Kurde bele jego mać.
Na pocieszenie ostatnia część opowiadania "Kosmiczna delirka".
Do poczytania i ściągnięcia także stąd: Kosmiczna delirka
Kosmiczna delirka
część 4 ostatnia
-Panie Rysiek!-
ryknąłem.
-Co?- odkrzyknął
pan Rysiek z drugiego końca sali.
-Pan się głupio
nie pyta! Pan ucieka!
Chyba go nie
doceniałem, bo jednak refleks miał szybki. Wstał, szurnął od stolika i w nogi!
Nawet się nie obejrzał. Głupi nie jestem, jak on ucieka to czemu ja mam się dać
złapać? Też prysnąłem. I to dosłownie w ostatnim momencie, bo wujek Zenek,
kelnerka, mrówkojad, Marsjanie i inni klienci baru ruszyli tłumnie w naszą stronę,
wrzeszcząc coś niezrozumiale i wymachując rękami.
W trzy sekundy
znaleźliśmy się znowu na międzyplanetarnej. Moskwicz odpalił od razu i, o
dziwo, nawet stacyjka zaskoczyła, chyba rakietka była nie mniej przerażona od
nas. Puściłem ręczny, puściłem sprzęgło i gaz do dechy. Szarpnęło nami a potem
fru!!! Na A9. Za sobą zostawiliśmy parking, bar UFO i rozwścieczoną gromadę.
Pruliśmy chyba z 200 lat świetlnych na godzinę, mimo, że moskwicz ma
maksymalnie 120 na liczniku. Moskwicz skakał jak szalony z jednego pasa na drugi.
W obłąkanym pędzie wymijaliśmy ciężarówki i osobowe rakietki, urywając im
lusterka, anteny radiowe i aluminiowe zderzaki. Sru z lewa na prawo, sru
slalomem między transportowcami. Za nami wrzeszczały tylko klaksony
przerażonych kierowców. A my nic! Byle tylko przed siebie, jak najdalej, jak
najprędzej. W końcu, przy kolejnym szarpnięciu nie wytrzymałem.
-Jak jedziesz pan,
panie Rysiek!
-Ja?- zdziwił się
pan Rysiek.- Ja myślałem, że to pan prowadzi, panie Wieśku.
Jezusieńku,
faktycznie! Ja siedzę z prawej strony na miejscu pasażera, pan Rysiek z lewej,
też na miejscu pasażera, a pośrodku, tam gdzie są stery nikogo nie ma! Tylko
kierownica się sama z siebie obraca. Szarpłem za stery i wykręciłem na lewo. I
w tej samej chwili obok nas przemknęła ciężarówka z samorodkami uranu, drze na
nas klaksonową japę. Nie do wiary. Znowu ten sam furgon i ten sam kierowca. A
paznokieć jak miał brudny tak nadał ma.
-Muszę siusiu!- krzyczy
pan Rysiek.
Zapomnij gościu. W
podróży to najsilniejszy pęcherz wyznacza postoje a nie najsłabszy. Jadę dalej,
droga prosta, byle do Saturna.
-Już nie muszę
siusiu!- krzyczy znowu pan Rysiek. Wolałem jednak nie dopytywać się za bardzo.
Dla własnego zdrowia psychicznego uznałem, że mu się zwyczajnie odechciało.
Lecimy dalej.
-Co pan tak tym autem szarpiesz, panie Wieśku? Odstaw
mnie w jednym kawałku na Saturna.- irytował się ,a i mnie też przy okazji pan
Rysiek. Akurat! A co to? Taksówka, żeby mieć życzenia co do stylu jazdy?
-Panie siedź pan
cicho, a nie mnie nad uchem wyjesz. Ja się skoncentrować nie mogę.
-Gdzie ja panu
wyję? Znowu musisz mnie pan, panie Wieśku coś wmawiać?- mój pasażer z bożej
łaski obraził się i naburmuszył. Ręce założył, nos na kwintę spuścił.
-Ja panu nie
wmawiam, tylko uprzedzam, żebyś pan wyć przestał, bo pana w ten moment z
moskwicza wykopię!
-Ale ja nie wyję!
-To kto?
-Policja, a nie
ja!
Przetarłem sobie
ręką lusterko wsteczne, bo się ciut zaparowało od tego potu, co nim spływaliśmy
i paczę się. No jak nie, jak tak! Światłością niebieską się błyska a z głośnika
na dachu dobiegają słowa: „ Tu międzyplanetarna policja drogowa. Proszę zjechać
na pobocze, wyłączyć silnik i opuścić szyby.” Nie, no, zgłupieli chyba. To
moskwicz jest, korbka w szybie się zacina, nie da się opuścić.
-Gaz do dechy!-
wrzasnął pan Rysiek, po raz pierwszy chyba podejmując samodzielną decyzję. I
to, jak na amatora w tym fachu, bardzo dobrą.
To ja lu! Pierwszy
bieg, drugi, trzeci- więcej moskwicz i tak nie posiadał- i chodu, chodu.
Pędzimy jak fotonowe Porsche, 300 lat świetlnych na godzinę, kto by pomyślał,
że moskwicz tak może. No nikt, nawet komputer pokładowy zapomniał o fabrycznych
ograniczeniach, gnamy jak Bellew Zawierucha* za złotem w Klondike. Policja za
nami. „Łijo, łijo”, kogutem błyska, z z głośnika ciągle to samo: „proszę się
zatrzymać do kontroli, proszę zjechać na pobocze”. Gdzie ja ci na pobocze
zjadę, jak my właśnie tym poboczem tak pędzimy?
-I co? Dalej za
nami jadą?- zapytałem po chwili tego piekielnego wyścigu. Pan Rysiek odwrócił
głowę.
-Jadą!-
potwierdził z przerażeniem.- Nawet przyspieszają!
To ja też
przyspieszyłem. Sruuuu! Z dysz wystrzelił ogień a moskwiczem szarpnęło do tyłu.
Rakietka zawyła i skoczyła maską w przód, prosto w nadświetlną.
-Trzymaj się pan,
panie Rysiek!!!- wrzasnąłem. –Przekraczamy prędkość światła!!!
-Ja się trzymam!-
odwrzeszczał pan Rysiek.- Tylko owsianka ze śniadania mie się w żołądku nie
trzyma!
Szarpnęło nami
jeszcze mocniej. Gwiazdy to tylko migały w szybach, ciągnąc za sobą świetliste
smugi niczym komety. Moskwicz trząsł się i drżał, zdawało mie się już, że każda
śrubka i każda sprężynka wyleci ze swojego miejsca a sama rakietka rozłoży się
na części pierwsze.
-W pierwszy zjazd
pan wbijaj!- krzyknął pan Rysiek.- Ja to widziałem na jakimś filmie
gangsterskim. Zgubimy ich za pierwszym zjazdem!
No to wbijam na
pierwszy zjazd i momentalnie mnie się też nagle przestało chcieć siusiu. Oho,
tapicerka do prania. Pan Rysiek chyba jakiś zły film gangsterski musiał
oglądać, bo zamiast zgubić policję to dostaliśmy się prosto w blokadę
zorganizowaną przez antyterrorystów. Kolczatkę między planetoidami rozłożyli, w
nas wycelowali z kałaszów i krzyczą przez megafony:
-Stać bo
strzelamy!
Ja to może trochę
głupio wyglądam ale wcale głupi nie jestem. Zatrzymałem się.
Antyterroryści
powoli otoczyli mojego moskwicza, wciąż celując w nas lufami.
-Wysiadać i na
glebę. Ale już, raz, raz, raz, bo zrobimy z was mielonkę!
Tu mnie już
odeszła nadzieja. Głowę, żem se smutno spuścił, westchnąłem i mówię smętnie do
pana Ryśka.
-Panie Ryśku, to
koniec.
-Panie Wieśku, w
tej naszej ostatniej chwili życia ja chcę panu podziękować za to coś pan dla
mnie zrobił.- chlipiał pan Rysiek.- Nawet rodzina nie była by dla mnie lepsza.
-Panie Ryśku,
niech pan nie płacze.- powiedziałem. Staram się być twardy, ale czuję, że coś
mnie się oczy pocą. Bo to może i nawet nie o mnie tu chodzi. Ale żeby w takiej
chwili? Jak już chce się człowiek zmienić, kaczki hodować, buraki plewić, na
ludzi porządnych wyjść- w takiej chwili za kraty iść? Niesprawiedliwość.
-Ja nie płaczę. Ja
tylko szlocham nad swoim nędznym losem, panie Wieśku.
-Panie Ryśku daj
pan pyska!- i nagle buch! Już się nie mogłem powstrzymać. Z oczy lecą mi łzy
jak grochy, do piersi tulę tego pijaka, niby jak człowieka jakiegoś.
-Panie Wieśku, ja
panu tego nigdy nie zapomnę! Tyle błędów popełniłem, pomidory żem panu
zmarnował a pan mnie, mimo to, przebaczyłeś. Wielkie serca można poznać i po małych
czynach. Mam nadzieję, że dostaniemy cele obok siebie.
-Ja też mam taką
nadzieję.
Jeszcze ostatnia
sekundka wolności, zanim na zawsze zamkną się za nami żelazne kraty
sprawiedliwości. Jeszcze tylko chwilka dzieli nas od więziennej kawy i czarnego
chleba. Ale tę ostatnią chwilę spędzimy godnie jak wolni ludzie, z honorem i
godnością. Tulimy się na pożegnanie, płaczemy, narzekamy. A wtedy: puk, puk- do okienka stuka lufą swojego
kałasznikowa antyterrorysta.
-Panowie to się
będą tak długo całować?- pyta.- Bo my tu mamy zawiadomienie o zaginięciu.
Ryszard Mączyński. Szwagier Grzesiu i żona już od trzech dni pana szukają...
*
No i tak się skończyła ta historia co tom ją przeżył w zeszły czwartek.
Ziemi wcale, że nie pierdut. To pan Rysiek odpadł w zawodach balonowych już na
starcie i sam się po pijaku w orbitę z przydomowej wyrzutni wystrzelił. Żona i
szwagier szukali go wszędzie, nawet ogłoszenia do prasy i telewizji dawali,
nagrodę za znalezienie biedaka ufundowali. No i znaleźli. Bo ochlus, nie
ochlus- jest częścią rodziny i na zawsze już nią zostanie.
A ja? A ja se siedzę w domu, w jednej ręce trzymam Krwawą Marry, z tych moich
Bawolich Serc z solą i jajeczkiem, w drugiej gazetkę i rozkoszuje się błogim
lenistwem, dopóki moskwicz stoi w warsztacie. Jak to dobrze jest mieć dom, do
którego można bez strachu wracać, może i trochę zagrzybiony od strony kuchni,
ale dom własny, z ogródkiem, Maryśką i pomidorami.
Bo napić się można, owszem, alkohol dla ludzi jest. I
wódeczka i piwko, i koniaczek i nawet likierek miętowy. Ja tam sam lubię i
innym w kieliszki nie zaglądam. Ale najważniejsze jest żeby pić z głową i żeby
Ziemi przy tym, w powietrze, nie wysadzić.
KONIEC
p.s. Ale mandat za
przekroczenie prędkości to do pana Ryśka wyślę. Niech płaci.
* Bellew
Zawierucha- główny bohater powieści Jacka Londona, pod tym samym tytułem.
Polecam ze szczerego serca wszystkim, którzy opanowali trudną sztukę skladania
sylab i literek. Po pierwsze primo: bo London to mój ulubiony pisarz. Po drugie
primo: bo lubię polecać coś innym i udawać przy tym oczytaną intelektualistkę.
wasza
Helga von Klusken
p.s. Przybieżeli do Betlejem pasterze. Z tabletami, komórkami, nie wierzę. Bo grzecznie se czytają, z treści nie okradają- i za to dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)