wtorek, 16 sierpnia 2016

Ciało pilnie poszukiwane cz.1

Niby jestem ale jednak wciąż mnie nie ma. Do domu wpadłam jak po ogień, na chwilę, na minutkę, na momencik. Ot, kiełki podkręcę u ortodonty, zrobię kilka prań i znowu spadam na wieś, by korzystać z ostatnich uroków deszczowego lata. Przed wami pokłosie trzytygodniowego remontu kuchni. Keep calm i nie zapominajcie alfabetu, dzieciaki.

Wersja PDF z chomika tutaj
Wersja PDF do poczytania online i ściągnięcia tutaj: Ciało pilnie poszukiwane

 Ciało pilnie poszukiwane
Część pierwsza



Magazyn  417 wypełniał nieznośny zapach formaliny i lekki, zastarzały odór zwietrzałej, ludzkiej krwi. Na drzwiach wisiała krzywo przymocowana tabliczka z napisem:  

SAL-STRZY
od Salecki Adam do Strzygomska Zygfryda
opiekun magazynu XP-12
Liczba sztuk 613

Samo pomieszczenie było bardzo zwykłe, śmiem nawet napisać nijakie, podobne do tysięcy innych w Centralnym Instytucie Przechowywania, imienia szatniarza Gugały. Podłoga wyłożona szarym linoleum, ściany ochlapane farbą w miłym dla oka kolorze rzadkiej sraczki po buraczkach na kwaśno, pod sufitem mocna i jaskrawo żarząca się  wiecznotrwała świetlówka. Wokół trzech ścian symetrycznie ustawiono metalowe regały, nieco już zniszczone, z których tu i ówdzie odłaziła fabryczna zielona farba. Każdy regał posiadał cztery nóżki, odpowiednio wysokie, tak aby nie dobrały się do nich szczury i sześć półek, również metalowych, które dla ochrony przed kurzem pieczołowicie wyklejo ceratą w kwiatki.
Na każdej półce, rzędem jeden obok drugiego, niby żołnierze na paradzie stały szczelnie zakręcone słoiki, każdy oznaczony wyraźną etykietką, aż pod wieczko wypełnione brunatnawą, lekko mętną cieczą odżywczą. A w każdym słoiku pływał mózg.
Ludzki mózg ma się rozumieć.
Panowała cisza, dokładnie taka sama jak panuje w audytorium pełnym ludzi, którzy widzą się po raz pierwszy w życiu. Nieco nerwowa, nieco napięta, przepełniona lekkim erotyzmem i zapachem kiełbasy czosnkowej. Zawsze, czy to w kinie, czy na wykładzie znajdzie się osobnik, który jest święcie przekonany, że kanapka z czosnkową wyborową jest idealną przekąską przed spotkaniem dużej ilości osób w relatywnie niewielkim pomieszczeniu.
Nagle drzwi magazynu pchnięto gwałtownie od zewnątrz i do środka wślizgnął się mały, niepozorny robot na płozach. Na kadłubie odsłoniętego silnika miał przymocowana blaszkę identyfikacyjną: „XP-12, służba magazynowa”. Robot trzymał w swoich teleskopowych chwytakach słoik ze szczególnym okazem dorodnego mózgu w środku. Mózg był większy od pozostałych, zdecydowanie bardziej pofałdowany, bardziej żółty, bardziej mięciutki i gąbczasty. Ponadprzeciętna inteligencja wprost promieniowała od tego wspaniałego organu. Robot nieco chybotliwie podjechał do metalowej półki, aż zachlupotała płynna odżywka. Chwilę się wahał, coś obliczał w swoim mikroprocesorowym łebku i przysięgam!, że gdyby miał brwi, to zmarszczyłby je z nadmiaru intelektualnego wysiłku. Nagle, z boku metalowej dyńki coś zapiszczało, z drucianej czupryny buchnął niewielki dym, a robot otworzył stalową gębę i wychrypiał.  
-A... be... ce...de... e... ef...- pauzy między poszczególnymi literami były coraz dłuższe i dłuższe, aż w końcu, przy „ef” zaciął się zupełnie. Myślał, myślał ale niewiele z tego myślenia wynikało.
-Gie, ha, i, jot, ka, el, em, en ty elektroniczny matole!- wrzasnął nagle, wyraźnie zniecierpliwiony, słoik.- O, pe, er, es, te, u, wu, zet, ziet, żet.  Disce peur!1 Powtórz!
- Disco w Peru. Ziet, zet, żet.- wymamrotał posłusznie robot. Nagle rozpromienił się. Chwycił prawym chwytakiem wrzeszczący słoik a lewym delikatnie rozsunął dwa inne, stojące przed nim na półce, na wysokości jego żyroskopu.
-Gdzie tutaj, ty patafianie?- zdenerwował się znowu słoik.- proszę mnie ustawić jak należy, w alfabetycznej kolejności inaczej zrobi nam sie tutaj okropny bałagan. Gdyby kiedyś ktoś mnie szukał, to jak znajdzie bez właściwego porządku? Jestem profesor Ryszard Siupała i mam prawnie zagwarantowane miejsce w magazynie czterysta siedemnaście, na drugiej półce piątego regału- licząc od wejścia- między Siupka Lola, fryzjerka a Siupićko Waldemar, mistrz olimpijski w biegu na trzynaście kilometrów.
-Siupka Lola.- zgodził się potulnie robot i ostrożnie ustawił słoik na wskazanym miejscu. Odjechał kilka centymetrów i krytycznym wzrokiem sprawdził czy mózgi stoją w jednym rzędzie, po czym delikatnie przesunął profesora trzy milimetry w przód.
-Uważaj bęcwale, uważaj!- krzyknął profesor.- Jak ten chwytak trzymasz? Nie dosuwaj mnie do brzegu, ja mam lęk wysokości! To jest przecież wyraźnie odnotowane w aktach: nie ustawiać za blisko krawędzi. Ach, och, ach! Jeszcze mnie strącisz i rozbijesz gamoniu! Zabieraj te przerdzewiałe łapska!
Robot z uszanowaniem przesunął profesora trzy milimetry w tył, a następnie, już z własnej woli, wytarł irchową ściereczką mikroprocesory przylutowane do nakrętki słoika. Mikroprocesory połączone były cienkim, platynowym drucikiem z odpowiednimi obszarami zwojów mózgowych i zastępowały organa słuchu, wzroku i mowy. To właśnie dzięki nim wielce inteligentny profesor Siupała wywrzeszczał sobie należne mu miejsce na półce.
-Na lewym oku mam ciągle jakiś paproch.- burknął naukowiec. XP-12 wytarł lewy procesor jeszcze raz.- Dobra, nie chuchaj mi więcej do oka, teraz może być. Fuu, śmierdzi z paszczy starym olejem silnikowym.
Profesor Siupała, jak każdy genialny naukowiec, był uroczym mężczyzną, uprzejmym, dobrze wychowanym, dowcipnym i, zdaniem studentek czwartego roku, zabójczo przystojnym ze wspaniałymi bokobrodami, błyszczącą łysinką i nieodłączną muchą w wielkie, różowe grochy. Tylko w stosunkach z robotami zachowywał się jak ostatni skurczybyk. Ciągle na nie wrzeszczał, popychał i pluł im do oliwiarek, kiedy nie patrzyły. Stare, chińskie przysłowie mówi, że prawdziwą naturę człowieka można poznać po tym, jak traktuje on swoich podwładnych. No, coś może w tym jest.
-Teraz spływaj przerdzewiała blaszanko. Foras! 2
Robot wycofał się pokornie, cichutko zamkając za sobą drzwi.
Profesor, gdyby mógł, wyprostowałby się dumnie. Centralny Instytut Przechowywania stanowił bowiem dzieło jego życia. Ponieważ nie mógł się prostować, gdyż był tylko mózgiem zanurzonym w odżywczej zawiesinie, wydał dźwięk przypominający odrząkiwanie i wspaniałym, głębokim barytonem powiedział:
-Wygląda na to, że już jesteśmy w komplecie, moi mili państwo. Finis coronat opus.3
-Taaa?- Ze słoika obok odezwał się mocno wątpiącym głosem Waldemar Siupićko.- Jak mnie preparowali to jeszcze jakieś dwa miliardy ludzi czekało na swoją kolejkę. Już myślałem, że te polityki i inne wierchuszki zrobili nam kawał. Nas wypreparowano, a sami zatrzymali swoje ciała i zajęli najładniejsze domki letniskowe nad jeziorkiem, u nas w Kurówce. Ja to nawet z kancelarii premiera dostałem list z zapytaniem, czy bym premierowi nie sprzedał swojego, co to go dostałem za Gierka, w nagrodę za olimpiadę. Najpiękniejszy domek ze wszystkich, całe czterdzieści metrów kwadratowych i kuchnia w aneksie. Coś pan, panie ładny, taki pewny swego?
Profesor Siupała zignorował zaczepny ton w głosie Siupićki i gdyby mógł, nadąłby się z pychy.
-Ponieważ to ja, profesor preparatyki nadzywczajny Ryszard Maria Siupała, razem z moimi asystentami, opracowaliśmy zarówno teoretyczne jak i praktyczne zasady preparatyki zwanej też w mowie potocznej ”wyciąganiem mózgownicy ze łba”. Ponadto to my, z sukcesem, powtarzam: z sukcesem przeprowadzaliśmy ogólnoświatową akcję oddzielana ludzkich mózgów od ciał. Na samym końcu osobiście wypreparowałem mózgi swoich asystentów i jako ostatni posiadacz ciała- tu skrzywiłby się z obrzydzeniem na dźwięk słowa „ciało”gdyby tylko mógł, - zaprogramowałem robota we własnym laboratorium by wyjął mój mózg i umieścił go w szkle. Szczerze mówiąc miałem wątpliwości czy to stare robocisko poradzi sobie z tak skomplikowanym zadaniem. Skoro jednak stoję tu przed państwem cały i żywy, w tym pięknym słoiku po kiszonych ogórkach, znaczy to, że operacja przebiegła pomyślnie. Mamy komplet, wypreparowano wszystkich.
Zapadła pełna podziwu cisza. Słowa profesora wzbudziły ogólny zachwyt. Ten wspaniały, szlachetny człowiek, stoi razem z nimi w jednym rzędzie, ramię w ram... eee... słoik w słoik i nic a nic się nie wywyższa, mimo że właśnie dokonał największego eksperymentu w historii planety. Czapki z głów drodzy państwo, oto co się dzieje, kiedy skromność spotyka geniusz.
Zadowolony profesor kontynuował.
-A więc...hm... panie i panowie. O, pardon! Powinienem powiedzieć raczej: moje drogie dzielne mózgi i urocze mózgowniczki. Oficjalnie ogłaszam koniec dominacji szpetnego ciała. Od teraz do na zawsze ludzkość istnieć będzie wyłącznie pod postacią czystego, doskonałego rozumu. Na cześć tego doniosłego wydarzenia chciałbym byśmy razem wznieśli gromkie hip hip...
-Hura!- krzyknęły zgodnie mózgi.
-Hip, hip...
-Hura!!
-Hip, hip...
-Hura, hura, hura!!!
-I na cześć najtęższego mózgu, który wymyślił preparację też hura!- wykrzyknął ktoś z dolnej półki.
Profesor, gdyby mógł, zarumieniłby się ze wzruszenia, gdyż, jak już wspominałam, był niezwykle skromnym człowie... eee... preparatem. Pozostałe mózgi zaczęły jednak szeptać między sobą.
-Kto to powiedział? Kto to powiedział?
-To chyba Wiesiek.
-O, wypraszam sobie. To nie ja, to Heniek, ten z dołu.
-Patrz pan, ja z nim przecież w fabryce śrubek na jednej zmianie pracowałem. Co za wazeliniarz. Lizus zawsze zostanie lizusem, kierownikowi też ciągle w dupę właził.
-Silentium4!- ryknął potężnie profesor Siupała.- Nie po to zorganizowaliśmy preparatyzację, żeby teraz wysłuchiwać podłych plotek. Mamy całą wieczność na przeprowadzanie wysmakowanych, uczonych dysput i interlokucji. Takie drobne świństewka powinny na zawsze odejść w niepamięć razem z naszymi wstrętnymi ciałami. Z racji tego i owego chciałbym jako pierwszy zaproponować temat do pierwszej z naszych niezliczonych dyskusji panelowych, a mianowicie: wpływ słoni na ogólną gospodarkę Republiki Federalnej Niemiec w szczytowym okresie zimnej wojny... Hola, hola! Kto tam znowu płacze?
Pytanie było zasadne, gdyż z trzeciej półki drugiego regału przy środkowej ścianie istotnie dobiegało rozpaczliwe szlochanie.
-Buuu! Do końca wszechświata obok tej zołzy. Dobry Boże, za jakie grzechy?
-Zołzy? Teraz to zołzy, tak?- powiedział skrzeczący, wiedźmowaty głos ze słoika obok.- Jak się pobieraliśmy dwadzieścia lat temu, to mówiłeś, że mógłbyś mnie z miłości całą schrupać.
-I szkoda, że cię wtedy nie zeżarłem! Dzisiaj bym już wychodził z więzienia.
-Silentium, silentium, pax, pax5!- oponował profesor.- Co to znowu za niesnaski?
-Jakiem się zgadzał na tę całą preparację to zastrzegłem se, żeby tylko nie stać na półce obok tej megiery, mojej żony.- odpowiedziano mu przez łzy.- No i patrz pan, chyba specjalnie, na złość postawiono mnie dokładnie obok.
-Też nie chciałam stać obok tego pacana, wolałabym towarzystwo Brada Pitta.- wrzasnęła żona.- Tam to przynajmniej byłoby na czym oko zawiesić.
-Droga pani, zaręczam pani, że w przeciwieństwie do jego atrakcyjnej mięsnej powłoki, mózg Brada Pitta nie prezentuje się okazale. Ba, powiem w sekrecie, że jest nieco skurczony i zszarzały, takie byle co, popelina w formalinie. Nie każdy ma takie szczęście jak na przykład ja, żeby wyglądać wspaniale zarówno z ciałem i bez ciała.
Profesor Siupała z chęcią zaprezentowałby wszystkim obecnym wspaniałe bokobrody i wypucowaną do blasku łysinkę, jednak z braku tych tylko zakołysał się w słoiku i zaprezentował cudownie pofalowane zwoje mózgowe.
-A Pamela Anderson?- dopytywał się mąż.- Jaki ma mózg? Ładny?
-Prosiak. Tylko ci jedno w głowie.- warknęła żona.
-Zimna ryba.
Mózgi znowu zaczęły szeptać między sobą i ciekawie przysłuchiwać się kłótni. Profesor, gbyby mógł, zbladłby z niepokoju. To przecież niedorzeczność zaczynać wspólną wieczną egzystencję od ordynarnego, małżeńskiego mordoplucia zamiast od uczonej dyskusji o słoniach i Niemcach. O tempora, o mores! 6 Ciekawe czy w innych magazynach też zaczęli drzeć na siebie od początku ryje. Nagle pożałował, że nie przyjął panieńskiego nazwiska żony Rymnicki. Stałby teraz w jednym magazynie razem ze światowej sławy kompozytorem Rymkiewiczem Edwardem i przyjaźnie gawędzili o molach i etiudach. Zainterweniował jeszcze energiczniej.
-Drogi panie, droga pani, mimo wszystko prosiłbym o spokój. Sami nie jesteście. Co inne magazyny powiedzą? W takiej czterysta osiemnastce, drzwi obok, na trzeciej półce czwartego regału stoi sam laurerat nagrody Nobla. Co on sobie o was pomyśli? Nie wstyd wam? Preparacja to tak wspaniały wynalazek, że wszyscy powinniśmy przymknąć oczy (gdybyśmy tylko mogli) na takie drobne niedogodności kto obok kogo stoi. Już w fazie planowania przyjęliśmy porządek alfabetyczny i tak musi zostać. A stoi obok B, Ce obok De, a Żet pałęta się w ogonku.  Ja sam na przykład stoję obok pana Siupićko, naszego niedoścignionego mistrza olimpijskiego w biegu na trzynaście kilometrów, a skądinąd wiem od jednego z moich studentów, że strasznie cuchną mu nogi. A czy się skarżę? Skądże. Homo sum.7
-Mnie śmierdzą nogi?- zawył Siupićko, urażony w miłości własnej.- Kto powiedział, że śmierdzą?
-No, teraz to już panu nie śmierdzą, bo ich pan nie masz.- uspokajał go profesor.- Zresztą, nawet gdybyś pan miał nogi, co samo w sobie jest już niedorzeczne, bo nie zmieściłyby się do słoika, to i tak nikt by tego nie czuł. Ze względów oszczędnościowych nie zainstalowaliśmy mikroprocesorów odpowiedzialnych za zmysł powonienia.
-A robotowi toś pan przygadał, że mu z japy jedzie starym olejem.- powiedział Wiesiek, ten od fabryki śrubek.
-Może sobie, wykształciuch, nos prywatnie kazał zainstalować?
-Tylko proszę bez osobistych wycieczek, trochę kultury, na duszę Maxa Bohra! To były założenia naturo de facto. Każdemu robotowi, którego dotąd spotkałem, cuchnęło z paszczy. Roboty nie mogą jej myć, bo im tam w środku wszystko rdzewieje. Logicznym jest, że temu też pewnie śmierdzi.
-Czy ktoś powiedział znowu: „śmierdzi”?!- ryknął oburzony olimpijczyk.
Profesor westchnął.
-Panie Siupićko, już tłumaczyłem. Nikt niczego nie poczuje, więc może pan sobie cuchnąć do woli. A zresztą... dzięki cudowi preparatyzacji niepotrzebnie się pan tylko unosisz.
-Niepotrzebnie? Całą młodość straciłem na bieżni i boisku, szkoły nie skończyłem ciągle tylko trening i trening aż do zupełnego wyczerpania. Żona odeszła, dzieci zapomniały jak wyglądam i zaczęły do mnie „wujku” mówić, a ja tylko biegłem i biegłem. Przebiegnij sam, jeden z drugim, dwa maratony dziennie i wsadź gębę we własne skarpety. Zobaczymy czy będą waniać poziomkami.
-Drogi panie Waldemarze.- oburzył się profesor.- Zmuszony jestem zwrócić panu uwagę, że odbiegamy od merytorycznego aspektu naszej pierwszej dyskusji panelowej. Iterum8: jako pierwszy temat chciałbym zaproponować wpływ słoni...
-Wpływ słoni na rozpaćkiwanie na miazgę głupich żon!- przerwał mu nagle nieszczęśliwy mąż z trzeciej półki.
-Albo na rozdeptywanie leniwych grubasów!- dodał mistrz olimpijski.
-Lub durnych mężów, którzy nie kwapią się, by zreperować cieknący kran!- zawyła żona.
-Skoro powiedziałem, że naprawię, to naprawię. Musiałaś mi o tym, durna małpo, przypominać co pół roku?
-Cicho, cicho! Pogadajmy lepiej o Heńku. Na własne oczy widziałem, jak ten wazeliniarz kierownika w otwór całował, żeby tylko wyższą premię dostać.
-Ja całowałem? Ja?- oburzył się Heniek.
-A całowałeś. Cmok, cmok, cmok, kierowniczku najdroższy. Buzi w łysinkę, buzi w dupinkę. Sam widziałem.
-Jak cię lunę przez pysk, ty wszarzu, to nie tylko kierownika zobaczysz, ale i swoich dziadków aż do piątego pokolenia wstecz!
-Takiś tera w gębie mocny? A we fabryce, toś się zawsze na fajrant przed chłopakami we kiblu chował, żeby ci po glacy nie dali za te przytulanki z szefowstwem, ty ciulu radomski! Chodź tu, to ci przyłożę!
-Nie, to ty chodź do mnie!
Sytuacja zaczynała się robić nieprzyjemnie dramatyczna. Wprawdzie groźby o „prostowaniu wszarzy” i „lutowaniu szczęki”  można było zignorować, no bo jak zamierzają pobić się dwa, wypreparowane mózgi? Słoikami będą o siebie stukać, czy co? Jednak wzmagające się okrzyki zaczynały być słyszalne i na korytarzu. Co pomyślą sobie inne magazyny o czterysta siedemnastce? Ot, banda goryli- nic więcej- oto co będą gadać. Profesor spłynąłby potem, gdyby mógł. Zaraz pewnie zaczną się szerzyć plotki, że jest asinus asinorum9, królem osłów i księciem debili. Jego reputacja będzie na wieki zniszczona!
-Silentio, silentio!- krzyczał, lecz na próżno.

cdn...


Objaśnienia wyrażeń i przysłów łacińskich
  

1 Disce peur – ucz się chłopcze
2 Foras- wynocha
3 Finis coronat opus- koniec wieńczy dzieło.
4 silentium- cisza
5 pax- spokój
6  O tempora, o mores!- O czasy, o obyczaje!
7 Homo sum (humani nihil a me alienum puto) – człowiekiem jestem (i nic co ludzkie nie jest mi obce)
8 Iterum- ponownie


wasza 
Helga von Klusken

 p.s. Uprzejmie proszę nie kopiować, bo przylutuję w żuchwę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)