czwartek, 3 grudnia 2015

"Kosmiczna delirka" część 1

Dzisiaj czwartek. I z okazji tego radosnego wydarzenia wznoszę toast moją ulubioną 7-letnią Metaxą- greckim spirytusem pędzonym na gałce muszkatołowej i różanych płatkach. Przed wami niebanalne opowiadane o jakże wymownym tytule "Kosmiczna delirka". Jak nazwa sama wskazuje rzecz traktuje o alkoholu, kosmosie i samochodzie marki "Moskwa". Zarówno początkujący alkoholicy jak i zatwardziali abstynenci znajdą tu chwilkę rozrywki. Wy czytajcie a ja idę dalej pić. Herbatę, oczywiście.

Wersja na wynos pojawi się na chomiku, w ciągu godziny, może dwóch, najwyżej trzech. Plik PDF do pobrania tutaj.

Opowiadanie można czytać i ściągać także tutaj: Kosmiczna delirka

"Kosmiczna delirka"
 część pierwsza



Ludzie! Co, żem ja przeżył to mnie, kurde bele, nikt nie uwierzy! Słuchajta. Wracam se w zeszły czwartek swoją rozklekotaną rakietką kosmiczną typu „Moskwa”. Grat stary, to fakt, ale dzisiaj takich już nie produkują, ino te błyszczące, amerykanckie ustrojstwa. A mojemu moskwiczowi to największe zero absolutne nie straszne. Ot, jak mi gdzieś przystanie to wystarczy, że pokręcę korbką, lekko popchnę i śmiga dalej w kosmiczną przestrzeń, a takie jankeskie cudo to ni huhu. Jak się zepsuje to dupa zbita. Czekaj se człowieku na pomoc drogową latami, gdzieś miedzy Plutonem a Aldebaranem. Niejeden się nie doczekał, wiem, bo widziałem zmarznięte trupki w swoich skafandrach, przyklejone plastikową linką do błyszczącego cuda mejd in juesej. A ja se lecę dalej.
Ale do rzeczy. No więc wracam w zeszły czwartek międzyplanetarną A9. Cicho, miło, spokojnie. Raz może na rok świetlny przelatuje obok ciężarówka albo jakaś rodzinka grubasów pędzi na urlop olinkluziw w Mgławicy Jednorożca. No więc lecę se, stery prosto trzymam, siusiu mnie się nie chce, luzik, git, bumszakalaka. Nawet piwka żem za dużo nie wypił, więc spoko, smerfy mnie nie straszne. Mogę dmuchać panie władzo, jakby co. Lecę se, lecę prawym pasem i nagle mnie sru! Takim laserem po oczach. To ja po hamulcach i wkurzyłem się momentalnie. Wsteczny bieg, sprzęgło i jadę se do tyłu, mimo, że po międzyplanetarnej teoretycznie nie wolno. Ale już żem mówił, że ruch był taki jak kupa w tyłku anemika, czyli, że żaden. No to fruwam se na wstecznym i jakoś po trzech sekundach świetlnych widzę faceta na poboczu. Uwierzycie? Ani rakietki nie miał, ani motocykla kosmicznego ani nawet, kurde, fotonowego roweru. Nic, sam tylko facet mocą nieważkości sobie lata i widzę, bom juha bystry po mamusi jest, że go cosik na bardzo na lewo znosi. Jak w mordę strzelił prosto w kierunku czarnej dziury. Znaczy, że niedobrze. Odkręciłem korbką szybkę, wychylam se łokieć jak należy i jak nam na kursach pokazywali, po czym krzyczę bardzo kurturarnie.
-Eee!
A on nic. Chyba nie zajarzył, że to do niego wołam i nagle buch! Sru mnie laserem znowu po gałach. Tu żem się wkurzył, wysiadł z rakietki i lu go, chcę mu wszarz przyprostować. Alem się w porę zreflektował. Bo to nie ten facet laserem po oczach daje, tylko taki mały pierdolnik ratunkowy, co to go miał na piersi wysyła morsem sygnał sos. Jezu Chryste! Paczę się mu na wskaźniki medyczne a tam nic! Zero tlenu w wydychanym powietrzu. To ja lu! Faceta za chabety i do rakietki. No kurde w ostatnim momencie, bo już się facio zbliżał do czarnej dziury. Nawet nogę zaczęło mu wciągać. Ale co tam noga, w takiej chwili! Zawiąże se na supeł i może nikt nie zauważy, najwyżej będzie musiał sobie nogawki od galotek poszerzyć. No więc, już mówiłem, faceta za chabety, wciągam do rakietki, ustawiam atmosferę i jak nie zawyje! Ledwom tylko drzwi od moskwicza zatrzasnął i nagle „łijo, łijo”  komputer pokładowy drze mordę, a z głośnika słychać:
-Uwaga, uwaga! Skażenie biologiczne. Wnimanie! Wnimanie! Biologiszeskoje zagrjażnienie!
Ze skażeniem biologicznym to sobie prędko dałem radę. Ot, zmieniłem skarpety i po krzyku. Ale co zrobić z trupem? Za burtę wyrzucić? Na policję odholować? A może jednak kołacze się  choć ociupinkę dusza w tych cherlawym ciele? Co jak co ale szkoda człowieka, a i sam skafander też pewnie coś kosztował. Trza próbować, może jeszcze klient niezbyt sztywny.
Rozpinam kombinezon i zaczynam masaż serca. Masuję, masuję a tu nic.
Coś mi się tłucze pod czerepem, że trzeba będzie chyba „usta usta”. Trochę się zmartwiłem, bo to on facet, ja facet- no kurde piękny początek gejowskiego porno- i to takiego najniższego sortu.
Ale jak mus to mus. Ściągam mu hełm z pleksiglasu, już, już zbliżam do niego usta ale mie się w porę przypomniało co mówili na kursach medycyny alternatywnej. No to lu! Mu w ryja z jednej strony, lu mu z drugiej. Podziałało. Otworzył facio oczy, otworzył usta z których buchneło jak z gorzelni i już se w myślach słyszę jak prosi:
-Wody! Wody!
Ale nie. Tylko czknął ten sukinkot dmuchany i wyszeptał.
-Wódki! Wódki!
To żem się wziął i wkurzył. Bo wtedy to już było dla mnie wszystko jasne jak po wykładzie fizyki antygrawitacyjnej w pierwszej klasie podstawówki. To ten moczymorda tak zapił pałę, że wydychał sam alkohol etylowy a pierdolnik ratunkowy tak zgłupiał od tych wszystkich oparów, że zaczął wydawać sygnały ratunkowe.
A na takiej pierwszej pomocy to ja się znam, bo nie raz jej szwagrowi udzielałem. Lu raz z lewej, raz z prawej, raz z dyńki i pacjent zdrowy.  Jak to mówią u nas w przychodni na Jerzmanowie: operacja się udała, można zabrać ciało.
Pacze się, paczę a facet faktycznie jakby trochę przytomniejszy. Siada, łbem kręci na wszystkie strony jak papuga i nagle jak nie zacznie płakać. No, żem zgłupiał.
-Panie co pan?- zaczynam niepewnie. A on znowu w ryk, w piersi się kułakiem bije i szlocha.
-Wybacz mi bracie, bo zgrzeszyłem.
Nagle zacząłem mieć podejrzenia, że chyba trochę za intensywnie udzieliłem mu tej medycyny alternatywnej. Dobry oklep nie jest zły, do tego często pełni bardzo ważną funkcję terapeutyczną, ale może żem go ciut za bardzo zreanimował?
-Eee tam...- bąkam.- Setuchna albo dwie to jeszcze nie grzech taki wielki. Mnie proboszcz za każdą lornetę każe dać złotówkę na remont ołtarzyka Matki Boskiej Najtrzeźwiejszej Pomocy. Jak chcecie, to was z proboszczem przez skajpa skontaktuję. Zapłacicie stówkę i znowu sumienie macie bardziej nieużywane niż majtki panienek spod centralnego.
Na te słowa facio ryknął bardziej, w pierś mi się wtulił i do kolan przypadł.
-No, pięknie.- pomyślałem ale wcale tak pięknie nie było. Przeciwko facetom nic nie mam. Ot, na piwko pójdę sobie w męskim gronie, w karty mogę popykać ale jednak wolę, żeby w tamtych okolicach to mnie kobitka całowała a nie facet.  No nie i już! Ja to nawet serek jem heterogenizowany.
-Nie ma proboszcza!- krzyknął tamten i dalej obłapia mnie za kolana.
-Jak to nie ma?- zaprotestowałem.- Jest, jest. W kościele pod wezwaniem świętego Brajana, u nas, na Jerzmanowie przecież.
-Nie ma kościoła.- wrzeszczy znowu facet. Tu się zdziwiłem, bo jak to, że kościoła nie ma? Jak wyjeżdżałem to ciągle był i nawet elewację odnawiali.
-Jak to nie ma? Na Jerzmanow...
-Jerzmanowa też nie ma!- przerwał mnie w połowie słowa i buch, znowu w płacz.
Nie powiem, zirytował mnie facet a nawet wnerwił. Odlepiłem faceta od spodni i począsłem nim energicznie. Weź się w garść, gościu! Co ty mi się będziesz tu jak baba jakaś rozklejał? Jak tak dalej pójdzie z tym obściskiwaniem, to do czego to doprowadzi? Do białego winka i słuchania starych płyt „Modern Talking” na wersalce, w kabinie?
-Panie, przestań mnie tu pan jakieś dyrdymały opowiadać. Jak może nie być Jerzmanowa, kiedy ja właśnie do tego Jerzmanowa wracam? Z montażu znaczy się, bo ja monterem rusztowań jestem. Wiesław Śmietana jestem, a to jest moja rakietka. A pan, panie...
-Rysiek Mączyński.- wtrącił ponuro tamten.
-A pan, panie Rysiek siedzi właśnie w moim moskwiczu i razem lecimy na Jerzmanów.
-No to sobie może pan, panie Wieśku oszczędzić dalszej fatygi.- odparł tamten takim głosem żałościwym, jakby się właśnie dowiedział, że owszem teściowa spadła w przepaść ale razem z jego nowiutkim Porsche.
Ludzie kochane, no zatkało mnie. Pan Rysiek tymczasem, wiedziony nieomylnym instynktem alkoholika podszedł do schowka, ukrytego z tyłu rakietki za obrazem Jezuska w żłóbku, wyciągnął litrowy kartonik z napisem „100% sok pomidorowy” i upił solidny łyk. Juha, jakoś wiedział, że tam właśnie była wódka. Gulgnął tęgo, wytarł wąsy w rękaw, wysmarkał nos w palce i oznajmił:
-Wysadziłem Ziemię.


cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. O plagiatach i kopiowaniu nie chcę mi się dzisiaj pisać. Zajrzyjcie na stronę "do plagiatorów" jeżeli nadal nie wiecie, że to karalne. A żeby nie było w poście tak całkiem alkoholowo to podam przepis na sos Metaxa- mój ulubiony. Sporą cebulę i  jedną czerwoną paprykę poszatkować, podsmażyć na maśle z dodatkiem 3 łyżek koncentratu pomidorowego. Podlać 100 ml bulionu, 100 ml słodkiej śmietanki i odrobiną kwaśnej, gotować aż warzywa zmiękną. Uwaga! teraz najważniejszy składnik: 2 cl Metaxy, ale równie dobrze można wlać całą pięćdziesiątkę. A co tam! nawet setkę. Chwilę podgotować, żeby alkohol odparował, doprawić solą, pieprzem, papryką i przyprawą do gyrosa. Po prostu pyszka. Gdyby nie smakowało- doprawiać dalej Metaxą aż do usłyszenia wyraźnych głosów z samego Olimpu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)