wtorek, 19 stycznia 2016

Szczęśliwy dom, gdzie pająki som. Część pierwsza.

A więc znów się widzimy, Frau Klusken... W roku 2016 żyję, jeszcze żyję, mogę, jeszcze mogę. Poniższe opowiadanie skradło mi 14 osobodniówek. Sam pomysł przyszedł mi do głowy w połowie grudnia ubiegłego roku i domagał się natychmiastowego zrealizowania. Moje pisanie skutecznie opóźnił Steffen, który w okresie bożonarodzeniowo-sylwestrowo-późniejszym postanowił popracować z domu. A ja nie potrafię się porządnie skupić, kiedy on człapie po całym mieszkaniu, szura nogami, siąka, smarka, chlipie, stuka kubkami i co pięć minut zadaje idiotyczne pytania. "Gdzie mamy łyżeczki?" "Co na obiad?" "A może kamienie tak naprawdę są bardzo mięciutkie i tylko twardnieją tak specjalnie, kiedy ktoś je bierze do ręki?" Steffen- w nowym roku życzę ci mniej alkoholu. A sobie samej, więcej.

Wersję PDF (z chomika) można ściągnąć tutaj.
Plik PDF do pobrania i do poczytania online (z dysku google) tu: "Szczęśliwy dom, gdzie pająki som".



Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część pierwsza



Pani Roswita Hildegardt w ogóle nie była stuknięta. Nic a nic, co było dosyć dziwne, zważywszy na fakt, że dawno przekroczyła już wiek, w którym starsze panie określa się mianem „szalonej staruszki”, ewentualnie „szajbniętej wiedźmy”. Nie to, co pani Rozensztajnc, kasjerka z 60 letnim stażem która, zaraz po przejściu na emeryturę przygarnęła do domu 14 bezpańskich kotów i oddała na pastwę rozbestwionej bandy 120 eleganckich metrów kwadratowych, pełnych stylowych mebli i ręcznie malowanych obrazów. Koty podarły angielskie tapety, zarzygały obite gobelinami sofy, zasrały puchowe łóżka zaś sama pani Rozensztajnc musiała się przed nimi barykadować na noc w schowku pod schodami, co nie przeszkodziło jej bynajmniej kochać hordy swoich milusińskich. I też nie to, co pan Müller, były dyrektor miejscowego oddziału Sparkasse- który wraz z pierwszą wypłatą świadczenia z ZUSu- cichaczem wyniósł się na Karaiby z młodszą o 40 lat asystentką, zostawiając żonie skromny domek w zabudowie szeregowej i 15 letnią Skodę Octawię. O nie! Pani Roswita nie była z takich.
Nie wyróżniała się bowiem niczym szczególnym.
Była niziutką, ale elegancką starszą panią, z zadbaną sztuczną szczęką i modnie ułożoną fryzurą „na dzikiego barana”. Ubierała się gustownie, wprawdzie w modę ciut zleżałą i podejrzanie pachnącą naftalinowymi kulkami, jednak nie można było jej nic zarzucić i gdyby ktoś tylko zorganizował wybory      „miss starszej pani” to Roswita niewątpliwie załapałaby się do pierwszej setki ze swoimi grubymi, pledowymi spódnicami, czarnymi pończochami podtrzymywanymi przez gumowe podwiązki i poliestrowymi bluzkami z żabotem.  Również jej charakter i zainteresowania mieściły się w medianie dla uroczych seniorek: haftowała krzyżykami obrazki kaczuszek i jamników, abonowała „Gościa niedzielnego” a wnuki sąsiadów szczypała po pulchnych policzkach i obdarowywała własnoręcznie upieczonymi herbatnikami anyżkowymi.   
Nasza bohaterka urodziła się i całe życie mieszkała w Deppenhausen, miłej, nieco sennej miejscowości, gdzieś na całkowitym zadupiu. Deppenhausen szczyciło się tym, że posiadało szkołę podstawową (w której biologii i prac ręcznych uczyła Roswita), sklep „Aldi”, troszeczkę zmurszały kościół i pomnik niestrudzonego wędrowcy odlany z fałszowanego brązu. Właśnie dzięki temu pomnikowi Deppenhausen trafiło do przewodnika po lokalnych atrakcjach. Raz albo dwa razy do roku w mieście faktycznie zjawiał się jakiś zbłąkany turysta, przyglądał się pomnikowi, rozglądał po głównym rynku  zaopatrzonym we wszelkie przyjazne turystom atrakcje jak sklep centrali rybnej i zakład podnoszenia oczek w rajstopach- po czym uciekał gdzie pieprz rośnie. Miejscowi przyglądali się tylko tumanowi kurzu w oddali.
-Aż dziwne, że taka atrakcja turystyczna jak Deppenhausen jeszcze nie znajduje się na światowej liście zabytków UNESCO.- mruczeli pod nosem, nieco zawiedzeni, autochtoni.
W tej właśnie przyjaznej atmosferze, w niewielkim domku, połówce bliźniaka, beztrosko i spokojnie żyła Roswita, najpierw panna Gerbhard, później pani Hildebrandt. Lata płyneły jednostajnie i sennie, a wielkie zawieruchy targajające dalekim światem miłosiernie omijały znudzone Deppenhausen.
Krótko po przejściu na emeryturę pochowała męża- cenionego pracownika urzędu gminnego ds. śmieci komunalnych, ale nie zniszczyło to jej życiowego optymizmu. Nie oznacza to wcale, że świętej pamięci Wolfgang Hildebrant był jakimś tyranem, a żona z ulgą przyjęła fakt jego odejścia w zaświaty. Skądże! Mimo braku dzieci byli zgodnym małżeństwem przez prawie 50 lat, a jedyną zarejestrowaną przez sąsiadów kłótnią była sprzeczka w 1976 roku o to, kto zje ostatni kawałek zapiekanki ziemniaczanej. Na miejscu awantury prędko zjawili się mundurowi, zawiadomieni przez zaniepokojonych sąsiadów. Sprawę zatuszowano ze względu na szacunek, jakim cieszyli się Hildebrandtowie, a sporny kawałek zapiekanki zjadł naczelnik policji. 50 lat po tych dramatycznych wydarzeniach Wolfgang Hildebrandt został powołany do zarządzania śmieciami komunalnymi w raju.
Przyjaciółki Roswity z kościelnego kółka herbacianego prędko pomogły jej otrząsnąć się z tej tragedii. 2 miesiące po pogrzebie zaczęły nawet swatać ją z uroczym mężczyzną- właścicielem firmy świadczącej wszelkie usługi funeralne, również niedawno owdowiałym.
-Prawie w  twoim wieku jest. No, może trochę starszy, ale nie więcej niż 25 lat.- tłumaczyły jej.- A jak umrzesz przed nim to i rabat na trumnę dostaniesz.- zachęcały ją Marie, Elsa i Kunegunt.- 10 procent rabatu! A może i dwanaście.
-No, nie wiem.- Roswita sceptycznie kręciła głową. W kościelnej piwnicy, miejscu cotygodniowych spotkań kółka herbacianego panował przyjemny chłód, mimo prażących, lipcowych upałów na zewnątrz. Nieco cierpki zapach Earl Greya mieszał się ze słodkim aromatem powideł śliwkowych i maślanych ciasteczek.- Nie wiem co powiedziałby na to Wolfgang.
-Ha, ha, ha!- zaśmiała się ironicznie Kunegunt. – Znałam Wolfganga od przedszkola, moja droga.
-Wszystkie chodziłyśmy do tego samego przedszkola.- wtrąciła nieśmiało Roswita ale Kunegunt z wyglądu i z charakteru podobna była do szarżującej lokomotywy- kiedy się rozpędziła, nic nie było w stanie jej zatrzymać. Teraz wypluwała z siebie słowa prędko niczym mknąca po szynach ciuchcia. – Znałam go od małego, ot taki tyci był- jak to ciasteczko, niewiele większy. Już wtedy twój mąż znał się na wartości pieniądza. W pierwszej klasie podstawówki wybrano go skarbnikiem i byłby bardzo dobrym skarbnikiem, gdyby nie zgubił wszystkich pieniędzy podczas wycieczki do obserwatorium astronomicznego. A potem? Pamiętam jak dziś, kiedy mianowano go starszym asystentem do spraw śmieci komunalnych. W trzy miesiące zrewolucjonizował proces wywożenia śmieci w całej gminie. Kto jak nie Wolfgang mógłby zaproponować doczepienie trzeciego kółeczka do kubła z odpadkami?
-Fakt, ceniony był bardzo.- wtrąciła Marie, między jedną łyżeczką konfitur a drugą.
- I właśnie dlatego, że tak dobrze go znałam, mówię ci: Wolfgang nigdy, ale to nigdy nie przepuściłby 10 procentowego rabatu na trumnę.
-A może nawet i 12 procent.- poprawiła ją Elsa.
-No i co ty na to?
Trzy pary oczu z napięciem wpatrywały się w Roswitę.
-No nie wiem.- powiedziała po chwili wahania.- Tak dawno nie byłam na żadnej randce...
-A więc załatwione!- krzyknęła triumfalnie Kunegunt.- Rosie, szykuj czyste galotki i wyciągnij szminkę z zamrażalki. W piątek o 18 pan Bellamakarone będzie na ciebie czekał w pizzerii „Tonno” na rynku. Znak rozpoznawczy – czerwona róża w butonierce. Ach, ten aromat świeżego makaronu, romantyczne serenady i namiętni Włosi. Czuję miiiiiłość w powietrzu!

*

Piątek nadszedł szybciej niżby sobie tego życzyła przerażona Roswita, a dokładniej to zaraz po czwartku.  Pani Hildebrand cały tydzień zasypiała zaniepokojona wizją zbliżającego się randewu i budziła wystraszona koszmarami z nią i panem Bellamakarone w roli głównej. Rosie nie bała się kontaktów z ludźmi, w końcu przez prawie czterdzieści lat pracowała z dziećmi i ich rodzicami. Zawsze była miła, życzliwa i ciekawa innych. Tym, co przyprawiało ją o gęsią skórkę, był sam fakt intymnego spotkania z innym mężczyzną niż jedyną miłością jej życia-Wolfgangiem. Kto wie, jak to się skończy? Może buziakiem w policzek? Może namiętnym pocałunkiem? A może jeszcze czymś więcej? Czy ona jeszcze w ogóle pamięta, na czym polega sam na sam z mężczyzną poza „dzień dobry kochanie, czy chcesz owsiankę z cynamonem na śniadanie?” Zamężne przyjaciółki zdawały się nie dostrzegać i nie podzielać obaw Roswity. Marie odwiedziła ją w poniedziałek i zostawiła pudełko pralinek w kształcie serca, zapakowane w ozdobny papier i przewiązane różową kokardą- na prezent powitalny dla pana Bellamakarone.
-Mężczyznę trzeba rozpieszczać.- oznajmiła jej.- Trzeba dawać mu do zrozumienia, że jest ozdobą stworzenia, panem domu i takie bla, bla, bla. Chuchać, dmuchać i przymilać się. Można puścić koło ucha męską gadaninę, bo i tak niewiele jest warta, ale trzeba przynajmniej stwarzać pozory, że się go słucha. Wiesz, moja droga, takie kobiece typowe sztuczki. Że niby słoika nie potrafisz otworzyć, gwoździa w ścianę wbić albo wnieść fortepianu na czwarte piętro.
-Ale ja naprawdę nie potrafię wnieść fortepianu na czwarte piętro.- mruknęła Rosie, nieco przygnębiona widokiem pralinek. Czyż to wszystko nie dzieje się zbyt szybko?
-O to, to, to! I tak właśnie trzymaj. Udawaj, że sobie bez niego w życiu nie dasz rady, bo inaczej jak się zorientuje, to już na zawsze będziesz musiała sobie sama odkręcać słoiki i przybijać gwoździe.  No to pa, ja lecę kochana.- cmok, cmok, tu rozległo się mokre mlaśnięcie w policzek.- Opowiesz nam wszystko w sobotę na kółku herbacianym. – I pamiętaj- Marie puściła oczko- Powtarzaj mu ciągle, że jest taki piękny, taki potrzebny i absolutnie nie pozwól mu się zorientować, że jest ewolucyjnie upośledzonym gamoniem jak każdy facet.
-Uff.- Rosie otarła pot z czoła, kiedy tylko zamknęła za przyjaciółką drzwi. Jej wyobraźnia jak szalona pokazywała jej obrazy, w których to sprzedaje dom i 30 akcji Volkswagena, trzymane od półwieku, a za posiadane pieniądze kupuje cukierki, złote zegarki i karnety do salonu masażu tajskiego dla pana Bellamakarone.
We wtorek, niezapowiedzianie odwiedziła przyjaciółkę Elsa. Razem z nią odwiedziły ją również termosy z żurkiem, weki z kiełbasą i jarmużem, mrożone placki ziemniaczane, samodzielnie zrobiony mus jabłkowy i  nadziana kaszą perliczka, gotowa do pieczenia.
-Do serca mężczyzny przez jego żołądek.- powiedziała Elsa głosem pewnym niby wyrocznia delficka. Dla nadania powagi swoim słowom podniosła w górę palec i trzęsła nim nad głową biednej Roswity. Rosie wprawdzie dosyć dawno temu studiowała biologię, ale wciąż pamiętała jeszcze, że droga do serca może być zdecydowanie krótsza, jeżeli uwzględni się ceniony przez kardiochirurgów skrót przez klatkę piersiową. Elsa tymczasem wciąż rozwijała swoją myśl przewodnią.
-Najedzony facet to spokojny facet. Nie bije, bo trawi; nie pije, bo już nie ma w żołądku miejsca na wódkę. Gruby mężczyzna to wierny mężczyzna. Gruby nigdy nie odejdzie do młodszej, bo się zasapie, zanim wyjdzie z domu. Pamiętaj kochaniutka- piecz, smaż, gotuj, jeżeli chcesz go zachować na zawsze. Facet to subtelna istota, jemu nie trzeba kadzić ani schlebiać. Jemu wystarczy świńska głowa gotowana na kapuście i boczku. Ta tradycja trwa już od czasów jaskiniowych. Odkąd to wynaleziono miłość, jej największym wyznaniem była gotowana z warzywami mamucia noga.
-Nie jestem pewna czy pan Bellamakarone lubi mamucie nogi.- jęknęła Roswita. Elsa zapychała właśnie domowymi specjałami szczupło zaopatrzoną, wdowią lodówkę Roswity.
-Ty się tam nie znasz moja droga.- powiedziała, z głową utkwioną w zamrażalce.- Jednego tylko Wolfganga miałaś, to życie cię rozpieściło. A ja pochowałam czterech mężów, piąty dzięki Bogu jeszcze jakoś zipie- wiem, co mówię i wiem ile się trzeba napracować, żeby zachować namiętność. Aby nie dopadła nas rutyna, atmosferę w związku trzeba bezustannie podgrzewać, najlepiej gorącymi pierogami i kiełbasą z kapustą. Masz brytfankę?
-Co?
-Brytfankę, Rosie.- Elsa wyciągnęła górną połowę swojego ciała z lodówki, która szczelnie załadowana była teraz słoikami, plastikowymi miseczkami Tupperware i woreczkami z mrożoną breją o niezidentyfikowanym smaku i kolorze.- Brytfankę na perliczkę.
-Ach! Na perliczkę... Oczywiście. Jesteś głodna? Zaraz ją upiekę.- Rosie nieco nieprzytomnie chwyciła ptaka i wpakowała do sporej brytfanny.
-Zostaw!- wrzasnęła Elsa, przerażona w najwyższym stopniu.
Roswita drgnęła, przestraszona, a namaszczony oliwą tłusty ptak wyślizgnął się z jej struchlałych dłoni i pięknym ślizgiem przeleciał przez kuchnię, zostawiając na marmurowych kafelkach smugę oleju i przypraw.
- To przecież dla twojego chłopaka!
-Dla chłopaka? Przecież my jeszcze wcale nie...
-Ale będziecie.- Elsa była bardzo pewna swoich słów.- Jak ty chcesz w nim inaczej wzbudzić żar namiętności? Jak już w piątek wieczorem przyjdziecie do ciebie, to wstawisz kuraka do piekarnika, odsmażysz placki, rozmrozisz mus jabłkowy i rankiem nie będzie się chciał od ciebie wyprowadzić. Tu trzeba systemem kochanieńka, a ten system ma tylko jedną formę: dać żreć i nie dać się samej pożreć. Nie rób takiej zmartwionej miny, Rosie. – dodała, przyglądając się krytycznie swojej przyjaciółce. –W sobotę z samego rana podrzucę ci kotletów z dzika. Już zamówiłam w nadleśnictwie. Zamarynuję i opanieruję za ciebie, będziesz musiała tylko usmażyć. Wspólne życie najlepiej zacząć od kotletów z dzika.
A jednak Elsa myliła się bardzo. Roswita nie miała bowiem zmartwionej miny, tylko zwyczajnie przerażoną. Oczyma wyobraźni widziała już siebie, jak sieka, miesza i dusi dla pana Bellamakarone gulasze, placki i golonki aż do końca świata a on tylko je i je, i je aż po kres wszystkich kresów.
Ale nie to było najgorsze.
Najgorszy był bowiem czwartek. W czwartek bez zapowiedzi wpadła Kunegunt obładowana kolorowymi torebkami z logo jedynego w miasteczku sklepu z bielizną. Jednym, energicznym ruchem wyrzuciła na stoliczek do kawy zawartość torebek. Na stoliku dumnie piętrzyła się góra koronek, fikuśnych staniczków, przezroczystych majteczek i figlarnych pasów do pończoch. Roswita najpierw opluła kawą rozłożone części figlarnej garderoby, a potem długo kaszlała, bezskutecznie usiłując nabrać powietrza. Dopiero doraźna pomoc Kunegunt, polegająca na poklepywaniu jej pleców ciosami tak energicznymi jakby chciała zabić mastodonta, przyniosła ulgę i Rosie odetchnęła z głośnym świstem.
-Co... khe, khe... to jest? Khe, khe.- wykaszlała z siebie pytanie, wskazując oczyma na koronki i siateczki.
-A co to w ogóle za wątpliwości?- odparła Kunegunt.- Idziesz na randkę z najgorętszym emerytem w całym Deppenhausem i pytasz się co to takiego?
-Randka, randką. Ale nie sądzę, żeby w piątek doszło do czegokolwiek więcej niż przyjacielska pogawędka i wspólne jedzenie pizzy.
-Co za brednie.- oburzyła się Kunegundt.-Ty jesteś wolna, on samotny, co wam stoi na przeszkodzie?
Faktycznie, na przeszkodzie nie stało nic. Dosłownie, nic nie STAŁO, bo pan Bellamakarone miał już ponad 100 lat, ale Rosie postanowiła zachować wątpliwości dla siebie.
-Nawet Wolfgang nigdy mnie nie oglądał w czymś tak... tak...
-Podniecającym?- podsunęła brakujące słówko Kunegunt.
-Niemoralnym.- sprostowała Roswita.
-Rosie, skarbie moje, ty mnie martwisz. Ty nie idziesz z duchem czasów. Jakbyś nie zauważyła, to jednak trochę się wyemancypowałyśmy od lat sześćdziesiątych.
-Ale mnie się w latach sześćdziesiątych bardzo podobało!- wykrzyknęła Roswita.
-Mnie też. Flower power, Jimmy Hendrix i barchanowe gajty. To już nie ten sam świat co kiedyś, moja złociutka. Nie to przed czym ostrzegały nas matki i babcie. Dzisiaj możemy być wolne, realizować swoje fantazje, dopóki nie dopadnie nas osteoporoza i Alzheimer. Zamykanie się we własnych czterech ścianach? W dobie Facebooka? Spójrz na inne kobiety! Są w twoim wieku, a jeżdżą na nartach, didżejują w klubach techno i grają na elektrycznych gitarach. Chcesz zgrzybieć w oczekiwaniu na swoją trumnę tylko dlatego, że czegoś nie było w latach sześćdziesiątych, a teraz już jest?
-Ja nie mówię, że koniecznie chcę być zacofana czy niemodna, ale spójrz na to.- Rosie ostrożnie ujęła w dwa palce pierwsze z brzegu majteczki.- Na miłość boską co to takiego? Tu więcej nie ma majtek, jak są.
-Najnowsza moda. Nawet księżna Monako takie nosi, widziałam zdjęcia w „Chwili dla ciebie”.
-W latach sześćdziesiątych księżna Monako nosiła jedwabne rękawiczki i suknie balowe.- zauważyła z goryczą Rosie.
-A w czasach jaskiniowców pelerynkę ze skóry tygrysa szablozębnego. Rosie! My mamy dwudziesty pierwszy wiek. Mężczyźni lubią kobiety wyzwolone, które nie boją się pokazać kawałka apetycznego udka w koronkowej pończosze. Jak chcesz faceta, to musisz też coś dać od siebie, na tym polega prawdziwy feminizm. Założysz to w piątek, w odpowiednim momencie wysuniesz dyskretnie nóżkę i jest twój. To, że nie mamy osiemnastu lat, wcale nie znaczy, że świat jest dla nas niedostępny, że nie wolno nam szukać nowych wyzwań i pasji.
-Tylko że ja się tego świata trochę boję. Zmienił się przez ostatnie kilka lat.
-Boimy się tylko tego, czego nie znamy. A my- z naciskiem wymówiła słowo my- wciąż mamy sporo czasu, zanim zdziadziejmy zupełnie. Do widzenia Rosie, za piętnaście minut mam zajęcia z rytmiki.
-Do widzenia Kunegunt.
Trzasnęły drzwi. Roswita długo przyglądała się czerwono-koronkowej frywolnej plątaninie halek, podwiązek i innych niemoralności, i przeklinała w myślach swoją wybujałą wyobraźnię, która bezustannie podsuwała jej obrazy pana Bellamakarone, jej samej i fikuśnych majteczek, których więcej nie było niż były.

*

W piątek rano obudziła się zlana potem. Ten ostatni senny koszmar był najgorszy ze wszystkich. Nie mogła go sobie dokładnie przypomnieć, ale wiedziała, że był tam Wolfgang na motorze, pan Bellamakarone grający na gitarze elektrycznej i ona sama wyginająca się w takt energicznej muzyki, w klubie pełnym kolorowych świateł i mydlanej piany.
-Od wszystkiego złego zachowaj nas Panie...- wymamrotała, szczęśliwa, że ten straszliwy sen już się skończył. Podczas śniadania (owsianka z cynamonem) zadzwonił telefon. To była Marie.
-To już dzisiaj moja droga!- zaszczebiotała radośnie.- Nie zapomnij o pralinkach. I uśmiech, uśmiech, szeroki uśmiech zagubionej księżniczki czekającej na swojego geriatrycznego księcia.
-Dziękuję ci za dobrą radę, moja droga. Wyczyszczę swój uśmiech podwójną porcją Corega Tabsu.
Brzdęk. Marie rozłączyła się chichocząc jak nastolatka. W okolicach drugiego śniadania (bułeczka z rodzynkami i herbatka na zaparcia) zadzwoniła Elsa.
-Wyciągnęłaś kuraka z lodówki?- zapytała szorstko niczym generał na manewrach NATO.- Posoliłaś i popieprzyłaś, jak mówiłam? Rozmroziłaś placki ziemniaczane? Doprawiłaś kurkumą sos dyniowy? Podpiekłaś kruche ciasto na quiche szpinakowy*? Nadziałaś paszteciki wołowe?
-Tak, Else, tak, tak.- odparła nieco znudzonym tonem Rosie.- Wypieprzyłam kuraka, podpiekłam suche ciasto na quiche dyniowy i nadziałam placki ziemniaczane kurkumą.
-Czuj, czuj, czuwaj! Operacja „żreć czy nie żreć, oto jest pytanie” uznana za oficjalnie rozpoczętą. Aaa... i jeszcze jedno Rosie. Prawdziwi faceci wolą, kiedy kobieta pachnie jak kiełbaska. Co masz z perfum w lodówce? Sucha krakowską? Podwawelską?
-Mam parówki cielęce.
-Ujdzie.- zawyrokowała Elsa.- To nie to samo co oryginalny chorizo z gustowną nutką czosnku, ale może być. Pamiętaj złociutka: odrobina pachnidła za uszami i w zgięciu łokcia a każdy facet padnie! To pa, pa.
„No bez wątpienia, że każdy facet padnie” pomyślała cierpko Roswita. „Padnie, bo go zemdli już na wejściu” .
Koło podwieczorku (rozpuszczalne tabletki witaminizowane o smaku pomarańczowym i garść suszonych śliwek) zadzwoniła Kunegunt.
-Majtki masz?- spytała obcesowo.
-No mam.- wyjąkała zdumiona Roswita.
-To zdejm je kobieto!
-Kunegunt!!!
-No co?- zdziwiła się i nawet przed telefon zdawało się, że było to szczere.- W naszym wieku...
-Nie ważne w jakim wieku.- przerwała jej Roswita.- Nie mam zamiaru się tam, na dole, wietrzyć.
-Rób, jak uważasz Rosie, tylko żebyś potem mi nie płakała w rękaw, że zostawił cię dla starszej.
Wczoraj, w sklepie, razem ze mną była pani Fitzergarld i dokładnie widziałam, co kupowała. A jest przynajmniej z 10 lat od nas starsza.
-Dziękuję za troskę, moja kochana. Myślę, że i z majtkami tkwiącymi tam, gdzie im opatrzność wyznaczyła swoje miejsce mogę rywalizować z panią Fitzergarld o względy każdego mężczyzny.
-Au waia*. Włączyła ci się opcja wojownika. Tak to ja lubię. Krzesłem ją, krzesłem! Do usłyszenia Rosie,  ja lecę, za 10 minut mam zajęcia z poezji charczanej.
-Do widzenia Kunegunt.
Później nie zadzwonił już żaden telefon. Przyjaciółki zgodnie uznały, że potrzebuje wyciszenia i spokoju przed tak ważnym wydarzeniem. O godzinie 16.30 Rosie zaczęła przygotowywać się do pierwszej od 50 lat randki. Wzięła prysznic i umyła włosy, a następnie ufryzowała je tak zręcznie, że pokryty lakierem kask z włosów śmiało zyskałby 5 gwiazdek w crash teście* ADAC. Wyprasowała swoją ulubioną bluzkę z koronkowym żabotem i włożyła grubą spódnicę w szkocką kratę. Na nogi wciągnęła szare pończochy, zupełnie nowe, kupione specjalnie na tę okazję. Czarne półbuty na słoninie dopełniły wizerunku. Wbrew radom Elsy nie natarła się kiełbasa, tylko zwyczajnie skropiła perfumami, tymi samymi, których używała od zawsze. O 17.30 wyszła z domu i powoli zamknęła drzwi na klucz, po czym  kilkakrotnie szarpnęła za klamkę sprawdzając, czy są na pewno zamknięte. Wróciła do domu jeszcze raz, by sprawdzić, czy wyłączyła gaz. Znowu powoli zamknęła drzwi. I znowu wróciła ponownie, żeby upewnić się, że wyłączone żelazko spokojnie leży, schowane w szafce, a w sypialni nie szaleje pożar. Kiedy trzeci raz zamykała drzwi była już 17.50. Rosie z nadzieją spojrzała na niebo, by dostrzec oznaki letniej burzy, która dałaby jej pretekst do pozostania w domu. Ale przyroda była bezlitosna. Niebo skrzyło się odcieniami lazurowego błękitu, słońce oblewało złocistymi promieniami dachy Deppenhausem a ptaki zawzięcie wyśpiewywały radosne trele na cześć lata. Roswita westchnęła ponuro i wolniutko powlokła się w stronę pizzerii „Tonno”. Wścibskie sąsiadki obserwowały ją niezbyt dyskretnie zza poruszających się firanek.
-A dokąd to wybiera się pani Hildebrandt o tak późnej porze?
-Pojęcia nie mam. Ale popatrz na jej minę, idzie jak na ścięcie. Biedaczka pewnie musi do dentysty.
O godzinie 18.05 Rosie niesłychanie powoli weszła na schody prowadzące do pizzerii. Stojący w wejściu właściciel Pierre powitał ją szerokim uśmiechem.
-Ach, pani Hildebrandt!- zawołał radośnie.- Mały ptaszek powiedział mi, że ktoś tu na panią czeka.
W tym momencie wszystko potoczyło się już bez jakiegokolwiek udziału ze strony Roswity. Ktoś popchnął ją energicznie w stronę stolika, idiotycznie przystrojonego celafonowymi serduszkami i świeczkami w kształcie amorków. Ktoś inny przejechał jęzorem po jej ręce, co niewątpliwie miało być pocałunkiem w dłoń. Ktoś inny rzępolił niemiłosiernie jakąś miłosną balladę na rozstrojonej harmonii, a jeszcze ktoś inny włączył CD z największymi hitami miłosnymi Eltona Johna. Cała ta erotyczno-rozdegrana atmosfera sprawiła, że Rosie zupełnie straciła głowę. Wręczyła Pierrowi pralinki w kształcie serduszek, muzyka pocałowała w harmonię, a oczekującemu na nią amantowi dała pięciomarkowy napiwek.
Zresztą, jej towarzysz miał minę nie mniej zagubioną i przestraszoną.
-Pan Bellamakarone?- wyjąkała, przerażona w najwyższym stopniu, Roswita.
-Si, si.- odparł pan Bellamakarone.- Pani przyjmie wyrazy współczucia.- wybełkotał zawodową formułkę.
-Pizza na koszt firmy dla zakochanej pary!- zawołał wesoło Pierre, wnosząc na wyprostowanych rękach, wysoko nad głową, apetycznie parujący placek.- Z ostrygami, wędzonymi szparagami i pomidorkami koktajlowymi. Dobre na potencję i problemy ze wzrokiem. Bueno apetito!- i oddalił się rakiem, gnąc w ukłonach. Muzyk również oddalił się dyskretnie, fałszując bez litości motyw ze „skrzypka na dachu”. Długą chwilę trwało nim Rosie przyszła do siebie i uspokoiła oddech. Pizzeria była pełna gości, którzy jeszcze przed chwilą ciekawie zerkali w stronę ich stolika. Lecz teraz restauracja na nowo zapełniła się zwykłym gwarem rozmów i zapachami włoskich specjałów.
Pan Bellamakarone również milczał, skrępowany tą sytuacją. Podobnie jak u Rosie, randkę zaplanowali jego koledzy.
Rosie wolno podniosła oczy, żeby przyjrzeć się swojemu towarzyszowi. Zobaczyła niezbyt wysokiego, ale wciąż pełnego męskiego uroku, sympatycznego Włocha. Resztka włosów na ciemieniu starannie pokryta była pomadą, policzki miał świeżo wygolone a czerwony kark intensywnie pachniał wodą kolońską. Ubrany był w czarny garnitur z logiem jego firmy- „Pogrzebacz, usługi cmentarne”. Po niezbyt fortunnym początku warto powiedzieć coś, co zatrze niekorzystne pierwsze wrażenie.
-Ładnie pachnie.- powiedziała zatem Roswita, wskazując ruchem głowy pizzę.
-Sądzi pani, że jest bezglutenowa?- zapytał pan Bellamakarone.
-Głowy sobie ściąć nie dam. Trzeba by zapytać Pierra. Pan nie może jeść glutenu? Jakaś alergia?
- O, tak, tak.- pan Bellamakarone przytaknął. – To znaczy, sądzę, że to alergia. Pani wie, pani Hildebrandt...
-Proszę mi mówić Roswita. Albo Rosie, jak pan woli.- wtrąciła prędko Rosie.- Tak mówią do mnie przyjaciele.
-Antonio. Nazywam się Antonio, pani Roswito. Miło panią poznać.- powiedział Antonio i uśmiechnął się szarmancko, prezentując wspaniały i z pewnością drogi garnitur śnieżnobiałych implantów. Rosie odprężyła się. Uff. A zatem randkowanie nie jest takie trudne i nie za wiele się zmieniło przez te ostatnie 50 lat. Należy tylko znaleźć wspólny temat, używać serwetki i starać się nie zrobić z siebie większego głupka niż jest się w rzeczywistości. W porządku. To może być naprawdę miły wieczór. W każdym razie coś innego niż kanapki z ogórkiem i główne wydanie wiadomości przed snem.
Antonio szczerzył implanty i szczerzył, wpatrując się maślanym wzrokiem w Roswitę, kiedy nagle coś sobie przypomniał. Rozgorączkowanymi ruchami klepał się po wszystkich kieszeniach garnituru.
-Zaraz, zaraz. Co to ja takiego... A...- powiedział triumfalnie, wyciągając z sekretnej kieszonki kamizelki nieco pogiętą tekturkę. –Proszę to dla pani. Prezent od firmy. Kupon upominkowy na makijaż trumienny, zupełnie gratis. Nasz zakład jest przodującym przedsiębiorstwem w okolicy, specjalizującym się w tanatokosmetyce. Mamy nawet certyfikaty. Dla stałych klientów program lojalnościowy i karta payback.
-O... Dziękuje, to takie miłe.- Rosie była nieco zaskoczona, ale liczą się w końcu chęci, co nie? – Chyba jednak nie skorzystam od razu. Mój lekarz mówił, że ciśnienie ostatnio mam w normie. Cholesterol też mi spadł.
-Nie musi się pani śpieszyć, pani Roswito.- Antonio uspokoił ją.- Kupon jest ważny przed dziesięć lat. W końcu, w naszej branży klienta nie trzeba popędzać. Nasi klienci... że tak powiem... należą do wyjątkowo cierpliwych.
-No tak...- Roswita była zdecydowana zmienić temat rozmowy.- Pan wybaczy panie Antonio. Ja też miałam dla pana prezent, ale chyba Pierre go zabrał. Jak pan chce, to poproszę go o zwrot. To czekoladki były. Pralinki, dokładniej. Pralinki w kształcie serca. Pan lubi czekoladki?
-Nie, nie, nie, nie, nie!- krzyknął nagle Antonio, wyraźnie przestraszony.- Niech się pani nie trudzi, pani Roswito. Ja nie jem w ogóle czekolady. Wie pani,- i tu postukał się znacząco w okolicach serca.     - w naszym wieku to trzeba uważać na nasycone kwasy tłuszczowe. Jak pompka raz siądzie, to już nie ma gwarancji.
-Pan sercowy?
-Nie. Tak. To znaczy chyba tak.- Antonio trochę plątał się w swoich odpowiedziach. Co chwila ściągał zaparowane okulary i wycierał je w brzeg obrusa. Był uroczo zakłopotany i niezgrabny.–Lekarz mi wprawdzie powiedział, że serce mam jak dzwon, ale co taki chłystek może wiedzieć, nieprawdaż pani Roswito? 60 lat ode mnie młodszy, to pojęcia nie ma o moim sercu. A ja mam, bo przecież znamy się całe życie.
Rozmowę przerwał im nagle radosny Pierre. Z hukiem postawił na stoliku dwie wysmukłe szklanki, napełnione miętą, kolorowym alkoholem i trzcinowym cukrem.
-Drinki z palemką na koszt firmy, dla zakochanej pary!- zawołał wesoło.
-A ta pizza to z glutenem jest?- zawołał za nim Antonio.
-Z glutenem, bez glutenu, jak sobie szanowny pan życzy. Ja podatki wszystkie płacę, księgi kasowe mam w porządku, mogę pokazać.- krzyknął z oddali Antonio i zniknął w kuchni. Do pizzerii wciąż napływali nowi goście. Muzyka zmieniła się na bardziej skoczną.
-To chyba jednak nie będę ryzykować.- Antonio podjął decyzję.- Pani nie będzie przeszkadzać, pani Roswito jak zjem same warzywa?
-Ależ nie, skądże.- Rosie drgnęła zaskoczona.
-Bo te warzywa to mi wyglądają na takie z uprawy ekologicznej. Ja w ogóle nie jem nic innego, co nie jest ekologiczne. Chlebek ekologiczny, masło ekologiczne, jajeczka... że tak powiem... koniecznie od kur z wolnego wybiegu.
-Pan dba o zdrowie, panie Antonio?- zapytała Rosie, skubiąc kawałek wyschniętego placka.
-Bardzo!- wykrzyknął na cały głos jej amant.- Co miesiąc na kontroli u lekarza jestem, czy trzeba, czy nie trzeba. Wie pani, tak profilaktycznie. Badanie kardiologiczne mam zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Urolog co trzy tygodnie w środy. Pani wybaczy, że jak tak od razu... że tak powiem... z grubej rury o tym urologu, ale w naszym wieku to już nie trzeba się krępować.
-Nie, no skądże.- wyjąkała zaskoczona Rosie. –Grunt, żeby z rurki nie kapało.
Właściciel zakładu pogrzebowego kontynuował z zapałem.
-Jak się człowiek napatrzy tak jak ja, w moim fachu, przez te wszystkie lata na klientów, to dopiero wtedy rozumie się jak bardzo ważna jest profilaktyka. Tu raczek, tam czerniaczek i rośnie nam grono zadowolonych odbiorców naszej usługi. Na czym skończyłem? A... na urologu. No to dalej. Do dentysty co dwa miesiące, też nie ważne czy trzeba, czy nie.  Ząbki przykręcić, kiełki wypolerować, Ot tak, jak do fryzjera, si?
-Si, si.- zdumienie widoczne w oczach Rosie było coraz większe i większe.
-Spirometrię mam robioną co sześć tygodni, ale to tylko dlatego, że tam takie terminy odległe dają. Nie uwierzy pani, ile się ludzi zawsze pcha na spirometrię. A co oni domu nie mają, zawsze się pytam. Po co kolejki u lekarza blokują? I to jeszcze takie młodziki, ledwo co siedemdziesiątkę skończyły. Krew to badam oczywiście co tydzień, ale to po znajomości, bo laboratorium jest bliziutko, trzy ulice dalej od zakładu. Mocz też co tydzień, bo co będę dwa razy biegał skoro można... że tak powiem... też pobrać na miejscu. U dermatologa jestem w każdy ostatni piątek miesiąca i dodatkowo jeszcze raz przed urlopem. Fizjoterapeutę mam co trzy dni a co cztery glansowanie pięty i naskórka. Zachowanie zdrowej stopy jest bardzo ważne w cukrzycy.
-Cukrzyce też pan ma?
-Dzięki Bogu jeszcze nie mam. Ale jak będę kiedyś miał to na pewno zacznę ją z zadbanymi piętami.
Rosie upiła potężny łyk ze swojej szklanki. Alkohol był niezbyt mocny, kolorowy i bardzo słodki, więc po krótkim namyśle osuszyła szklankę jednym haustem do dna. Świat nagle stał się jakby ciut piękniejszy i nieco bardziej rozchwiany. Leciutki szum w uszach dopełnił dawno niedoświadczanego alkoholowego rauszu. Tymczasem Antonio żuł wędzonego szparaga i nonszalancko, zgodnie z narodowością, dalej nawijał makaron na uszy.
-... i mówię pani, pani Roswito, wiele, wiele lat temu mieliśmy takiego klienta, że nic tylko zazdrościć. Badał się co trzy dni. Nawet stetoskop sobie kupił, żeby się osłuchiwać. W trumnie wyglądał jak żywy, taką miał wprawę w profilaktyce.  Nic tylko przykład brać. Wprawdzie to, co ja pani mówię to tajemnica zawodowa, ale tak między nami- tu puścił oczko.- W naszym wieku to już można wymieniać doświadczenia. Tak mi wtedy ten klient zaimponował, że pomyślałem sobie: „a co to, ja gorszy?” Si?
-Si, si.
-Tyle się teraz mówi o tych rakach, guzach, naroślach, zapaleniach stawu skokowego, że wolę być przygotowany na każdą ewentualność. Nawet ubezpieczenie od wypadków na dyskotekach sobie wykupiłem. Ja wprawdzie na dyskoteki nie chodzę, ale jedno ubezpieczenie zdrowotne mniej czy więcej zaszkodzić przecież nie może. Zdrowie to podstawa. A podstawa to wizyta u lekarza i witaminizowane pigułki. O, o, o!- W kieszeni marynarki nagle zapiszczał telefon. – Cud współczesnej techniki. Zna pani? Te telefony można teraz tak zaprogramować, że będą przypominać każdej pełnej godziny o tabletkach. Pani wybaczy.- Na stole przed Antoniem pojawiło się nagle ogromne pudełko na tabletki. W środku było ich chyba z trzydzieści. Włoch palcem wskazywał na każdą z nich i tłumaczył Roswicie.- Ta zielona to na gazy. Te trzy małe niebieskie to żelazo. Tutak mamy zestaw witamin. Te brązowe są na łysienie. Te malutkie kuleczki to homeopatyczny środek na niestrawność a tutaj granulowany wyciąg z wątroby kaczki, na przeziębienia.
-I pan to wszystko tak na raz zje, panie Antonio?- zapytała Roswita słabym głosem
-Oczywiście!- uśmiechnął się dziarski właściciel zakładu „Pogrzebacz”. –Co godzinę, w dzień i w nocy łykam taki zestawik. Dzięki temu jestem przygotowany na każdą chorobę, zanim jeszcze się ujawni. Moja świętej pamięci... że tak powiem... żonka też brała takie tabletki. I bardzo zdrowa umarła, szanowna pani Roswito. Bardzo zdrowa.
-Tiramisu na koszt firmy dla zakochanych gołąbeczków.- nagle, dosłownie znikąd zjawił się Pierre z pucharkami pełnymi deseru, pachnącego śmietaną i espresso. Rozbawiony spojrzał na zestaw tabletek Antonia.- Jakby co, to apteka za rogiem czynna do dwudziestej. Mają teraz promocję na niebieskie tabletki i butle z tlenem. Pizzeria „Tonno” poleca się na przyszłość i przypominam, że organizujemy też przyjęcia ślubne. Prego et voila!
-Czy to tiramisu jest organiczne?!
-Ba! Nawet orgazmiczne!- odkrzyknął w odpowiedzi wiecznie uśmiechnięty Pierre.
Antonio, bez pośpiechu, rozłożył na kolanach serwetkę, po czym zaczął łykać pigułki, jedna po drugiej. Rosie z coraz większym osłupieniem wpatrywała się w rząd kolorowych tabletek, znikających w paszczy Włocha. Nagle zerwała się.
-Pan wybaczy, panie Antonio. Zew natury. W naszym wieku to już niezdrowo tak wstrzymywać.- chwyciła w rękę torebkę i powędrowała do toalety. Okno nie było zbyt wysoko. I otwierało się do wewnątrz.



*  mmm... quiche szpinakowy. Kruche ciasto i nadzienie z jajek, śmietanki, podsmażanej cebuli, sera i szpinaku. Aż ślinka cieknie. Czy ktoś z okolic Frankfurtu mógłby mnie zaprosić na obiad?
* au waia (czyt. ał waja) niemieckie przekleństwo. Znaczy mniej więcej tyle, co: „Rany, Julek w kulki se bimbasz?”

* Crashtest- eksperyment polegający na zderzeniu manekina z rozpędzoną furmanką przewożącą tonę nieprzefermentowanej gnojówki.  Crashtesty przeprowadza się czasami także z użyciem aut.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Dawno mnie tu nie było ale nie za wiele się zmieniło. Nie kozakuj plagiatorze, bo ci Bozia nie pomoże.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)