Plik dostępny jest również bezpośrednio tutaj. Gdyby kotom się chciało.
Edit. Koci astronauci przeszli ostatnio niewielki lifting. Z wielką przyjemnością prezentuję nową, odświeżoną wersję tej zabawnej kluseczki.
Gdyby kotom się chciało.
Głupia sprawa. Po wielu latach badań,
doświadczeń, prób i błędów, (błędów było znacznie więcej niż prób)
roztrwonienia milionowych grantów i przyznaniu trzech nagród Nobla, poważni,
anemiczni naukowcy stwierdzili:
-Koty to najoptymalniejsze stworzenia do zdobycia i
zasiedlenie Ganimedesa.
Ganimedesa rozumiecie, jednego z tych księżyców Jowisza.
Po kie licho ktokolwiek miałby chcieć zasiedlać kawałek lodu bez atmosfery, bez
roślinności, bez internetu- tego już nikt nie chciał wyjaśniać. Ale fakt
pozostawał faktem: koty są do tego najlepsze.
Bo niby wiecie- cieplutkie futerka, więc zaoszczędzi się
na ogrzewaniu, darmowa elektryczność z głaskanego pod włos sierściucha,
wrodzona ciekawość, naturalny instynkt zabójcy, intuicyjna zdolność do
wyczuwania niebezpieczeństwa, rozwinięta umiejętność komunikacji i tak dalej, i
tak dalej.
I tak więc ogłosili to w „Scientific
Journal”. Artykuł spotkał się z dużym uznaniem mętnego półświatka idiotów w
kitlach i ich doktorantów. Ba, nawet sam
prezydent, w natłoku ważnych państwowych
spraw, znalazł minutę i przeczytał streszczenie artykułu dostarczone mu
przez cycatą i dupatą, bardzo osobistą asystentkę.
Treść streszczenia: koty są najlepsze. Koniec
streszczenia.
No to wiadomo, jak już sam prezydent brał się za czytanie
naukowych wywodów, to głupio by było tak to zostawić. Nadto dramatyzmu dodawał
sytuacji fakt, że w czasie badań nad kotami zupełnie przypadkiem odkryto zasadę
działania antygrawitacji, trzy szczepionki na raka i nowy rodzaj damskich
stringów. Więc jakże to można było, ot tak sobie, zignorować?
Szuru buru, zwołano trzy konferencje,
dwa sympozja, zjedzono tonę koreczków śledziowych z majonezem, wypito 300 litrów
wódki, spłodzono 15 dzieci (w tym 2 pary bliźniąt) w hotelowych łóżkach
zabukowanych na nazwiska laborantów i praktykantek, po czym szanowne plenum
doszło do następującego wniosku: koty trzeba wysłać na Ganimedesa.
A jak już to ogłosili to głupio byłoby tego
nie wykonać, no nie? Szybko to w sumie zorganizowali. Trzy konkursy, sześć
przetargów, dwa procesy sądowe i w jakieś 10-12 lat zorganizowano pierwszy
nabór na kotów astronautów. Boże, co za dantejskie sceny rozgrywały się
pierwszego dnia przed laboratorium naboru! Wyobraźcie sobie tylko leciwe damy,
całe w przyżółkłych koronkach i śmierdzących naftaliną futrach ze skunksa, w
otoczeniu hordy pchlarzy drących się głośniej niż premier na wiecu. Okładały
się parasolkami, ciągnęły za resztki siwych włosów, bluzgały nawet i to lepiej
niż dzisiejsza młodzież a wszystko to tylko po to, by zakwalifikować któregoś ze swoich Pusiek,
Mruczków i Ciumciaków na jeden z wolnych foteli rakiety kosmicznej. Szał ciał,
kotłowanina, ręka, noga, mózg na ścianie.
-Czego się pani tu pcha! Kiełbasę za darmo pani wyczułaś?
- Proszę mnie nie przerywać jak panią ignoruje!
-Ratunku, ratunku, moja noga, moja noga!
-Czemu mnie pani w twarz chucha? Czosnek z kremem żeś jadła,
czy co?
-Pani kot obrzygał mi kapelusz!
-Wielkie mecyje! To już kotkowi się odbić nie może?
-Pani, bo jak ja pani odbije...
Ściągnięto w końcu oddział gwardii narodowej,
antyterrorystów i kilku młodych kleryków z klasztoru na Jasnej Górze, dopiero
wtedy udało się uspokoić to tałatajstwo.
Po jakiś trzech miesiącach mierzenia,
ważenia, sprawdzania odruchów warunkowych i ilorazu inteligencji wybrano pięć
kotów. Wspaniałych kotów. Cudownych
kotów o miękkim, błyszczącym futrze, lśniących oczach i nienagannym uzębieniu.
Prawdziwe gwiazdy, odpasione, odżarte, wypieszczone i wychuchane. Siedziały ze
znudzonymi minami w swojej klatce na zwołanej naprędce konferencji prasowej i
łaskawie pozwoliły się fotografować hordom napalonych reporterów.
Kierownikiem wyprawy została kotka Bońdziuk, turecki kot
wędrowny o białej sierści i niebieskich oczach. Pierwszym oficerem wybrano
Jurka, dachowca zaprawionego w bójkach i polowaniach na myszy. Bosmanem
mianowano rudego Flegmę, do kierowania badaniami naukowymi oddelegowano smukłą,
długonogą persiczkę Merylin a kosmicznym przynieś, podaj, pozamiataj został
Benek Zdankiewicz- wioskowy przygłup, przed którym nawet szczury nie czuły
żadnego respektu.
Rozpoczęto intensywny trening. Taki zwykły jak to na
astronautę. Skoki ze spadochronem, obsługa technicznie zaawansowanych
skafandrów i jeszcze bardziej zaawansowanej rakiety Kociokwik 1, ustalenie
programu badań, budowania bazy na czas, pobieranie próbek gleby i skał,
nawiązywanie kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi- no, bo jednak nigdy nic
nie wiadomo oraz obsługa satelitów komunikacyjnych. Koty radziły sobie
wspaniale, jedyny problem stanowiło korzystanie z kuwety w warunkach całkowitej
nieważkości, ale i temu zaradzono. Po prostu za nadprogramowe 30 milionów
złotych, które rząd głupio zainwestowałby w szkoły, szpitale i oświetlenie
dróg- zbudowano dodatkową kapsułę z grawitacyjną kuwetą. Nareszcie zużyty
żwirek nie latał bezładnie po całej rakiecie a śmierdząca qupakabra tkwiła tam,
gdzie wyznaczono jej miejsce- głęboko zasypana piaskiem o zapachu kocimiętki.
Wyobraźcie sobie tylko jakie to było ułatwienie dla sprzątaczek podczas
sobotniego pucowania rakiety!
I już wszystko
było tak, jak miało być. Koty wyszkolone. Kociokwik 1 lśniący od czystości.
Naukowcy zwarci, gotowi i żądni chwały.
Wreszcie – cytując wieszcza- nadejszła wielkopomna
chwila.
Na przylądku Canaveral czekała już gotowa do startu
rakieta. Zaproszeni goście zebrali się na podium dla publiczności, a byli to
nie byle jacy goście. Prezydenci ze wszystkich państw świata (z wyjątkiem Rosji,
oczywiście) premierzy, ministrowie, gwiazdy sportu, piosenkarze, a także ludzie
znani z tego, że są znani i swoich profili instagramowych. Ba, nawet papież
przybył w otoczeniu świty kardynałów i uprzejmie rozsyłał na wszystkie strony
błogosławieństwa, a przy okazji i przez nieuwagę ochrzcił samego Dalaj Lamę i
naczelnego rabina Izraela. Nagle cisza! Umilkły rozmowy, śmiechy i
pokrzykiwania. Bo oto w oddali, powoli i dostojnie zbliżał się luksusowy cadillac
z kotami astronautami w środku. Leniwie sunął środkiem szerokiej drogi. Zgromadzeni
goście machali do bohaterów i rzucali pod koła przyniesione wiązanki kwiatów.
Koty z doskonałą obojętnością przyjmowały te oznaki hołdów, od wieków są bowiem nich przyzwyczajone. Tak jak kiedyś starożytni
Egipcjanie rzucali lilie pod koła rydwanu ulubieńca faraona, tak teraz
rozszalały tłum oddawał hołd futrzastym astronautom.
Nareszcie dojechali. Szofer zatrzymał
pojazd tuż przed samą rakietą. Małe sierotki z wiankami habazi na blond główkach
otworzyły drzwi limuzyny, a koty wyszły na zewnątrz, mrużąc błyszczące ślipia.
Któryś z bardzo ważnych dyrektorów NASA wskazał im drogę na podium, by po raz
ostatni mogły spojrzeć na starą, dobrą planetę Ziemię, po raz ostatni rzucić
okiem na właścicieli, i po raz ostatni odebrać gratulacje i życzenia szczęścia
od najważniejszych ludzi na tym małym skrawku błękitu w kosmosie. Z przykrością
muszę stwierdzić, że Benek Zdankiewicz podniósł do góry nogę i zaczął starannie
wylizywać sobie futerko pod ogonem, dokładnie w tej samej chwili, kiedy to
prezydent Stanów Zjednoczonych zbliżył się, by uścisnąć jego łapę. Trochę się
zrobiło z tego zamieszania, bo jednak, jakby nie patrząc, była to obraza głowy państwowej. Jakże tak, tu
prezydent, fotoreporterzy, medale i dyplomy honorowe, a tu uwielbiany przez
wszystkich bohater wylizuje sobie ahm... dupę. Prezydent poczerwieniał na
twarzy i już chciał odpalać bombę atomową, ale w ostatniej chwili doradcy
wyperswadowali mu ten pomysł.
Z wielkim trudem
udało się zażegnać kolejny konflikt światowy, a i dobrze, bo czas był to
najwyższy. Z głośników popłynęła muzyka hymnu narodowego, koty pozwoliły
łaskawie naciągnąć na swoje grzbiety kombinezony, po czym leniwie wkroczyły do
rakiety. Tłum zaklaskał. Wiwaty, okrzyki, powiewania białych chusteczek.
Obsługa techniczna rakiety starannie zamknęła za astronautami drzwi. Bum! Huknęły
metalowe śluzy.
W głośnikach rozległo się powolne odliczanie.
-Adin...
Zebrani goście wstrzymali oddech. Wszystkie oczy
wpatrywały się w błyszczącą rakietę.
Kociokwik 1 oblały promienie wschodzącego słońca. Warknęły
werble. Załopotały sztandary. Prezydent Stanów Zjednoczonych otworzył ze
zdumienia usta, papież zastygł w nerwowym oczekiwaniu, kanclerz Niemiec
wybałuszyła oczy i niespokojnie gryzła paznokcie.
- Dwa...
Napięcie sięgało zenitu. Nawet znani celebryci na krótką
chwilę przestali robić sobie zdjęcia swoimi Ifonami. Powietrze wrzało, gęste od
gorączkowej atmosfery. Co słabsi duchem odwracali głowy i ukrywali twarze w
dłoniach. Jeszcze chwila. Jeszcze troszkę. Już tylko sekunda dzieli ludzkość i
kotość od ich największego, wspólnego osiągnięcia.
- Tri!!!
Ach! Och! Uch! Eee?
I nic. Kompletnie nic. Rakieta nie
wystartowała. Nawet nie zadrżała. Najmniejsza chmurka spalin nie wydostawała się
z jej czterech, potężnych silników. Nic, całkowite nic, null, zero, nada.
Powoli, z wielką ostrożnością otworzono drzwi od rakiety.
Najstarszy doświadczeniem członek obsługi technicznej zajrzał do środka. Czyżby feler konstrukcyjny? A może zasłabli
nasi dzielni bohaterowie? Spisek? Albo moskiewska prowokacja?
A gdzieżby tam! Kotom nic się nie stało. Dowódca wyprawy
Bońdziuk siedziała w oknie i ospale przyglądała się przepływającym chmurkom.
Jurek zawzięcie grzebał w misce z suchym pokarmem i rozsypywał dookoła
wszystkie chrupki. Flegma zawodziła smutną, lecz piękną kocią pieśń, Merylin
spała a Benek Zdankiewicz huśtał się na firankach. Pulpit sterowniczy błyskał
kolorowymi światłami, komputer pokładowy z rozpaczą w elektronicznym głosie
prosił o potwierdzenie startu. Tylko koty skutecznie ignorowaly fakt, że
powinny siedzieć w swoich antygrawitacyjnych fotelach, czujne, zwarte i gotowe-
by poprowadzić Kociokwik 1 w przestworza kosmosu. Miały przecież ważniejsze
zajęcia.
Tak oto skończyła się pierwsza i ostatnia próba
osiedlenia Ganimedesa.
Jeszcze tego samego wieczoru wydano olbrzymi bankiet.
Naukowcy z dumą przyjmowali z rąk prezydentów ordery i nagrody. Wszyscy ściskali
sobie ręce i klepali z uznaniem po plecach- bo tak naprawdę jedno było jasne.
Gdyby kotom się chciało to cała misja na pewno skończyłaby się spektakularnym
sukcesem. Gdyby tylko im się chciało.
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
Ps. i gwoli przypomnienia. Materiały zamieszczone na tym blogu są udostępniane bezpłatnie do wyłącznie prywatnego użytku. Oznacza to, że nasiadówka z przyjaciółkami w trakcie której będziecie czytać sobie bloga i robić przy tym głupie zdjęcia na Facebooka jest jak najbardziej akceptowalną formą spędzania wolnego czasu. Wydawanie tych materiałów w formie papierowej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej już nie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)