wtorek, 12 maja 2015

Gdyby kotom się chciało

Obiecane opowiadanie o dzielnych kotach astronautach. Ci którzy wolą wersję PDF mogą ściągnąć ją z zaprzyjaźnionego chomika pod tym adresem http://chomikuj.pl/woorkroom2007/vonklusken. 40 MG darmowego transferu czeka na kocie mamy, kocich tatusiów i tych całkiem normalnych. Ci którzy wolą posiedzieć w nosem w necie znajdą jego treść poniżej. Życzę przyjemniej lektury, miłych wrażeń i braku kamieni nerkowych.
 
Plik dostępny jest również bezpośrednio tutaj. Gdyby kotom się chciało.
Edit. Koci astronauci przeszli ostatnio niewielki lifting. Z wielką przyjemnością prezentuję nową, odświeżoną wersję tej zabawnej kluseczki.




Gdyby kotom się chciało.

Głupia sprawa. Po wielu latach badań, doświadczeń, prób i błędów, (błędów było znacznie więcej niż prób) roztrwonienia milionowych grantów i przyznaniu trzech nagród Nobla, poważni, anemiczni naukowcy stwierdzili:
-Koty to najoptymalniejsze stworzenia do zdobycia i zasiedlenie Ganimedesa.
Ganimedesa rozumiecie, jednego z tych księżyców Jowisza. Po kie licho ktokolwiek miałby chcieć zasiedlać kawałek lodu bez atmosfery, bez roślinności, bez internetu- tego już nikt nie chciał wyjaśniać. Ale fakt pozostawał faktem: koty są do tego najlepsze.
Bo niby wiecie- cieplutkie futerka, więc zaoszczędzi się na ogrzewaniu, darmowa elektryczność z głaskanego pod włos sierściucha, wrodzona ciekawość, naturalny instynkt zabójcy, intuicyjna zdolność do wyczuwania niebezpieczeństwa, rozwinięta umiejętność komunikacji i tak dalej, i tak dalej.
I tak więc ogłosili to w „Scientific Journal”. Artykuł spotkał się z dużym uznaniem mętnego półświatka idiotów w kitlach i ich doktorantów.  Ba, nawet sam prezydent, w natłoku ważnych państwowych  spraw, znalazł minutę i przeczytał streszczenie artykułu dostarczone mu przez cycatą i dupatą, bardzo osobistą asystentkę.
Treść streszczenia: koty są najlepsze. Koniec streszczenia.
No to wiadomo, jak już sam prezydent brał się za czytanie naukowych wywodów, to głupio by było tak to zostawić. Nadto dramatyzmu dodawał sytuacji fakt, że w czasie badań nad kotami zupełnie przypadkiem odkryto zasadę działania antygrawitacji, trzy szczepionki na raka i nowy rodzaj damskich stringów. Więc jakże to można było, ot tak sobie, zignorować?           
Szuru buru, zwołano trzy konferencje, dwa sympozja, zjedzono tonę koreczków śledziowych z majonezem, wypito 300 litrów wódki, spłodzono 15 dzieci (w tym 2 pary bliźniąt) w hotelowych łóżkach zabukowanych na nazwiska laborantów i praktykantek, po czym szanowne plenum doszło do następującego wniosku: koty trzeba wysłać na Ganimedesa.                                                                   
A jak już to ogłosili to głupio byłoby tego nie wykonać, no nie? Szybko to w sumie zorganizowali. Trzy konkursy, sześć przetargów, dwa procesy sądowe i w jakieś 10-12 lat zorganizowano pierwszy nabór na kotów astronautów. Boże, co za dantejskie sceny rozgrywały się pierwszego dnia przed laboratorium naboru! Wyobraźcie sobie tylko leciwe damy, całe w przyżółkłych koronkach i śmierdzących naftaliną futrach ze skunksa, w otoczeniu hordy pchlarzy drących się głośniej niż premier na wiecu. Okładały się parasolkami, ciągnęły za resztki siwych włosów, bluzgały nawet i to lepiej niż dzisiejsza młodzież a wszystko to tylko po to, by  zakwalifikować któregoś ze swoich Pusiek, Mruczków i Ciumciaków na jeden z wolnych foteli rakiety kosmicznej. Szał ciał, kotłowanina, ręka, noga, mózg na ścianie.
-Czego się pani tu pcha! Kiełbasę za darmo pani wyczułaś?
- Proszę mnie nie przerywać jak panią ignoruje!
-Ratunku, ratunku, moja noga, moja noga!
-Czemu mnie pani w twarz chucha? Czosnek z kremem żeś jadła, czy co?
-Pani kot obrzygał mi kapelusz!
-Wielkie mecyje! To już kotkowi się odbić nie może?
-Pani, bo jak ja pani odbije...
Ściągnięto w końcu oddział gwardii narodowej, antyterrorystów i kilku młodych kleryków z klasztoru na Jasnej Górze, dopiero wtedy udało się uspokoić to tałatajstwo.
Po jakiś trzech miesiącach mierzenia, ważenia, sprawdzania odruchów warunkowych i ilorazu inteligencji wybrano pięć kotów.  Wspaniałych kotów. Cudownych kotów o miękkim, błyszczącym futrze, lśniących oczach i nienagannym uzębieniu. Prawdziwe gwiazdy, odpasione, odżarte, wypieszczone i wychuchane. Siedziały ze znudzonymi minami w swojej klatce na zwołanej naprędce konferencji prasowej i łaskawie pozwoliły się fotografować hordom napalonych reporterów.
Kierownikiem wyprawy została kotka Bońdziuk, turecki kot wędrowny o białej sierści i niebieskich oczach. Pierwszym oficerem wybrano Jurka, dachowca zaprawionego w bójkach i polowaniach na myszy. Bosmanem mianowano rudego Flegmę, do kierowania badaniami naukowymi oddelegowano smukłą, długonogą persiczkę Merylin a kosmicznym przynieś, podaj, pozamiataj został Benek Zdankiewicz- wioskowy przygłup, przed którym nawet szczury nie czuły żadnego respektu.
Rozpoczęto intensywny trening. Taki zwykły jak to na astronautę. Skoki ze spadochronem, obsługa technicznie zaawansowanych skafandrów i jeszcze bardziej zaawansowanej rakiety Kociokwik 1, ustalenie programu badań, budowania bazy na czas, pobieranie próbek gleby i skał, nawiązywanie kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi- no, bo jednak nigdy nic nie wiadomo oraz obsługa satelitów komunikacyjnych. Koty radziły sobie wspaniale, jedyny problem stanowiło korzystanie z kuwety w warunkach całkowitej nieważkości, ale i temu zaradzono. Po prostu za nadprogramowe 30 milionów złotych, które rząd głupio zainwestowałby w szkoły, szpitale i oświetlenie dróg- zbudowano dodatkową kapsułę z grawitacyjną kuwetą. Nareszcie zużyty żwirek nie latał bezładnie po całej rakiecie a śmierdząca qupakabra tkwiła tam, gdzie wyznaczono jej miejsce- głęboko zasypana piaskiem o zapachu kocimiętki. Wyobraźcie sobie tylko jakie to było ułatwienie dla sprzątaczek podczas sobotniego pucowania rakiety!
I  już wszystko było tak, jak miało być. Koty wyszkolone. Kociokwik 1 lśniący od czystości. Naukowcy zwarci, gotowi i żądni chwały.
Wreszcie – cytując wieszcza- nadejszła wielkopomna chwila.
Na przylądku Canaveral czekała już gotowa do startu rakieta. Zaproszeni goście zebrali się na podium dla publiczności, a byli to nie byle jacy goście. Prezydenci ze wszystkich państw świata (z wyjątkiem Rosji, oczywiście) premierzy, ministrowie, gwiazdy sportu, piosenkarze, a także ludzie znani z tego, że są znani i swoich profili instagramowych. Ba, nawet papież przybył w otoczeniu świty kardynałów i uprzejmie rozsyłał na wszystkie strony błogosławieństwa, a przy okazji i przez nieuwagę ochrzcił samego Dalaj Lamę i naczelnego rabina Izraela. Nagle cisza! Umilkły rozmowy, śmiechy i pokrzykiwania. Bo oto w oddali, powoli i dostojnie zbliżał się luksusowy cadillac z kotami astronautami w środku. Leniwie sunął środkiem szerokiej drogi. Zgromadzeni goście machali do bohaterów i rzucali pod koła przyniesione wiązanki kwiatów. Koty z doskonałą obojętnością przyjmowały te oznaki hołdów, od wieków są bowiem  nich przyzwyczajone. Tak jak kiedyś starożytni Egipcjanie rzucali lilie pod koła rydwanu ulubieńca faraona, tak teraz rozszalały tłum oddawał hołd futrzastym astronautom.
Nareszcie dojechali. Szofer zatrzymał pojazd tuż przed samą rakietą. Małe sierotki z wiankami habazi na blond główkach otworzyły drzwi limuzyny, a koty wyszły na zewnątrz, mrużąc błyszczące ślipia. Któryś z bardzo ważnych dyrektorów NASA wskazał im drogę na podium, by po raz ostatni mogły spojrzeć na starą, dobrą planetę Ziemię, po raz ostatni rzucić okiem na właścicieli, i po raz ostatni odebrać gratulacje i życzenia szczęścia od najważniejszych ludzi na tym małym skrawku błękitu w kosmosie. Z przykrością muszę stwierdzić, że Benek Zdankiewicz podniósł do góry nogę i zaczął starannie wylizywać sobie futerko pod ogonem, dokładnie w tej samej chwili, kiedy to prezydent Stanów Zjednoczonych zbliżył się, by uścisnąć jego łapę. Trochę się zrobiło z tego zamieszania, bo jednak, jakby nie patrząc,  była to obraza głowy państwowej. Jakże tak, tu prezydent, fotoreporterzy, medale i dyplomy honorowe, a tu uwielbiany przez wszystkich bohater wylizuje sobie ahm... dupę. Prezydent poczerwieniał na twarzy i już chciał odpalać bombę atomową, ale w ostatniej chwili doradcy wyperswadowali mu ten pomysł.
 Z wielkim trudem udało się zażegnać kolejny konflikt światowy, a i dobrze, bo czas był to najwyższy. Z głośników popłynęła muzyka hymnu narodowego, koty pozwoliły łaskawie naciągnąć na swoje grzbiety kombinezony, po czym leniwie wkroczyły do rakiety. Tłum zaklaskał. Wiwaty, okrzyki, powiewania białych chusteczek. Obsługa techniczna rakiety starannie zamknęła za astronautami drzwi. Bum! Huknęły metalowe śluzy.
W głośnikach rozległo się powolne odliczanie.
-Adin...
Zebrani goście wstrzymali oddech. Wszystkie oczy wpatrywały się w błyszczącą rakietę.
Kociokwik 1 oblały promienie wschodzącego słońca. Warknęły werble. Załopotały sztandary. Prezydent Stanów Zjednoczonych otworzył ze zdumienia usta, papież zastygł w nerwowym oczekiwaniu, kanclerz Niemiec wybałuszyła oczy i niespokojnie gryzła paznokcie.
- Dwa...
Napięcie sięgało zenitu. Nawet znani celebryci na krótką chwilę przestali robić sobie zdjęcia swoimi Ifonami. Powietrze wrzało, gęste od gorączkowej atmosfery. Co słabsi duchem odwracali głowy i ukrywali twarze w dłoniach. Jeszcze chwila. Jeszcze troszkę. Już tylko sekunda dzieli ludzkość i kotość od ich największego, wspólnego osiągnięcia.
- Tri!!!
Ach! Och! Uch! Eee?
I nic. Kompletnie nic. Rakieta nie wystartowała. Nawet nie zadrżała. Najmniejsza chmurka spalin nie wydostawała się z jej czterech, potężnych silników. Nic, całkowite nic, null, zero, nada.
Powoli, z wielką ostrożnością otworzono drzwi od rakiety. Najstarszy doświadczeniem członek obsługi technicznej zajrzał do środka.  Czyżby feler konstrukcyjny? A może zasłabli nasi dzielni bohaterowie? Spisek? Albo moskiewska prowokacja?
A gdzieżby tam! Kotom nic się nie stało. Dowódca wyprawy Bońdziuk siedziała w oknie i ospale przyglądała się przepływającym chmurkom. Jurek zawzięcie grzebał w misce z suchym pokarmem i rozsypywał dookoła wszystkie chrupki. Flegma zawodziła smutną, lecz piękną kocią pieśń, Merylin spała a Benek Zdankiewicz huśtał się na firankach. Pulpit sterowniczy błyskał kolorowymi światłami, komputer pokładowy z rozpaczą w elektronicznym głosie prosił o potwierdzenie startu. Tylko koty skutecznie ignorowaly fakt, że powinny siedzieć w swoich antygrawitacyjnych fotelach, czujne, zwarte i gotowe- by poprowadzić Kociokwik 1 w przestworza kosmosu. Miały przecież ważniejsze zajęcia.
Tak oto skończyła się pierwsza i ostatnia próba osiedlenia Ganimedesa.
Jeszcze tego samego wieczoru wydano olbrzymi bankiet. Naukowcy z dumą przyjmowali z rąk prezydentów ordery i nagrody. Wszyscy ściskali sobie ręce i klepali z uznaniem po plecach- bo tak naprawdę jedno było jasne. Gdyby kotom się chciało to cała misja na pewno skończyłaby się spektakularnym sukcesem. Gdyby tylko im się chciało.
                                                                                                             

KONIEC

wasza
Helga von Klusken


Ps. i  gwoli przypomnienia. Materiały zamieszczone na tym blogu są udostępniane bezpłatnie do wyłącznie prywatnego użytku.  Oznacza to, że nasiadówka z przyjaciółkami w trakcie której będziecie czytać sobie bloga i robić przy tym głupie zdjęcia na Facebooka jest jak najbardziej akceptowalną formą spędzania wolnego czasu. Wydawanie tych materiałów w formie papierowej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej już nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)