A teraz całkiem inna gadanina. Wspominałam już, że należę do pewnie niewielkiej grupy osób, które nie lubią muzyki. Czasami jednak trafię na melodię, która naprawdę tak chwyci za serce, że aż chce się wyć. Czymś, co zachwyciło mnie ostatnio jest intro do mangowej serii Shingeki no Kyojin. (Polski tytuł: "atak na tytanów"). Fantastyczna, niesamowicie energetyczna melodia, która sprawia, że ma się ochotę wstać z fotela i kopać badassów po tyłkach. Sama seria... hm... jak lubicie wnętrzności, olbrzymy i paszcze pełne wielkich zębów, to z pewnością znajdziecie tu coś dla siebie. W przeciwnym wypadku zostańcie tylko przy muzyce. Do posłuchania tutaj.
Kompletna wersja do poczytania online tutaj: Miszka
Miszka
część druga
Prendko, oj prendko zwiedzieli się
gospodarze zacne o żałości w obejściu Ryśkowym. Zbiegli się z pól, z chat, z
obórek i z chlewików, wszystka wieś. Nasomprzód dzieciury nieusłuchane i
zaczęły myszkować po caluśkiej zagrodzie, bacząc jednak aby co się z daleka od ryśkowych
kułaków trzymać. Potem zwlokły się baby, jak to zwyczajne- wszystkiego ciekawe
i gadatliwe. Widząc zapłakaną Hankę same zaczęły w głos lamentować.
-A do kreminału! Do kreminału!- krzyczała gruba
Wojcieszkowa, jeno rozeznać się było trudno czy to Wojcieszkowa ma do tego
kreminału iść czy też ktosik inszy.
-Po policmajstra wysłać tam kogo!- wrzeszczała dziobata
Nastusia, kowalowa narzeczona.
- Antek, Jurek, Felek, a zaprzągajta tam konie do woza i
jedźcie do miasteczka!
-Iiii tam... konia byde marnować.- odszczekiwał się parob
jeden z drugim.- Niech się ktoś bez pola do komendantury puści.
-Ja cię się puszczę, ty taki owaki!- groziła Nastusia
chłopakom pięścią w kułak zwiniętą. Ale chłopakowie tylko zębami w uśmiechu
błyskały.
-O wa, wa! Ty się akurat tego boisz kieby mysza słoniny.
I prentko siem okazało, że Nastusia, mimo, że kowalowi
przyrzeczoną była, to tego puszczania w ogóle się nie bojała, bo galatno dała
zaraz dowód wielki swojej odwagi i na kupie słomy przykładem przed parobczakami
świeciła a i czem więcej tyż.
Na koniec zeszli się dostojni
gospodarze, ode pługa prosto oderwani. Poważnie obejrzeli dziurę w obórce i
uczone delibracyje głośno wypowiadali. Gospodarze, to nie spod ogona byle komu
wypadli. Ognia w sobie nie majom jako babskie lebo dziecińskie nasienie. A gdy
już się naoglądali i jęzorów nastrzępili do chałupy weszli. Wszystkie ławki
obsiedli, wolno, wolniuśko se po fajeczce pykali i w ten sposób mędrkowali.
-Trza pójść do Jankiela, do arendarza i spalić ten
świński pomór.- zadecydował Hendryk, włodarz we wsi najpierwszy. Samych krów
miał cosik z pięć ogonów, a co świń, co kurczaków, co gęsków i co pola!
Niezliczysz.
-Jeno niepoczciwość na wieś spada. Bo to pierwsza
kradzież? A kto Helce Kruczance pościel z płota zajumał? A gacie starego
Brzechrotki? A koszule Pawlakowej? Nowiuśkie koszule!
-Spalić!- przytaknął mu dziad proszalny Netyczka, bieluśki
na głowie i na gębie niczem święty jaki, co to go na obrazie w monastyrze
malują.- Spalić! A popioły na cztery wiatry rozrzucić.
-A jak to nie Żydki?- wtrącił kowalowy parob Antek.
-Jak nie Żydki? To kto niby miałby świniaka kraść? Może
krześcijany?
-To może Cygany? Ot, we Wronkach, ode przedwczoraj cała
banda ich tam siedzi.
-Więc Cyganów też spalić.- rzekł Hendryk, wolno se z gęby
obłoczki fajkowego dymu puszczając.
-A popioły rozrzucić. Rozrzucić i jeszcze raz spalić.-
skinął głową Netyczka i z popendliwości, chude kieby szczapki, ręce nad głową
uniósł.
-Na pohybel im!
-Na pohybel!
Rumor się w chałupie nagle zrobił. Chłopi z ław się
podnieśli a oczyska tylko im gniewnie błyskały. Już, już iść mieli, smolne
szczapy zapalać, widły z oborek wyciagać, gromadą sprawiedliwości szukać, gdy w
tej właśnie chwili uczenił się hałas jakowyś we wejściu. Paczą dzieci, paczy Hanka,
paczą gospodarze, paczy stary ojciec i nawet chudy Ryśko paczy. A to sam wójt z
medalem urzędowym, na piersiach przyczepionym, się wtoczył do chałupy. Wójt to
chłop był na skwał, brzuchaty, wąsaty, kutasowaty- jako to roboty i butelki
zwyczajny. Ręce miał wielkie niczem bochny chleba, brzuszysko odęte ode smalcu
i skarków, łeb wielki i nie od parady. Wszedł do izby i przystojnie pochwalił
Pana Jezusowego jako to obyczaj nakazuje.
-Pochwalony.- rzekł tubalnym głosem.
-Na wieki.- mruknął chudy Ryśko.
-Na wieki wieków-
odparli gospodarze.
Gospodyni szybko zapaską stare krzesło przetarła i
uprzejmie, tak jakby po pańsku, zaprosiła wójta by spoczął.
-Posadźcie se dupe panie wójcie, boście pewnikiem z drogi
znużeni.- pedziała wdzięcznie, mieniąc się z tygo honoru na gębuli kiej
jabłuszko.
Aż obejrzał się
Ryśko na swoją żonę, skąd jej się te hrabiowskie maniery biorą i mimo żałości
swojej poczuł w głębi duszy dumę z żonki, że taka obrotna, taka dobrze
wychowana, taka światowa, normalnie jakby lalka jakaś hrabiowska a nie zwykła
baba. Wójt ujęty grzecznością gospodyni usiadł i skubnął naleśnika, który mu
przysunęła. Na wierzchu szczodrze naładowane było konfitur, co czerwieniły się
niby wilgotne usteczka krasawej mołodycy.
-Słyszałem, że nieszczęście się wam Ryśko stało.- pedział
wójt, kiedy to już skończył naleśnika i wąsy z konfitur otarł.
-Ano świniaka mi skradli.- westchnął Ryśko.
-I to jakiego świniaka. Szynki miał takie, że ho ho-
wtrącił stary ojciec.
-Samam go ode prosięcia wychowałam.- dorzuciła Hanka. –O,
mundry był to świniak, munrdy. Bele czego to nie zjadł. Jak mu wczoraj starych
ziemniaków rzuciłam to jeno pyskał i pyskał a jeść nie chciał.- i ryknęła znowu
płaczem a za nią wszystkie dzieciaki, co to pochowane po kątach i pod piecem
ozwartymi ze zdumienia oczami przyglądały się wójtowskiemu medalowi i jego
świecącym od sadła skórzanym butom.
-Cichaj durna.- uciszył ją dobrotliwie wójt, bo żal mu
było całej tej nieboraczej rodziny.
-Uczonego świniaka, wiedzę, że mieliście.- zwrócił się do
Ryśka. Ten tylko głowę niżej spuścił i chlipnął cichutko.
Hendryk, gospodarz, nowięcej miał we sobie odwagi. Wstał
i rzekł:
-Bo myśwa się własnie naradzali panie wójcie, żeby ich
ogniem wykurzyć, te Żydy, kradzieje przeklęte.
-I Cyganów!
-I Miemców też, co to pod górką na kolonii siedzą!
-Przecie Miemcy że nie ukradli. To czemu Miemców spalić?- zdziwił się wójt.
-A bo ich nie lubię.- hardo odparł parob kowalowy.
-Spalić i jeszcze raz spalić. A potem zakopać i podpalić
jeszcze dla pewności!- darł się Netyczka, a ręką uskłą, podobną do konara
drzewnego, w górze machał i tym niewidocznym złodziejom bohatersko wygrażał.
Rozległy się krzyki chłopów, płaczliwe żale bab i wrzaski dzieciurów. Nagle
każdy miał cos do powiedzenia, każdemu coś na wątrobie siedziało i niesprawiedliwością
piekło. Temu kota ukradli, tamtemu w pola na trzy palce się worali, tej znowu
ktoś studnie zapaskudził, inszej krowę zaczarowali bo jeno tylko byczki same
rodzi a jałówki żadnej. I nagle każdemu się zdawało, że nieszczęście ryśkowe,
to jego własne nieszczęście. Że trzeba gdzieś lecieć, kogoś bić, mścić się i
głośno na swe krzywdy wyrzekać.
-Bij, zabij!
-Za kudły i we gnoju wytarzać!
-Takie krowę zaczarować!
Lecz wojt tylko
pięścią im pomachał, coby mordy zamknęli. Zarutko nastała cisza.
–Nieprawością ten
świat stoi.- kontynuował wójt.- Dzieci na rodziców swe ręki podnoszą, brat powstaje
przeciwko bratu, siostra przeciwko siostrze. Jeno do wojny ludzie zdatni i do
tyj nienawiści. Już nikt gospodarza nie uszanuje, nikomu ręka nie zadrży a jeno
wyciąga po cudze i ani nie pomyśli, że za kradzież będzie się w ogniu
piekielnym smażyć. Odwrócili się ludziska od Pana Jezuska to i Jezusek odwrócił
się od ludzi. Pedział sobie- krześcijany som to nieusłuchane, piją, mienso w
piątki żrom, nikt już na cnoty nie spogląda. Złość mają za czyn chwalebny,
rozpustę za cnotę, kradzież za bohaterstwo, kurewstwo z wiernością mylą.
Nieuczciwe som polityki to i ludzie biedne som nieuczciwe. I zamiast razem, jak
braty kochane dążyć, by wszystkim lepiej się żyło i było to każdy ciągnie we
swoją stronę aby się tylko bogactwa więcej nahapać. To i nie dziwota, że ta
jedność międzyludzka siem rozerwie kieby jaka stara szmata. Takie czasy
nastały, ja wama to mówię, wójt. Ino zazdrość, ino kłamstwo, ino nieusłuchanie.
Słuchali tedy wójta jak urzeczeni, bo zdawało im się, że
mądrość wypływa z ust jego, grubych, tłustych i bardzo czerwonych.
-A byli kiedy to ludzie insi?- zapytał cichuśko chudy
Ryśko.- Przecie, że zawsze na świecie były jeno wojny i nieposłuszeństwo.
-Prawda ci to. – rzekł mu wójt. – Zawsze tak było i
zawsze tak będzie. Ale przyjdą i czasy kiedy to ludzie będą inniejsi. Kiedy
miast swarzyć się i kłócić zaczną godzić i bratać.
-A kiedy to panie wójcie najdzie?
-Ja nie wiem. – westchnął wójt i naleśnikiem sobie łzę z
oka otarł, bo chusteczki jakoś było mu szkoda, co mu ją żonka prześlicznie wyhaftowała
i na imieniny w podaronku dała. – Nie można zmienić innych, tak samo jak nie
można prosić wilka by skórę swoją zrzucił i w łowcę się przemienił. Ino swoją
skórę możemy odmienić, ino siebie przemienić. I prawda ci to, że złość jest
łatwiejsza niż dobrość a zemsta słodsza niźli przebaczenie. Ale proszę was, braty,
byście poniechali. Byście temu kapcanowi, który was okradł darowali. Bo tylko
zmieniając siebie możemy choć po troszku zmienić ten świat niedobry.
Tu już nie wytrzymał Ryśko i do nóg wójtowi się pochylił,
za buty obłapił i w cholewki całować zaczął. Hańcia z dziećmi pod obrazkiem
przenaświentszym na ziemi se legła i głośno odmawiała pacierze, co rusz
tryskając z oczu fontanną. Stary ojciec bił w piersi a głupie, przestraszone
ciele znowu zaczęło sikać na słomę i napełniło izbę duszącym odorem amoniaku.
Gospodarze gębami na ziemie padli i wnetki zaczęli tę ziemie pod stopami
wójtowymi całować a mądrość okrutną jego w głos wysławiać.
-Boże przebacz mi miłościwemu!- głośno krzyczał Ryśko.
Wójt pochylił się, z klęczek podniósł chłopa i z ojcowską dobrocią do piersi
przycisnął azeledwie mu ziober nie zgniótł.
-A więc przebaczacie, kumie?- zapytał, sam wzruszony
wielce.
-Przebaczam mu, przebaczam! Niech mie tak kolki zeprą
jażem bych tu łgał wam w oczyska!- ryknął gospodarz.
-No i dobrze.- wójt z radości klepnął go w plecy aż
zadudnily Ryśkowe płuca.- Skoro wy przebaczacie to i pan Jezusek wam swojego
przebaczenia na sondzie świntym nie odmówi. Pakswobiskum, paksnabiskum.- Błogosławił
kieby ojczulek świnty w Rzymie, ręką znak krzyża kręcąc. Łzy wzruszenia lały
się po wszystkich gębach, a Hanusia to już w ogóle od płaczu nie mogła, jeno
piskała głucho kieby kot jak mu się na ogon nadepnie.
-To hospodarz przedni!- wrzeszczał stary Netyczka.
Wójt jak wprzódzi gromadzie swej błogosławił ale widać
było, że mu cosik jeszcze spokoju nie daje. Myślał, myślał, myślał i tak na
twarzy czerwieniał, że już, już Hanka chciała mu uprzejmie drogę do sralnika
pokazać, kiedy to pedział jeszcze:
- Jeno wiecie Ryśku... Przebaczyć można, bo to po ludzku,
a i pan Bóczek przebaczyć nakazuje nawet wrogowi najgorszemu. Dobrość-dobrością,
mądrość-mądrością, honor-honorem, ale wiecie wy co? Ale psa to wy sobie jednak kupcie,
co by następnym razem flaki wypruł temu skurwesynowi, jak mu się jeszcze kiedykolwiek zachce u was
kraść. Bo przebaczliwym być można ale jeszcze lepij być nieokradzionym.
I z tymi mądrymi słowami po przyjacielsku walnął Ryśka w
głowę aż mu wszystkie zęby o kant stołu zadzwoniły, pożegnał się i wyszedł z
chałupy zadowolony z siebie bardzo, że w gromadzie i porządek przywrócił, i w
pobożności utwierdził. Taki to był wielki człowiek, ten wójt.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. albowiem napisano: "nie będziesz kopiował, ani publikował, ani przywłaszczał sobie własności intelektualnej, która twoją nie jest. Azalibyś to zrobił- smażyć się będziesz, nieszczęsny, w areszcie na Góraczewskiej przez wieczność całą." Z listu św. pisarza do czytelników.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)