niedziela, 17 maja 2015

Dnia ostatniego

Zasadniczo nie lubię tematyki funeralnej a opowiadanie zamieszczone poniżej chyba się do niej kwalifikuje. Zostało napisane wiele, wiele lat temu, kiedy to jeszcze "był ze mnie mały wieeeeeprz". Wiele lat tułało się po szufladach, potem pendrajwach a teraz poleży sobie we wszechświecie blogosfery.
Jak zawsze publikację w formacie PDF można pobrać z zaprzyjaźnionego chomika pod tym adresem http://chomikuj.pl/woorkroom2007/vonklusken . 40 MB darmowego transferu, co dziesiąte pobranie wygrywa kupon na długie, szczęśliwe życie bez próchnicy i zapalenia dziąseł. Życzę miłej lektury.

Opowiadanie jest bezpośrednio dostępne także tutaj, w formie PDF. Dnia ostatniego




Dnia ostatniego


I stało się. Bóg umarł. Gigantyczne cielsko, cuchnące ścierwo rozpięte na niebie rzucało na ziemię cień. W nocy było jeszcze gorzej. Przeraźliwy smród gnijącego mięsa wdzierał się bezlitośnie w każdy zakamarek, przenikał szczelnie zamknięte okna i drzwi, wił się tłusto przy gruncie napełniając odrażającą wonią glebę, piaski, kamienie i wodę. A lato było upalne tego roku. Piękne. Zachwycające feerią barw, kształtów i dźwięków. Prześliczne. Na miejsce wiecznego spoczynku biskupi i książęta kościoła wybrali południowe rejony zielonej Irlandii. Zgromadzenie było burzliwe, w ruch poszły pięści i złośliwe języki. Wszędobylscy dziennikarze nie bez ironicznej satysfakcji donosili o ilości podbitych oczu i zakrwawionych nosów kościelnych dostojników. W świat nawet poszła fama o olbrzymiej wręcz kwocie zainkasowanej przez anonimowego fotografa za zdjęcie papieża z grubym plastrem mrożonej wołowiny na spuchniętej powiece. Decyzje podjęto, odbyto przepisową ilość postów i biczowań. Bal czas zacząć- przygotowania do pogrzebu ruszyły naprzód. Wśród właścicieli restauracji, dużych i małych firm gastronomicznych rozgorzała cicha batalia o prawo do przygotowania stypy. Do porządku dziennego kucharzy i szefów kuchni weszły wzajemne drobne uszczypliwości, niewinne niszczenie reputacji konkurencji, malutkie donosiki do urzędów skarbowych i ot, takie mimochodem wzmianki pełne „życzliwej krytyki” przeznaczone dla prasy, radia i telewizji. Nie tam, żeby ludzkość przejęła się straszliwie śmiercią Boga. Zwykli, szarzy zjadacze chleba dość mieli własnych problemów z dziećmi, pracą, partnerem, zepsutym samochodem i rozliczeniem podatkowym- ale zawsze to była jakaś odmiana. To miło, tak po prostu, w niedziele, wieczorkiem usiąść wraz z całą rodziną i gronem przyjaciół (pod warunkiem, że ktoś ich posiadał) przy piwku, papierosku, poskakać po kanałach telewizyjnych, posłuchać komenatorów CNN i PRO 7, a potem przedyskutować z ożywieniem wypowiedź tego czy innego dziennikarza. Taaak... To było naprawdę miłe. Coś innego. Coś nowego. Coś, co zbliża do siebie ludzi tak bardzo oddalonych w ciągu dnia.
Firmę, która zajęła się pogrzebem wybrano w drodze jawnego, bezstronnego konkursu. Wszystko odbyło się według jasnych, klarownych reguł. Ktoś tam coś wprawdzie komuś szepnął, ktoś mimochodem wyraził swoją opinie, ktoś tam wręczył małą kopertkę ale ostateczny fakt, że zwyciężyła korporacja należąca do bratanka wpływowego polityka nikomu szczególnie nie przeszkadzała. Zasady to zasady i według zasad zwyciężył najlepszy. Irlandzcy właściciele moteli i hoteli zacierali z radości ręce oczekując rzeszy prominentnych gości i zwykłych turystów.
-Nareszcie coś się zacznie.- mawiali. W ruch poszły nieczęsto używane kubły, szczotki i ścierki. Dokładnie przetarto wszystkie podłogi, kąty, zakamarki i szczeliny. Odkurzono każdy pokój i każdą kanciapę. Zmieciono każdą pajęczynę. Zamalowano każdy wilgotny zaciek i zaszyto każdą rozprutą poduszkę. Zamówiono nowe telefony i kupiono nowe książki do rejestrowania rezerwacji. Brzuchaci filistrzy leżąc wieczorami w łóżkach obok swych chudych, spracowanych żon snuli marzenia o fortunie i deszczu pieniędzy, które zostawią turyści. Chude, spracowane żony leżąc wieczorami w łóżkach obok swoich brzuchatych mężów jęczały cicho, żeby wszystko nareszcie się skończyło i można było chwilkę (lub dwie) tak po prostu przysiąść i odpocząć.
 -Och, żeby to już prędzej, żeby prędzej- błagali brzuchaci filistrzy oczekując wyznaczonego dnia pogrzebu i upragnionej fortuny.
 -Och, żeby to już prędzej, prędzej- błagały chude, spracowane żony i wymęczony personel oczekując wyznaczonego dnia pogrzebu i obiecanych potem urlopów. A dzień pogrzebu był prześliczny. Jak pierwszy dzień w raju. Słońce ledwo, ledwo  tylko muskało ziemię napełniając ją przyjemnym ciepłem. Otworzyły się kwiaty  roztaczając wokoło intensywną won. Ćwierkały ptaki. Mruczały leniwie koty. Szumiała spokojnie woda.
-Jaki początek, taki koniec- mawiali potem zgromadzeni dygnitarze. Pierwsza mowę pogrzebową wygłosił papież. Hojnie opłacani klakierzy  z całych sił wyciskali z oczu serdeczne łzy, dyskretnie zerkając na dostarczone wcześniej notatki, w których momentach zaryczeć jak woły, a w których  rozczerwienić od oklasków ręce. Tak więc wszystko poszło zgodnie z planem. Zawoalkowane żony dostojników z nosami utkwionymi w książeczkach do nabożeństwa bacznie obserwowały swoje sąsiadki komentując w myślach fryzury, makijaż i kreacje. Mężowie żon dostojników przysypiali z lekka, błyskawicznie otwierając jednak oczy i zmuszając fizjonomie do przybrania inteligentnego wyrazu twarzy za każdym błyskiem fotograficznego flesza. Nieliczne tłumy gapiów, przeważnie miejscowych wieśniaków, wykorzystała okazje do zdobycia autografów i urządzania pikników wznosząc toasty (nie na miejscu zresztą) „za zdrowie nieboszczyka!” wyprodukowanym naprędce przez sprytnego przedsiębiorce „winem boleści”. Drugą mowę pogrzebową, nie wiadomo czemu, wygłosił prezydent USA. Znany był bowiem fakt, że jest zatwardziałym agnostykiem. Przyjęto ją raczej chłodno, tylko klakierzy hojnie opłaceni i również przez amerykańskie ministerstwo spraw zagranicznych nie stracili fasonu, dyskretnie zerkając na dostarczone uprzednio przez dyplomacje USA notatki. Na resztę przemówień nikt już nie zwracał uwagi. Ot, jakiś premier jakiegoś państwa, ot znany pisarz, ot jakaś śliczna sierotka z miejscowego sierocińca- zawsze to ładnie wygląda gdy sepleni zasmarkane dzieciąteczko, ot jakiś nawiedzony prorok i ot jakiś tam archanioł z ognistym mieczem sprawiedliwości w dłoni. Wielki finał czas zacząć! Na widok publiczny wjechała olbrzymia trumna z jasnej sosny. Złośliwi szeptali później, że złożenie boskiego ciała w całości kosztowało by zbyt drogo, dlatego poćwiartowano je i ubito w sarkofagu- oszczędność miejsca i kosztów. Nie zostało to potem nigdy oficjalnie zdementowane lub potwierdzone, ale oszczędność i umiarkowanie jest cnotą chwalebną, nawet jeżeli chodzi o pogrzeb samego Boga. Pomnik był również skromny i prosty, z jasnego piaskowca z wyrytą inskrypcją „BÓG: data urodzenia nieznana, data śmierci 2XXX r.” Przybyli na pogrzeb artyści, szczególnie światowej i nieświatowej sławy rzeźbiarze jawnie kręcili nosami i otwarcie wyrażali krytykę „ja bym to lepiej zrobił”. Mówiono później, że artysta, któremu powierzono wykonanie nagrobka powiesił się z rozpaczy. Tego towaru światu jednak nigdy nie zabraknie, toteż z wyjątkiem żony i paru znajomych nikt go specjalnie nie żałował. Na oficjalną stypę nie zaproszono już mediów, toteż tylko plotki wiedziały ile zjedli i wypili dostojnicy cywilni i kościelni, kto się upił, kto porzygał, kto się z kim całował w ubikacji. Zmęczeni turyści wrócili na kwatery, widzowie zgromadzeni przed telewizorami wyłączyli odbiorniki. Jutro bowiem jest poniedziałek i znowu jak co rano trzeba wstać do pracy.



KONIEC



wasza
Helga von Klusken

p.s. Nie, żebym się czepiała ale dla przypomnienia: materiały zamieszczone na blogu są udostępniane wyłącznie do prywatnego użytku. Każda inna forma publikacji, w tym wydanie papierowe i w formie audiobooku będzie ścigana przez mojego prawnika (pod warunkiem, że jakiegoś znajdę) i armię krwiożerczych smoków (te akurat już mam).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)