Na nowy rok (obiecuje to sobie bardzo) postaram się wstawać wcześniej niż o 11 rano i publikować ciutkę więcej. Obiecuję, że dokończę dziesięć tysięcy zaczętych opowiadań, które szwendają się gdzieś bez celu w czeluściach mojej płyty głównej. Obiecuję, że będę jadła więcej czekolady i unikała ćwiczeń fizycznych. Obiecuję, że dokończę remont mojej rozsypującej się chałupy. Ale najbardziej obiecuję sobie, że przestanę się przejmować duperelami, opiniami, ocenami i lajkami na Facebooku. Tak mi dopomóż święty Mikołaju, amen.
Opowiadanie można ściągnąć sobie z chomika tutaj
lub z dysku googla tutaj: "Dziedzictwo makreli"
Dziedzictwo makreli
Część druga- ostatnia
Mikołaj wraz z Zenusiem stanęli zagubieni w sklepowej alejce. Z każdej
półki wyzierały kolorowe opakowania, krzyczące wielkimi literami: „kup mnie!”.
Tutaj czipsy w wielkich szeleszczących torebkach foliowych, tam coca-cola w
puszkach zdobionych złoceniami, pachnące czekolady w srebrnym złotku, olbrzymie
kawałki pistacjowej chałwy w plastikowych pojemnikach, dżemy, śledzie w occie,
sery, szynki, twaróg, warzywa i bułki- a wszystko to bogato zdobione
czerwienią, zielenią, złotem, namalowanymi gałązkami ostrokrzewu, bombkami i
włosami anielskimi. Miało się wrażenie, że Jezusek urodził się nie w skromnej
stajence tylko gdzieś w sklepowej alejce- gdyż twarz Najświętszego Dzieciątka
spoglądała z każdego opakowania- czy to kiełbasy, masła albo też kleju do
protez. Każdy z producentów nachalnie i naiwnie przekonywał klienta, że jego
produkt brał udział w boskim cudzie sprzed 2000 lat, tak więc i teraz na
świątecznym stole nie może zabraknąć gazowanego napoju i kremu orzechowego,
coby ten cud godnie upamiętnić. Mikołaj rozglądał się wyraźnie zagubiony. Do
tej pory to pani Mikołajowa rozbiła wszystkie codzienne zakupy, on nie był
przyzwyczajony do tego rodzaju wielkopowierzchniowych sklepów. Ba! Nie za
bardzo wiedział jak się w nim poruszać i gdzie znaleźć makrelę dla Heike. Nagle
za wysoka paletą wody mineralnej wypatrzył
brudnego adidasa, należącego do pracownika sklepu. Szurnął w kierunku
buta. Zenuś pobiegł za nim na swoich krótkich nóżkach, z trudem pchając ciężki
wózek. Za zgrzewkami wody kuliła się chuda, zabiedzona kasjerka, wyraźnie
unikająca klientów.
-Pani wybaczy...-
zaczął święty.
-Pan nic nie mówi
kierowniczce. – przerwała mu, wpatrując się w świętego wielkimi oczami. - Zdrzemnąć się tylko
chciałam. Ja już od tygodnia nadgodziny robię i tydzień mnie w domu nie było. Dzieci
to już nawet zaczęły do mnie listy pisać na adres sklepu.
-Widzę, że gramy
w tej samej lidze, proszę pani.- wtrącił się Zenuś.
-Zenuś, zamknij
gębę.- upomniał go łagodnie Mikołaj.- Pani wybaczy, nie chciałem jej przerywać
drzemki. Ja tylko taki trochę staromodny jestem, pamiętam jeszcze jak po ser i
jajka trzeba było do rolnika na wieś jeździć. A teraz... Wszystko w jednym miejscu. I jedzenie, i
chemia, i elektronika, i wszystkiego po trochu. Trochę się z Zenusiem
zgubiliśmy w takim wielkim sklepie. Pani, gdzie tu makrele dają?
-Makrelę?-
zdziwiła się chuda, zabiedzona sprzedawczyni. Podrapała się po cienkich,
rozczochranych włosach. -Makrelę... Eee... to chyba w produktach sezonowych
musi być. To tam gdzie się najbardziej biją.- wskazała palcem na kłąb kurzu i
wrzasków widoczny w odległych alejkach. Kłąb darł się wyrazami mocno
nieparlamentarnymi, wyrywał sobie z głów resztki włosów, okładał pięściami i
zzutymi butami a stojące obok hostessy, w ubraniach śnieżynek, dopingowały
walczących bojowymi okrzykami.
Mikołaj zszarzał
nagle na rumianej twarzy.
-Tam?- zapytał
szczękając ze strachu zębami.
-No, tam.
Produkty świąteczne i sezonowe. Pan się nie boi, panie kliencie szanowny. To
tylko z daleka tak wygląda. Jakby co to niech się pan powoła na kierowniczkę.
Zawsze działa.
-Okej... Dziękuję
pani serdecznie. No to idziemy. Zenuś, pchaj wózek.- Święty ukłonił się
szarmancko zabiedzonej kasjerce i sam poszedł przodem, mimo, że serce truchlało
w nim ze strachu. Kasjerka z powrotem ułożyła się na drewnianych paletach,
nakryła kawałkiem folii typu strech i przymknęła oczy. Zenuś spoglądał na nią
ze współczuciem.
-A to w ogóle tak
można? Żeby nadgodziny cały tydzień robić?
-Panie szanowny
klient,- odparła sennie kasjerka. – w tym kraju, za najniższą krajową, to
wszystko można.- po czym odwróciła się na drugi bok i zaczęła cichutko chrapać.
Ale naprawdę cichutko, tak żeby nie przeszkadzać drzemiącemu w kącie
ochroniarzowi. Biedaczek robił bowiem na dwa etaty i w domu nie był aż od
Wielkanocy.
*
Jednak kasjerka wcale nie miała racji. Z daleka bijatyka wyglądała
przerażająco. Z bliska, natomiast, było jeszcze gorzej. Jakaś staruszka, sucha,
skurczona, chwyciła za szyję w mocarnym uścisku inną babuleńkę i melodyjnie, w
takt płynącej właśnie kolędy „Anioł pasterzom mówił” prała ją po pysku.
Babuleńka nie była jednak dłużna swojej przeciwniczce. Sklepowym koszykiem biła
ją po grubych łydkach, obciągniętych wełnianymi pończochami z wizerunkiem
trzech króli. Tuż obok jakiś stateczny mężczyzna w najlepszym wieku, tj. po
sześćdziesiątce, przeklinał innego amatora przecenionego karpia i wyrywał mu z
rąk ostatnią, nędzną, okrwawioną i zmasakrowaną sztukę rybiego truchła. Jeszcze
inni, spleceni w świątecznym uścisku zębami i pazurami, walczyli o ostatni
woreczek kiszonej kapusty i plastikowe pudełeczko pełne suszonych pieczarek,
udających borowiki. Mikołaj przysuwał się ostrożnie, kroczek po kroczku, w
kierunku walczących. Sklepowe lodówki były pootwierane. Przezroczyste wieka
chłodni były częściowo potłuczone od wskakujących na nie z butami klientów.
Towar był już na wyczerpaniu, gdyż w środku można było znaleźć tylko podarte
opakowania po paluszkach rybnych i zmiażdżone resztki niezidentyfikowanej brei,
która kiedyś była rybą po grecku i mrożonymi pierożkami. Ale co to? W ostatniej
lodowce, ukryta pod stertą rozsypanych klusek z makiem, ukrywa się zapomniana
przez wszystkich ryba. Jej wypukłe oko lśni groźnie choć zachęcająco. Zamarznięta
na skrzelach krew skrzy się niby bożonarodzeniowe owoce żywokostu. Bezłuska
skóra mieni się świąteczną zielenią i srebrem. Mikołaj jednym skokiem znalazł
się przy lodówce, ostrożnie wyciągnął rękę i już, już palce zacisnąć się miały
na zdobyczy kiedy nagle...
Nagle jakaś ręka, wydostała się z grupy
bijących, wzięła potężny zamach i z całej siły przyrżnęła Mikołajowi w ucho
zamrożonym kurczakiem.
-Pan uważa, panie
prezesie!- wrzasnął przestraszony Zenuś ale było już za późno. Uderzony święty,
siłą odrzutu poszybował aż pod regały z warzywami strączkowymi i dżemami.
-Panie prezesie?
Nic panu nie jest?- Zenuś podbiegł do Mikołaja, ostrożnie pomagał mu wstać.
Święty był trochę zamroczony ale już po kilku sekundach udało mu się prawidłowo
zogniskować wzrok.
-Kto mnie wyrżnął
drobiem?!- ryknął nagle, dzielny niczym lew. Uważnie obserwująca bijatykę śnieżynka
przyszła z pomocą.
-To ten mały
grubas, w tych okrągłych okularkach.- powiedziała usłużnie i nawet wskazała
palcem napastnika. – A może promocyjnego serka homogenizowanego,
beztłuszczowego, bezmlecznego, z witaminami, kwasami Alfa i Omega, o smaku
słodkiej przyszłości? Idealny dla przedszkolaka i dla emerytowanego zdechlaka.
Pyszny, tani, prawie zdrowy, biały serek wyborowy. Nie będziemy od Ruskich
ściągać gazu rurociągami, najemy się sera- wyprodukujemy go sami. - wyrzuciła z
siebie jednym tchem reklamową formułkę.- To taki patriotyczny serek jest.-
dodała.
Mikołaj odsunął
ręką proponowany mu pojemniczek z białą mazią.
-Dzięki, może
później.- Nabrał w płuca powietrza, wydał z siebie przeraźliwy okrzyk bojowy i
jednym skokiem znalazł się w największym skupisku walczących.
-Oż ty!!!- głos
Mikołaja, choć donośny, znikał w ogólnej wrzawie.
-Krzesłem go!!!
Krzesłem- zachęcała śnieżynka. Elf Zenuś zakrył z przerażenia oczy.
Cicha noc, święta noc.
Narodzony Boży Syn,
Pan wielkiego majestatu,
Niesie dziś całemu świat
Odkupienie win...
Narodzony Boży Syn,
Pan wielkiego majestatu,
Niesie dziś całemu świat
Odkupienie win...
Krzyczał radośnie
sklepowy głośnik.
*
Ratownicy wynosili właśnie ostatniego poszkodowanego. Ostrożnie wsunęli w
głąb karetki nosze z poturbowanym mężczyzną. Krewki amator karpia w galarecie
wypluł podczas bijatyki trzy zęby, doznał wstrząsu mózgu i złamania obojczyka
ale szczęśliwy przyciskał do piersi zdobyczną, wymamlaną rybę. Śmiał się
zakrwawionym i ustami i oszołomiony od środków przeciwbólowych śpiewał wesoło
„Gorzkie żale”.
-Święta mu się
pomerdały.- stwierdził fachowo Łopata. Wraz z kumplami obserwowali całą scenę.
Na znak szacunku dla wojownika cała trójka zdjęła z głów czapki i przycisnęli do
piersi, kiedy ratownicy nieśli go obok na noszach.
-Się wyliże. Co
tam zęby.- stwierdził Tadzik.- Ale za to karpia dostał. Rodzina to zawsze z
takiego będzie dumna.
-Fakt. I to w
promocji.
Sanitariusz
zastukał pięścią w tylne drzwi karetki i w biegu wskoczył do odjeżdżającego
auta. „Łijo, łijo” wył, oddalający się w stronę szpitala, samochód ale trzeba
przyznać, że nawet to wycie miało w sobie jakiś świąteczny, magiczny charakter.
-Mizerna, cicha,
wiśniówka licha pełna najgorszej siary...- zaśpiewał nagle milczący do tej pory
Marian. Święta, ech, święta.
Tymczasem Mikołaj siedział na krześle, które grzecznie odstąpiła mu
śnieżynka, zadarł do góry głowę, tak jak to mu poradzili ratownicy i starał się
powstrzymać krwawienie z nosa. Kinol świętego napuchł do okazałych rozmiarów
gruszki sapieżanki a i z kolorów był nieco podobny- bo i żółty, i czerwony.
Do lewego, podbitego
oka przyciskał zimną rybę, drugie śnieżynka obłożyła mu bezmlecznym i
beztłuszczowym serkiem homogenizowanym. Obsługa Biedronki w mig uprzątnęła
pobojowisko. Ciężko rannych klientów przetransportowano do pobliskich szpitali,
a tych lżej poszkodowanych, bez złego słowa, skasowano poza kolejnością i w
ramach nagrody dla wiernych klientów obdarowano promocyjnym kalendarzem
ściennym z przepisami na bezglutenową Wigilię.
-Dziękuję
panience bardzo uprzejmie.- wysapał święty Mikołaj. Śnieżynka właśnie zmieniała
mu okład z serka.- Nie myślała panienka o zmianie pracodawcy? Ja u siebie w
firmie mam właśnie wakujący etat na asystentkę. Co panienka na to? Średnia krajowa a do tego karnet na fińską łaźnię gratis.
-Średnia krajowa?
Karnet do sauny?- oburzył się na te słowa Zenuś.- A mnie to pan prezes każe
płacić ekstra za przekąski jak podniosę z ziemi i zjem zakurzonego,
zapomnianego kukurydzianego chrupka.
-Zenuś, jak ty
byłbyś atrakcyjną fizycznie śnieżynką...
-Studentką
psychologi.- wtrąciła śnieżynka.
- O, właśnie.
Atrakcyjną śnieżynką psychologii to ja bym z chęcią tobie płacił nawet ze dwie
średnie krajowe. Ale ty nie masz warunków
reprezentacyjnych Zenuś. Ty się w ogóle powinieneś cieszyć, że pozwalam ci
pracować.
-To ja się do
związków zapiszę!- krzyknął Zenuś.
-A składkę to za
co opłacisz? I tak już wisisz coś niecoś na stołówce. Sam przyznałeś.
-Pan prezes jest
tendencyjny.- oburzył się asystent prezesa. –I niech pan prezes się do mnie nie
rzuca, bo wszystko żonie powiem.
Święty Mikołaj
wyprostował się gwałtownie i otworzył oczy. Z prawego ściekał mu serek. Elf
Zenuś nagle wbił się w pychę.
-A tak.-
stwierdził gromko.- Żonie powiem, że pan prezes śnieżynki do fińskiej sauny
zaprasza.
-Nie ośmielisz się
Zenuś!- warknął Mikołaj.
-Taki pan prezes
pewny?
-Nie ośmielisz
sie Zenuś, bo inaczej każę ci potrącić z wypłaty!
-Przecież pan
prezes nic mi nie płaci.
-Od teraz już
tak!
-Ile?
-Osiemset na
miesiąc.
-To faktycznie
nie ośmielę się.
Śnieżynka
przerwała rozmowę.
-Panowie, ja
przepraszam ale mnie się zmiana kończy. Wezmą panowie tak z karton promocyjnego
serka? Bo inaczej szef będzie miał znowu do mnie wonty o niewypełniony target.
-A co z pracą?- zaniepokoił się Mikołaj. Śnieżynka
faktycznie miała warunki reprezentacyjne nie tylko na jedną czy dwie średnie
krajowe ale i co najmniej trzy.
-To może ja bym
się na praktyki wakacyjne zgłosiła? Bo teraz dopiero na drugim roku jestem.
-No to jesteśmy
umówieni. Dawaj tego serka dziewczyno. Pakuj ile się da do wózka. Gdzie
podpisać?
*
Wątły, chudy elfik Zenuś z wysiłkiem pchał wózek załadowany kartonami
bezmlecznego serka homogenizowanego o smaku słodkiej przyszłości. Na szczycie,
ułożonej z kartonów górki, dumnie lśniła wywalczona makrela.
-I co pan prezes
zrobi z tym serkiem? Pan prezes czytał w ogóle skład tego badziewia?
Mikołaj
nonszalancko wzruszył ramionami.
-Serek to serek.
Co tam może być dziwnego.
Zenuś przystanął
by otrzeć pot z czoła. Nagle zrobiło się bardzo gorąco. Rozpiął kubraczek i
wachlował się dłonią.
-Bezmleczny,
beztłuszczowy serek homogenizowany o smaku słodkiej przyszłości z witaminami i
kwasami Alfą i Omegą.- rzucił okiem na opakowania przysmaku i odczytał głośno.-
Skład: cukier. Styropian mielony. Naturalne barwniki ze smoły bitumicznej.
Zapach syntetyczny. Informacja dla alergików: może zawierać śladowe ilości
azbestu.
-Szczegóły,
szczególiki.- Mikołaj zdawał się nie tracić dobrego humoru mimo opuchniętego
nosa i podbitych oczu. Wrzuci się to po jednym opakowaniu do każdej paczki
pracowniczej i po problemie. Elfy nie świnie, wszystko zjedzą. Najważniejsze,
że mamy prawdziwą wędzoną rybę dla Heike i możemy wracać do domu.
-Panie prezesie,
ja bym nie był jednak taki optymistyczny.- burknął Zenuś.
-A to dlaczego?
-A pan prezes czytał
skład tej ryby?
Święty Mikołaj
odwrócił się nagle a w jego oczach widać było zdumienie.
-Skład... ryby?-
podszedł do wózka. Drżącymi ze zdenerwowania palcami podniósł rybę na wysokość
oczy i odczytał głośno.- Podwędzany, suszony produkt o wyglądzie makreli
wędzonej. Skład: gotowane tofu, białko sojowe, cukier, substancje
spulchniające, żelatyna, przyprawy, dym syntetyczny. Data ważności do spożycia:
koniec trzeciego tysiąclecia. Po otwarciu zjeść w ciągu 2 lat. Do stu tysięcy
reniferowych kup!- zaklął bardzo brzydko, aż obudził drzemiącego w kącie
ochroniarza.- To przecież nie jest makrela wędzona! W tej rybie nie ma ryby!
-No i co teraz?-
zapytał Zenuś.- Tego raczej nie można dać dziecku do jedzenia.
-Wykluczone. Rodzice
zaraz zaczęli by mnie ciągać po sądach i prokuratorach. Do gazety mnie podadzą,
ludziom na śmiech. A co z firmą? Ja muszę przecież myśleć o firmie. Zatrudniam
setkę elfów a każdy ma rodzinę na utrzymaniu. Jeszcze zaczną myszkować w
papierach, wynajdą może kilka niezbyt legalnych kontaktów w Chinach i adieu.
Pójdziemy siedzieć Zenuś, to pewne jak barszcz z uszkami na Boże Narodzenie.
Zenuś wprawdzie pomyślał, że siedzieć to może co najwyżej święty Mikołaj,
bo przecież nikt nie oskarży biednego, słabo opłacanego stażystę o kontakty z
nielegalnymi handlarzami zabawek ale nic nie powiedział. Tylko co z Wigilią?
Kto rozda dzieciom prezenty? Dziadek Mróz? Dobre sobie- to będzie jedna wielka
katastrofa, kiedy dzieciaki dostaną po żywym niedźwiedziu. Żywym i na pewno bardzo
głodnym niedźwiedziu- trzeba uściślić.
Podsuszany, wędzony produkt makrelopodobny wpatrywał się w Mikołaja swoimi
lśniącymi oczami i zdawał się uśmiechać ironicznie. Święty rozejrzał się. Nagle
podbiegł w stronę największej kolejki do kasy, bez słowa wyjaśnienia przepchał
przez protestujący tłum i stanął na czele zdenerwowanego ogonka. Kasjerka nawet
nie podniosła oczu tylko mechanicznym ruchem zeskanowała makrelę.
-To będzie 5
złotych 99 groszy.
-Za takie coś?-
krzyknął Mikołaj.- W tym nie ma nic z ryby. Przecież to nawet rybą nie
śmierdzi. Powąchaj pani.- podetknął kasjerce pod nos.- O, o ,o! Malinami
pachnie.
-Takie od
producenta dostaliśmy.- broniła się słabo kasjerka. Zwrócić pan chcesz? Hania!
Hania!- zawołała kierowniczkę.- Daj mnie kluczyk na zwrotkę bo tutaj klient
jest awanturujący się.
Kierowniczka
natychmiast pojawiła się przy kasie i muszę zauważyć, że wyglądała kubek w
kubek jak pani von Klompen. Podparła się pod boki grubymi łapskami i ponuro
przyglądała się Mikołajowi.
-Panu co się nie
podoba? Że nie śmierdzi?- warknęła.- Ludzie, ludzie, trzymajcie mnie. Jednym
śmierdzi, innym nie śmierdzi, już nie wiadomo jak klientom dogodzić.
-Panie, kolejkę
pan blokujesz!- krzyknął ktoś z tyłu.
-Właśnie! Cham!-
wrzasnęła zakutana w chustę babcia.
-Pani się nie
wtrąca bo wnuczki dostaną pod choinkę karnety do dentysty.- zagroził babci
Mikołaj.- Ja tutaj w ważnej społecznej misji przyjechałem. Po wędzoną makrelę
przyjechałem a wy tu mnie, klienta wiernego, oszukujecie i próbujecie wcisnąć
gotowane tofu. Tfu!
-Nikt sie do tej
pory nie skarżył.- stwierdziła kierowniczka.-I do tego w promocji.
-Pani wąsiasta!
Czy pani nie rozumie, że tu chodzi o magię świąt? O prezent dla dziecka. To ja
mam dzieci oszukiwać? Do czego to doprowadzi? Najpierw tofu w kształcie makreli
a potem co? Zaczną może dzieciakom wmawiać, że nie ma Świętego Mikołaja?
-To co pan w
ogóle chcesz?- zapytała dosyć agresywnie kierowniczka zmiany.
-Rybę! Makrele
wędzoną. Wędzoną w prawdziwym dymie na buku albo jesionie. Chce tłustą rybę,
śmierdząca jak ryba, wyglądająca jak zdechła ryba i smakującą tak pysznie jak
to tylko potrafią rybie zwłoki. Rybę a nie tofu.
-Ech, pan idzie
za mną.- kierowniczka westchnęła zrezygnowana.- Zobaczę co mamy jeszcze na
magazynie.- i nie odwracając się powlokła się wąskimi sklepowymi alejkami.
-A co z tym?-
zapytała kasjerka wskazując na makrelowy pakunek.- Ja to mam na kasie nabite.
-Pani to weźmie i
se w d... w domu zje.- odparł ciut niegrzecznie Mikołaj.- Na mój koszt.
Wesołych świąt.- po czym odwrócił się i pobiegł za kierowniczką, a za nimi wlókł
się z wysiłkiem malutki Zenuś. Elfika prawie nie było widać zza sklepowego wózka.
Gruba kierowniczka prędko pędziła przez alejki tratując tych klientów,
którzy nie byli dość szybcy by uskoczyć na bok. Ziemia tylko dudniała pod jej,
obutymi w obuwie ochronne, stopami. Kierowniczka była wyraźnie wściekła.
Widział też to ktoś. Takie wyrafinowane życzenia. Za komuny to jednak było
lepiej. Jak się nie podobało to wybatożył człowiek awanturującego się batem i
jeszcze następnego dnia od tego samego klienta w podziękowaniu otrzymywał
zagraniczne mydełko albo rajstopy. A teraz? Klient ośmiela się mieć życzenia!
Klient czyta skład! Klientowi się nie podoba! A biczyskiem ich wszystkich przez
plecy, coby im się w mało szlachetnych miejscach nie poprzewracało. Wcześniej
to żarli sól drogową i nieświeżą koninę zamiast wołowiny. A bo to komuś
przeszkadzało?
-Jurek!-wrzasnęła
nagle kierowniczka głosem tak donośnym, że aż zadrżały zwisające z sufitu
świetlówki.- Jureczku!
-Czego?- odparł
bardzo pogodnie pracownik magazynu, niski, zapryszczony nastolatek z
przetłuszczającymi się włosami. Rozpakowywał właśnie kartony pełne
czekoladowych mikołajów, sapiąc przy tym i stękając z wysiłku. Elektryczna
paleta oczywiście nie działała.
-Jureczku, pan się
tu o makrelę pyta.
-Ostatnią
widziałem w lodówce.- Jurek wyszczerzył w uśmiechu bardzo żółte i od dawna nie
myte zęby.- Leżała pod kluskami z makiem.
-Panie Jureczku,
pan nie rozumie powagi sytuacji.- wtrącił się święty Mikołaj.- Tu chodzi o
PRAWDZIWĄ makrelę wędzoną. Kiedy mieliście tu ostatnio prawdziwe makrele?
-Hm... przed
wojną chyba. Ale pan czeka. Zajrzę do magazynu, co nam jeszcze z zapasów
zostało.- i zniknął za drzwiami, na których wisiała tabliczka „nieupoważnionym
wstęp wzbroniony. Niebezpieczeństwo radioaktywnego wycieku”.
Pani kierowniczka
wysoko zadarła nos.
-I co? Trzeba to
było awanturę na pół Wrocławia robić? My tu frontem do klienta.- Święty Mikołaj
nic nie odpowiedział. Duchowa bliźniaczka pani von Klompen prychnęła jeszcze
raz i wolnym krokiem odeszła w stronę kas skąd dobiegało rozpaczliwe wołanie.
-Hania! Hania!
Daj kluczyk na zwrotkę!
Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpiesznie dążycie?
Powiedzcie nam trzej królowie czy w cuda wierzycie?
Wył sklepowy
głośnik. Ale nawet święty Mikołaj, mimo, że święty, nie wierzył już w
bożonarodzeniowy cud.
*
Jureczek naprawdę się postarał. Wyciągnął z magazynu najbardziej zakurzone
słoiki, najbardziej zapleśniałe puszki i najbardziej zgniłe plastikowe
opakowania. Razem z Mikołajem i Zenusiem przeglądali artykuł po artykule, by
znaleźć coś co od biedy będzie można nazwać wędzoną makrelą.
-Wegetariański
produkt na bazie podwędzanej soczewicy o smaku makreli w pomidorach.- odczytał
kolejną etykietę Zenuś. Mikołaj tylko jęknął.
-W kosz.
-Bezglutenowy,
niskobiałkowy przysmak śniadaniowy aromatyzowany naturalnym zapachem makreli.-
przesylabizował Zenuś.
-W kosz!
-Odtłuszczony
produkt seropodobny na bazie żwiru, wzbogacony syntetycznym aromatem suszonej
śmierdziuchy*.
-W kosz!!!
Jureczek otarł
pot z czoła.
-No takiego
wybrednego klienta to my tutaj jeszcze nie mieliśmy.- powiedział zrezygnowany.
Mikołaj spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Wybrednego?
Proszę tylko o zwykłą, naturalna rybę, nie naszpikowaną aromatem, barwnikiem,
cukrem ani gotowanym tofu i już jestem wybrednym klientem?
-Inne klienty to
tak nie wybrzydzają. Bierą co jest. O, to może siekane kawałki galaretki
algowej w zalewie?
Głuchy jęk zawody
wystarczył za całą odpowiedź Mikołaja.
-Panie prezesie,
ja już chyba wiem o co chodzi z tą optymalizacją prezentów i nawet mam pomysł.-
powiedział nagle Zenuś. Odrzucił ze wstrętem otaczające go puszki i z uwagą
wpatrywał się w twarz swojego szefa.
-Mów Zenuś, mów.
Dostaniesz premię.- szepnął święty Mikołaj.
-Skoro nie ma
makreli, to może wystarczy jakikolwiek naturalny produkt? Taki jogurt na ten
przykład. Wszystkie dzieci lubią jogurt. Albo cebula. Wszystkie dzieci lubią
cebulę z jogurtem.
-To jest myśl,
Zenuś!- wrzasnął ucieszony święty Mikołaj.- Fruwaj na poszukiwania czegoś
naturalnego.
-To znaczy, że już
nie będę panom potrzebny?- upewnił się Jureczek.
-A skądże. Dziękujemy
serdecznie za pomoc. Pan w tamtym roku dostał sweter zamiast konsoli do gier?
-Ale skąd
pan...?- jęknął zaskoczony Jureczek. Mikołaj uderzył się z dumą w pierś.
-Tajemnica zawodowa,
cicho sza. Pan jest wprawdzie ciutkę wyrośnięty ale przymkniemy na to oko w
księgowości. W tym roku niech pan wypatruje pod choinką czegoś ekstra. Wesołych
świąt. Ho, ho, ho!- zaśmiał się radośnie i pobiegł za Zenusiem, który już
buszował po półkach w poszukiwaniu najnaturalniejszego i najzdrowszego produktu
pod słońcem. Jureczkowi łzy zaszkliły się w oczach.
-Łał... Pewnie Porsche...-
wyszeptał wzruszony.
W marzeniach
widział siebie, kiedy to odpakowuje, zawinięty w świąteczny papier, najnowszy model
sportowego wozu. Albo ekstra ścigacz ze skórzanym siedziskiem. Lub 4 metrowy
jacht dalekomorski. I z głową pełną słodkich rojeń wrócił do przerwanego
zajęcia- rozpakowywania kartonów z mikołajami z niskosodowej, beztłuszczowej masy
czekoladopodobnej. A tymczasem w księgowości, odpowiedzialny za prezenty, elf
Wiesiek otrzymał telepatyczne polecenie od świętego Mikołaja by przyszykować
jeden upominek ekstra. Ekstra to ekstra, pomyślał Wiesiu i poszedł po najnowszy
zestaw „brutala na biegunie” zawierającego wodę po goleniu, żel pod prysznic i
dezodorant. Chwilę się wahał, ale tylko chwilę i po namyśle dorzucił do paczki
wełniane skarpetki.
*
Mikołaj z Zenusiem zatrzymali się przy dziale warzyw i owoców. W końcu, czy
może być coś bardziej naturalnego i bardziej zdrowego od pełnej witamin
zieleniny?
-Kukurydza.- Zenuś
z dumą podniósł do góry piękną, żółtą kolbę ozdobioną długimi, jedwabnymi
wąsami.- Nie ma na świecie nic naturalniejszego niż kukurydza. Już starożytni
Aztecy uprawiali ją na wzgórzach Kuala Lumpur.
-Wspaniale.-
uradował się Mikołaj.- Na pewno jest bardzo zdrowa.
-Oczywiście, że
jestem zdrowa. – wtrąciła kukurydza.- Nie po to modyfikowano mnie genetycznie przez
trzydzieści lat, żebym zapadała teraz na jakieś choroby.
-Aaaa!- wrzasnęli
nagle przerażeni Zenuś z Mikołajem. Elfik odrzucił warzywo z powrotem do
skrzynki ale nie trafił. Kukurydziana kolba potoczyła się po brudnym linoleum.
-Proszę mną nie
rzucać.- apelowała kukurydza dosyć zniesmaczonym głosem.- Ja kosztuję 3,99 za
sztukę. To, że panów nie stać, to nie znaczy, że mogą sobie państwo mną
pomiatać.
-Co tam się
dzieje?- wychyliły się ciekawie buraki ze swojej przegródki.
-Normalnie
awantura arabska.- biadoliły marchewki, które leżały nieco wyżej i miały
świetny widok na całe stoisko.- Jakieś wariaty to są. Kukurydzą rzucają.
-To trzeba
policje wołać do takich zboczeńców.- wtrąciła się w dyskusję cebula.-Najpierw
rzucają warzywami a potem co? Może będą kopać małe szczeniaczki? Wstyd. Wstyd.
-Zenuś wiejemy!-
wrzasnął przestraszony Mikołaj.
-Panie prezesie,
kobiety i elfy przodem!- zawył Zenuś i skoczył głową w przód, w alejkę z chemią
gospodarczą.
-Hania! Hania!
Pani kierowniczko!- krzyczała z podłogi genetycznie zmodyfikowana kukurydza.-
Panie mnie podniesie! Co sie ostatnio z tymi ludźmi porobiło. Nic w tym kraju
nie będzie normalne, no nic.
*
Na kolanach, jak partyzanci, Mikołaj i Zenuś za węgła obserwowali stoisko z
warzywami. Pracujący niedaleko Jureczek usłyszał wołania kukurydzy. Podniósł
warzywo i nonszalancko wrzucił do pozostałych.
-Nie rzucać tu
mną!- wrzasnęła kukurydza.- Na skargę do kierowniczki podam! Ty młody! Ty tu już
nie pracujesz! Ty nie wiesz z kim zadarłeś!
Jureczek nie
zwracał uwagi na groźby. Widać było, że jest już do nich przyzwyczajony.
Beztrosko pogwizdując szedł w stronę magazynu, w poszukiwaniu nowych kartonów
do rozpakowania.
-Szanowanie
świętemu.- rzucił wesoło, kiedy przechodził obok dwójki naszych bohaterów,
wciąż przyklejonej ze strachu do podłogi. –Pan to jest jednak wytrwały klient.
Ja rozumiem, że triki marketingowe i że produkty z najniższych półek są
zazwyczaj najtańsze. Ale żeby pod półkami szukać promocji?
-Panie Jureczku,
co to jest?- zapytał szeptem święty Mikołaj i brodą wskazał warzywa. Aż tutaj
słychać było ich narzekania i biadolenie.
-To są warzywa
modyfikowane genetycznie, z GMO. Niby w porządku, bo to i nie pleśnieją, nie
łapią chorób, są wydajne w uprawie ale tak między nami- tu zniżył głos- to one
bardzo chamskie są. I słabe głowy mają. Mi kiedyś w kuchni zaczęła fermentować
siatka z winogronami, to aż sąsiedzi wzywali do nas policję, bo myśleli, że to
ja domówkę urządzam. A to winogrona całą noc śpiewały zbójnickie piosenki. Ale
kto musiał płacić mandat za naruszanie ciszy nocnej? Oczywiście, że ja. Moja
mamusia też ich nie lubi. Kiedyś ziemniaki zaczęły ją obrażać, że taka gruba
jest bo dodaje za dużo majonezu do sałatki ziemniaczanej i aż się mi mamusia
popłakała z tej przykrości, co jej te pyry zrobiły. Od tamtej pory to tylko ryż
je i kaszę gryczaną. Chociaż słyszałem plotki, że gryka też ma być genetycznie
modyfikowana.
-A coś normalnego
tu macie?- spytał cichutko Zenuś. Kilka porów kłóciło się właśnie z zdezorientowaną
klientką i obrzucało ją ohydnymi inwektywami.
-Jabłka się
wydają jeszcze takie najnormalniejsze, bo to polska odmiana.- powiedział
Jureczek, skinął głową na pożegnanie i zniknął w magazynie. Mikołaj namyślał się
chwilę. W końcu podjął prawdziwie męską decyzję.
-Idź Zenuś po
jabłko.- polecił asystentowi. Zenuś spojrzał na swojego szefa a oczy robiły mu
sie coraz większe i większe ze strachu.
-Ale dlaczego
ja?- jęknął.
-Bo ty jesteś
asystentem.- odparł pewny siebie święty Mikołaj.- Asystentem i do tego Second
Junior Managerem do spraw kontaktów z owocami.
-Niby od kiedy
jestem tym managierem?
-Od trzydziestu
sekund. Ruchy, ruchy Zenuś. I tak już dosyć czasu tu zmarnowaliśmy.
Zenuś westchnął
ciężko raz. Potem westchnął ciężko drugi raz. A potem westchnął ciężko trzeci
raz, przeżegnał się pobożnie i ostrożnie poczłapał w stronę skrzynek z
jabłkami. Wrócił stamtąd jeszcze szybciej. Ręce miał puste.
-Żądam podwyżki.-
stwierdził ponuro.
-A co z jabłkami?
-Obrażały mnie.
-Obrażały?- brwi
Mikołaja wysoko powędrowały do góry ze zdziwienia. – To co one takiego mówiły?
-Panie prezesie,
pan chyba nie sądzi, że polskie jabłka powiedziałyby coś takiego, co by się
nadawało do druku?
-To co?- zwątpił
Mikołaj.- To raczej niezbyt odpowiednie na prezent?
Zenuś prychnął.
-Panie prezesie
ujmę to tak: to już nawet nie jest dno. To są trzy metry muły a jabłka od spodu
jeszcze pukają.
Mikołaj podrapał
się z zakłopotaniem w głowę.
-Chodź Zenuś na
nabiał.- stwierdził w końcu.- Może jednak jakiś jogurcik znajdziemy.
*
Chyba nikt z szanownych czytelników nie wątpił, że i akcja szukania
jogurciku dla Heike nie mogła skończyć się powodzeniem. Gdyby tak się stało, już
dawno skończyłabym pisanie i zajęła się czymś poważniejszym- szukaniem prezentu
bożonarodzeniowego dla kota albo sprzątaniem przydomowego bunkra
przeciwatomowego. Ale nie uprzedzajmy wypadków...
*
Chłodziarka na produkty nabiałowe była ogromna i ciągnęła się przez całą
jedną ścianę Biedronki. Świętemu aż zaświeciły się oczy z radości gdy zobaczył
to współczesne cudo wydzielania freonu, zastawione przetworami mlecznymi w
różnym stopniu konsystencji i zepsucia.
-No.- sapnął
zadowolony.- Tutaj w końcu musimy coś znaleźć.
-Panie prezesie,
ja w kwestii formalnej. – Zenuś siedział w wózku, na szczycie góry z
bezmlecznych i beztłuszczowych serków homogenizowanych.- Mając na uwadze to co
powiedziały mi jabłka (a pan prezes mi uwierzy na słowo, że tego nie chce pan
słyszeć) wnioskuje o wyłączenie z poszukiwań wszystkich jogurtów owocowych.
-Wniosek
odrzucony.- zawyrokował święty Mikołaj.- Ty chyba Zenuś nie wierzysz, że w tych
jogurtach jest cokolwiek z owoców?
Prawdę mówiąc
Zenuś lata całe wierzył niezmiennie, że w jogurtach owocowych naprawdę znajdują
się ekstra duże kawałki owoców. A teraz jego mały, mleczny świat runął jak
domek z kart. Tymczasem prezes firmy „Mikołaj et company” nasunął głębiej
okulary na mały, perkaty nos i uważnie studiował opakowania.
-Co my tu mamy.
Aha!- zawołał triumfująco.- Jogurt dla dzieci, popularne Zenonki, wyprodukowane
przez francuski koncern polskimi rękami i w polskim pocie czoła. Popatrzmy...
mleko w proszku, cukier, utwardzony olej silnikowy... Bleh.- z niesmakiem
odłożył na półkę kolorowe opakowania produktu przeznaczonego dla milusińskich.
-To może kefir o
smaku truskawkowym?- zaproponował Zenuś.- Z żelatyny, cukru i koloidalnej
zawiesiny białka roślinnego?
-Zenuś, czy ty
chcesz, żebym ja ci premię wypłacał w tych kefirach?
-Oż w mordę
renifera! Nie!
-Idźmy dalej.-
Mikołaj jeszcze nie stracił swojego wrodzonego optymizmu. Przesunął wózek z serkami i Zenusiem odrobinę dalej, i
znowu obydwoje zagłębili się w poszukiwaniach. Zenuś na górnych półkach a
prezes na dolnych. Niestety nie znaleźli nic, co by odpowiadało wymaganiom
świętego Mikołaja: naturalny, zdrowy produkt. Mleko wzbogacone było solami
aluminium przedłużającymi żywotność, twaróg naszpikowany spulchniaczami i
zagęszczaczami, masło pozbawione tłuszczu i zastąpione wielonasyconym olejem
palmowym, sery podpuszczkowe składały się z mieszaniny soli i barwnika.
-To może chociaż
bułeczka?- spytał zrezygnowany Zenuś.
Ale i na stoisku
z pieczywem nie było lepiej. Chleb oferowany przez producenta jako „naturalny”,
aż kipiał od polepszaczy smaku i optycznych rozjaśniaczy. Owsiane bułki „owies”
miały tylko z nazwy i syntetycznego zapachu, wielozbożowe precelki
nafaszerowane były cukrem i sztucznymi witaminami. Ani jeden produkt, jak sklep
długi i szeroki, nie był zdrowym darem natury. Wszystko było bezglutenowe,
niskosodowe, niskotłuszczowe, słodzone chemicznymi substytutami, tęczowe od
sztucznych barwników, szprycowane wodą i antybiotykami, napełniane syntetycznym
aromatem, syntetycznym smakiem i sztuczną smakowitością.
Zenuś z Mikołajem musieli przyznać: ich misja skończyła się sromotną klęską.
Ze zwieszonymi głowami smutnie opuszczali sklep.
-Panie klient
szanowny, a za serki to kto zapłaci?- zawołała kasjerka wskazując na wózek
wypełniony słodką przyszłością.
-Zegarek pani
weźmie?- zapytał Mikołaj prezentując cudo współczesnej techniki marki „Leningrad”.
Kasjerka tylko prychnęła, oburzona. Serki musieli zostawić ale wózek zabrali ze
sobą. W końcu był pożyczony.
Na parkingu czekał już na nich Błyskawiczny. Na pysku zadowolony był bardzo
i wesoło merdał ogonkiem. Skracając sobie czekanie dyskutował uprzejmie z trójką
starych przyjaciół. Łopata i Tadzik spierali się z nim zawzięcie o to które
święta są lepsze Wielkanoc czy Boże Narodzenie (bo na Wilkanoc to można już od
6 rano dawać w gardziołko, a na Wigilię post jest. I suszy ludzi aż do pirwszej
gwiazdki...hik...). Oczarowany magią świąt Marian śpiewał na całe gardło:
Do szopy, hej pasterze,
Do szopy, bo tam cud!
siwucha dziś tanieje,
by cieszyć ludzki ród.
Do szopy, bo tam cud!
siwucha dziś tanieje,
by cieszyć ludzki ród.
Renifer przerwał
wesołą rozmowę gdy tylko zobaczył Mikołaja. Podreptał do nich, promiennie
szczerząc ząbki.
-No i co tam?-
zapytał beztrosko.- Ostatnie przygotowanie do Gwiazdki już poczynione? Prezenty
wybrane? Dzieciaczki uszczęśliwione?
Mikołaj westchnął
głośno.
-Nawet nie pytaj,
Błyskawiczny. Nawet nie pytaj. Po raz pierwszy w życiu zawiodłem jako święty
Mikołaj. Chyba czas na mnie. Złożę wniosek o wcześniejszą emeryturę i resztę
życia spędzę na Karaibach, pogrążony w smutku, z drinkiem w jednej ręce i
gazetką w drugiej.
-Uuu... Aż tak
źle?
- Nie ma wędzonej
makreli, ani jednej.
-Wędzona
makrela?- wtrącił się Łopata.- Paniusiu, makrela to chyba w tamtym ustroju
jeszcze się skończyła. Jakość wyżywienia to spada na łeb, na szyję ...hik... Normalnie
nie ma czym zagryzać. Nawet byczków w pomidorach nie widziałem już z ...hik...
piętnaście lat.
-No ładnie.- jęknął
Zenuś.- To znaczy, że w całym Wrocławiu nie dostaniemy ani jednej sztuki?
-We Wrocławiu?
Makrelę? Ha, ha, ha! I co jeszcze? Może niemodyfikowaną genetycznie kukurydzę?-
zaśmiał się gorzko Tadzik.- Wózeczek nich pańcia odda. Chciałbym se klamoty z
powrotem do szafy zapakować. Padać zaczyna.
-Ależ proszę,
proszę. Jeszcze raz dziękujemy za pomoc.
-Nie ma problemu,
mamuśka. Polecamy się na przyszły rok.- skłonił się uprzejmie Łopata. –Panie-
szepnął konfidencjonalnie do Błyskawicznego, chuchając mu w kosmate ucho
wiśniowymi oparami.- Pan uważa na małżonkę. Ona chyba tego... rogi panu
przyprawia... hik!
Cała trójka
znikła zza sklepem, żeby pomoc Tadzikowi pakować z powrotem ubrania. Istotnie,
nie tylko zaczynał siąpić drobny deszczyk ale i ochłodziło się bardzo.
-Nie ma co
moknąć. Wracamy do domu.- mruknął Mikołaj. Czapki nie miał, więc zimno dokuczało
mu bardzo w głowę.
-Hola, hola!-
zarżał bojowniczo Błyskawiczny. –A co z magią Bożego Narodzenia? Chce pan
święty to tak zostawić? Niech się pan rozejrzy, panie szefie! Przecież to pan
jest odpowiedzialny za Gwiazdkę. I co teraz? Po prostu pozwoli pan, żeby
Wrocław utonął tak w błocie, nieżyczliwości i smutku? Na same święta? Panie
święty, ja u pana 60 lat pracuję, a jeszcze takim pana nie wiedziałem! Sam pan
zawsze powtarza, że to nie prezenty ale miła atmosfera, ludzka solidarność i
przychylność tworzą święta. A teraz zamierza pan tu tak wszystko zostawić i po
prostu odjechać? Jak szczur z tonącego okrętu?
Trzeba przyznać,
że słowa Błyskawicznego trafiły Mikołaja prosto w serce. Co prawda, to prawda.
Co z tego, że nie ma wymarzonego przez Heike prezentu, skoro to święta są
prezentem same w sobie.
-A żebyś
wiedział, że tego tak nie zostawię!- krzyknął.- Zenuś, szykuj magiczny pył
radosnych świąt! Błyskawiczny- zaprzęgaj się do sań! Nie zostawimy miasta na
pastwę smutnego Bożego Narodzenia. Ho, ho, ho!
-Taką gwiazdkę to
ja rozumiem!- zarżał radośnie Błyskawiczny, zapinając na sobie pas pociągowy.
A potem... a potem fru! Polecieli
wysoko w powietrze i nad całym Wrocławiem rozsiali magiczną atmosferę świąt.
Ludzie nagle przestali patrzeć na siebie z niechęcią i z życzliwym uśmiechem
przepuszczali w kolejkach. Starsi nie krzyczeli na młodzież w autobusach a
młodzież bez proszenia ustępowała im miejsca. Kasjerzy nagle zaczęli znajdować
grosiki do wydania, a klienci supermarketów ciepłym głosem życzyli sobie wzajemnie
radosnych świąt.
-Ho, ho, ho!
Wesołych świąt!- krzyczał z góry święty Mikołaj i całymi garściami sypał
sympatyczny nastrój. Wesoły duch gwiazdki, skrząc się wszystkimi kolorami tęczy
osiadał na głowach i ubraniach ludzi, a ci natychmiast przestawali złorzeczyć i
narzekać, a z ich ust wychodziły przyjazne pozdrowienia i uśmiechy. Drobny
deszczyk przemienił się w puszysty śnieg. Uszczęśliwione dzieci wyłączały
konsole do gier i telewizory, po czym wychodziły na dwór by razem z innymi radośnie
lepić bałwana. Całe miasto pokryło się magicznym pyłem rodzinnej, bożonarodzeniowej
aury.
-Wesołych świąt!
Wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Hej ty tam!- wrzeszczał z sań elfik
Zenuś- Ty tam na dole, fajną masz czapkę!
A właściciel
fajnej czapki zadarł do góry głowę i szepnął zdziwiony:
-Ja cię! Latająca
małpka!
-Hej! Spójrzcie
na dół!- krzyknął do swoich pasażerów Błyskawiczny i wskazał rogiem parking
przed Biedronką. Gruba kierowniczka wyszła przed sklep i łamała się opłatkiem z
klientami. Jureczek, zupełnie za darmo, rozdawał karpia, którego całą skrzynkę
znalazł na magazynie. Nawet ochroniarz obudził się ze swojego zimowego snu i
obdarował Łopatę, Tadzika i Mariana trzema parami ciepłych rękawiczek.
-Wesołych świat!
Wesołych świąt i pokój ludziom dobrej woli!- krzyknął ostatni raz święty
Mikołaj, po czym odlecieli hen, hen na północ zostawiając daleko w tyle piękny
Wrocław, mieniący się pyłem radosnego świętowania i wzajemnej życzliwości. To
będą na pewno bardzo udane święta.
*
Na dzień przed Wigilią, w gabinecie świętego Mikołaja, przy kieliszku
nalewki śniegowej trwała właśnie ważna narada. Oprócz, co oczywiste, świętego
Mikołaja brali w niej udział elfik Zenuś i renifer Błyskawiczny.
Głos zabrał
Mikołaj.
-I znowu, jak co
roku, udało się nam zapanować nad bożonarodzeniowym chaosem z prezentami.
Dzięki pomocy kilkuset chińskich elfów sezonowych ukończyliśmy w rekordowym
tempie produkcję brakujących klocków i lalek. Dokupiliśmy kucyki, założyliśmy
kilka agencji modelek i piosenkarek oraz podpisaliśmy umowę z Amerykańską
Federacją Wrestlingu o wydanie kilku tysięcy dyplomów zawodnika roku.
-Brawo!- wrzasnął
ucieszony Zenuś i wzniósł toast kieliszkiem nalewki.- Łubu dubu, łubu dubu,
niech żyje nam prezes naszego klubu!
-Dziękuję Zenuś,
dziękuję.- Mikołaj był wyraźnie wzruszony.- Jednak nie osiadajmy na laurach. Na
24 godziny przed najważniejszym dniem w roku wciąż pozostał problem jednego brakującego
prezentu. Prawdziwa, wędzona makrela dla Heike.
-Makreli to
nigdzie nie ma.- odezwał się Błyskawiczny.- Wczoraj byłem z panią świętą w
Mikołajfurrze i nawet tam nie mieli.
Święty pokiwał
głową.
-Wiem,
Błyskawiczny. Żona już mi o tym mówiła.
-No i co teraz?-
zaniepokoił się Zenuś.
Mikołaj i
Błyskawiczny spojrzeli na siebie z pewnym niepokojem.
-Zenuś...-
zawahał się święty Mikołaj.- Czy ty pamiętasz jak mówiłem o optymalizacji zasobów
prezentowych?
-No, pamiętam.-
odparł niepewnie Zenuś. Chyba przeczuwał pismo nosem. Mikołaj ciągnął dalej.
-I pamiętasz jak
mówiłem, że kiedy nie możemy spełnić jednego marzenia to wtedy (zgodnie z możliwościami
i finansami) trzeba próbować spełnić jakieś inne marzenie?
-Pa... pamiętam.
Chwilę nikt nic
nie mówił. Błyskawiczny nerwowo strzygł uszami, a Mikołaj wykręcał ze
zdenerwowania palce. Było tak cicho, że przez zamknięte drzwi można było
usłyszeć „last Chrismas” zespołu Wham, płynące z radiowęzła na korytarzu.
-Ktoś się musi
poświęcić i ożenić z panią von Klompen!- wybuchnął nagle renifer.
-Ja jestem
żonaty!- zastrzegł szybko święty Mikołaj.
-Ja zaręczony.-
powiedział renifer. –Z Agnieszką.
A Zenuś? A biedny
Zenuś nic nie powiedział, bo dopiero po długim momencie dotarał do niego sens
tej wypowiedzi.
-Ale ja nie
chcę!- krzyknął zrozpaczony.- Ja jestem za młody na małżeństwo. Jestem za
piękny!
-Zenuś!- huknął
Mikołaj.- Ktoś musi ponieść ofiarę w takiej trudnej sytuacji. Tu chodzi o imidż
firmy! Chcesz nas zrujnować wizerunkowo?
-Wizerunkowo to
zrujnuje mnie moja żonka. Zwłaszcza gdy na mnie usiądzie. Ja jestem malutki,
łatwo mnie przeoczyć.
-Może i jesteś
malutki ale za to jesteś najważniejszą osobą w firmie, zaraz po mnie.- święty
sięgnął po najcięższe argumenty, by przekonać Zenusia do małżeństwa.- Popatrz
co dostaniesz na święta.- i wyciągnął z szuflady małe pudełko, kunsztownie
zapakowane i ozdobione czerwoną wstążką.- O! O takie wizytówki kazałem ci wydrukować.
Popatrz.
A na wizytówce,
pięknie odbitej na kredowym papierze dumnie błyszczał się napis: „elf Zenuś. Wicedyrektor
„Mikołaj et company” ds. optymalizacji zasobów prezentowych. Członek zarządu.”
Zenuś z niedowierzaniem
wpatrywał się w wizytówkę i siąkał ze wzruszenia nosem.
-Naprawdę, panie
prezesie? Ja? Wicedyrektorem?- podniósł na Mikołaja swoje wielkie, błyszczące
oczy. Mikołaj uśmiechał się dobrotliwie.
-Naprawdę,
naprawdę. Zasłużyłeś na to Zenuś.
-No to... to
dobra. A co tam! Raz elfowi śmierć. Żenię się. Wicedyrektor optymalizacji zasobów
prezentowych musi osobiście troszczyć się o wszystkie dzieci i o to, żeby mała
Heike także była szczęśliwa.
-Juhu!- zarżał
wesoło Błyskawiczny.- Niech się wam przytrafią bliźniaki!
Zenuś spojrzał na
niego z ukosa.
Ale od tamtego
dnia Błyskawiczny wmówił sobie, że ma zdolności do janowidzenia, wpadł w sidła
hazardu i zaczął nałogowo grać w Lotto. Bo po 9 miesiącach Zenuś i pani von
Klompen faktycznie doczekali się parki uroczych bobasków.
KONIEC
Wesołych świąt!
wasza
Helga von Klusken
p.s. W ten świąteczny czas apeluję aby nie wykorzystywać mojej pracy do podłych celów (kopiowania i takich tam). A już na pewno, kategorycznie zabraniam przejmowania przy pomocy moich opowiadań władzy nad światem. Kurde, to ja pierwsza wpadłam na pomysł zostania wredną królową ludzkości!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)