loteriom! Pedam wam, że nic nie wygrałem. Ktoś kalumnie puszcza i mnie
oszczerża”. A do mieszkania to mu się jednak cosik już z siedem razy włamywano,
mimo, że w kamienicy stróż i lampki się palą na korytarzu bez caluśkom noc. Ale
jakby nic nie wygrał to by się mu złodziej do chałupy nie pchał, co nie?
-Baśka, Baśka
zawrzesz ty gębę?- pani Stiepanowa nie była dzisiaj w nastroju na ploteczki, mimo, że pasjami
lubiła te historyjki przynoszone ze sklepików, z pralni i ze składu węgla. - Widzisz ty ten list? Czy ty widzisz
ten list?- uniosła dumnie malutką kopertę, co to ją w taki rozrzutny,
ocukrowany nastrój wprawiła.
-Nom, widzę.-
przytaknęła Baśka, mrużąc oczy, bo ciut krótkowzroczna była. –Co? Znowu
rachunki?
-A bogać tam,
rachunki.
- To może spadek?
-A po kim my byśmy
mieli spadek dostać? Bój się Boga, Baśka.
-No, a po wujku
Leonie?
Panie Stiepanowa
mocno ściągnęła usta, zmarszczyła brwi i zrobiła minę, która dobitnie świadczyła,
o tym, co sądzi ona o właściwościach intelektualnych sługi. Jużci, te 20 koron
miesięcznie to dostaje z pewnością nie dla swojego ajkju.
-Głupiaś, Baśka.- pani
domu rozwiała wszelkie wątpliwości co do stanu umysłowego czupiradła.- Po wujku
Leonie, w spadku, to my możemy najwyżej dostać wezwanie do urzędu, celem
zapłacenia za niego zaległych podatków. Daj mu, Matuchno Przenajświętsza, jak najdłuższe
życie.- wzdrygnęła się nagle na tę przykrą myśl.
-To może pani
ciotka z Ameryki darowuje pani tę hacjendę, co to jej bogaty meksykaniec kupił?
-Co ja bym zrobiła
z taką hacjendą? Jeno kujoty i kaktusy tam rosną. Baśka, ten list jest od tego
oficera huzarów, co to go Gienia i Cesia, na balu u naczelnikostwa Malickich,
poznały. Od huzarów!
Baśka wyprostowała
się nagle jak struna a oczy stanęły jej w słup.
-O retyrety! Od
tego huzara co to pani opowiadała, ża ma wąsy jak prosiak nieskrobany?
-Dokładnie.
-A nogi krzywe
jakby na beczce oklepem pędził?
-Ten sam.
-A z pyska to mu
się tak durnie patrzyło, jakby gawronowi nieopierzonemu jakiemu?
-Tak, tak! Ten ci
on!- pani Stiepanowa nie wytrzymała. Zeskoczyła z kanapy kiej młódka i z
powrotem w tany się puściła, śmiejąc sie przy tym i chichocząc z radości. Baśka
zgłupiała już doszczętnie. Wpatrywała się w swoją pańcię a w myślach
przepowiadała sobie jednak od której to godziny zaczyna przyjmować doktór
Janiszewski, ten od czubków, co to na drugie piętro do starszej pani Bydlowej
przychodził kiedy ta sfichsowała i goła po ulicy biegała, na wstyd wielki
synowi i synowej. Coś jej jednak mówiło, żeby wstrzymała się z chodzeniem po
doktora.
-A co takiego
pisze tyn huzar?- zapytała ostrożnie. Pani Stiepanowa spojrzała na nią
triumfalnie. Zatrzymała się właśnie w jakiejś, niemożliwej dla jej tuszy, pozie
baletnicy. Z jedną nogą w górze, lewym ramieniem za prawym uchem, a prawą dłonią,
w łokciu zgiętą, pod lewym udem.
-On tu pisze... on
pisze...- dyszała ciężko - on pisze... że się pyta czy mu wolno przyjść na
herbatę. Juhu!
Głupia Baśka
wzruszyła tylko ramionami. Ona nie widziała w takim pytaniu nic szczególnego.
Iiii tam, herbata?
Toć to przecież prawie to samo, jakby se z gazowni kontroler przeszedł, ino bez
zapowiedzi i nie na herbatę.
-Taki wydatek,
jeno!- biadoliła.- Earlgreya przecież trzeba będzie w sklepiku kupić i to cały
funt co najmniej! Do tego ile to cukru wyjdzie, bo przecie, że o suchym pysku
siedział nie będzie. Jakiś ciasteczek trzeba będzie upiec a może nawet tort
cały z cukierni przynieść. Iiii... tam.- machnęła ręką ze wzgardą.- Co to za
jenteres? Przyjdzie, podłogę nabrudzi, herbaty się nażłopie, na krzywy ryj
ciasta poje i pójdzie sobie. Pańciu wy moja, ja pańci dobrze radzę.- ton Baśki
stał się nagle poufały- jak on tu przyndzie, to ja go za wszarz ściepnę i ze
schodów zrzucę. Taniej to dla nas będzie i oszczędniej.
-Ani mi się waż!-
wrzasnęła z pasją pani Stiepanowa.- Ani się waż za cokolwiek huzara łapać i ze
schodów zrzucać. On się przecie, że nie o herbatę upomina!
-Nie? Ino o co?
-Ino o
małżeństwo.- pani Stiepanowa podniosła wysoko w górę tłusty paluch i niczym
biskup na mszy skruszonego grzesznika, służącą nim dźgnęła.
Na te słowa Baśka
otworzyła szeroko ze zdumienia brudną gębę.
Ha! Małżeństwo. Mocno słowo. Święte słowo. Ile tylko razy wypowiadano je z
nabożną czcią w tym mieszkaniu, tak za każdym razem robiło się tu jakby tak
uroczyściej, odświętniej. Największym marzeniem pani Stiepanowej było bowiem
zobaczyć swoje córki w bieli panny młodej, w powodzi koronek, w wianku mirtowym
na głowie, przed ołtarzem i z rękami przykrytymi haftowana stułą.
Największym marzeniem
zaś pana Stiepana było zrzucenie przymusu utrzymywania finansowego córek na
barki, życia nie znającego, naiwnego zięcia. I chociaż z całego serca żal mu
było biedaka, który by w sieć tę wpadł, to jednak dodatkowe kieliszki koniaczku
w kawiarni u Ciesielskiego były argumentem skutecznie zagłuszającym wyrzuty
sumienia.
Pani Stiepanowa pociągnęła głośno nosem, bo czuła, że w gardle spływają jej
łzy wzruszenia. Albo smarki. Ale nawet proste gluty miały rozkoszny smak
obietnicy i dumę z bycia teściową.
Tymczasem zegar wydzwonił godzinę drugą.
Czas, aby Baśka ile sił w nogach popędziła na ulicę Marsjeńską, na pensję pani
Blycht, panienki- to jest Genię i Cesię- odebrać. Nie uchodziło to bowiem
panienkom z towarzystwa by same po ulicach, jak robotnice albo bydło jakieś,
chodziły.
Huknęły, stuknęły drzwi wejściowe
zatrzaśnięte mocno przez służącą. Baśka śpieszyła się bardzo. Słowa więcej nie
powiedziała ale w głowie pędziły jej myśli narowiste kiej niewydojone krowy.
„Jezusiczku
najdroższy! Adyć to możliwe by paniusie się w końcu za mąż puściły? Taka radość
dla matki. Takie uhahanie.”
I z bananem na brudnej gębie, z włosem
rozwianym, pędziła w stronę szkoły, by tylko pieszczoszki same do domu nie
musiały wracać. Baśka- choć prosta- kochała je bowiem jak własne dzieci.
Tymczasem pani Stiepanowa wolno piła
wodę z cukrem, delektując się tym rzadkim i kosztownym przysmakiem. W myślach wciąż
wracała do tego balu, sprzed trzech tygodni, u naczelnikostwa Malickich.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Zza mórz, zza rzek i spod Ciechocinka, złakniona rozrywki idzie pielgrzymka. I choć czytają, serca radują, to jednak postów tych nie kopiują. I za to dziękuję ja -Helga- szczerze, bo w waszą uczciwość wciąż jeszcze wierzę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)