Wersję PDF (z chomika) można ściągnąć tutaj.
Plik PDF do pobrania i do poczytania online (z dysku google) tu: "Szczęśliwy dom, gdzie pająki som".
Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część pierwsza
Pani Roswita Hildegardt w ogóle nie była stuknięta. Nic a nic, co było
dosyć dziwne, zważywszy na fakt, że dawno przekroczyła już wiek, w którym
starsze panie określa się mianem „szalonej staruszki”, ewentualnie „szajbniętej
wiedźmy”. Nie to, co pani Rozensztajnc, kasjerka z 60 letnim stażem która,
zaraz po przejściu na emeryturę przygarnęła do domu 14 bezpańskich kotów i
oddała na pastwę rozbestwionej bandy 120 eleganckich metrów kwadratowych,
pełnych stylowych mebli i ręcznie malowanych obrazów. Koty podarły angielskie
tapety, zarzygały obite gobelinami sofy, zasrały puchowe łóżka zaś sama pani
Rozensztajnc musiała się przed nimi barykadować na noc w schowku pod schodami,
co nie przeszkodziło jej bynajmniej kochać hordy swoich milusińskich. I też nie
to, co pan Müller, były dyrektor miejscowego oddziału Sparkasse- który wraz z
pierwszą wypłatą świadczenia z ZUSu- cichaczem wyniósł się na Karaiby z młodszą
o 40 lat asystentką, zostawiając żonie skromny domek w zabudowie szeregowej i
15 letnią Skodę Octawię. O nie! Pani Roswita nie była z takich.
Nie wyróżniała
się bowiem niczym szczególnym.
Była niziutką,
ale elegancką starszą panią, z zadbaną sztuczną szczęką i modnie ułożoną
fryzurą „na dzikiego barana”. Ubierała się gustownie, wprawdzie w modę ciut
zleżałą i podejrzanie pachnącą naftalinowymi kulkami, jednak nie można było jej
nic zarzucić i gdyby ktoś tylko zorganizował wybory „miss starszej pani” to Roswita niewątpliwie
załapałaby się do pierwszej setki ze swoimi grubymi, pledowymi spódnicami,
czarnymi pończochami podtrzymywanymi przez gumowe podwiązki i poliestrowymi
bluzkami z żabotem. Również jej
charakter i zainteresowania mieściły się w medianie dla uroczych seniorek:
haftowała krzyżykami obrazki kaczuszek i jamników, abonowała „Gościa
niedzielnego” a wnuki sąsiadów szczypała po pulchnych policzkach i obdarowywała
własnoręcznie upieczonymi herbatnikami anyżkowymi.
Nasza bohaterka urodziła się i całe życie mieszkała w Deppenhausen, miłej,
nieco sennej miejscowości, gdzieś na całkowitym zadupiu. Deppenhausen szczyciło
się tym, że posiadało szkołę podstawową (w której biologii i prac ręcznych
uczyła Roswita), sklep „Aldi”, troszeczkę zmurszały kościół i pomnik
niestrudzonego wędrowcy odlany z fałszowanego brązu. Właśnie dzięki temu
pomnikowi Deppenhausen trafiło do przewodnika po lokalnych atrakcjach. Raz albo
dwa razy do roku w mieście faktycznie zjawiał się jakiś zbłąkany turysta,
przyglądał się pomnikowi, rozglądał po głównym rynku zaopatrzonym we wszelkie przyjazne turystom
atrakcje jak sklep centrali rybnej i zakład podnoszenia oczek w rajstopach- po
czym uciekał gdzie pieprz rośnie. Miejscowi przyglądali się tylko tumanowi
kurzu w oddali.
-Aż dziwne, że
taka atrakcja turystyczna jak Deppenhausen jeszcze nie znajduje się na
światowej liście zabytków UNESCO.- mruczeli pod nosem, nieco zawiedzeni, autochtoni.
W tej właśnie
przyjaznej atmosferze, w niewielkim domku, połówce bliźniaka, beztrosko i
spokojnie żyła Roswita, najpierw panna Gerbhard, później pani Hildebrandt. Lata
płyneły jednostajnie i sennie, a wielkie zawieruchy targajające dalekim światem
miłosiernie omijały znudzone Deppenhausen.
Krótko po
przejściu na emeryturę pochowała męża- cenionego pracownika urzędu gminnego ds.
śmieci komunalnych, ale nie zniszczyło to jej życiowego optymizmu. Nie oznacza
to wcale, że świętej pamięci Wolfgang Hildebrant był jakimś tyranem, a żona z
ulgą przyjęła fakt jego odejścia w zaświaty. Skądże! Mimo braku dzieci byli
zgodnym małżeństwem przez prawie 50 lat, a jedyną zarejestrowaną przez sąsiadów
kłótnią była sprzeczka w 1976 roku o to, kto zje ostatni kawałek zapiekanki
ziemniaczanej. Na miejscu awantury prędko zjawili się mundurowi, zawiadomieni
przez zaniepokojonych sąsiadów. Sprawę zatuszowano ze względu na szacunek,
jakim cieszyli się Hildebrandtowie, a sporny kawałek zapiekanki zjadł naczelnik
policji. 50 lat po tych dramatycznych wydarzeniach Wolfgang Hildebrandt został
powołany do zarządzania śmieciami komunalnymi w raju.
Przyjaciółki
Roswity z kościelnego kółka herbacianego prędko pomogły jej otrząsnąć się z tej
tragedii. 2 miesiące po pogrzebie zaczęły nawet swatać ją z uroczym mężczyzną-
właścicielem firmy świadczącej wszelkie usługi funeralne, również niedawno
owdowiałym.
-Prawie w twoim wieku jest. No, może trochę starszy, ale
nie więcej niż 25 lat.- tłumaczyły jej.- A jak umrzesz przed nim to i rabat na
trumnę dostaniesz.- zachęcały ją Marie, Elsa i Kunegunt.- 10 procent rabatu! A
może i dwanaście.
-No, nie wiem.-
Roswita sceptycznie kręciła głową. W kościelnej piwnicy, miejscu cotygodniowych
spotkań kółka herbacianego panował przyjemny chłód, mimo prażących, lipcowych
upałów na zewnątrz. Nieco cierpki zapach Earl Greya mieszał się ze słodkim
aromatem powideł śliwkowych i maślanych ciasteczek.- Nie wiem co powiedziałby
na to Wolfgang.
-Ha, ha, ha!-
zaśmiała się ironicznie Kunegunt. – Znałam Wolfganga od przedszkola, moja
droga.
-Wszystkie
chodziłyśmy do tego samego przedszkola.- wtrąciła nieśmiało Roswita ale
Kunegunt z wyglądu i z charakteru podobna była do szarżującej lokomotywy- kiedy
się rozpędziła, nic nie było w stanie jej zatrzymać. Teraz wypluwała z siebie
słowa prędko niczym mknąca po szynach ciuchcia. – Znałam go od małego, ot taki tyci
był- jak to ciasteczko, niewiele większy. Już wtedy twój mąż znał się na
wartości pieniądza. W pierwszej klasie podstawówki wybrano go skarbnikiem i
byłby bardzo dobrym skarbnikiem, gdyby nie zgubił wszystkich pieniędzy podczas
wycieczki do obserwatorium astronomicznego. A potem? Pamiętam jak dziś, kiedy
mianowano go starszym asystentem do spraw śmieci komunalnych. W trzy miesiące
zrewolucjonizował proces wywożenia śmieci w całej gminie. Kto jak nie Wolfgang
mógłby zaproponować doczepienie trzeciego kółeczka do kubła z odpadkami?
-Fakt, ceniony
był bardzo.- wtrąciła Marie, między jedną łyżeczką konfitur a drugą.
- I właśnie
dlatego, że tak dobrze go znałam, mówię ci: Wolfgang nigdy, ale to nigdy nie
przepuściłby 10 procentowego rabatu na trumnę.
-A może nawet i
12 procent.- poprawiła ją Elsa.
-No i co ty na
to?
Trzy pary oczu z
napięciem wpatrywały się w Roswitę.
-No nie wiem.-
powiedziała po chwili wahania.- Tak dawno nie byłam na żadnej randce...
-A więc
załatwione!- krzyknęła triumfalnie Kunegunt.- Rosie, szykuj czyste galotki i
wyciągnij szminkę z zamrażalki. W piątek o 18 pan Bellamakarone będzie na
ciebie czekał w pizzerii „Tonno” na rynku. Znak rozpoznawczy – czerwona róża w
butonierce. Ach, ten aromat świeżego makaronu, romantyczne serenady i namiętni
Włosi. Czuję miiiiiłość w powietrzu!
*
Piątek nadszedł szybciej niżby sobie tego życzyła przerażona Roswita, a
dokładniej to zaraz po czwartku. Pani
Hildebrand cały tydzień zasypiała zaniepokojona wizją zbliżającego się randewu
i budziła wystraszona koszmarami z nią i panem Bellamakarone w roli głównej.
Rosie nie bała się kontaktów z ludźmi, w końcu przez prawie czterdzieści lat
pracowała z dziećmi i ich rodzicami. Zawsze była miła, życzliwa i ciekawa
innych. Tym, co przyprawiało ją o gęsią skórkę, był sam fakt intymnego
spotkania z innym mężczyzną niż jedyną miłością jej życia-Wolfgangiem. Kto wie,
jak to się skończy? Może buziakiem w policzek? Może namiętnym pocałunkiem? A
może jeszcze czymś więcej? Czy ona jeszcze w ogóle pamięta, na czym polega sam
na sam z mężczyzną poza „dzień dobry kochanie, czy chcesz owsiankę z cynamonem
na śniadanie?” Zamężne przyjaciółki zdawały się nie dostrzegać i nie podzielać
obaw Roswity. Marie odwiedziła ją w poniedziałek i zostawiła pudełko pralinek w
kształcie serca, zapakowane w ozdobny papier i przewiązane różową kokardą- na
prezent powitalny dla pana Bellamakarone.
-Mężczyznę trzeba
rozpieszczać.- oznajmiła jej.- Trzeba dawać mu do zrozumienia, że jest ozdobą
stworzenia, panem domu i takie bla, bla, bla. Chuchać, dmuchać i przymilać się.
Można puścić koło ucha męską gadaninę, bo i tak niewiele jest warta, ale trzeba
przynajmniej stwarzać pozory, że się go słucha. Wiesz, moja droga, takie
kobiece typowe sztuczki. Że niby słoika nie potrafisz otworzyć, gwoździa w ścianę
wbić albo wnieść fortepianu na czwarte piętro.
-Ale ja naprawdę
nie potrafię wnieść fortepianu na czwarte piętro.- mruknęła Rosie, nieco przygnębiona
widokiem pralinek. Czyż to wszystko nie dzieje się zbyt szybko?
-O to, to, to! I
tak właśnie trzymaj. Udawaj, że sobie bez niego w życiu nie dasz rady, bo
inaczej jak się zorientuje, to już na zawsze będziesz musiała sobie sama
odkręcać słoiki i przybijać gwoździe. No
to pa, ja lecę kochana.- cmok, cmok, tu rozległo się mokre mlaśnięcie w
policzek.- Opowiesz nam wszystko w sobotę na kółku herbacianym. – I pamiętaj-
Marie puściła oczko- Powtarzaj mu ciągle, że jest taki piękny, taki potrzebny i
absolutnie nie pozwól mu się zorientować, że jest ewolucyjnie upośledzonym
gamoniem jak każdy facet.
-Uff.- Rosie
otarła pot z czoła, kiedy tylko zamknęła za przyjaciółką drzwi. Jej wyobraźnia
jak szalona pokazywała jej obrazy, w których to sprzedaje dom i 30 akcji
Volkswagena, trzymane od półwieku, a za posiadane pieniądze kupuje cukierki, złote
zegarki i karnety do salonu masażu tajskiego dla pana Bellamakarone.
We wtorek,
niezapowiedzianie odwiedziła przyjaciółkę Elsa. Razem z nią odwiedziły ją
również termosy z żurkiem, weki z kiełbasą i jarmużem, mrożone placki ziemniaczane,
samodzielnie zrobiony mus jabłkowy i
nadziana kaszą perliczka, gotowa do pieczenia.
-Do serca mężczyzny
przez jego żołądek.- powiedziała Elsa głosem pewnym niby wyrocznia delficka.
Dla nadania powagi swoim słowom podniosła w górę palec i trzęsła nim nad głową
biednej Roswity. Rosie wprawdzie dosyć dawno temu studiowała biologię, ale
wciąż pamiętała jeszcze, że droga do serca może być zdecydowanie krótsza,
jeżeli uwzględni się ceniony przez kardiochirurgów skrót przez klatkę
piersiową. Elsa tymczasem wciąż rozwijała swoją myśl przewodnią.
-Najedzony facet
to spokojny facet. Nie bije, bo trawi; nie pije, bo już nie ma w żołądku
miejsca na wódkę. Gruby mężczyzna to wierny mężczyzna. Gruby nigdy nie odejdzie
do młodszej, bo się zasapie, zanim wyjdzie z domu. Pamiętaj kochaniutka- piecz,
smaż, gotuj, jeżeli chcesz go zachować na zawsze. Facet to subtelna istota,
jemu nie trzeba kadzić ani schlebiać. Jemu wystarczy świńska głowa gotowana na
kapuście i boczku. Ta tradycja trwa już od czasów jaskiniowych. Odkąd to
wynaleziono miłość, jej największym wyznaniem była gotowana z warzywami mamucia
noga.
-Nie jestem pewna
czy pan Bellamakarone lubi mamucie nogi.- jęknęła Roswita. Elsa zapychała
właśnie domowymi specjałami szczupło zaopatrzoną, wdowią lodówkę Roswity.
-Ty się tam nie
znasz moja droga.- powiedziała, z głową utkwioną w zamrażalce.- Jednego tylko
Wolfganga miałaś, to życie cię rozpieściło. A ja pochowałam czterech mężów, piąty
dzięki Bogu jeszcze jakoś zipie- wiem, co mówię i wiem ile się trzeba
napracować, żeby zachować namiętność. Aby nie dopadła nas rutyna, atmosferę w
związku trzeba bezustannie podgrzewać, najlepiej gorącymi pierogami i kiełbasą
z kapustą. Masz brytfankę?
-Co?
-Brytfankę,
Rosie.- Elsa wyciągnęła górną połowę swojego ciała z lodówki, która szczelnie
załadowana była teraz słoikami, plastikowymi miseczkami Tupperware i woreczkami
z mrożoną breją o niezidentyfikowanym smaku i kolorze.- Brytfankę na perliczkę.
-Ach! Na
perliczkę... Oczywiście. Jesteś głodna? Zaraz ją upiekę.- Rosie nieco
nieprzytomnie chwyciła ptaka i wpakowała do sporej brytfanny.
-Zostaw!-
wrzasnęła Elsa, przerażona w najwyższym stopniu.
Roswita drgnęła,
przestraszona, a namaszczony oliwą tłusty ptak wyślizgnął się z jej
struchlałych dłoni i pięknym ślizgiem przeleciał przez kuchnię, zostawiając na
marmurowych kafelkach smugę oleju i przypraw.
- To przecież dla
twojego chłopaka!
-Dla chłopaka?
Przecież my jeszcze wcale nie...
-Ale będziecie.-
Elsa była bardzo pewna swoich słów.- Jak ty chcesz w nim inaczej wzbudzić żar
namiętności? Jak już w piątek wieczorem przyjdziecie do ciebie, to wstawisz
kuraka do piekarnika, odsmażysz placki, rozmrozisz mus jabłkowy i rankiem nie
będzie się chciał od ciebie wyprowadzić. Tu trzeba systemem kochanieńka, a ten
system ma tylko jedną formę: dać żreć i nie dać się samej pożreć. Nie rób
takiej zmartwionej miny, Rosie. – dodała, przyglądając się krytycznie swojej
przyjaciółce. –W sobotę z samego rana podrzucę ci kotletów z dzika. Już
zamówiłam w nadleśnictwie. Zamarynuję i opanieruję za ciebie, będziesz musiała
tylko usmażyć. Wspólne życie najlepiej zacząć od kotletów z dzika.
A jednak Elsa
myliła się bardzo. Roswita nie miała bowiem zmartwionej miny, tylko zwyczajnie
przerażoną. Oczyma wyobraźni widziała już siebie, jak sieka, miesza i dusi dla
pana Bellamakarone gulasze, placki i golonki aż do końca świata a on tylko je i
je, i je aż po kres wszystkich kresów.
Ale nie to było
najgorsze.
Najgorszy był
bowiem czwartek. W czwartek bez zapowiedzi wpadła Kunegunt obładowana
kolorowymi torebkami z logo jedynego w miasteczku sklepu z bielizną. Jednym,
energicznym ruchem wyrzuciła na stoliczek do kawy zawartość torebek. Na stoliku
dumnie piętrzyła się góra koronek, fikuśnych staniczków, przezroczystych
majteczek i figlarnych pasów do pończoch. Roswita najpierw opluła kawą rozłożone
części figlarnej garderoby, a potem długo kaszlała, bezskutecznie usiłując
nabrać powietrza. Dopiero doraźna pomoc Kunegunt, polegająca na poklepywaniu
jej pleców ciosami tak energicznymi jakby chciała zabić mastodonta, przyniosła
ulgę i Rosie odetchnęła z głośnym świstem.
-Co... khe,
khe... to jest? Khe, khe.- wykaszlała z siebie pytanie, wskazując oczyma na
koronki i siateczki.
-A co to w ogóle
za wątpliwości?- odparła Kunegunt.- Idziesz na randkę z najgorętszym emerytem w
całym Deppenhausem i pytasz się co to takiego?
-Randka, randką.
Ale nie sądzę, żeby w piątek doszło do czegokolwiek więcej niż przyjacielska
pogawędka i wspólne jedzenie pizzy.
-Co za brednie.-
oburzyła się Kunegundt.-Ty jesteś wolna, on samotny, co wam stoi na
przeszkodzie?
Faktycznie, na
przeszkodzie nie stało nic. Dosłownie, nic nie STAŁO, bo pan Bellamakarone miał
już ponad 100 lat, ale Rosie postanowiła zachować wątpliwości dla siebie.
-Nawet Wolfgang
nigdy mnie nie oglądał w czymś tak... tak...
-Podniecającym?-
podsunęła brakujące słówko Kunegunt.
-Niemoralnym.-
sprostowała Roswita.
-Rosie, skarbie
moje, ty mnie martwisz. Ty nie idziesz z duchem czasów. Jakbyś nie zauważyła,
to jednak trochę się wyemancypowałyśmy od lat sześćdziesiątych.
-Ale mnie się w
latach sześćdziesiątych bardzo podobało!- wykrzyknęła Roswita.
-Mnie też. Flower
power, Jimmy Hendrix i barchanowe gajty. To już nie ten sam świat co kiedyś,
moja złociutka. Nie to przed czym ostrzegały nas matki i babcie. Dzisiaj możemy
być wolne, realizować swoje fantazje, dopóki nie dopadnie nas osteoporoza i
Alzheimer. Zamykanie się we własnych czterech ścianach? W dobie Facebooka?
Spójrz na inne kobiety! Są w twoim wieku, a jeżdżą na nartach, didżejują w
klubach techno i grają na elektrycznych gitarach. Chcesz zgrzybieć w
oczekiwaniu na swoją trumnę tylko dlatego, że czegoś nie było w latach
sześćdziesiątych, a teraz już jest?
-Ja nie mówię, że
koniecznie chcę być zacofana czy niemodna, ale spójrz na to.- Rosie ostrożnie
ujęła w dwa palce pierwsze z brzegu majteczki.- Na miłość boską co to takiego?
Tu więcej nie ma majtek, jak są.
-Najnowsza moda.
Nawet księżna Monako takie nosi, widziałam zdjęcia w „Chwili dla ciebie”.
-W latach
sześćdziesiątych księżna Monako nosiła jedwabne rękawiczki i suknie balowe.-
zauważyła z goryczą Rosie.
-A w czasach
jaskiniowców pelerynkę ze skóry tygrysa szablozębnego. Rosie! My mamy
dwudziesty pierwszy wiek. Mężczyźni lubią kobiety wyzwolone, które nie boją się
pokazać kawałka apetycznego udka w koronkowej pończosze. Jak chcesz faceta, to
musisz też coś dać od siebie, na tym polega prawdziwy feminizm. Założysz to w
piątek, w odpowiednim momencie wysuniesz dyskretnie nóżkę i jest twój. To, że
nie mamy osiemnastu lat, wcale nie znaczy, że świat jest dla nas niedostępny,
że nie wolno nam szukać nowych wyzwań i pasji.
-Tylko że ja się
tego świata trochę boję. Zmienił się przez ostatnie kilka lat.
-Boimy się tylko
tego, czego nie znamy. A my- z naciskiem wymówiła słowo my- wciąż mamy sporo
czasu, zanim zdziadziejmy zupełnie. Do widzenia Rosie, za piętnaście minut mam
zajęcia z rytmiki.
-Do widzenia
Kunegunt.
Trzasnęły drzwi.
Roswita długo przyglądała się czerwono-koronkowej frywolnej plątaninie halek,
podwiązek i innych niemoralności, i przeklinała w myślach swoją wybujałą
wyobraźnię, która bezustannie podsuwała jej obrazy pana Bellamakarone, jej
samej i fikuśnych majteczek, których więcej nie było niż były.
*
W piątek rano obudziła się zlana potem. Ten ostatni senny koszmar był
najgorszy ze wszystkich. Nie mogła go sobie dokładnie przypomnieć, ale
wiedziała, że był tam Wolfgang na motorze, pan Bellamakarone grający na gitarze
elektrycznej i ona sama wyginająca się w takt energicznej muzyki, w klubie
pełnym kolorowych świateł i mydlanej piany.
-Od wszystkiego
złego zachowaj nas Panie...- wymamrotała, szczęśliwa, że ten straszliwy sen już
się skończył. Podczas śniadania (owsianka z cynamonem) zadzwonił telefon. To
była Marie.
-To już dzisiaj
moja droga!- zaszczebiotała radośnie.- Nie zapomnij o pralinkach. I uśmiech,
uśmiech, szeroki uśmiech zagubionej księżniczki czekającej na swojego
geriatrycznego księcia.
-Dziękuję ci za
dobrą radę, moja droga. Wyczyszczę swój uśmiech podwójną porcją Corega Tabsu.
Brzdęk. Marie rozłączyła
się chichocząc jak nastolatka. W okolicach drugiego śniadania (bułeczka z
rodzynkami i herbatka na zaparcia) zadzwoniła Elsa.
-Wyciągnęłaś
kuraka z lodówki?- zapytała szorstko niczym generał na manewrach NATO.-
Posoliłaś i popieprzyłaś, jak mówiłam? Rozmroziłaś placki ziemniaczane?
Doprawiłaś kurkumą sos dyniowy? Podpiekłaś kruche ciasto na quiche szpinakowy*?
Nadziałaś paszteciki wołowe?
-Tak, Else, tak,
tak.- odparła nieco znudzonym tonem Rosie.- Wypieprzyłam kuraka, podpiekłam
suche ciasto na quiche dyniowy i nadziałam placki ziemniaczane kurkumą.
-Czuj, czuj,
czuwaj! Operacja „żreć czy nie żreć, oto jest pytanie” uznana za oficjalnie
rozpoczętą. Aaa... i jeszcze jedno Rosie. Prawdziwi faceci wolą, kiedy kobieta
pachnie jak kiełbaska. Co masz z perfum w lodówce? Sucha krakowską?
Podwawelską?
-Mam parówki
cielęce.
-Ujdzie.-
zawyrokowała Elsa.- To nie to samo co oryginalny chorizo z gustowną nutką
czosnku, ale może być. Pamiętaj złociutka: odrobina pachnidła za uszami i w
zgięciu łokcia a każdy facet padnie! To pa, pa.
„No bez
wątpienia, że każdy facet padnie” pomyślała cierpko Roswita. „Padnie, bo go
zemdli już na wejściu” .
Koło podwieczorku
(rozpuszczalne tabletki witaminizowane o smaku pomarańczowym i garść suszonych
śliwek) zadzwoniła Kunegunt.
-Majtki masz?-
spytała obcesowo.
-No mam.- wyjąkała
zdumiona Roswita.
-To zdejm je
kobieto!
-Kunegunt!!!
-No co?- zdziwiła
się i nawet przed telefon zdawało się, że było to szczere.- W naszym wieku...
-Nie ważne w
jakim wieku.- przerwała jej Roswita.- Nie mam zamiaru się tam, na dole, wietrzyć.
-Rób, jak uważasz
Rosie, tylko żebyś potem mi nie płakała w rękaw, że zostawił cię dla starszej.
Wczoraj, w
sklepie, razem ze mną była pani Fitzergarld i dokładnie widziałam, co kupowała.
A jest przynajmniej z 10 lat od nas starsza.
-Dziękuję za
troskę, moja kochana. Myślę, że i z majtkami tkwiącymi tam, gdzie im opatrzność
wyznaczyła swoje miejsce mogę rywalizować z panią Fitzergarld o względy każdego
mężczyzny.
-Au waia*.
Włączyła ci się opcja wojownika. Tak to ja lubię. Krzesłem ją, krzesłem! Do
usłyszenia Rosie, ja lecę, za 10 minut
mam zajęcia z poezji charczanej.
-Do widzenia
Kunegunt.
Później nie
zadzwonił już żaden telefon. Przyjaciółki zgodnie uznały, że potrzebuje
wyciszenia i spokoju przed tak ważnym wydarzeniem. O godzinie 16.30 Rosie
zaczęła przygotowywać się do pierwszej od 50 lat randki. Wzięła prysznic i
umyła włosy, a następnie ufryzowała je tak zręcznie, że pokryty lakierem kask z
włosów śmiało zyskałby 5 gwiazdek w crash teście* ADAC. Wyprasowała swoją
ulubioną bluzkę z koronkowym żabotem i włożyła grubą spódnicę w szkocką kratę.
Na nogi wciągnęła szare pończochy, zupełnie nowe, kupione specjalnie na tę
okazję. Czarne półbuty na słoninie dopełniły wizerunku. Wbrew radom Elsy nie
natarła się kiełbasa, tylko zwyczajnie skropiła perfumami, tymi samymi, których
używała od zawsze. O 17.30 wyszła z domu i powoli zamknęła drzwi na klucz, po
czym kilkakrotnie szarpnęła za klamkę
sprawdzając, czy są na pewno zamknięte. Wróciła do domu jeszcze raz, by sprawdzić,
czy wyłączyła gaz. Znowu powoli zamknęła drzwi. I znowu wróciła ponownie, żeby upewnić
się, że wyłączone żelazko spokojnie leży, schowane w szafce, a w sypialni nie
szaleje pożar. Kiedy trzeci raz zamykała drzwi była już 17.50. Rosie z nadzieją
spojrzała na niebo, by dostrzec oznaki letniej burzy, która dałaby jej pretekst
do pozostania w domu. Ale przyroda była bezlitosna. Niebo skrzyło się
odcieniami lazurowego błękitu, słońce oblewało złocistymi promieniami dachy
Deppenhausem a ptaki zawzięcie wyśpiewywały radosne trele na cześć lata. Roswita
westchnęła ponuro i wolniutko powlokła się w stronę pizzerii „Tonno”. Wścibskie
sąsiadki obserwowały ją niezbyt dyskretnie zza poruszających się firanek.
-A dokąd to
wybiera się pani Hildebrandt o tak późnej porze?
-Pojęcia nie mam.
Ale popatrz na jej minę, idzie jak na ścięcie. Biedaczka pewnie musi do
dentysty.
O godzinie 18.05
Rosie niesłychanie powoli weszła na schody prowadzące do pizzerii. Stojący w
wejściu właściciel Pierre powitał ją szerokim uśmiechem.
-Ach, pani Hildebrandt!-
zawołał radośnie.- Mały ptaszek powiedział mi, że ktoś tu na panią czeka.
W tym momencie
wszystko potoczyło się już bez jakiegokolwiek udziału ze strony Roswity. Ktoś
popchnął ją energicznie w stronę stolika, idiotycznie przystrojonego celafonowymi
serduszkami i świeczkami w kształcie amorków. Ktoś inny przejechał jęzorem po
jej ręce, co niewątpliwie miało być pocałunkiem w dłoń. Ktoś inny rzępolił niemiłosiernie
jakąś miłosną balladę na rozstrojonej harmonii, a jeszcze ktoś inny włączył CD
z największymi hitami miłosnymi Eltona Johna. Cała ta erotyczno-rozdegrana
atmosfera sprawiła, że Rosie zupełnie straciła głowę. Wręczyła Pierrowi
pralinki w kształcie serduszek, muzyka pocałowała w harmonię, a oczekującemu na
nią amantowi dała pięciomarkowy napiwek.
Zresztą, jej
towarzysz miał minę nie mniej zagubioną i przestraszoną.
-Pan
Bellamakarone?- wyjąkała, przerażona w najwyższym stopniu, Roswita.
-Si, si.- odparł
pan Bellamakarone.- Pani przyjmie wyrazy współczucia.- wybełkotał zawodową
formułkę.
-Pizza na koszt
firmy dla zakochanej pary!- zawołał wesoło Pierre, wnosząc na wyprostowanych
rękach, wysoko nad głową, apetycznie parujący placek.- Z ostrygami, wędzonymi
szparagami i pomidorkami koktajlowymi. Dobre na potencję i problemy ze
wzrokiem. Bueno apetito!- i oddalił się rakiem, gnąc w ukłonach. Muzyk również
oddalił się dyskretnie, fałszując bez litości motyw ze „skrzypka na dachu”.
Długą chwilę trwało nim Rosie przyszła do siebie i uspokoiła oddech. Pizzeria
była pełna gości, którzy jeszcze przed chwilą ciekawie zerkali w stronę ich
stolika. Lecz teraz restauracja na nowo zapełniła się zwykłym gwarem rozmów i
zapachami włoskich specjałów.
Pan Bellamakarone
również milczał, skrępowany tą sytuacją. Podobnie jak u Rosie, randkę
zaplanowali jego koledzy.
Rosie wolno
podniosła oczy, żeby przyjrzeć się swojemu towarzyszowi. Zobaczyła niezbyt
wysokiego, ale wciąż pełnego męskiego uroku, sympatycznego Włocha. Resztka
włosów na ciemieniu starannie pokryta była pomadą, policzki miał świeżo
wygolone a czerwony kark intensywnie pachniał wodą kolońską. Ubrany był w
czarny garnitur z logiem jego firmy- „Pogrzebacz, usługi cmentarne”. Po niezbyt
fortunnym początku warto powiedzieć coś, co zatrze niekorzystne pierwsze
wrażenie.
-Ładnie pachnie.-
powiedziała zatem Roswita, wskazując ruchem głowy pizzę.
-Sądzi pani, że
jest bezglutenowa?- zapytał pan Bellamakarone.
-Głowy sobie
ściąć nie dam. Trzeba by zapytać Pierra. Pan nie może jeść glutenu? Jakaś
alergia?
- O, tak, tak.-
pan Bellamakarone przytaknął. – To znaczy, sądzę, że to alergia. Pani wie, pani
Hildebrandt...
-Proszę mi mówić
Roswita. Albo Rosie, jak pan woli.- wtrąciła prędko Rosie.- Tak mówią do mnie
przyjaciele.
-Antonio. Nazywam
się Antonio, pani Roswito. Miło panią poznać.- powiedział Antonio i uśmiechnął
się szarmancko, prezentując wspaniały i z pewnością drogi garnitur
śnieżnobiałych implantów. Rosie odprężyła się. Uff. A zatem randkowanie nie
jest takie trudne i nie za wiele się zmieniło przez te ostatnie 50 lat. Należy
tylko znaleźć wspólny temat, używać serwetki i starać się nie zrobić z siebie
większego głupka niż jest się w rzeczywistości. W porządku. To może być
naprawdę miły wieczór. W każdym razie coś innego niż kanapki z ogórkiem i
główne wydanie wiadomości przed snem.
Antonio szczerzył
implanty i szczerzył, wpatrując się maślanym wzrokiem w Roswitę, kiedy nagle coś
sobie przypomniał. Rozgorączkowanymi ruchami klepał się po wszystkich
kieszeniach garnituru.
-Zaraz, zaraz. Co
to ja takiego... A...- powiedział triumfalnie, wyciągając z sekretnej kieszonki
kamizelki nieco pogiętą tekturkę. –Proszę to dla pani. Prezent od firmy. Kupon
upominkowy na makijaż trumienny, zupełnie gratis. Nasz zakład jest przodującym
przedsiębiorstwem w okolicy, specjalizującym się w tanatokosmetyce. Mamy nawet
certyfikaty. Dla stałych klientów program lojalnościowy i karta payback.
-O... Dziękuje,
to takie miłe.- Rosie była nieco zaskoczona, ale liczą się w końcu chęci, co
nie? – Chyba jednak nie skorzystam od razu. Mój lekarz mówił, że ciśnienie
ostatnio mam w normie. Cholesterol też mi spadł.
-Nie musi się
pani śpieszyć, pani Roswito.- Antonio uspokoił ją.- Kupon jest ważny przed
dziesięć lat. W końcu, w naszej branży klienta nie trzeba popędzać. Nasi
klienci... że tak powiem... należą do wyjątkowo cierpliwych.
-No tak...- Roswita
była zdecydowana zmienić temat rozmowy.- Pan wybaczy panie Antonio. Ja też
miałam dla pana prezent, ale chyba Pierre go zabrał. Jak pan chce, to poproszę
go o zwrot. To czekoladki były. Pralinki, dokładniej. Pralinki w kształcie
serca. Pan lubi czekoladki?
-Nie, nie, nie,
nie, nie!- krzyknął nagle Antonio, wyraźnie przestraszony.- Niech się pani nie
trudzi, pani Roswito. Ja nie jem w ogóle czekolady. Wie pani,- i tu postukał się
znacząco w okolicach serca. - w
naszym wieku to trzeba uważać na nasycone kwasy tłuszczowe. Jak pompka raz
siądzie, to już nie ma gwarancji.
-Pan sercowy?
-Nie. Tak. To
znaczy chyba tak.- Antonio trochę plątał się w swoich odpowiedziach. Co chwila
ściągał zaparowane okulary i wycierał je w brzeg obrusa. Był uroczo zakłopotany
i niezgrabny.–Lekarz mi wprawdzie powiedział, że serce mam jak dzwon, ale co
taki chłystek może wiedzieć, nieprawdaż pani Roswito? 60 lat ode mnie młodszy,
to pojęcia nie ma o moim sercu. A ja mam, bo przecież znamy się całe życie.
Rozmowę przerwał
im nagle radosny Pierre. Z hukiem postawił na stoliku dwie wysmukłe szklanki,
napełnione miętą, kolorowym alkoholem i trzcinowym cukrem.
-Drinki z palemką
na koszt firmy, dla zakochanej pary!- zawołał wesoło.
-A ta pizza to z
glutenem jest?- zawołał za nim Antonio.
-Z glutenem, bez
glutenu, jak sobie szanowny pan życzy. Ja podatki wszystkie płacę, księgi
kasowe mam w porządku, mogę pokazać.- krzyknął z oddali Antonio i zniknął w
kuchni. Do pizzerii wciąż napływali nowi goście. Muzyka zmieniła się na
bardziej skoczną.
-To chyba jednak
nie będę ryzykować.- Antonio podjął decyzję.- Pani nie będzie przeszkadzać,
pani Roswito jak zjem same warzywa?
-Ależ nie, skądże.-
Rosie drgnęła zaskoczona.
-Bo te warzywa to
mi wyglądają na takie z uprawy ekologicznej. Ja w ogóle nie jem nic innego, co
nie jest ekologiczne. Chlebek ekologiczny, masło ekologiczne, jajeczka... że
tak powiem... koniecznie od kur z wolnego wybiegu.
-Pan dba o
zdrowie, panie Antonio?- zapytała Rosie, skubiąc kawałek wyschniętego placka.
-Bardzo!-
wykrzyknął na cały głos jej amant.- Co miesiąc na kontroli u lekarza jestem,
czy trzeba, czy nie trzeba. Wie pani, tak profilaktycznie. Badanie
kardiologiczne mam zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Urolog co trzy tygodnie w
środy. Pani wybaczy, że jak tak od razu... że tak powiem... z grubej rury o tym
urologu, ale w naszym wieku to już nie trzeba się krępować.
-Nie, no skądże.-
wyjąkała zaskoczona Rosie. –Grunt, żeby z rurki nie kapało.
Właściciel
zakładu pogrzebowego kontynuował z zapałem.
-Jak się człowiek
napatrzy tak jak ja, w moim fachu, przez te wszystkie lata na klientów, to
dopiero wtedy rozumie się jak bardzo ważna jest profilaktyka. Tu raczek, tam
czerniaczek i rośnie nam grono zadowolonych odbiorców naszej usługi. Na czym
skończyłem? A... na urologu. No to dalej. Do dentysty co dwa miesiące, też nie
ważne czy trzeba, czy nie. Ząbki
przykręcić, kiełki wypolerować, Ot tak, jak do fryzjera, si?
-Si, si.-
zdumienie widoczne w oczach Rosie było coraz większe i większe.
-Spirometrię mam
robioną co sześć tygodni, ale to tylko dlatego, że tam takie terminy odległe
dają. Nie uwierzy pani, ile się ludzi zawsze pcha na spirometrię. A co oni domu
nie mają, zawsze się pytam. Po co kolejki u lekarza blokują? I to jeszcze takie
młodziki, ledwo co siedemdziesiątkę skończyły. Krew to badam oczywiście co
tydzień, ale to po znajomości, bo laboratorium jest bliziutko, trzy ulice dalej
od zakładu. Mocz też co tydzień, bo co będę dwa razy biegał skoro można... że
tak powiem... też pobrać na miejscu. U dermatologa jestem w każdy ostatni piątek
miesiąca i dodatkowo jeszcze raz przed urlopem. Fizjoterapeutę mam co trzy dni
a co cztery glansowanie pięty i naskórka. Zachowanie zdrowej stopy jest bardzo
ważne w cukrzycy.
-Cukrzyce też pan
ma?
-Dzięki Bogu
jeszcze nie mam. Ale jak będę kiedyś miał to na pewno zacznę ją z zadbanymi
piętami.
Rosie upiła
potężny łyk ze swojej szklanki. Alkohol był niezbyt mocny, kolorowy i bardzo
słodki, więc po krótkim namyśle osuszyła szklankę jednym haustem do dna. Świat
nagle stał się jakby ciut piękniejszy i nieco bardziej rozchwiany. Leciutki szum
w uszach dopełnił dawno niedoświadczanego alkoholowego rauszu. Tymczasem
Antonio żuł wędzonego szparaga i nonszalancko, zgodnie z narodowością, dalej
nawijał makaron na uszy.
-... i mówię
pani, pani Roswito, wiele, wiele lat temu mieliśmy takiego klienta, że nic
tylko zazdrościć. Badał się co trzy dni. Nawet stetoskop sobie kupił, żeby się
osłuchiwać. W trumnie wyglądał jak żywy, taką miał wprawę w profilaktyce. Nic tylko przykład brać. Wprawdzie to, co ja
pani mówię to tajemnica zawodowa, ale tak między nami- tu puścił oczko.- W
naszym wieku to już można wymieniać doświadczenia. Tak mi wtedy ten klient
zaimponował, że pomyślałem sobie: „a co to, ja gorszy?” Si?
-Si, si.
-Tyle się teraz
mówi o tych rakach, guzach, naroślach, zapaleniach stawu skokowego, że wolę być
przygotowany na każdą ewentualność. Nawet ubezpieczenie od wypadków na
dyskotekach sobie wykupiłem. Ja wprawdzie na dyskoteki nie chodzę, ale jedno
ubezpieczenie zdrowotne mniej czy więcej zaszkodzić przecież nie może. Zdrowie
to podstawa. A podstawa to wizyta u lekarza i witaminizowane pigułki. O, o, o!-
W kieszeni marynarki nagle zapiszczał telefon. – Cud współczesnej techniki. Zna
pani? Te telefony można teraz tak zaprogramować, że będą przypominać każdej
pełnej godziny o tabletkach. Pani wybaczy.- Na stole przed Antoniem pojawiło się
nagle ogromne pudełko na tabletki. W środku było ich chyba z trzydzieści. Włoch
palcem wskazywał na każdą z nich i tłumaczył Roswicie.- Ta zielona to na gazy.
Te trzy małe niebieskie to żelazo. Tutak mamy zestaw witamin. Te brązowe są na
łysienie. Te malutkie kuleczki to homeopatyczny środek na niestrawność a tutaj
granulowany wyciąg z wątroby kaczki, na przeziębienia.
-I pan to
wszystko tak na raz zje, panie Antonio?- zapytała Roswita słabym głosem
-Oczywiście!- uśmiechnął
się dziarski właściciel zakładu „Pogrzebacz”. –Co godzinę, w dzień i w nocy
łykam taki zestawik. Dzięki temu jestem przygotowany na każdą chorobę, zanim
jeszcze się ujawni. Moja świętej pamięci... że tak powiem... żonka też brała
takie tabletki. I bardzo zdrowa umarła, szanowna pani Roswito. Bardzo zdrowa.
-Tiramisu na
koszt firmy dla zakochanych gołąbeczków.- nagle, dosłownie znikąd zjawił się
Pierre z pucharkami pełnymi deseru, pachnącego śmietaną i espresso. Rozbawiony
spojrzał na zestaw tabletek Antonia.- Jakby co, to apteka za rogiem czynna do
dwudziestej. Mają teraz promocję na niebieskie tabletki i butle z tlenem.
Pizzeria „Tonno” poleca się na przyszłość i przypominam, że organizujemy też
przyjęcia ślubne. Prego et voila!
-Czy to tiramisu
jest organiczne?!
-Ba! Nawet
orgazmiczne!- odkrzyknął w odpowiedzi wiecznie uśmiechnięty Pierre.
Antonio, bez pośpiechu,
rozłożył na kolanach serwetkę, po czym zaczął łykać pigułki, jedna po drugiej.
Rosie z coraz większym osłupieniem wpatrywała się w rząd kolorowych tabletek,
znikających w paszczy Włocha. Nagle zerwała się.
-Pan wybaczy,
panie Antonio. Zew natury. W naszym wieku to już niezdrowo tak wstrzymywać.-
chwyciła w rękę torebkę i powędrowała do toalety. Okno nie było zbyt wysoko. I
otwierało się do wewnątrz.
* mmm... quiche
szpinakowy. Kruche ciasto i nadzienie z jajek, śmietanki, podsmażanej cebuli,
sera i szpinaku. Aż ślinka cieknie. Czy ktoś z okolic Frankfurtu mógłby mnie
zaprosić na obiad?
* au waia (czyt. ał waja) niemieckie przekleństwo. Znaczy
mniej więcej tyle, co: „Rany, Julek w kulki se bimbasz?”
* Crashtest- eksperyment polegający na zderzeniu manekina
z rozpędzoną furmanką przewożącą tonę nieprzefermentowanej gnojówki. Crashtesty przeprowadza się czasami także z
użyciem aut.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Dawno mnie tu nie było ale nie za wiele się zmieniło. Nie kozakuj plagiatorze, bo ci Bozia nie pomoże.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)