wtorek, 22 grudnia 2015

Dziedzictwo makreli- opowieść świąteczna. Część 1


Święta, ach, święta. Z tej okazji śmieszno-straszne opowiadanie pt. "Dziedzictwo makreli". Jest śmiesznie- jak większość tego co piszę. Jest też strasznie, ale dlaczego- na to pytanie odpowiecie już sobie sami, po lekturze opowiadania.
Na Boże Narodzenie, życzę wam, moi mili, przede wszystkim spokoju dusz. Odpoczynku od śmiesznej polityki i strasznej szarości dnia codziennego. Chwili relaksu od bezustannej potrzeby udowadniania bycia najlepszym, najpiękniejszym, najseksowniejszym. Wytchnienia od pogoni za karierą i za perfekcyjnym wizerunkiem w sieci. Życzę wam wyciszenia. 

Opowiadanie można pobrać w postaci PDF z tego chomika.
Do bezpośredniego pobrania i poczytania z dysku googla tutaj: Dziedzictwo makreli



Dziedzictwo makreli
część pierwsza




Na kolację była pieczeń z renifera - ulubione danie świętego Mikołaja. A pani Mikołajowa robiła najlepszą pieczeń w całej okolicy- z czosnkiem, karmelizowaną cebulką i sosem z suszonej żurawiny. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała jak dogodzić gustom swojego mężulka.
-Biedny Rudolf. Szkoda, że nigdy się nie dowie jaki był pyszny.- westchnął Mikołaj, ni to z żalem, ni to z ukontentowaniem. Jednak na jego poczciwej, rumianej twarzy malowała się błogość, jak to po sytnym posiłku zwczajne. Dobrotliwy grubasek zawzięcie cmokał i psykał, próbując pozbyć się resztek pieczeni zalegającej między zębami.
-Tajemnica soczystego mięsa to jego uprzednie skruszenie.- powiedział pani Mikołajowa. Zbierała własnie ze stołu brudne talerze z resztkami mięsa, ziemniaczanego puree i słodkiego sosu.- Osobiście uważam, że mięso powinno się marynować w odrobinie alkoholu zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. I to na długo przed podaniem. A Rudolf- musisz to przyznać- lubił sobie dać w poroże. To dlatego miał taki czerwony nos.
-No...- przyznał zamyślony święty Mikołaj. Leniwie dłubał w ustach wykałaczką.- Zmarynowany to był na fest. W tamtym roku jak wyjeżdżaliśmy z Moskwy od Dziadka Mroza, to tak go na boki ściągało, tak huśtał saniami, że połowa prezentów nam wypadła. Ty sobie wyobrażasz, że ja do tej pory dostaję mejle ze skargami, że ktoś w Mongolii, zamiast kucyka, znalazł pod choinką nadmuchiwany kajak? W Mongolii! W środku stepu, 1000 kilometrów do morza.
-A kucyki?
-A kucyki w Chinach. Ale tam to akurat żadnego problemu nie było. Zjedli je na Nowy Rok.
-Dobre i tyle.- uradowała się pani Mikołajowa.- Uważam, że to miłe, kiedy dorośli pokazują dzieciom, że i z nietrafionego prezentu można się cieszyć.
-Co roku to powtarzam, co roku. Zwykłe skarpetki, ale dane od serca i z ochotą, więcej są warte niż diamentowa biżuteria.
Pani Mikołajowa westchnęła bardzo niespokojnie. Oho! Żeby tylko mężusiowi nie przyszły do głowy takie pomysły w ich rodzinnym gronie, przy ich prywatnej Wigilii. Wprawdzie pani Mikołajowa była najpoczciwszą, najsympatyczniejszą i najbardziej lubianą osobą na całym Biegunie Północnym (zaraz po świętym Mikołaju, oczywiście), sumiennie pomagała w całorocznych przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia, czytała dziecięce listy, razem z elfami stawała przy taśmie produkcyjnej i dzieliła się na blogu najnowszymi przepisami na barszcz i rybę po grecku- ale jak każda kobieta wolała błyskotki niż skarpetki. Kto powiedział, że diamenty nie są doskonałym prezentem „last minute”? Pan Mikołaj zdawał się jednak nie słyszeć smętnego wzdychania swojej żonki.
-Tylko kogo ja dam na czele zaprzęgu w tym roku?- zastanawiał się głośno.- Kometek? Nieee... Zawsze mu nieprzyjemnie pachnie spod ogona... Fircyka też nie mogę dać, bo nie rozmawiamy ze sobą odkąd mi podarował płytę z największymi przebojami „Modern Talking” w zeszłym roku. Tancerza nie, Profesorka też nie, a Amorka to już w ogóle. Do tej pory to Rudolf oświetlał mi drogę w mgliste zimowe noce.
Pani Mikołajowa zebrała już wszystkie naczynia i wkładała je do zmywarki.
-Ja to ci się w ogóle dziwie, kochanie.- powiedziała, tkwiąc z głową w czeluściach urządzenia, a głos jej dudnił głucho.- Dlaczego ty nie wymienisz części zaprzęgu na coś bardziej ekonomicznego? Coś, co nie żre aż tyle siana na sto kilometrów i nie zanieczyszcza kupami środowiska naturalnego. Przeglądałeś już najnowszy katalog Skody? Przyszedł z wczorajszą pocztą. Mają fantastyczny model zaprzęgu zasilanego energią słoneczną. A do tego na raty zero procent i możesz oddać w rozliczeniu swoje stare renifery.
-Głuptasie, ty mój, ho, ho, ho!- roześmiał się święty Mikołaj. Odchylił się nieco na krześle  i z impetem wymierzył żonie klapsa w wypiętą, okrągłą pupę.- Przecież ja pracuję w nocy!
Pani Mikołajowa błyskawicznie wycofała górną połowę ciała ze zmywarki. Na twarzy była bardzo czerwona, nie wiadomo czy z zadowolenia czy może z czegoś innego. No, ale która z pań była by niezadowolona gdyby po 200 latach małżeństwa, mąż wciąż okazywał jej podobne czułości?
-Szczegóły, szczegóły.- mamrotała pod nosem, ciut zmieszana.- W każdym razie katalog możesz sobie przejrzeć. Położyłam go na biurku w twoim gabinecie. Napijesz się likierku przed pracą?
-A i owszem.- zgodził się święty.- Nie ma nic lepszego niż kieliszek twojego śniegowego likierku.

*
Prawą ręką Mikołaja był elf Zenuś. Cieszył się jego pełnym zaufaniem. Zenuś był młodym, ambitnym absolwentem Uniwersytetu Cieszyńskiego z filią w Pszczydołach, na kierunku „marketing i zarządzanie”. Wprawdzie po skończeniu studiów nie mógł odpędzić się od pracodawców, którzy proponowali mu wspaniałe oferty zarządzania kasą w pobliskim supermarkecie lub sprzedaży przez telefon promocyjnych kołder zdrowotnych- ale, kierując się prestiżem stanowiska, Zenuś wybrał bezpłatny, 30 letni staż w firmie „św. Mikołaj et Company”. Taki staż to wspaniały wpis w CV. Kto wie, może dzięki temu uda mu się przyszłości zdobyć upragnioną umowę- zlecenie w jednej z wielkich warszawskich korporacji, w Mordorze na Domaniewskiej? Tymczasem wspinał się po szczeblach kariery na Biegunie Polarnym. Zaczął od zwykłego stażysty na dziale produkcji, potem został opiekunem reniferów, menedżerem działu żeli pod prysznic i dezodorantów, team liderem zespołu odpowiedzialnego za kapcie i wełniane skarpetki, by na końcu objąć prestiżowe stanowisko asystenta prezesa.
Święty Mikołaj z hukiem otworzył drzwi do swojego gabinetu. Biurko świętego stało naprzeciwko drzwi, ozdobione wielkim zdjęciem w ramce przedstawiającego Mikołaja i jego żonę, na urlopie w kotlinie Kłodzkiej. Tu swój kącik miał wydzielony także jego asystent, zaraz pod oknem z którego rozciągał się przepiękny widok na sam biegun.
-Ho, ho, ho, ho!- zaśmiał się radośnie na widok swojego pomocnika. –Zenuś, ty ciągle tutaj?
Zenuś ubrany w firmowy garnitur- tj. spodenki w paski czerwone i białe, zielony kubraczek i czapeczkę z dzwonkiem, siedział przy malutkim stoliku i czytał listy od dzieci. Obok niego, po prawej stronie piętrzył się stosik tych przeczytanych, natomiast po lewej wyrastała góra nowych, nieotworzonych. Przed nim, na biurku leżała wielka księga dobrych uczynków. Elfik jednym okiem rzucał na treść listu, drugim wyszukiwał adresata w księdze, umoczonym w atramencie piórem aprobował prośby o prezenty lub zamaszystym ruchem przybijał pieczątkę o przyznaniu rózgi i kartoflanych obierek- jeżeli delikwent był niegrzeczny. Obok niego stała duża szafa z przegródkami. Do jednych z nich trafiały zatwierdzone listy, podzielone według marzeń do realizacji w kucykarni, dziale lalek lub pluszowych misiów, do innych trafiały te, których autorzy nie zasłużyli na świąteczny prezent. Zenuś spływał potem, na twarzy pobladły był z przepracowania. Co chwilę malutcy urzędnicy działu pocztowego donosili kolejne worki z przesyłkami i odbierali już przeczytaną korespondencję. Drzwi trzaskały bezustannie a z radiowęzła dobiegały melodie kolęd w popowej aranżacji i „All I want to Christmas” Mariah Carrey. W powietrzu unosił się zapach świeżej jodły i grzanego wina. „Mikołaj et company” była znana z dobrej atmosfery w miejscu pracy.
-Panie prezesie, melduję, że mamy bardzo dużo roboty. W ubiegłym roku mieliśmy rekordowy przyrost naturalny, dzieciaków mnóstwo.- Elf wyprostował się jak struna na widok swojego pracodawcy i zdawał raport cichym, ze zmęczenia, głosem. –Listy z prośbami o prezenty zaczęły przychodzić  już w czerwcu, ze wszystkich stron świata. Ale teraz, na 10 dni przed Wigilią to jest normalnie jakaś katastrofa. Poczta nie wyrabia. Dzisiaj tylko dostaliśmy osiemdziesiąt kilo niesortowanych listów, a każdy przecież trzeba przeczytać, sprawdzić czy jego nadawca był grzeczny i wydać odpowiednie dyspozycje. Ja sam od trzech dni już nie śpię, tylko czytam i czytam. Panie prezesie, tak dłużej już być nie może. My tu dosłownie pływamy w robocie.- Elf nie wytrzymał nagle napięcia i zaszlochał. Po pobladłej z przepracowania twarzy płynęły łzy. Mikołajowi zrobiło się żal nieboraka.
-No, no.- klepnął go przyjaźnie po plecach.- Przecież nie jest chyba tak źle. To nadal nie to samo, co mieliśmy w latach osiemdziesiątych, w czasach baby boomu, kiedy trzeba było Gwiazdkę w trzech turach organizować, na Wielkanoc i Sylwestra też, żeby wszystkie dzieci obsłużyć. Zenuś nie rycz.
-Ale ja już nie mogę!- wrzasnął Zenuś i wbrew prośbie zaryczał donośnie. Ukrył twarz w rękawie czerwonego płaszcza Mikołaja, mocząc go łzami i smarkami.- Panie prezesie, ja już naprawdę nie mogę! Z działu produkcji meldują, że właśnie osiągnęli szczyt swoich możliwości przerobowych a my nawet nie mamy jeszcze połowy zamówionych lalek i klocków! Rowery wyszły już w lipcu. Kucyki nie obrodziły. Nawet gier komputerowych nie dostarczono nam w odpowiedniej ilości, bo wszystko wykupują młodzi single po trzydziestce. Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że połowy tych życzeń w ogóle nie można spełnić. Skąd my weźmiemy kariery modelek i piosenkarek dla dziewczynek? Albo tytuł zawodnika roku w wrestlingu dla chłopców? Panie prezesie, tak się nie da pracować!
-Zenek! Zenek, opanuj ty się!- święty Mikołaj potrząsnął energicznie rozszlochanym elfem. –Przecież święta idą, czas radości i spokoju. To nie prezenty są istotą Bożego Narodzenia ale czas spędzony z najbliższymi.
-Taaak?- Zenuś spojrzał nieufnie swojego na szefa.- A pan prezes czytał w ogóle te listy?
-W tym roku jeszcze nie.- przyznał szczerze święty i zarumienił się ze wstydu.-Ale przecież nie może byc gorzej niż w zeszłych latach. Zenek, weź się w garść.
Święty Mikołaj podszedł do ukrytego w szafce barku i napełnił likierem spory kieliszek. Podał go bez słowa swojemu asystentowi a ten bez słowa przyjął i wypił. Chwilę jeszcze szlochał, ale już wkrótce łzy przestały płynąć. Likier pani Mikołajowej naprawdę miał magiczne właściwości.
-No dobrze.- święty Mikołaj usiadł w swoim zdrowotnym fotelu, zacierając energicznie ręce. Jego biurko dosłownie zaśmiecone było wszelkimi dokumentami niezbędnymi do prawidłowego przebiegu Wigilii. Patenty przemysłowe z dalekich Chin, propozycje nowych zabawek od wynalazców z całego świata, podania o pracę od wszelkiej maści i wzrostu karłów udających prawdziwe elfy, oferty sprzedaży reniferów, wzorniki nowych skarpetek, próbki nowych perfum – świątecznych hitów- „brutal na biegunie” i „Być może w Laponii” a nade wszystko stosy dziecięcych listów z każdego kraju na świecie. Listy były różne. Jedne małe, cienkie, niepozorne inne duże i grube. Jedne napisane na byle jak wyrwanej z zeszytu od matematyki kartce, inne staranie wykaligrafowane, ozdobione własnoręcznymi rysunkami. A każdy z nich, niezależnie od tego czy pochodził od Odisa z Etiopii, Jessici z USA czy Miecia z Polski był tak samo uważnie czytany i tak samo cenny.
-Zenuś słuchaj ty mnie.- powiedział święty. Spojrzał uważnie na swojego asystenta. Zenuś przysunął sobie wysokie krzesełko i usiadł obok swojego szefa. Minę miał wciąż smutną.
-Sekretem udanej organizacji świąt jest optymalizacja zasobów prezentowych.- ciągnął dalej Mikołaj uczonym głosem.- Rozumiesz?
-Nie.- Zenuś pokręcił głową. –Nic a nic.
-Hm...- westchnął Mikołaj. –Zenuś... jak by ci to wytłumaczyć. Może tak: każde dziecko ma marzenia, prawda?
-Prawda.- Zenuś zgodził się apatycznie.
-I każdemu dziecko wolno, aż do osiemnastego roku życia o tych marzeniach do świętego Mikołaja, pisać, prawda?
-Prawda.
-I ty Zenuś też masz marzenia, prawda?
-Też prawda.
-A jakie to masz marzenia Zenuś?
-A żeby to wszystko szlag trafił!- krzyknął nagle Zenuś. Święty Mikołaj poczerwieniał.
-Ho, ho, ho, ho!- zaśmiał się.- I to jest właśnie optymalizacja zasobów prezentowych. Nie wszystkie marzenia możemy spełnić. Musimy zatem ograniczyć się tylko do tych, które są w naszych możliwościach, w tym także finansowych. Dzięki temu dzieciaki uczą się, że nie wszystko można dostać a my oszczędzamy rocznie jakies trzydzieści milionów dolarów na kosztach działalności. Zenuś przeczytaj mi pierwszy z brzegu list, wyjaśnię ci to na przykładzie.
Zenuś spojrzał nieufnie na prezesa ale mimo to zamknął oczy, wyciągnął rękę i wylosował list z piętrzącego się przed nim stosu. List był z różowej kopercie, ozdobiony naklejkami przedstawiającymi rodzinę harcujących szopów. Otworzył i szybko przebiegł oczami jego treść.
-No i? No i?- dopytywał się święty Mikołaj.
-List jest od Heike z Niemiec, lat siedem.- odparł ponuro Zenuś.
-Doskonale. Czytaj, czytaj.
-Heike pisze: Święty Mikołaju. W tym roku poszłam po raz pierwszy do szkoły. Moja nauczycielką jest pani von Klompen. Pani von Klompen jest bardzo miła, a ostatnio nawet przestała bić nas batem.
-Widzisz, co może zdziałać magia świąt.- wtrącił zadowolony święty. –Czytaj dalej.
Zenuś odchrząknął i kontynuował.
-...przestała bić nas batem. Pani von Klompen powiedziała nam, że możemy napisać listy do świętego Mikołaja i wtedy spełnią się nam wszystkie życzenia. Święty Mikołaju chcę cię prosić o dwie rzeczy. Po pierwsze: o męża dla pani von Klompen, żeby już zawsze była dla nas taka miła.- elf wyciągnął z kopert zdjęci uroczej pani von Klompen i podał Mikołajowi. Święty wytarł irchową ściereczką małe, okrągłe okulary, włożył na nos i z uwagą przyglądał się fotografii nauczycielki. Pani von Klompen nawet na zdjęciu wyglądała na bardzo czarującą osobę. Miała z dobre 2 metry wzrostu, 200 kilo zywej wagi a pod usianym brodawkami nosem czerniły się okazałe damskie wąsy. Ubrana była w niebieską suknię ozdobioną falbankami a przez pierś miała przewiązaną szarfę z napisem „miss oświaty i edukacji, Monachium 2016”. Ruda trwała z lokami kręconymi jak u barana dopełniała wizerunku niemieckiej piękności.
-Po drugie, to chciałabym dostać prawdziwą wędzoną makrelę. Całuję cię i kocham- Heike z Monachium.
-Doskonale.- sapnął z zadowoleniem święty Mikołaj. –Idealny przykład na to, żeby dowieść czym jest optymalizacja prezentów. Zenuś, powiedz: czy istnieje najmniejsza chociaż możliwość, żebyśmy znaleźli męża dla pani von Klompen?
Zenuś, oniemiały ze zgrozy, zaprzeczył tylko głową.
-No to może za dopłatą?- dopytywał się swojego asystenta święty Mikołaj, ale tylko tak z przekory, śmiejąc się przy tym gromko.
-Panie prezesie, my mamy bardzo ograniczony budżet.
-Więc zaprzęgaj renifery Zenuś, lecimy na zakupy. Nie jesteśmy w stanie spełnić życzenia o męża dla nauczycielki małej Heike ale możemy sprezentować jej makrelę. I na tym polega czar Bożego Narodzenia- może nie dostaniemy wszystkich prezentów, ale te które otrzymamy będą dane ze szczerego serca.
-Tak jest, szefie!- wrzasnął Zenuś i prędko pobiegł do stajni. Gonił go radosny śmiech świętego Mikołaja.
-Ho, ho, ho!

*

Do małych, dwuosobowych sani zaprzęgnięto Błyskawicznego, milutkiego renifera o złocistej sierści i wspaniałym porożu. Błyskawiczny wisiał znudzony w powietrzu. Tylną nogą próbował podrapać się w szyję. W saniach siedzieli Zenuś i święty Mikołaj. Przeglądali mapy. Zimny wiatr targał płachtami papieru, nosy im czerwieniały a znudzony renifer zaczął wydawać godowe ryki.
-Błyskawiczny, cicho!- krzyknął zdenerwowany święty Mikołaj.- Przecież musimy być gdzieś nad Finlandią.
-Gdzieś to niezbyt precyzyjne określenie.- odparł Zenuś.- A radziłem panu prezesowi, żeby zaktualizować dżipiesa?
-Zenuś, wiesz dobrze, że ja nie ufam tym nowym wynalazkom. Niby wszystko ładnie pięknie, trzy w cenie dwóch, wieczysta gwarancja, a skąd ja mam pewność, że nie ma w tym żadnego podsłuchu? Chcesz, żeby nas Ruskie do niewoli wzięły?
-Ruskie do niewoli?- wtrącił się w rozmowę Błyskawiczny. Przerwał właśnie swoje czochranie.- To im mało swojego Dziadka Mroza?
-Dziadek Mróz to jest nic. On nie ma takich rozległych kontaktów jak ja. Przecież dla mnie to nawet nie jest żadna konkurencja. Co on może takiego zaproponować? Matrioszkę i flaszkę „Moskowskajej”? Co tam młodym Ruskim po matrioszkach, czasy się zmieniają.
-Rudolf to by wiedział gdzie jesteśmy.- wtrącił ponuro Zenuś. Mikołaj spojrzał na niego z oburzeniem.
-Rudolf...- zaczął ale nagle zawahał się.- Rudolf...ee... musiał pójść na odwyk.
-Ha!- zarżał z triumfem w głosie Błyskawiczny.- Wiedziałem! Wiedziałem, a chłopaki mnie nie chciały wierzyć. Ja im mówię, że my Rudolfa jeszcze zobaczymy a oni tylko płakali, że poszedł na kiełbasy. Ha, ha!
-Nie trzeba wierzyć w każdą plotkę, w firmie. - powiedział prędko święty i zaraz skierował rozmowę na inne tory.- Dobra, moi drodzy. Nie wygląda na to, żebyśmy znaleźli przed zmrokiem naszego stałego dostawcę. Jednym słowem- zgubiliśmy się.
-To ja mam pomysł.- stwierdził nagle Zenuś. Siedział skulony w kącie sań, a z nosa wystawały mu dwa dorodne gilowe sople.- Po co lecieć do Mikołajfurra? Przecież ryba to ryba, chyba w każdym sklepie można ją kupić? Lećmy do pierwszego lepszego spożywczaka, kupmy co trzeba i chodu do domu zanim zamarzniemy.
-Głupio wygląda ale niegłupio gada.- zgodził się Błyskawiczny.
-No to dokąd?- zapytał Mikołaj.
-Znam taką jedną Biedronkę, niedaleko stąd.- zaproponował Błyskawiczny.- We Wrocławiu, w Leśnicy, pamięta pan, panie święty? Jakieś dwa lata temu kupowaliśmy tam słodycze jak nam czekolady od sponsorów dla dzieci z domu dziecka zabrakło.
-Aaa, faktycznie.- przypomniał sobie Mikołaj. –To tam, gdzie nam faktury nie chcieli wystawić, bo nie mamy numeru międzynarodowej identyfikacji podatkowej.
-Ale parking maja duży, łatwo się saniami wykręca.
-Trafisz tam?- zapytał Zenuś. Błyskawiczny spojrzał na niego z wyższością.
-Panie asystent, ja to już w firmie od 60 lat robię. Pan się pyta takiego starego wygi jak ja czy trafię? Panie, jak nie zabłądzę to ja wszędzie trafię.
-No to fru!- krzyknął radośnie święty Mikołaj i trzasnął lejcami. Błyskawiczny stuknął kopytkiem, machnął ogonkiem, ryknął i polecieli ciągnąc za sobą smugę magicznego pyłu.

*

Błyskawiczny miał rację. Przybiedronkowy parking faktycznie był duży. Nie tylko łatwo zaparkowali saniami ale, do tego, w przeciwieństwie do innych marketów, nie wzbudzali sensacji. Podsklepowe towarzystwo Marianów i Tadzików, wspomagane oparami taniego wina  „czar komandosa” widziało już egzotyczniejsze rzeczy niż sanie świętego Mikołaja. Wysiedli. We Wrocławiu zima jeszcze nie przyszła. Gile Zenusia odtajały i elfik mógł się cieszyć swobodnym dostępem świeżego, chociaż niezbyt przyjemnego powietrza.
-Idziesz? Zostajesz?- zapytał Mikołaj Błyskawicznego. Renifer skrzywił mordkę.
-Panie święty, jak panu to różnicy nie robi to ja bym może sobie skoczył na Jerzmanów? Dwa lata temu to ja tam taką uroczą ośliczkę widziałem, Agnieszka miała na imię, no i my...
-A. A. A.- Mikołaj przerwał mu zdegustowany. -Tego to ja nie chcę słuchać. Wyrobisz się w godzinę?
Błyskawiczny stuknął wesoło kopytkiem.
-W godzinę?- zarżał radośnie.- Rany julek, w godzinę to można się bliźniaków doczekać. Jasne, że zdążę. Wyprzągnijcie mnie tylko.
-A kto sani popilnuje?- wtrącił się w dyskusję Zenuś. Spojrzeli na siebie markotno. Istotnie pytanie było więcej niż zasadne. Wrocław, Leśnica, parking przy Biedronce. Kłamać nie będę- nieciekawa okolica.
-Spoko, się załatwi, panie asystent.- odparł Błyskawiczny.- Od czego ma się te znajomości?
Mikołaj odpiął pas pociągowy. Błyskawiczny  jednym, płynnym ruchem wyplątał sie z zaprzęgu i pogalopował w stronę  grupki stałych klientów, dzielnie okupującej wejście do marketu. Kilka minut coś z nimi rozmawiał, wdzięcznie przyjął łyczek z proponowanej butelki, pogadali i pośmiali się. Po chwili był z powrotem.
-Za dwa złote popilnują.- oznajmił radośnie, wskazując kopytem na starych przyjaciół.
-Oho, takie znajomości to ja też mam.- naburmuszył się Zenuś.
-Panie asystent, pan się nie naburmusza tylko poszuka monety. Powiedziałem im, że zapłacicie przy wyjściu. To ja lecę, widzimy się za godzinę.- lekko oderwał się od ziemi i poleciał w stronę Jermanowa. Żaden z klientów marketu, obecnych na parkingu nawet za nim nie spojrzał.  Na Leśnicy to i nie takie rzeczy widzieli.
-Dobry wieczór panom.- Mikołaj podszedł do grupki przyjaciół Błyskawicznego. A przyjaciół tych było trzech: Marian, Tadzik i jeszcze jeden, na którego wołano „Ryj jak Łopata”. Pachnieli mocno tanim napojem wiśniowym i jeszcze tańszymi papierosami z przemytu. –Panowie podobno zaoferowali się, że popilnują nam sanie na czas zakupów?
-Marian, odsuń się od drzwi, bo przecie widzisz, że samotna matka z dzieckiem chce przejść.- zabełkotał Łopata wskazując na świętego i Zenusia.- Pani szanowna się nie boi. Szacowny małżonek...hik...pani już ze nami dyskusję panelową prowadził...hik... Pani szanowna, pani się dorzuci, żeby gardło nie wyschło strudzonym wędrowcom a my pani szystko... hik... szystko popilnujemy. I tę małpkę też możemy przypilnować, prawda Marian? Hik.
-Zenuś, dawaj pieniążka.- polecił Mikołaj swojemu asystentowi. Zenuś mocno był obrażony za „małpkę”. Jakże to? On? Asystent prezesa w korporacji o międzynarodowym zasięgu małpką?
-Panie prezesie, przecież ja jestem na bezpłatnym stażu.- zaprotestował.- Pan mi nic nie płaci.
-I co? Nic nie masz?
-Nic a nic, a do tego jeszcze w stołówce za ten miesiąc abonamentu nie opłaciłem. Chyba jakiś kredyt na święta wezmę albo co.
-Hm...- Mikołaj zamyślił się. Przetrząsnął wszystkie kieszenie, zajrzał do portfela ale kieszenie były puste, a w portfelu miał tylko zdjęcie pani Mikołajowej w bikini. Szybko schował fotografię, bo Zenuś mu ciekawsko przez ramię zaglądał.
- Zegarek pan weźmiesz?- zapytał Łopatę, prezentując mu cudo nowoczesnej techniki marki „Leningrad” tkwiące na przegubie. Łopata tylko wzruszył ramionami.
-Mamuśka, a na co mnie zegarek? Bo to szczęśliwi czas liczą?
-To co mam dać? Nic więcej nie mam.
-To daj pani czapkę.- wtrącił się milczący do tej pory Tadzik.
Zrobione, powiedziane. Święty zdjął z głowy czerwone nakrycie z baranim kożuszkiem.
-Mmm. Cieplutka.- rozmarzył się Tadzik, kiedy założył czapkę na swój łysiejący czerep.
-Idź po wózek Zenuś.- polecił święty swojemu asystentowi ale Łopata uprzedził go.
-Czekaj paniusiu. Za taką czapkę to ja ci dam nasz wózeczek.- skoczył za róg sklepu i po chwili wrócił pchając przed sobą z wysiłkiem stary, podniszczony wózek sklepowy. Na jego dnie leżało trochę nieaktualnych gazetek reklamowych i paragonów.- Tylko to prywatna własność.- zastrzegł przekazując wózek Zenusiowi. – Paniusia nam odda, jak skończy, bo inaczej Tadzik będzie musiał swoje ciuchy w worku na śmieci trzymać. On się bardzo do rzeczy przywiązuje.
-Tylko na czas zakupów. Dziękuję panom serdecznie.- Mikołaj skinął w podziękowaniu głową, po czym lekko popchnął Zenka.- Idź przodem, Zenuś.
Mechaniczne drzwi otworzyły się z lekkim sykiem. Ze środka buchnęło ciepło i światłość, radosne kolędy i krzyk tłumu walczącego o promocyjnego karpia.
Trzech przyjaciół patrzyło za oddalającym się Mikołajem i jego asystentem.
-Fest kobitka, co nie?- zapytał Łopata, drżącym od nagłego wzruszenia głosem.
-Fest.- zgodził się Tadzik.- Ale chyba trochę nie ten tego. Widziałaś jakie to poroże swojemu mężowi przyprawiła?
A milczący do tej pory Marian nagle poczuł święta bo zaczął śpiewać na cały głos: „przybieżeli do Betlejem me-ne-le...” 

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Jak jednoznacznie wynika to z opowiadania- mam konszachty ze świętym Mikołajem. Wszyscy, którzy ośmielą się kopiować bez podania źródła- otrzymają, w prezencie pod choinkę, całoroczny karnet do dentysty.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)