sobota, 5 grudnia 2015

"Kosmiczna delirka" część trzecia

W poprzednim odcinku "Kosmicznej delirki" zostawiliśmy bohaterów w bardzo nieciekawej sytuacji. Ziemia pierdut, pomidory pierdut a tapicerka moskwicza z pewnością nadaje się tylko do prania. Jedynym pozytywnym akcentem jest zaplanowany wypad na piwo. A piwa się nie odmawia, nawet najgorszemu wrogowi.
Pamiętajcie jednak, nawet w sytuacji, kiedy to Ziemię wysadziłoby w powietrze, żeby po piątkowych szaleństwach w klubie zostawić sobie ostatnie 20 złotych na taksówkę. Nie tykajcie auta po alkoholu. Naprawdę nie warto.

Całość można sobie ściągnąć i poczytać online także tutaj: Kosmiczna delirka


Kosmiczna delirka
Część trzecia 


Bar był zwykły, taki normalny i nazywał się „UFO”. Żadna tam sześciogwiazdkowa restauracja, tylko zwyczajna plackarnia wujka Zenka, z rozwodnionym piwem i hamburgerami smażonymi na zjełczałym smalcu. Przybarowy parking zastawiony był ciężarówkami ze wszystkich stron galaktyki. Kierowcy jednych czekali na rozładunek, inni odbywali właśnie pauzę regeneracyjną, jeszcze inni, w najgłębszej tajemnicy, zawierali tanie kontakty z miejscową mikobiotą*. Osobowych rakietek było niewiele. Ot, jakaś rodzinka zatrzymała się na krótką chwilę w celu skorzystania z klopa albo promocyjnej kanapki z mięsem i prędko lecieli dalej z pustym pęcherzem albo bakteriami salmonelli do wyboru. Bo i podziwiać w tej okolicy nie było za bardzo czego. Smród, brud, a do najbliższej zamieszkałej planety chyba z 1000 lat świetlnych.
Zaparkowałem mojego moskwicza niedaleko zjazdu na międzygalaktyczną, z daleka od wielotonowych transportowców. Tak z przezorności, jako, że poprzednie galotki musiałem szybko zmienić, a te były ostatnimi z czystych.
Patrzę się na mojego towarzysza. Niewesoło jakoś wyglądał.
-No i co teraz?- pyta się mnie już drugi chyba raz dzisiaj. A co to ja, książka telefoniczna? Wzruszyłem ramionami.
-Jak to co teraz? Za kratki pan pójdziesz, panie Ryśku. Coś się mnie wydaje, że wysadzenie Ziemi to jednak nie bułka z masłem. Pan myślisz, że nikt nie zauważy? Że się nie będą dopytywać? Że się nikomu to podejrzane nie wyda? Wczoraj na tym miejscu rósł sobie spokojnie groszek i nasturcje a dzisiaj tylko zgliszcza i kupa kamieni. Za takie coś to mnie się wydaje, że amnestia nie obowiązuje.
-Ja nie chcę za kratki! Jestem na to za przystojny! Ja nie pójdę!
-Pytali się pana będą czy chcesz? Ot, zakują pana w obrączki, prokurator wyroku dołoży i koniec filozofii. Pan się lepiej zacznij na to mentalnie przygotowywać. Szczoteczkę do zębów pan se lepiej spakuj i mydła, najlepiej w płynie.
Teraz chyba dotarło do pana Ryśka co on tak naprawdę nawyprawiał z tymi zawodami balonowymi. Alkohol to, kurde, trzeba jednak odpowiedzialnie pić i pić umieć. A jak ktoś nie potrafi to niech lepiej, żeby się butelki w ogóle nie tykał. Przynajmniej takie jest moje prywatne zdanie.
Pan Rysiek patrzył się na mnie długo i głupio. Nagle krzyknął:
-Panie Wieśku, ale pan to jesteś teraz moim wspólnikiem!
-Zara, zara!- wrzasnąłem, bo zagotowało się we mnie momentalnie.- Jakim wspólnikiem? Co pan mnie tutaj opowiada? Ja z panem żadnego malinowego nie lulałem!
-Ale mnie nagiego, z błota kosmosu, pan żeś podniósł, odział, głodnego nakarmił i sokiem
pomidorowym spragnionego napoił. A nawet całować się pan chciałeś. Jesteśmy teraz jak  Bonnie i Clyde, panie Wieśku.
-Całować? Ja chciałem pana całować? Panie, ja to sobie nawet pedały z rowerka wymontowałem a pan mnie tu z takimi insynuacjami?! A idź pan w porzeczki. Za tą moją dobrość chcesz mnie pan w przepaść ze sobą ciągnąć? Ja z wysadzaniem Ziemi nic wspólnego nie miałem. Mnie żonę wysadziło, chałupę rozpizgło, pomidory rozcharatało. Gdzie ja teraz takie pomidory dostanę?
-Ojejujeju.- zapiszczał pan Rysiek szyderczym głosem.- Pomidory! I pan to jest niby wielce poszkodowany? A co ja mam powiedzieć? Gdzie drugiego takiego szwagra Grzesia znajdę? Bo żona- to jeszcze małe piwko. Ot, baba jak baba. Ale żeby na szwagra takiego trafić to jest panie jak szóstka w lotto. Więcej- to jest jak Boże Narodzenie i Wielkanoc w samego Sylwestra! Ulituj się pan nad biedną sierotą! Nie wydawaj w ręce policji!
-Wydać to pana nie wydam.- stwierdziłem po chwili namysłu, bo to jednak trochę żal mi było pana Ryśka. Faktycznie żon to można mieć i ze sto ale żeby się przy tym chociaż jeden dobry szwagier trafił- to więcej jak cud boski. Aaa... zresztą. Nawet największemu pijakowi trzeba pomóc, kiedy ten szczerze, o taką pomoc poprosi.
- Chodź pan do baru, obgadamy sytuację. Trzeba się zastanowić co robić dalej.
Pan Rysiek znowu zalał się łzami, tym razem wdzięczności.
-Tylko pamiętaj pan, panie Ryśku.- mruknąłem do swojego towarzysza.- Staraj się pan, żebyśmy wyglądali naturalnie. Nie, żeby ktoś sobie przypadkiem pomyślał, że jesteśmy z takich, co to na podwieczorek Ziemię wysadzają.
-Panie, na mnie można polegać jak na Soplicy.- odparł pan Rysiek, całkiem już wesoły. – Jak chcę to potrafię być prawieże niewidzialny. Nawet moja rodzina się nie zawsze do mnie przyznawała na ulicy.
-No to luzik. Lekko w bioderkach i bez robienia zbędnej sensacji. Idź pan przodem, ja będę ubezpieczał tyły. I gibaj się pan jak Dżekson w „Keczułoki anułoki”. To budzi zaufanie. To jak niepisana odznaka męża stanu.
No to gibamy się obydwa. Tanecznym krokiem idziemy w stronę baru, na gębach banany, kciukami se do taktu pstrykamy, dwa luzaki no nie? Kto by powiedział, że to wybuchowe takie chłopaki? Ano nikt.
           
 W środku baru ludu mrowie, a nawet mnóstwo. I to nie tylko ze starej, poczciwej Ziemi ale z każdego zakątka galaktyki. Gwar, szum, dym taki, że można by siekierę powiesić. Pachniało rozgotowanym i przesłodzonym kompotem z truskawek, starymi ziemniakami, nieświeżym mięsem, potem, tytoniem, szczurami i nieszczelną toaletą. Zza długim, drewnianym kontuarem wujek Zenek nalewał wąskim ciurkiem piwo marki piwo do podstawionych, niezbyt czystych kufli. Po sali kręciły się tu i ówdzie sześciorękie i sześciocyckie kelnerki, roznosząc talerze z gulaszem, miski z zupą i promocyjne kanapki z wołowiną. Tu jakiś kierowca w kraciastej koszuli i czapeczce „New York Fighters” grał w pinballa na żetony, tam ktoś oglądał najnowsze wydanie wiadomości wyświetlane w wysoko zawieszonym telewizorze, ktoś grał hałaśliwie na automacie, ktoś wykłócał się z obsługą o znalezionego w swoim strogonowie* karalucha, jeszcze inni ziewali znudzeni i leniwie wiosłowali łyżkami w swoim rosole.
Ja już byłem do takich widoków przyzwyczajony, bo jak jeździ człowiek na te monataże to i trochę wielkiego kosmosu tu i ówdzie liźnie. Ale pan Rysiek to co innego. Usta ze zdziwienia otworzył, oczy wybałuszył, na gębie poczerwieniał i się gapi. A prawdę mówiąc gapić się to nie było za bardzo na co. No bo to jest jeszcze ktoś na tym świecie kto nie widział dwuogonowych Marsjach, o skórze pokrytej śpiewającym mchem? Albo tacy Plutonianie, z poczwórnymi uszami, trąbą jak u słonia i 3 parami rąk. A co to, dziwy jakieś wielkie? Normalna rzecz, nie ma co gałów wytrzeszczać.
Prędko pchnąłem pana Ryśka w stronę najbliższego wolnego stolika, coby mie siary przed ludźmi nie robił. Uff, zdążyliśmy, bo to akurat się zaczęły klienty na nas paczeć. Jeden taki, wielki jak mrówkojad na sterydach, chyba z Jowisza, zlustrował nas groźnie, przerywając na chwilę wyszukiwanie hitów w staromodnej szafie grającej. Ale, że całkiem sprytny jestem, to w porę zacząłem się gibać. Jowiszanin przyglądał się tylko chwilę jak odstawiam Dżeksona i chyba mu się podobało, bo prychnął tylko i dalej wrócił do swojego napoczętego kufla piwa i serenad Wodeckiego. No, najważniejsze to być naturalnym.
-Panie Ryśku, nie kręć pan pawiana. – powiedziałem z wyrzutem do pana Ryśka.-  Mamy się nie rzucać w oczy. Chcesz pan żeby po antyterrorystów zaraz ktoś zadzwonił?
-Ja się wcale w oczy nie rzucam. Powiedz mnie pan, panie Wieśku, czy ja się mogę komukolwiek rzucać w oczy?
Tak se spojrzałem na ten czerwony jak burak nos pana Ryśka, na tę jego zaczeskę ala Donald Triumph, na oczka kaprawe i przekrwione, na ręcznie dziergany sweter od babci, z napisem Marry Krismas, na przetarte na piętach skarpety i klapki Kubota. Nie no, skądże. Ma facio rację. Ale chyba jednak nie byliśmy tacy dyskretni jak nam się wydaje, bo zaraz wypatrzyła nas biuściasta kelnerka.
-Panowie z Ziemi?- zapytała przepalonym od tytoniu głosem. Momentalnie zapaliło się nam obydwojgu czerwone światło w głowach. Oho, inwigilacja. Znaczy się, że chyba już wiedzą kto planetę wysadził. No pięknie, kurde bele, jeszcze mnie naprawdę za wspólnika wezmą.
-Nie, skądże!- zaprzeczyłem.
-Ja nawet nie wiem jak Ziemia wygląda.- dołączył ochoczo pan Rysiek. –Ba! Pani droga! Ja nawet nie wiem jak to się pisze!
-To co panów tu sprowadza?
Ja cię pierdziu. Co jej odpowiedzieć? Że się przed policją chcemy skitrać?
-Podróż poślubna.- walnął nagle pan Rysiek, oświecony w nagłym przypływie inteligencji.        
Ludzie! Ludzie! Aż mnie czepło. Ale nic, pomysł dobry. Może przejdzie.
-Och, misiaczku, zanudzasz panią tymi opowiastkami.- Tak zagaiłem, ale za te „misiaczku” to bym sobie sam z chęcią po mordzie dał. -Niech pani tego moczymordy nie słucha, zawsze jak się naje przeterminowanych fistaszków, to ludziom zaczyna na nerwach grać. Gazy go cisną.
-Moczymordy? To ty mie, pijanico jedna, jeszcze przed chwilą na kolanach miłość wieczną wyznawał, z ustami się do mnie rwałeś, a teraz moczymordy?- oburzył się pan Rysiek, a kto wie czy i nie słusznie.
-Z ustami się rwałem, żeby cię ratować, ciulu wrocławski! Ty mnie żadnych takich nie insynuuj.  Najpierw pijesz jakbyś gorzelnię odziedziczył a potem się dziwisz, że do ciebie karetkę chcą ludzie porządne wzywać?
-Kłócić się chcesz? Ledwo co 2 godziny jesteśmy małżeństwem a ty do mnie z pyskiem skaczesz?
-Weź, idź pan dzika poczochraj z takim małżeństwem! Ja się tam wcale nie prosiłem na taki mezalians. Mnie stać by było na samego Arnolda Schwarcenegera, a nie się z takim klapkiem między uczciwymi ludźmi pokazywać. Bo to co mnie czegoś męskiego brakuje?
-A w mordę chcesz?
-A ty chcesz?
-A bo co?
I tu muszę uczciwie przyznać, że po wystąpieniu argumentu „a bo co” zanika możliwość racjonalnego rozwiązania sporu. Już myślałem żeśmy się zdemaskowali. Trudno, adieu wolności- wołajcie policję, niech nam dowalą po 300 lat ciężkich robót za pierdut i współudział. Ale mimo wszystko wyszło to nam na dobre. Bo biuściasta tylko popatrzyła na nas znudzonym wzrokiem i chyba uznała, że zachowujemy się rzeczywiście jak tradycyjne małżeństwo.
-To co podać?
-Czego się pan napijesz, panie Ryśku?- zapytałem już uprzejmie i spokojnie. W końcu na pierwszą kolejkę to ja zapraszałem.
-To samo co pan.- odparł.
-Pani da dwa piwa.- powiedziałem do kelnerki.
-To i dla mnie dwa piwa.- stwierdził pan Rysiek.
Kelnerka wydęła tylko pogardliwie usta i zniknęła tak samo szybko jak się pojawiła. Piwa pojawiły się na stoliku z prędkością światła. Gruba na trzy palce piana wylewała się z kufla.
Upiłem łyk i zaraz mnie momentalnie wróciła jasność umysłu. To był dla mnie wyraźny znak, że piwo to nie tylko napój leczniczy tylko coś zdecydowanie więcej. Piwo to dowód na to, że Bóg nas kocha i chce żebyśmy byli szczęśliwi. Pan Rysiek również nie próżnował i tęgo lał w gardziel płynne szczęście. Ale on- wiadomo- sportowiec, profesjonalista. Chmielowy trunek szybko się skończył i znowu zamówiliśmy po dwa piwa. A potem jeszcze jedna kolejka. I siup! Następna. W końcu byliśmy przygotowani i na tyle odważni, żeby zmierzyć się z otaczającą nas rzeczywistością. A rzeczywistość była względem nas bardzo brutalna, bo z szafy grającej dobiegała właśnie piosenka Wodeckiego „Z tobą chcę oglądać świat”. A ja ni hu hu, nie chciałem oglądać świata z panem Ryśkiem zza kratek. Postanowiłem pozbyć się delikwenta.
-Panieszmnb Ryśkusnzbhz- zagaiłem. Na początku szło mi ciut niewyraźnie, bo piwko jednak zrobiło swoje i podstępnie zaatakowało organy wydalania głosu. –Panie Ryśku.- poprawiłem się.- Cza coś postanowić.
Pan Rysiek tylko czknął ale wziąłem to za znak, że słucha z uwagą.
-Nasza sytuacja jest trochę, jakby to tak powiedziawszy, dramatyczna. Ale to tylko i wyłącznie pańska wina. Gdybym był skończonym chamem to bym panu powiedział jaki to z pana idiota, kretyn i wyrzutek społeczny. Masz pan szczęście, że nie jestem.
-A pan to mnie tylko ciągle wyzywasz i wyzywasz.- ryknął pan Rysiek i zapłakał. Jezu, co on ma w tych ślepiach jakąś fabrykę? Tylko ryczy i ryczy. Pan Rysiek kontynuował.- A tak. Wyzywasz pan mnie. Obrażasz i wystawiasz na niebezpieczeństwa. I dlaczego ja się pytam? Zrobiłem to coś komuś złego? Staruszkę na pasach rozjechałem? Dziecku cukierka ukradłem? Ja bardzo... taki... subtelny jestem. Do mnie trzeba delikatnie jak do kwiatka.
-Panie! Jakeś pan pić potrafił to i weźże odpowiedzialność za te swoje picie.  Z kwiatkami będziesz pan tu wyjeżdżał. Pan z kwiatkiem to nic, absolutnie nic wspólnego nie masz, a z zapachu to już najmniej. Z panem nie da się w ogóle na poziomie porozmawiać.
-Owszem da się.- zripostował pan Rysiek.- Tylko, że niskim.
-Żony panu nie szkoda? Grzesia nie szkoda? A co z moimi pomidorami?
-Fakt, Grzesia to mi trochę szkoda.- przyznał pan Rysiek.- Dobry był chłop, z kościami dobry. A Ewcia, moja żonka, też zła kobitka nie była. Wprawdzie z mordą rzucać się lubiła ale źle dla mnie nie chciała.
-Panie Rysiek, pan mnie uważnie posłucha. Nie ma takiego punktu w życiu, żeby nie było z niego odwrotu. Ale pan sam musisz chcieć i coś zacząć robić.
-Ja chcę i to bardzo chcę panie Wieśku!- krzyknął pan Rysiek.
-Gadać, że pan coś chcesz zmienić to pan możesz do księdza na spowiedzi. Panie! Tu trzeba czynów. Pan w końcu przestanie zachowywać sie jak dupa i skończy mnie pytać: „ i co teraz, co teraz”. Panie! Żeś pan Ziemię wziął i roz... rozpierdut to teraz przynajmniej weź pan decyzje w swoje ręce. Myśl dalej teraz.
-Do paki nie pójdę, nie ma mowy.- odparł pan Rysiek lekko rozżalonym głosem. Facet rozkleił się zupełnie. Chlipał i siorbał pozostałą w kuflu pianę z piwa, bo samo piwo już się skończyło. Ja już nerwa miałem konkretnego, i aż mnie telepało aby mu w szczękę przylutować ale co na niego spojrzę to mi żal.
-No i?- zapytałem po długiej chwili milczenia.- Już pan coś wymyślił?
-Co mnie pan, panie Wieśku tak popędza? Mnie to nigdy w porę do głowy nie przychodzi dobra odpowiedź. Kiedyś sąsiad powiedział mi, że wyglądam jak małpa. Dopiero tydzień później uświadomiłem sobie, że powinienem mu powiedzieć: a idźże w buraki, stary pierdoło, o, o, o!- tu nagle głos mu się zawiesił a oczy zrobiły się wielkie. Znieruchomiał i nagle krzyknął.- Czekaj pan! Mam! Ja mam przecież ciotkę na Saturnie!
-A ja konto w Enbanku, ale się ze swoim wstydem publicznie nie obnoszę.
-Czekaj, czekaj! Pan mnie nie przerywa. Ile masz pan jeszcze paliwa w baku?
Zastanowiłem się.
-No trochę tego jeszcze musi być, bo przed samym wyjazdem tankowałem za stówę wzbogaconego uranu.
-Do Saturna doleci?
-Na oparach ale doleci.
Twarz pana Ryśka rozbłysła nagłym szczęściem.
-No to fru do ciotki! Panie Wieśku, pomóż człowiekowi w potrzebie ostatni raz. Pan mnie tam odstawi. Ja się nauczę sadzić buraki. Malinowego nawet nie tknę. Ze sportu zrezygnuję. Będę szczepił drzewka owocowe i hodował kaczki! Słowo byłego harcerza!
Zamyśliłem się, ale ludzie! Tak szczerze, to mnie nie trzeba było nawet namawiać! Po pierwsze primo: przerzucę kłopot na jakąś tam ciotkę na Saturnie. A po drugie primo: jak już się ciała pozbędę to wtedy mie żadna policja nie udowodni, żem z nim jakąkolwiek współpracę podjął. Ekstra, git, szakalaka, jazda!
-No to fru!- wrzasnąłem ucieszony. I w tej samej chwili odezwał się we mnie głos natury. Bo człowiek, jak wiecie, składa się w dwóch trzecich z wody. A ja, w tamtym momencie, to nie tylko mogłem tą naukową tezę na swoim przykładzie potwierdzić ale i dokładnie wskazać, gdzie się ta woda znajduje.
-Muszę siusiu.- jęknąłem i sruuu! Pędem do toalety. Wtedy jeszcze nie zajarzyłem, że w barze zrobiło się nagle coś tak podejrzanie cicho a wujek Zenek i jego kelnerki wskazują na nas paluchami. Migusiem znalazłem kibelek, rozpinam rozporek, wystawiam co trzeba i siusiam. Ulga niesamowita. Gdzieś tak po minucie się zorientowałem, że ciśnienie nie spada- znaczy się trochę to sikanie potrwa. Zaczęło mie się nudzić, a w takich sytuacjach, sami rozumiecie, ma człowiek zdecydowanie ograniczone możliwości zapewnienia sobie innej rozrywki. To rozglądam się po kibelku. Siusiarnia jak siusiarnia, nic szczególnego. Popękane, nigdy nie myte kafelki ze sczerniałymi fugami, zbite lustro, zardzewiały kranik, który pewnie nigdy nie działał, puste dozowniki po mydle a do drzwi przyklejony plakat z mordą jakiegoś obwiesia i podpisem „Czy widziałeś tego człowieka?” I tak się paczę na tego faceta z plakatu. Oho, poszukiwany. Hehe, dobrze, że mnie tak jeszcze nie szukają. 100 tysięcy baksów nagrody, to nawet nieźle musiał facio narozrabiać. Takie niewyjściowe zdjęcie mu na plakat dali, hehe. Nos czerwony, z trzech włosków zaczeska, oczka kaprawe i przekrwione... Matko Bosko Najtrzeźwiejszej Pomocy! To przecież jak w mordę strzelił pan Rysiek!
Momentalnie skończyło mnie się chcieć dalej siusiać. Wyleciałem z kibelka jak z procy. Wpadam na główna salę, paczę się ja w telewizor a tam to samo! Ja cię! Cały kraj szuka pana Ryśka. Jak nic, to jego ryło na każdym kanale w telewizorze a spikerka tylko dodaje melodramatycznie: „poszukiwany żywy lub martwy. 100 tysięcy nagrody” Coś tam jeszcze mamlali w tym telewizorze ale mnie w ogóle odeszła już chęć, żeby dalej słuchać. Przecież jak jego szukają to chwila moment a i mnie też zaczną ścigać. Cały bar widział nas razem, a do tego chwaliliśmy się, że w „podróży poślubnej”, cholera jego mać! Wujek Zenek chyba zaczął już kojarzyć fakty bo podniósł w górę paluch i wycelował go we mnie oskarżycielsko, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że piwo, które właśnie lał do kufla dawno się przelewa. Biuściasta kelnerka wzięła się pod boki i wytrzeszczała oczy. Mrówkojad z Jowisza odwrócił się od szafy grającej i podejrzliwie kiwał głową. Nawet śpiewający mech, porastający ciała obu Marsjan przestał gwizdać kuplety z Gwiezdnych Wojen a zaczął nucić intro z „Akademii Policyjnej”. Ta chwila ogólnego zaskoczenia była bardzo króciutka.
-Panie Rysiek!- ryknąłem.
-Co?- odkrzyknął pan Rysiek z drugiego końca sali.
-Pan się głupio nie pyta! Pan ucieka!

 cdn...



*mikobiota- (za Wikipedią) ogół grzybów wystepujących na określonym obszarze.
*buef strogonow- klasyk każdej taniej plackarni wujka Zenka. Duszone kawałki twardej wołowiny w sosie z rozgotowanej papryki i oklapłych pieczarek. Wbrew pozorom całkiem smaczne. 


wasza
Helga von Klusken

p.s. Wielka jest moja wiara w to, że nikt z was nie będzie kopiował bez wcześniejszego porozumienia ze mną ani plagiatował. Ale oczywiście, nie tak wielka, żeby zrezygnować z ubezpieczenia prawnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)