piątek, 12 czerwca 2015

Bunt na Prince Polo cz.1

Kapitan Zdzisiu Cebulowy Oddech urodził się jako odpowiedź na konkurs literacki Biedronki. Celem konkursu, premiowanego 100 tysiącami złotych nagrody było stworzenie bajki dla dzieci w wieku od 4 do 10 lat. W ciągu pięciu dni napisałam historię o dzielnych piratach, naszpikowaną żarcikami i nasyconą humorem. 100 tysięcy złotych nie wygrałam, co rzuciło cień podejrzeń na to czy kierownictwo Biedronki wie co to poczucie humoru. Ale patrząc na produkt, który sprzedają pod nazwą "100-procentowe parówki cielęce" to na dowcipkowaniu znają się jak mało kto w branży. Być może- taka refleksja naszła mnie, gdy już tylko przełknęłam gorycz porażki, niniejsze opowiadanie nie nadaje się dla czytelników 4+. To akurat możecie ocenić już sami. Przed wami "Bunt na Prince Polo", potworna opowieść o straszliwym buncie pirackim. Wersja na wynos jak zawsze na zaprzyjaźnionym chomiku tutaj.
p.s. jako, że chronicznie cierpię na brak gotówki na najniezbędniejsze życiowe potrzeby typu: jacht, domek na Majorce i skrzynka wina owocopodobnego typu "Komandos" propozycja sprzedaży Kapitana Zdzisia pozostaje nadal otwarta. Cena taka sama: 100 tysięcy. Pozostaje tylko uzgodnić w jakiej walucie. Złotówki i euro mile widziane, dolary ugandyjskie przyjmuję niechętnie- zapychają toaletę i strasznie drapią w pupę.

Całość w formacie PDF znajdziecie również tutaj: Bunt na Prince Polo
Bunt na Prince Polo
część pierwsza

Ach, ten szum fal i zapach morza w owłosionych nozdrzach! Wy, chomiki lądowe, pojęcia nie macie co to znaczy życie pirata – króla oceanów,  władcy hadwao, cesarza szkorbutu. Ten wiatr rozwiewający włosy w uszach, krzyk mew i zew przygody. Zbliżcie się szczury słodkowodne, a opowiem wam najstraszliwszą historię o piratach, jaką kiedykolwiek słyszeliście.  Historię tak przerażającą, że nawet sztuczna szczęka waszej babci będzie kłapać ze zgrozy zębami a peruka waszego dziadka osiwieje ze strachu. Coś straszniejszego niż walka z morskimi potworami. Coś bardziej ekscytującego niż poszukiwania zaginionych skarbów a nawet coś bardziej upiornego niż płacenie podatków. Zbliżcie się, jeżeli jesteście wystarczająco odważni, usiądżcie wygodnie i nadstawcie uszu. Oto arcygroźna, makabryczna i potworna historia o buncie pirackim na Prince Polo. Zaczynamy! Arrr!!!!

1.

Prince Polo był najpiękniejszą łajbą na całym południowym wybrzeżu Bałtyku i śmiem twierdzić, że nie było cudowniejszego, większego i bardziej zeżartego przez muszle statku od Kołobrzegu aż po Dźwirzyno. Jego kapitan, nieznany z radia i telewizji, Zdzisław Cebulowy Oddech siał postrach wśród okolicznych rybaków i treserów fok a każdy zbir z jego załogi z powodzeniem zdobyłby druga nagrodę w konkursie na największego obwiesia, gdyby tylko ktoś taki konkurs by wymyślił. Pierwsza nagroda należy się oczywiście kapitanowi Zdzisiowi i to już nawet bez takiego turnieju.
            Tego dnia budzik zadzwonił punktualnie. Punktualnie o 6, potem o 6.15, następnie o 6.30, 6.45, 7.00, 7.15, 7.30 aż w końcu wielka, barczysta, owłosiona łapa wyłączyła go dokładnie za kwadrans ósma. Kapitan Zdzisiu się budził. Wprawdzie obiecywał sobie jeszcze wczoraj wieczorem, że wstanie dzisiaj wcześniej aby dłużej nic nie robić ale jak zwykle na obietnicach się skończyło. O nie! Kapitan Zdzisiu wcale nie był leniem czy jakimś tam śpiochem. Nawet lubiłby poranki i to bardzo o ile te zaczynały by się zdecydowanie później. Teraz powoli i ostrożnie odemknął jedno oko, potem drugie a na koniec wydmuchał głośno nochal z zielonych gilów i na tym skończył poranną gimnastykę. Szybko wybrudził się pod błotnicem, starannie pomiął ubranie i wcisnął na głowę admiralski kapelusz z piórkiem.
-Panie i panowie, tu mówi wasz kapitan. Mamy piękny poranny ranek, na zewnątrz 15 stopni w skali Rokforta więc pobudka śpiochy!- ryknął przez  radiowęzeł na swoją załogę, słodko drzemiącą jeszcze w hamakach. –Wstawać, wstawać, brudzić zęby i do roboty, do stu tysięcy beczek marynowanych śledzi. Bosmani do sterów, marynarze do wioseł, majtki do prania! Pani Jolu- przełączył się na inną frekwencję i połączył z kuchnią- poproszę o babeczki rumowe i odrobinę grogu z chudym mlekiem, bez cukru. Dziękuję uprzejmie.
Kapitan Zdzisiu odłożył mikrofon i wyciągnął z drewnianej szafki swój ulubiony kubek ze Spider-manem i haftowaną chusteczkę, którą dostał od załogi na ostatnie urodziny, z napisem: „ dla szefa od hłopakuf”. Normalnie nie mijała nawet sekunda od pobudki, kiedy to na pokładzie rozpoczynały się pirackie przyśpiewki i krzątanina a pani Jola przynosiła mu porcję świeżych, gorących babeczek rumowych. Ale tego dnia panowała cisza.
-Hm.- mruknął kapitan po sekundzie.
-Hm, hm.- mruknął jeszcze raz po dwóch sekundach.
-No co jest?- zaniepokoił się nie na żarty po trzech sekundach. Ostrożnie wyjrzał ze swojej kajuty na korytarz, na którym,  mały chłopiec okrętowy Rysiu Wiewióra powinien czyścić kawałkiem smalcu ze skwarkami kapitańskie buty z wężowej skórki. Ale korytarz był pusty, a niewyczyszczone buty stały dokładnie tam, gdzie odłożył je wczoraj wieczorem.
-Arrr!!!- ryknął wkurzony kapitan i pomknął w samych skarpetkach na pokład.
Cała załoga już tam stała i z posępnymi minami czekała na swojego kapitana. Część piratów, z grobowymi minami, po cichu nuciła smętną piosenkę o wesołych kózkach, inni nerwowo przestępowali z nogi na nogę w oczekiwaniu najgorszego a jeszcze inni, bez zażenowania ukryli twarze w dłoniach, szlochali głośno i wzywali na pomoc mamusie. Gniew kapitana znany był bowiem i straszny.
-Arrr!- rozległ się w oddali potężny głos kapitana Zdzisia.-Arrr!!- kolejny ryk, tym razem głośniejszy przeszył powietrze.-Arrr! Arrr!! Arrr!!!!- i w tej samej chwili budzący zgrozę kapitan wyskoczył na deski pokładowe a jego oczy ciskały płomienie.
-Do stu milionów ton śledziowych flaków!- wrzasnął a dreszcz strachu wstrząsnął załogą.- Na trzysta tysięcy sztuk niewypełnoniych deklaracji podatkowych Pit-37!- klął bardzo brzydko.- Niech mnie motyla noga ściśnie! Co jest chłopaki?- i zmrużonymi z wielkiej wściekłości oczyma rozejrzał się po swoich pirackich kamratach. Spojrzał na wysokiego Henia Chudzielca a ten zbladł. Zatrzymał wzrok na brodatym, tłustym obliczu Leszka Pączusia a ten ze strachu schował się za kolegami. Rzucił okiem na braci bliźniaków Olafa i Olafa a ci zaniemówili i stali tak z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami. Tylko wysoka, barczysta kucharka pani Jola, o subtelnej urodzie łopaty do odgarniania śniegu nie ulękła się tego miażdżącego wzroku. Wystąpiła naprzód i splunęła uprzejmie.
-Bunt majo panie kapitanie.- wycharczała głosem miłym, niczym garść śrubek mielonych przez maszynkę do mięsa.
-Jaki bunt? Co za bunt? Kto im się w ogóle pozwolił buntować?
Pani Jola lekceważąco wzruszyła ramionami.
-Ja tam nic nie wiem, ja tu tylko sprzątam. Ale ten tam, ten mały w śmiesznej czapce biegał dzisiaj od samego ranka po statku i wzywał do nieposłuszeństwa.- i wskazała palcem na pierwszego oficera, brzuchatego brodacza z drewniana nogą, Stasia Kornika. Stasiu spłynął potem ale nie zawahał się, nie na darmo zwano go najodważniejszym zaraz po kapitanie. Wciągnął brzuch, stanął na baczność, i zameldował służbowym tonem
-Panie kapitanie, chciałbym zameldować bunt.- i zemdlał elegancko ze strachu.
Kapitan głośno i powoli wciągnął powietrze przez nos. A więc to tak! Kapitan Zdzisiu był bardzo wykształconym człowiekiem i przeczytał w swoim życiu chyba nawet ze 3 komiksy. Wiedział, że taki dzień może w końcu nadejść i codziennie rano miał nadzieję, że to jeszcze nie tego ranka. Bunty nie były niczym nowym w pirackim półświatku i często wystarczała tylko jakaś drobna niedogodność by wybuchały. Niejeden raz rozmyślał o nędznym losie Hirka Rudobrodego, którego własna załoga wsadziła do nadmuchiwanego pontonu w kształcie delfina i zmusiła do dryfowania po Czarnym Stawie z jedną tylko paczką serowych krakersów i puszką napoju rabarbarowego. Nikt, nigdy więcej o nim nie usłyszał. A Szalony Ryszard Płaska Stopa? Wysadzili go na plaży w Sopocie i od tamtego czasu biedaczek zarabia na życie robiąc sobie zdjęcia z turystami. A Mieciu Niteczka? Ułaaa. Aż otrząsnął się ze zgrozy bo jego historia była naprawdę najpotworniejsza ze wszystkich. Opuszczony przez załogę Mieciu ożenił się i zamieszkał w domku z ogródkiem. Pomyślcie tylko, ożenił się! I to do tego z własną żoną!!! O nie, bunty były zdecydowanie niebezpieczne. Ale tym razem najgorszy koszmar stał się rzeczywistością i nawet jego ukochane Prince Polo nie zostało oszczędzone. Kapitan Zdzisiu, mimo, że dzielny,  poczuł jak wielka gula strachu rośnie mu w gardle.
-Dzieci moje,- przemówił głosikiem słodkim niczym glukoza w kroplówce.- nie rozumiem waszego niezadowolenie. Jedzenie macie, brudne ubrania macie, umowy na czas nieokreślony również macie. Składki do PIRATUSU na wasze emerytury płacę regularnie. Chciałbym również zwrócić waszą uwagę na atrakcyjne pakiety pracownicze, co roku macie prawo do miesięcznego wypoczynku na bezludnej wyspie a nasz okrętowy dentysta przyjmuje codziennie w swoim, świetnie zaopatrzonym we wszystkiej wielkości kamienie, gabinecie. Macie ciepło i jasno w swoim miejscu pracy kiedy świeci słońce,  natomiast podczas ostatniej kontroli bhp dostaliśmy bardzo wysoką ocenę i za wyjątkiem szczurów w kajutach sypialnych i śmiertelnie trującej pleśni na stołówce inspektor nie zauważył uchybień. Ja sam jestem w zasadzie miły i łagodny, i gdybym miał jakichkolwiek przyjaciół to na pewno mogli by to potwierdzić. Czego wam jeszcze potrzeba?
Chwilę panowała cisza, po czym ktoś z tłumu krzyknął głośno.
-Tu się chodzi o jedzenie panie kapitanie!
-Właśnie!- szybko podchwycili inni. W tłumie być odważnym to żadna trudna rzecz.
-Na śniadanie rum, na obiad zupa dnia rum. Na podwieczorek rum, ze słodyczy rum a wieczorami rumianek.
-O wy... Rum was w zęby kole?!- wściekł się kapitan ale jego słowa szybko zostały zagłuszone przez kolejne skargi.
-Higiena też nie stoi na najwyższym poziomie! Nie ma skarpetek do zmiany!
-Przecież zrobiłem wam wykaz kto się z kim skarpetkami zmienia.- bronił się słabo kapitan ale nowe zarzuty padały już ze wszystkich stron i nikt go nie słuchał. Sytuacja robiła się dramatyczna.
-Ciągle tylko poszukiwania tych zaginionych skarbów! Ani żadnej wycieczki fakultatywnej ani chwili, żeby zdjęcia porobić!
-Od napadanie na inne okręty stale łamią mi się paznokcie!
-A mnie już 3 razy rzucono na pożarcie rekinom. Żądam, żeby wyznaczyć jakąś uczciwą kolejkę, a nie tylko ciągle ja i ja!
-Brudno!
-Nudno!
-I śmierdząco!!!
-CISZAAAA!!!- huknął z całych sił kapitan Zdzisiu.- A więc nie podoba wam się piratowanie?
-Nie podoba!- odparł tłum.
-I nie chcecie być piratami?
-Nie chcemy!!!
-Więc zgoda!- Kapitan  Zdzisiu potężnie zazgrzytał zębami aż zapiszczały wszystkie plomby.- Od dzisiaj będziecie zatem antypiratami. Będziecie robić wszystko dokładnie na odwrót od tego co przystało prawdziwym piratom. Będziecie mówić dokładnie przeciwne rzeczy od tych, które wypowiadają piraci. Będziecie myśleć zupełnie inaczej. Nawet rozkazuję wam pachnieć w zupełnie inny sposób, niż to jak do tej pory pachnieliście, a wierzcie mi, że to nie łatwe zadanie. Zobaczymy czy długo będzie wam ten miód smakować. Teraz rozejść się do antyroboty! A kto się wyłamie i zacznie z powrotem piratować, to jakem wasz antykapitan, przysięgam, że rzucę rekinom na pożarcie i to poza kolejnością!
I jak powiedział tak pewnie by zrobił albowiem słowny był wielce.

2.

            Tak więc na Prince Polo zapanował niesłychany i najpotworniejszy bunt o jakim piracki świat tylko słyszał. I w sumie pora była najwyższa, bo właśnie zbliżało się śniadanie. Kapitan Zdzisiu... o pardon, antykapitan Zdzisiu wszedł na drewnianą skrzynkę po mydle, która nierozpakowana od 10 lat, od dawna robiła wyłącznie za dekorację pokładu.
-Słuchaj nieusłuchana bando!- wrzasnął stanowczo – Co najmniej od 5 minut moje kiszki wygrywają motyw przewodni z Titanica, co oznacza, że najwyższa pora na jedzenie. Śniadanie bowiem, zaraz obok obiadu i kolacji to najważniejszy posiłek dnia. Antypiraci! Do dzisiaj zawsze zachowywaliście się przy wchodzeniu do stołówki jak banda szympansów na promocji Chiquity! Od teraz jest z tym szlus. Ustawić mi się grzecznie w pary, według wzrostu i zarostu. Chwycić ładnie za rączki i radosnym krokiem wmarsz!
Załoga antypiratów z wielką prędkością dobrała sie dwójkami i grzecznie, elegancko weszli do mesy, bez zwykłego popychania, krzyków i kopniaków. Wszystkim udzielił się radosny nastrój, a niektórzy z nich, co bardziej uczuciowi ocierali łzy z zarośniętych twarzy i dziękowali Posejdonowi za to, że bunt nie przeobraził się w krwawą jatkę. W środku stołówki, ubrana w kwiecisty fartuch pani Jola, z ponurą miną kończyła właśnie gotować śniadanie, drugie już w ciągu dnia. Najtłustszy na całym statku, cieśla okrętowy, Leszek Pączuś z lubością wciągnął w płuca nowy, nieznany dotąd zapach.
-Ach, pachnie jak delicje.
-Nie sądziłem, że dożyję takiego dnia.- westchnął z zachwytem jego towarzysz z pary, Mundek Paszczak, pociągając nosem. – Pachnie jak kawior! Przepiórcze jaja! Świeże masełko!
-I sorbet malinowy.- dokończył Leszek. Pani Jola, wesoła niczym gradobicie, zbliżała się właśnie do ich stolika, dzierżąc w jednej dłoni wielki garnek a w drugim chochlę.
-Cóż nam niesiesz gołąbeczko?- zagruchotał radośnie Leszek.- Czyżby boczek i smażone jajka? A może świeże wafle przekładane dżemem z kiszonych ogórków?
-Albo naleśniki nadziewane szczyptą miłości i emocjonalnego zaangażowania?-wtrącił przymilnie Mundek.
-Owsiankę.- warknęła pani Jola i z impetem napełniła ich talerze glutowatą breją o szarym kolorze. Chlast, chlast, chlast, kolejne talerze wypełniały się owsianą paćką.
-Życzę smacznego.- prychnęła kucharka i zniknęła w swoim kantorku. Antypiraci smętnie spoglądali na swoje śniadanie.
-Prawdę mówiąc wyobrażałem to sobie troszeczkę inaczej.- westchnął głośno Stasiu Kornik grzebiąc w swojej pulpie. Inni podzielali jego zdanie.
-Miałem nadzieję na coś z cynamonem i musztardą.- wtrącił Rysiu Wiewióra płaczliwym tonem.
-A może zostały jeszcze jakieś rumowe babeczki?- zapytał ktoś z głębi sali.
-A skąd! Osobiście widziałem jak pani Jola rzuciła je rekinom na pożarcie.
-Biedne rekiny. Czym one jej tak zawiniły?
Antykapitan Zdzisiu słuchał tego marudzenia a jego krzaczaste brwi drżały z gniewu i złości.
-Nie podoba się szanownemu państwu?!- ryknął tak głośno, że drugi najdzielniejszy na okręcie Stasiu Kornik zemdlał ze strachu i wpadł twarzą w owsiane błotko.- Jeść ale migiem bo rzucę na pożarcie. Buntu się szanownym panom zachciało?
-I paniom.- wtrąciła Helga Ślicznotka.
-Racja, racja. Hm... no więc, buntu się paniom i panom zachciało? Zjadać ale już.- i żeby dać dobry przykład pierwszy zaczął wiosłować łyżką w swojej zupie, choć żołądek skręcał mu się z obrzydliwości. Antypiraci, wzdychając ciężko, również zabrali się za swoje śniadania. Wydawało im się przy tym, że gorzej już być nie może. I mieli racje. Tak im się tylko wydawało.

CIĄG DALSZY NASTĄPI 

wasza
Helga von Klusken

p.s. Arrr, wy śliskie od czystości i brzoskwiniowego mydełka szczury lądowe. Jakem wasz kapitan powtarzam wam: jeno do prywatnego użytku macie te tutaj literki drukowane. A kto ośmieli się je publikować w postacie papierowej, audiobooka lub innej bez mej zgody zostanie rzucony rekinom na pożarcie. I to poza kolejnością! Arrr!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)