piątek, 22 lipca 2016

Czego nie lubię

Na krótko jestem i znowu mnie nie ma. Do internetu nie zaglądam, od Facebooka trzymam się z daleka, meili jeszcze nie czytałam. Może to i lepiej, gdyż ostatnie wiadomości z Europy przyprawiają mnie tylko o emocjonalny zjazd. Przed wami opowiadanie pt. "Czego nie lubię". To mój bardzo mały i bardzo cichy wyraz sprzeciwu przeciwko nieudolności elit rządzących, epidemii strachu, politycznej poprawności i zmianom które już przeszliśmy i tym, które na nas dopiero czekają. A zmian to ja nie lubię.

Wersja pdf z chomika tutaj.
Do poczytania i ściągnięcia z dysku google tutaj: Czego nie lubię.


Czego nie lubię

Po pierwsze primo to chcem jasno i wyraziście powiedzieć: ze mnie nie jest żadna gwiazda, ja jestem skromny człowiek. Robotę mam i nawet jom lubię, ot nowe asfalty kładziemy. Niby żadna filozofia, każdy głupi by się nadał, bo co to za problem stary zedrzeć, piaskiem podsypać, położyć nowy i przejechać walcem? Teoretycznie żadna. Praktycznie jednak to bele głupiego nie wezmą do asfaltu, bo tu upał, smród, brud i gorąco, i odpowiedzialność wielka. Tu trzeba faceta z jajami, a nie Rudolfa Valentino.
Po drugie primo to ja chcem też jasno i wyraziście powiedzieć: ja tam obrzydliwy nie jestem. Lubię prawie wszystko. Lubię flaczki, kaszankę, lubię jak mnie żona pazurami po plecach smyra. Wiatr lubię, popiwkować se lubię, lubię po deszczu, z bosymi nogami w błocie połazić. Lubię zapach świeżego obornika, co to go na polach rozrzucają. Nawet wiersze, jakieś ładne, też se lubię poczytać, co to mówią o suchym przestworze oceanu albo o lokomotywie pełnej grubasów. Ludzi lubię, zwierzęta lubię, roślinki też lubię- najbardziej kapustę i cebulę. Lubię jak babcia Jadzia przyjeżdża do nas w odwiedziny na grilla. Babcia jest już stara, staruteńka, lat ma chyba ze sto i niewiele kontaktuje, ale co mnie tam. W końcu to moja babcia, moja własna, no nie? Lubię patrzeć jak się uśmiecha tymi swoimi bezzębnymi ustami i lubię patrzeć na jej drobne, wyschnięte rączki pokryte cienką, pergaminową skórą. Babcia tymi rączkami kilku szkopów w powstaniu rozwaliła, to się jej należy szacunek. Różne inne rzeczy też lubię, bo ze mnie chłop i do tańca i do różańca, i do małżeńskiego wygibańca.
Ale o tym może kiedy indziej, bo dzisiaj to ja bym chciał wam powiedzieć czego nie lubię. Niewiele tego, ale zawsze troszkę.
Po pierwsze to ja nie lubię zmian. Rozumić to ja rozumim, że zmiana jest motorem postępu, że popycha ewolucję, że technika idzie do przodu właśnie dzięki zmianom. Jak się z dwutaktowego Wartburga przesiadłem na czterotaktową Skodę, to jakby mnie ktoś w łeb uczoną książką dał- tak się mnie nagle we głowie rozjaśniło. Pod górkę Skoda śmiga jakby helikopter, silnik mruczy zupełnie jak moja Hańcia, kiedy jej się zachce, do tego autko cud malina wyposażone we wszystkie luksusy: podświetlaną tarczę obrotomierza i trzecie światło stopu. Następne dwadzieścia lat przejeździmy se z Hańcią jak królowie jacyś, jak Kaziki Wielkie albo Bolki Chrobre. Żyć, nie umierać w takim dobrobycie.
Innych zmian to ja nie lubię. Baby zmieniać nie lubię ani przyjaciół sprawdzonych, ani ulubionej knajpy, ani poglądów politycznych. Numeru telefonu też nie. Ot, zżyłem się ze starym, po co mam, po czterdziestu latach, uczyć się nowego? Dziewięć cyfr a każda prawie inna, sami przyznacie, że to dosyć trudne. Tylko powiedźcie mnie: dlaczego co pół roku do mnie wydzwaniają z tej telekompromitacji i gwałtem molestują o zmianę, a to telefonu, a to abonamentu, a to operatora? Ja im od kilku lat wciąż powtarzam: kiedy Graham Aleksander Bell wynalazł tę swoją gadkosłuchawkę w 1876 to sama idea urządzenia się nie zmieniła: wybrać numer, w miarę krótko obgadać co trzeba, zapłacić za połączenie i fiesta. Nic skomplikowanego. Tylko te wszystkie telefonie gmatwają sprawę niepomiernie.
 „Panie Małobrzeski” mówią do mnie jak dzwonią (bo ja Adam Małobrzeski jestem, po tatusiu), no więc: „Panie Małobrzeski mamy dla pana jedyną i niepowtarzalną ofertę. Nowy telefon z radiem i funkcją parkowania samochodu. Za jedyną złotówkę, abonament na dwa lata, w ramach promocji „uczciwy klient” dostaniesz pan pakiet wiadomości głosowych i osobiste wyznanie miłości nagrane specjalnie dla pana przez Jona Bon Jovi albo Madonnę do wyboru”.
I to nie tylko do mnie tak dzwonią! Do sąsiadów też! Ba! Mnie nawet babcię napastują, mimo że babcia lat ma już sto i potrafi obsługiwać jedynie telefon na korbkę. Ja jestem twardy chłop, mnie się nie da nabrać na marketingi i sztuczki psychologiczne. Ja swój telefon mam, o proszę jaki ładny, prawdziwy bakelit i kabelek taki, że ho, ho! Mnie innego nie potrzeba, a jak ktoś ma do mnie pilną sprawę, to niech telegraf wyśle i szlus.
Tylko znajomków mnie szkoda, bo one to już się całkiem dały ogłupić na aksamitne głosy konsultantów i telewizyjną reklamę. Jak głupie jakieś lecą tak, te ciapciaki, na nowy telefon za grosza i niepotrzebny im pakiety esemesów, dżipiesów i emenemsów. Bo promocja, bo telefon taki ładny amerykancki. Kup, zmień, płacz że się zepsuł, za pół roku powtórz scenariusz. A ja se podziękuję.
Dobra zmiana: owszem, niepotrzebna: paszoł wont. Taki jestem.
Albo te szmaty i inne ubrania. Tutaj to jeszcze gorzej. Co trzy miesiące trzeba kupować coś nowego, bo stare już niemodne, już śmieszne i trąci myszką. Też mi coś! Przez dwadzieścia tysięcy lat pelerynka z futra tygrysa szablozębnego albo kurteczka z mamuta z mody nie wychodziły, a tu nagle po trzech miesiącach dobre jeszcze portki mają być niemodne? Durne to jest. Spodnie jak spodnie: dwie rurki i majtki zszyte ze sobą w strategicznych miejscach. Co tu ma być niemodne? Że kwiatów nie mam na dupie wyhaftowanych? Że cekiny nie ponaszywane? Że koszula w nie taką kratkę co potrzeba? Szalik ma za mało pasków? Czapka uszanka się nie podoba, co to ją z radzieckiego demobilu kupiłem? No trzymajcie mnie ludzie, bo chyba wam tu na miejscu, ze  śmiechu, na zawał zejdę. Facet ma być czysty, schludny i w miarę trzeźwy. Cała reszta to tylko opakowanie cukierka.
Kobicie też nie jest żadna moda potrzebna. Niech ma dwie pary laczków: jedne do kościoła, drugie do chodzenia przy gospodarstwie, ciepłą kurtkę na zimę, lekką sukienkę na lato i już, wystarczy. Więcej jej nie trza. Żadnych mejkapów, chlapania farbą włosów, ściskania się gorsetem i łamania nóg na wysokich obcasach. Niech tylko serce ma wierne, a oczy uczciwie i bez wstydu patrzące- a mówię wam: wszystkie miss świata i wszechświata mogą się przy takiej schować.
Dzisiaj to baby jak ze sztancy jakby, jedna w drugą kubek w kubek podobna. Ot, wydmuszka, wymalowana na gębie jak kraszanka. Weźże, takiej powiedz, żeby świniakom ziemniaków w parniku ugotowała albo żeby gnój wyrzuciła. Zaraz rozpoczną się płacze, fochy i lamenty. Mnie tam baby nie potrzeba, żeby ją se na ołtarzyku postawić i kwiaty jej znosić. Mnie potrzebna baba taka jak Hańcia, co się z nią człowiek nie boi przez życie przejść, głód i nędza jej nie straszne, bo potrafi zakasać rękawy i losowi po ryju dać. Dupiasta, cycasta, na gębie się śmieje i przeznaczeniu w oczy pluje. Do roboty i do ściskania się pierwsza, a do leżenia w barłogu i depresyjnego wzdychania ostatnia. To mi się podoba, to lubię.
A takie internety. Ha! Co myśleliście, że nie znam? A znam, bo mię córka pokazywała. Iii tam, taki trochę wirtualny dom wariatów to jest. Wszyscy naraz gadają, nikt nikogo nie słucha, każdy ma się za Napoleona albo drugiego Sapkowskiego. Pudelki, fejsbuki, frjendsfejsy, tłitery, jutuby i blogspoty. O modzie gadają albo opowiadania piszą. Baśka mię pokazywała tę... jak jej tam... von Pampuch? Von Makaron? Aaa, mam: von Klusken. Łooo ludzie! Szkoda czasu na głupoty. Słów wiele, ale sensu w tym żadnego.
Żeby tylko pisali, to jeszcze pół biedy, bo czytać to nie dla każdego takie intelektualne wyzwanie jest ale oni zdjęcia robiom! Normalnie jak jakaś służba wywiadowcza. Cyk, cyk, cyk, gdzie nie wejdziesz, to cykają. Ludzie to w dzisiejszych czasach wszystko obfotografują i opublikują. Jak śniadanie żrą, jak do pracy jadą, jak se buty czyszczą z błocka, dosłownie wszystko. Łatwiej będzie wymienić czego to nie pokazują. Hm... a może jednak nie.
Jedno mnie tylko zastanawia. Jak to możliwe, że inni wstają rano, biegają dla zdrowia sześć kilometrów, w drodze powrotnej basen i siłownia. Na śniadanie jedzą samodzielnie upieczony chleb z samodzielnie zmielonej mąki i smarują samodzielnie ubitym masłem- z garażowanej gdzieś w miejskim ogródku krowy, którą własnoręcznie wydoili. Potem praca, w międzyczasie spotkanie z przyjaciółmi, dzieciaki trzeba odwieźć na karate, balet i zajęcia z suahili, sprzątają dom od strychu po piwnicę, przystrajają balkon na wiosnę, skręcają meble ze starych europalet, pieką ciasteczka na kinderbal, wyskakują ze znajomkami na drinka do pubu i to wszystko w ciągu jednego dnia. Jak oni to kurde robią? Ja wstaję rano, wypijam kawę, zapalam papierosa, idę do kibelka na dwójkę a kiedy wracam już jest, kurde, wieczór!
Mówią mnie, że niezorganizowany jestem, bo jak bym się tak, kurde bele, zawziął, spanie ograniczył do 30 minut na dobę, to na wszystko bym czas znalazł: i na pieczenie chleba, i na wyścigi rajdowe w puszczy amazońskiej, i na zdobycie tytułu „mister Universum po sześćdziesiątce”. Tylko żebym na siłownię jakąś poszedł, do fryzjera się wybrał (na glansowanie łysinki chyba), brwi makijażem pernamentnym poprawił, klamry na zęby założył, zamówił regularną dostawę wyszczuplających gajtochów i ogólnie zaczął o siebie dbać- bo teraz to mnie w cyrku za pieniądze pokazywać można- to byłby ze mnie człowiek. Teraz to niby co ze mnie jest? Gadająca małpa? Nie lubię, jak mnie się wmawia, że o siebie nie dbam, bo trochę brzuszka mi się pokazało, bo czoło zmarszczyło, a tyłek obwisł. Podtykają mnie pod nos zdjęcia osiemiesięcioletnich dziadków biegnących w maratonach albo szlusujących na nartach w Alpach. Przyznam się szczerze, ostatni raz to ja biegłem w 1989 na autobus, jakieś trzysta metrów sprintem jak mnie stoosiemnaście chciało spod nosa odjechać.
„A ty to co?” zdają się do mnie krzyczeć zdjęcia babć harcujących w balecie i emerytów skaczących na bungee. „Jak świnia wyglądasz, jak dzik nieczochrany. Jak ty się nie wstydzisz z takim bezbolem między światowe ludzie pokazywać? Dlaczego nie ćwiczysz? Dlaczego nie biegasz? Dlaczego nie pieczesz owsianych ciasteczek?
A ja wam powiem tak: a owszem, brzuch mam. Brzuch mam, drugi podbródek mam, włosy w nosie też mam, bo te na głowie to już nie bardzo. No i co? Kula jest najdoskonalszą figurą, więc proszę mnie nie wmawiać, że ze mną coś nie ten tego. Tłuszcz to kalorie, kalorie to energia. Wolę już określenie, pełny energii, energiczny. Każdy fizyk się ze mną zgodzi, ha!
Prawda, że brzuch nie wziął mi się z niczego, bo wbrew temu, co piszą babskie czasopisma, w powietrzu nie ma kalorii. Brzuch wziął mi się od kaszanki i boczku, od karkówki podlewanej piwem i śląskiej z grilla. Tylko dlaczego ludziom ten mój maciek przeszkadza? Pracuję ciężko, bo kładzenie asfaltu to nie robota dla wymoczków, więc i jem, jak Bozia przykazała. Moje spracowane ręce nikomu się w oczy nie rzucają, a lekko odstająca koszula ich kłuje? Że zmarszczki się pokazały? Dziwne by było, gdyby się nie pokazywały, gęby z gipsu nie mam tylko normalnie ze skóry i mięsa. Że włosy mi wylazły? A co miały nie wyleźć, skoro pan Bóg tak już to sobie zaprogramował? Durne to, oj durne. Jużci, że żaden ciężko pracujący chłop nie ma czasu na szlifowanie pazurów i żelowanie włosów.  Niech no jeno zabraknie tych ciężko pracujących mężczyzn, tych prawdziwych facetów a stanie się katastrofa. Kto wam śmieci z ulic powywozi, żeby wam nie śmierdziało? Kto wam kafelki w łazience poprzykleja, hamulce naprawi, ulice wybrukuje? Kto wam rury poprzepycha, kto będzie pracował w oczyszczalni ścieków, kto chałupę wymuruje i kto wam położy nowy asfalt na adziewiątce?
Modę i urodę zostawcie tym, którzy nie wiedzą jak podłączyć kibelek do ogólnej kanalizacji. Pozostałym chłopom pozwólcie ubrać się w niebieski gajerek z drelichu,  w spokoju zjeść schabowego z kapustą, popić Tyskiem albo innym Scheferhoferem, beknąć, pierdnąć i nabrać sił przed kolejnym pracowitym dniem. Na bezglutenowej owsiance Krakowa nie zbudowano. Takie jest moje zdanie, a ja zdania zmieniać nie lubię.
Czego jeszcze nie lubię? Polityków i żelków z lukrecją. Polityków bo to wiadomo, lubią ich tylko inni politycy a i to nie zawsze. Podejrzewam, że gdyby ojcowie demokracji przyjrzeli się dzisiejszemu systemowi, to z wrażenia padliby trupem. Weźcie wytłumaczcie takiemu Peryklesowi dlaczego fałszuje się wybory, dlaczego kwitnie korupcja, dlaczego ważniejsze są układy i kolesiostwo niż przysięgi i dobre zamiary. Jak przekonacie Solona, że głos narodu jest tak naprawdę tylko beczeniem baranów, a prawo zmienia się zawsze na korzyść bogatych i wpływowych?
Pogadajcie sobie z Arystotelesem i spróbujcie wyjaśnić mu, że wojny napędzają gospodarkę a multikulturalna poprawność ubogaca społeczeństwa. Śmiechem by nas zabili i siebie przy okazji też.
Dzisiaj krzyczącym zamyka się usta, na protestujących wysyła czołgi, skarżących wtrąca do więzienia, szukających sprawiedliwości wyśmiewa.
W polityce nic się nie zmienia z wyjątkiem nazwisk. Co to za różnica Wałęsa czy Gierek, Clinton czy Kennedy skoro nie ubywa głodnych, biednych i chorych? Od tylu lat obiecują nam świetlaną przyszłość i jakoś nie może ona nadejść. Ja się jej już pewnie nie doczekam. ale przynajmniej żeby dzieciakom moim było lepiej. Chociaż to pewnie i tak tylko mrzonki.
Żelków z lukrecją też nie lubię. Kiedyś raz spróbowałem. Czarne jak wymioty szatana i smakują prawie tak samo.
-Masz, częstuj się, bo to zagramaniczne.- powiedział do mnie wujek. Wujek to był prawdziwy obieżyświat, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wyjeżdżał, ukryty pod plandeką dostawczaka, do Grecji i stamtąd przywoził pomarańcze i cytryny w ramach walki z komuną. Tak walczył z tym dziadostwem, że po zmianie systemu zarutko otworzył hurtownię owoców, dom se wystawił jakby pałac normalnie i kandydował do rady miasta Olsztyna. Innym z tych wojaży przywoził dżinsy i klocki lego, ja dostałem żelki. Zjadłem, porzygałem się, podziękowałem. Dobrego wujka miałem. Szkoda, że się zapił z rozpaczy, kiedy załamał się światowy rynek cytrusów.
Banków też nie lubię, a już najbardziej śmieszne uważam jest to, że to bank każe mi udowadniać, że jestem uczciwy. Ja? Ja w życiu mandatu za złe parkowanie nie miałem, nawet kary z biblioteki za przetrzymywane książki nie dostałem. Przechodzę na pasach, po murach nigdy szprejem głupot nie wypisywałem, żadnego śmietnika nie podpaliłem, żony nie biję, dziecka na ludzi wychowałem i to ja mam udowadniać, że jestem uczciwy?
Kiedyś z Hańcią chcieliśmy wziąć kredyt na lodówkę, stara wprawdzie jeszcze chłodziła, ale coś zaczęła nam zdechłym szczurem zalatywać. Może to od ryby po grecku co została jeszcze od Bożego Narodzenia, a może zwyczajnie ze starości, bo to i człowiek, i lodówka im starsze tym bardziej cuchnie.
Bank we wsi mamy elegancki, marmury, złoto, fontanna w której pluskają się ptaszki, kasjerzy w ancugach, asystentki w garsonkach i butach od Louboutina- trzeba się przecież pokazać, mimo że buciki też na kredyt. Dano nam kawy, zapchano gęby czekoladą z firmowym logiem i lecimy z pacierzem: zaświadczenie o zarobkach, o niekaralności, o ubezpieczeniu, o niezaleganiu fiskusowi, o opłacaniu składek, świadectwo chrztu, zawarcia małżeństwa, odbycia nocy poślubnej, historia szczepień, kontroli stomatologicznej i poświadczenie, że dziadek walczył z bolszewizmem. To takie buty? A kto MNIE zaświadczy, że to wy mnie nie oszukacie? Że nie zabierzecie oszczędności mojego życia w zamian za kilka, nic niewartych świstków papieru. Że nie będę przez was nocami płakał i w głos wyrzekał: po co mi to było? Gdzie moja gwarancja, że mam do czynienia z ludźmi honoru, a nie bezduszną instytucją żywiąca się marzeniami i nadzieją? Afery, lichwiarze, kontrolowane kryzysy i wy mnie chcecie o uczciwości mówić? A tfu z takim gadaniem! To już wolę, żeby mnie lodówka cuchła.
Poza tym to ja wszystko lubię. A nie, czekajcie. Groszku nie lubię. Tego zielonego, prosto z ogródka, ugotowanego do miękkości, ze skwarkami albo masłem. Dziwne to, ja wiem, sam się wstydzę. Piure z żółtego grochu zjem i nawet się będę o repetę patrzył, grochówka mmm...- paluszki lizać, ale ten groszek... to jakoś nie chce mi przejść przez usta. Hańcia rok w rok sadzi tego groszku jak głupia na działce- bo to dla dzieci i wnuczków witaminy a mnie się mgło robi, jak tylko na niego patrzę. Ot, takie fiskacje starego chłopa. Kalafior zjem, rzeżuchę zjem, szczawiem nie pogardzę, jarmuż wezmę, jak dają, tylko ten groszek jakiś taki nie dla mnie. Może to z dzieciństwa mi uraz został, kiedy wcisnąłem ziarko do ucha, a te zaczęło kiełkować. Ojciec chciał zostawić do następnych zbiorów, ale matka się uparła, zabrała do szpitala a tam doktorzy operacyjnie usunęli, a potem zupełnie nieoperacyjnie dali po dupie za głupie pomysły. Pod tamtego czasu groszku nie tykam.
Ooo... Przypomniało mi się, że ancugów też nie lubię. Jak każdemu chłopu jeden w szafie gdzieś mi jeszcze wisi, ten od ślubu. Wyciągam go raz do roku (Hańcia mi spodnie już trzy razy poszerzała) jak na wesele do rodziny idziemy. U nas we familii tak się zdarzyło, że teraz co roku jakiś ślub, co to młodzi albo bardzo chcą, albo bardzo muszą, bo narzyczona okrągła jak beczka. Lubię jak się młodzież kocha, bo to przecież zawsze miło posłuchać o miłości dozgonnej, o wierności, o bezgranicznym zaufaniu i o tym, że ona go nie dopuści aż do śmierci. Same wesela też lubię, nic do tego nie mam, potańczy człowiek sobie a ja tańczę bardzo dobrze, bo nawet pierwszą nagrodę zdobyłem za kucanego na festynie ludowym w 1976, poje, popije, ze starymi familiantami spotka. Kotlet schabowy lub mielone, rosół, buraczki, pieczona świnia, sałatka jarzynowa, torcik, do kotleta „majteczki w kropeczki” albo „jesteś szalona”, o północy oczepiny, rzucanie bukieta, kradzież podwiązki panny młodej i przepychanie surowego jajka przez spodnie młodego; jednym słowem kultura w remizie pełną gębą.
Tylko te ancugi cholerne... Pod pachą pije, w kroku ciasne, na brzuchu się nie dopina, krawat ciągle mnie się w rosole moczy, w zimie za cienkie, latem gorące, poci się w tym człowiek niemiłosiernie. Normalnie jak wieprz owinięty kawałkiem brezentu. Kto to wymyślił, że takie ancug, to najlepszy strój jest dla faceta? Wygodnie powinno być. Spodnie na gumce, przewiewne klapki i biały, bawełniany podkoszulek. Co ma być zakryte jest zakryte, co się poci jest odsłonięte, elegancko i z klasą. A jak komuś szyku za mało to se może przecież muchę pod szyją zawiązać. Tylko żeby się animalsi znowu nie przyczepili o męczenie zwierząt.  
Jak już tak o tych ancugach mówię, to mnie się przypomniało, że wojen też nie lubię, ale to logiczne, co nie? Idzie człowiek na wojnę, pada w pierwszym lepszym okopie, pakują go do trumny a w trumnie co? Ano w ancugu, cholerniku przeklętym znowu leży. Nawet po śmierci nie może być wygodnie.
Wojna to w ogóle jest jedno wielkie paskudztwo. Polityki to tylko gadają, że im na sercu leży dobro obywateli, jednak żadnemu z nich ani powieka nie drgnie jak trzeba młodych na front wysłać. To ma być dla ich dobra? Te flaki rozbebeszone, rozmaślone mózgi na ścianach, te urwane ręce z których zwisają poszarpane ścięgna niby nitki w rozprutym swetrze. Wyrwane szczęki, wyłupione oczy, spalone kadawry, bebechy rozjechane przez czołgi, miękkie jak galareta ciała podziurawione na sito przez kule. Smród krwi, kupy, rzygowin, ryki rannych, płacz, wrzask, ohydny trzask łamanych kości i rozłupywanych czaszek. Jezu Chryste, gdzie tu miejsce na dobro obywateli? Ja może nie wiem wiele, ale jedno wiem na pewno: tam gdzie krew i śmierć, tam nie może być miejsca na najmniejsze nawet szczęście społeczne. O ani tyci. Nawet tyli co czarnego za paznokciem być nie może.
I do tego to wstrętne jedzenie z puszek, ile ja się tego na manewrach najadłem, święci pańscy uchowajcie. Paprykarz, mielonka turystyczna, wędzone ośle kopytka i ryby płaszczki w zalewie pomidorowej. Paprykarz był chyba tylko z nazwy, bo papryki było owszem sporo, ale to już wszystko; mielonki to nawet kot gospodarzy, u których nocowaliśmy, nie chciał tknąć. Kot nie zjadł, pies polizał i wypluł, wieprzki tym wzgardziły, kurom nie smakowało to co się miało zmarnować? Wziął gospodarz i w niedzielę na obiad z rodziną wtranżolili. Człowiek to nie świnia przecie, zje wszystko. Wojskowe żarcie jest zdecydowanie przereklamowane. Jedno małpie mięso było zjadliwe. Małpina i grochówka. Grochówka wojskowa jest pyszna- ale prawdziwą grochówkę wojskową to dostanie się tylko na jakiś festynach z okazji święta narodowego albo inszej uroczystości. Porządna zupa, z wsadem jak się patrzy, gotowana na kościach i wędzonce, a grochu w niej tyle, że zupę można widelcem jeść.
A w okopach suchary, fałszowany spirytus zalatujący rdzą z blaszanki i radzieckie konserwy. Zimno, chłodno, głodno i do domu daleko. Szkoda na to dzieciaków. Ja nie mówię, że te dzisiejsze dzieciaki to jakieś wyjątkowo udane okazy są. Do narkotyków ich ciągnie, z alkoholem umiaru nie znają, głupie to i durne, ale nawet takich szkoda na jakąkolwiek wojnę. Każdego szkoda.
Jeszcze to, że chorować nie lubię, ale kto lubi? Hańcia trzy dziecki urodziła i to bez znieczulenia, a tak się przy tym bidulka umęczyła, że wnet zrozumiała co czuje przeziębiony chłop. Chłop z grypą to musi pod kołdrę, herbaty z cytrynką się napić, ostatnie namaszczenie przyjąć i do piachu. Dokładnie w takiej kolejności. Katar u mężczyzny to poważna sprawa jest, bo każdy kończy się na cmentarzu. U niektórych trochę wcześniej, u innych później, z reguły tak mniej więcej w wieku 75 lat. Statystyki są jednak nieubłagane, sto procent mężczyzn, którzy kiedykolwiek byli zaziębieni w końcu umiera. To poważne rzeczy są. Śmiertelnie poważne. A babom to tylko śmichy chichy w głowie, kołdrę z umęczonego chłopiny zedrą i tylko jadaczką kłapią:
-A idźże do lekarza, ty symulancie!
 Ja do lekarzy chodzić nie lubię, bo z tym chodzeniem to trochę dziwne jest- idzie człowiek z odciskiem, a wychodzi z rakiem, zapaleniem okostnej i guzami nadnercza.  Chyba nikt na całym świecie nie jest zdrowy, każdemu coś dolega. Nie wiem, czy to jedzenie takie mamy trujące, czy to w powietrzu miazmaty samolotami rozpylają czy jeszcze coś inszego. Normalnie gdzie człowiek nie spojrzy to nowotwory, gronkowce i zapalenie pęcherza. Zastanawia mnie w jaki sposób jeszcze w ogóle egzystujemy. Taka schorowana rasa już dawno powinna wymrzeć, a my się trzymamy pazurami tej planety jak wszy jakieś.
Podobno to przez jedzenie te chorowanie, choć trochę ciężko mnie w to uwierzyć. Mięso na ten przykład ma być niezdrowe, bo powoduje zakwaszenie i zakiszenie organizmu, włosy od tego wypadają, człowiek traci pamięć i impotencieje. Bujda na resorach. Mój sąsiad miał lisa oswojonego, Heńka. I ten Heniek ciągle mięso tylko żarł, a to kurę podkradł, a to kaczkę udusił. I żyłby jeszcze ze sto lat, gdyby się kiedyś sąsiad nie zdenerwował i mu przez łeb za te kradziejsta nie dał. Mówię wam- to był najzdrowszy lis jakiego znałem, dopóki nie umarł. A mięso jadł? Jadł.
Z tym mięsem to chyba niekoniecznie chodzi o to, żeby jeść albo nie jeść. Mnie się wydaje, że tu chodzi o szacunek do zwierzęcia, które nam to mięso dało. Żeby bydła nie traktować jak zwykłe bydło, tylko tak trochę po ludzku, sami wiecie.  
Bo ja bardzo, ale to bardzo nie lubię, jak mnie się w twarz rzuca jakimś wegetarianinem i zarzuca, że ze mnie bezduszny człowiek, gdy zjadłem schabowego albo golonki. Ja zwierzęta lubię i szanuję, pies mi lepszym przyjacielem niż żona. Tylko dlaczego mam się wstydzić, że zjadłem tatara zamiast soczewicy? Ot, poglądy i opinie są jak dupa. Każdy ma własną i niekoniecznie trzeba ją pokazywać innym.
Hm... Czego ja jeszcze nie lubię? Ja się tak zastanowić to całą resztę już lubię, z wyjątkiem Cześka, co pod sklepem zwykle wystaje i grzeje „książęce”. Cześka to jednak nikt nie lubi i nie będę wam o nim opowiadać, bo się tylko będziecie denerwować. Wystarczy wam tyle wiedzieć, że jak go poznacie, to też go znielubicie. Taka menda jedna społeczna, kapownik i moczymorda.
Ale to byłoby  już na tyle. Ja przecież mówiłem, że obrzydliwy nie jestem, lubię prawie wszystko. Chłop ze mnie do rany przyłóż. Ja mógłbym i w Sopocie śpiewać, bo to bardzo lubię, i na łyżwach jeździć jakbym potrafił, i nawet w balecie tańczyć kucanego. Bo mimo tego, że stary pryk już ze mnie wciąż lubię cieszyć się życiem, gdyż milej jest śmiać się w wesołym gronie niż płakać w samotności. A kiedy przyjdzie już i na mnie kryska na matyska to chciałbym razem z tym ostatnim tchnieniem zabrać ze sobą obraz mojej Hańci, jej uśmiechu i radosnego spojrzenia. Chciałbym przypomnieć sobie jak żyłem, jak śmiałem się, jak chodziłem po lasach i polach, jak wdychałem morskie powietrze, słuchałem szantów i bajań wiejskich szeptuch. Chcę pamiętać twarze Baśki i Józka, i Jolki, i wnuczków wszystkich, i te ognisko w górach co to wtedy nas niedźwiedź tak pogonił, żeśmy się dopiero po tygodniu w Zakopanem znowu odnaleźli. I chcę wierzyć, że ten świat, mimo wszystko, wcale nie jest taki zły, bo wciąż i wciąż więcej rzeczy w nim lubię jak nie lubię. Bo wciąż i wciąż wierzę w człowieka, w dobro, w miłość, w przyjaźń i honor, który niby pozłota pokrywa duszę.  Taki jestem. Wszystko przebaczę, wszystko zapomnę, ze wszystkim się zakumpluję. Ale jednego, po prostu, nie lubię najbardziej na świecie. To trzymałem na sam koniec, żeby wam powiedzieć. Bo tak naprawdę to wszystko mogę ścierpieć: i polityków, i banki, i chodzenie po dochtorach, i te trucizny w jedzeniu, robienie z ludu stada głupich baranów, te wojny, tę skrywaną nędzę, te niedostatki i niesprawiedliwoście, Cześków chlejących pod sklepami, głód, żebraków, ciągły strach o robotę, o jutro, o to żeby te dziecki na ludzi wyszły,  tę polityczną poprawność, od której umierają niewinni posiekani kulami  terrorystów, a nawet peemesy Hańci. Jednak najbardziej, najbardziej ze wszystkiego to ja nie lubię jak zjem już cały bigos, a jeszcze zostanie mi trochę chleba, ot co!

KONIEC
  
wasza
Helga von Klusken

p.s. Tekst chroniony przez prawo autorskie, grupę goryli, patrol obywatelski i kanarów wrocławskiego MPK. Nie zadzierajcie z kanarami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)