piątek, 22 stycznia 2016

Szczęśliwy dom, gdzie pająki som. Część czwarta- ostatnia.

Tęsknię za wiosną. No, może nie tyle za wiosną, błotem i roztopami, ile za słońcem. Poziom witaminy D spadł mi tak drastycznie, że gdyby nie hesjańskie wino jabłkowe to już dawno wykręciłabym się kopytami. I proszę mi nie wmawiać, że w winie jabłkowym nie ma witamin. Wystarczy szklaneczka cydru bym ćwierkała radośnie niczym mały ptaszek. Potęga witamin, moi drodzy, potęga natury.

Plik PDF tutaj: Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.


Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część czwarta, ostatnia.



Ale jednak nie było jej wszystko jedno. Przez cały tydzień przeżywała wewnętrzne męczarnie. W poniedziałek sądziła, że nie podniesie się z łóżka. Nie widziała w tym najmniejszego sensu. Dobrze, że chociaż wpadła poczciwa Marie. Przygotowała jej śniadanie, nakarmiła ploteczkami z miasteczka i trzymała za ręce, kiedy Rosie szlochała. We wtorek wciąż było źle, ale jednak jakby ciut lepiej. Nawet wstała z samego rana i sama przyszykowała sobie śniadanie. Mniej więcej w porze obiadu odwiedziła ją Elsa razem z miską pełną domowego spaghetti.
-Tak sobie pomyślałam, że miałabyś ochotę na coś pełnego węglowodanów.- usprawiedliwiła się. Razem zjadły obiad, zapijając go szklaneczką białego wina, która kurzyła się, zapomniana w piwnicy.
W środę udało się jej samej wstać, przygotować śniadanie, a nawet zrobić zakupy w pobliskim sklepie i zwrócić do biblioteki przetrzymywane książki. Kiedy wracała, objuczona reklamówkami z mięsem, warzywami i nowym kryminałem, przed domem czekała na nią Kunegunt.
-Witamy w świecie żywych.- Kunegunt ucałowała ją siarczyście w oba policzki.
-Chyba żywych zombie.
-Jak na zombie, to masz za ładną sztuczną szczękę. Popatrz, co ci przyniosłam, to mapka zoo. Masz czas do soboty, żeby dokładnie zaplanować trasę naszej wycieczki. Co tylko sobie życzysz. Możemy zacząć od pawianów, potem przejść do alpak i pingwinów, a możemy też rozpocząć czymś bardziej przerażającym: tygrysami i wężami. Co tylko chcesz i w jakiej chcesz kolejności.
-Oh... Dziękuję Kunegunt. Możesz na chwilkę przytrzymać mi zakupy. Tylko znajdę klucze od domu. Aaa, tu są. Już, dziękuję. Wejdziesz na filiżankę kawy?
Kunegunt pokręciła przecząco głową.
-Nie, nie. Za 10 minut mam pierwsze zajęcia z kursu wspinaczki wysokogórskiej.
-To do soboty, Kunegunt.
-Do soboty, Rosie.
Przyjaciółka ucałowała ją raz jeszcze. Już miała odchodzić, kiedy odwróciła się nagle.
-Rosie?- zapytała z wahaniem.
-No?
-Tylko chcę, żebyś wiedziała, że ja naprawdę życzyłam wam dużo dobrego. Naprawdę.
-Wiem, Kunegunt.- Rosie uśmiechnęła się blado.
W czwartek czuła się już zdecydowanie lepiej. Zrobiła porządek w szafach, na który nie zdobyła się jeszcze od śmierci Wolfganga. Jego dobre ubrania oddała dla potrzebujących, na kościelną misję. Część książek zatrzymała, a te których nie potrzebowała (ustawy o wywozie śmieci, specyfikacje kubłów na odpadki, kalendaria terminów wystawek itp) oddała na makulaturę. Potem zabrała się za porządkowanie albumów ze zdjęciami, ale to wcale nie był dobry pomysł. Osuszyła resztkę butelki z białym winem i zasnęła na podłodze w salonie, tuląc do siebie stare ślubne fotografie.
Natomiast w piątek obudziła się zupełnie nowa Rosie, wprawdzie z lekkim kacem, ale za to w wyśmienitym humorze. Odwiedziła ulubionego (jedynego zresztą w Deppenhausen) fryzjera, który przeszedł sam siebie i z jej włosów wyczarował najdzikszego dzikiego barana, jakiego tylko nosiła na głowie starsza pani. Potem odwiedziła sklep z bielizną. Sprzedawczyni obsługiwała właśnie panią Fitzergarld, która kapryśnie wybierała nowe pończochy samonośne i koronkowe podwiązki.
-Co dla pani?- zapytała ją milutka właścicielka butiku.
-Majtki.- powiedziała pewnym głosem Rosie.- Byle nie barchanowe gajty.
Pani Fitzergarld przerwała swoje medytacje nad cieniutkimi koronkami i atłasami.
-Niech pani weźmie te.- poradziła Rosie, wskazując palcem na śliczne, ażurowo-czerwone leciutkie i przewiewne cudo.- Wyjątkowo wygodne. Sama mam trzy pary i czuje się w nich na kobietą na nowo.- zapewniła.
Roswita nie wahała się ani chwili. Już po chwili była dumną właścicielką czegoś, czego wprawdzie więcej nie było, niż było, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Nagle zrozumiała, że drobne radości życia ważne są w każdym wieku.
A w sobotę Rosie, z samego rana, spojrzała w lustro i uśmiechnęła się serdecznie do swojego odbicia. Bluzkę z żabotem zmieniła na obszerny t-shirt, grubą spódnicę na wygodne dżinsy z gumką. Oczywiście nikt nie widział koronkowego cuda, które skrzętnie ukrywała pod spodniami, ale sama myśl, że tam jest, dodawała jej pewności siebie.
Przed domem głośno zawyło klaksonem auto, a zaraz po nim drugie- jeszcze głośniej i jeszcze dłużej.
-Jedziemy na dwa samochody!- krzyknęła Kunegunt wychylając głowę ze starej zielonej Mazdy.
-Nie powiódł się plan przykucia łańcuchami mężów w piwnicy!- wrzasnęła Elsa z niebieskiego Forda.-Trzeba ich zabrać, ale może będziemy miały szczęście i sprzedamy ich gdzieś po drodze.
-Przykucia łańcuchami?- zdenerwował się mąż Elsy, Günther.- Przecież ja wcale nie chciałem jechać. To ty mnie zmusiłaś. Ja chciałem oglądnąć relację mistrzostw kraju w pływaniu synchronicznym nastolatek.
-Ciiicho, głuptasie.
Godzinna, w zamierzeniu, podróż do Dortmundu upłynęła głośno i bardzo wesoło. Razem śpiewali stare przeboje Depeche Mode i Davida Bowie, niemiłosiernie fałszując i podstawiając w miejsce słabiej znanych zwrotek własną twórczość typu ” hop, siup, sialalala” lub „płynie statek po głębinie, czy Titanic go wyminie?”. 12 razy zatrzymywali się w gęsto rozsianych po autostradzie Raststätte (zajazd)  z barem szybkiej obsługi, toaletą, hazardowymi automatami i sklepikami z lokalnymi pamiątkami. 11 razy, żeby panowie mogli skorzystać z toalety a za 12 razem, żeby kupić dla Güthera gumową poduszkę przeciwko hemoroidom.
Kiedy wjeżdżali do Dortmundu była godzina 11.  Dwa kwadranse później znaleźli miejsce na parkingu przy zoo.
 -Uff.- sapnął Ebenhardt, mąż Marie. Z trudem wytoczył się z samochodu, przyklęknął na kolano i teatralnym gestem dotknął wysypanego na parkingu żużlu.- Odległa kraino. Ja, podróżnik z dalekiej Europy, biorę cię w posiadanie i oddaję w wieczyste użytkowanie niemieckiego podatnika, pod panowaniem miłościwego nam kanclerza.
-Co znowu za głupoty ci przyszły do głowy?- strofowała go Marie.
-Jakie znowu głupoty? Myślisz, że Kolumb powiedział coś innego, po odkryciu Ameryki?
-Ale ty nie jesteś Kolumbem i nie odkryłeś zaginionego lądu.
-Ale tak się czuję.- naburmuszył się Ebenhardt.- Dwie godziny ściśnięty w tej metalowej puszce, wytrzęsiony przez sztormy i nawałnice.
-Szklaneczkę rumu?- zaproponował fachowo Klaus, partner życiowy Kunegunt.
-Czemu nie?
-Szklaneczkę rumu i plasterek kwaśnej pieczeni.- wtrącił Günther.- Posiłek godny pirata i odkrywcy.
-Arr!
Po krótkich ustaleniach zdecydowano, że trzech, nieco nadgryzionych zębem czasu, piratów ruszy przodem, by nawiązać miejscowe stosunki z autochtonami i przehandlować szklane paciorki za kiełbasę z piwem (jak się uda) ewentualnie za twardą walutę (jak nie będzie innego wyjścia) a cztery piękne, wiecznie młode syreny rozpoczną zwiedzanie i dołączą do towarzyszy w porze obiadowej. Tym sposobem każdy był zadowolony.  Kupili wejściówki i rozdzielili się.
-Restaurację znajdziecie zaraz obok placu zabaw dla dzieci, niedaleko wybiegu dla muflonów i tapirów. – Kunegunt wskazała mężczyznom punkt na mapie apetycznie oznaczony nożem i widelcem.- Postarajcie się nie robić zbędnego zamieszania, ograniczcie brzydkie wyrazy i nie straszcie otoczenia.
-Mamy nie straszyć dzieci? Przecież każdy pirat jest dziecięcym postrachem.
-O dzieci się nie boję. One są twarde, bo dorastają w twardych czasach. Nie straszcie swoim wyglądem biednych tapirów i muflonów, bo one niczemu nie zawiniły.
-Kobieto nie znasz się.- Ebenhard mlasnął ustami, wyrażając tym samym swoją pogardę dla całego kobiecego, dziecięcego i mufloniego rodu.- Parzystokopytne to najmściwsze ze wszystkich zwierząt.
-Prawda, prawda.- przytaknął Klaus.- Twój ostatni mleczny prosiak mścił się na mnie całą noc, w toalecie.
-Nie mściłby się, gdybyś go nie zeżarł razem ze słoikiem galaretki żurawinowej, połową blaszki sernika i 3 litrami Mirindy.
-My tu przyjechaliśmy na wycieczkę, czy żeby naprawiać małżeńskie problemy?
Z tymi słowami brzydsza część społeczeństwa oddaliła się, nęcona odległymi zapachami kiełbaski w sosie curry i majonezowych frytek.
Kunegunt patrzyła chwilę za znikającymi na horyzoncie trzema postaciami. Krew dzikich Germanów widocznie znowu w nich zawrzała, gdyż śmiali się głośno, pokazywali rozchichotanym dzieciakom głupie miny i nieudolnie zaczepiali młode pracownice obsługi.
-No.- wzięła się pod boki.- Może przy odrobinie szczęścia ktoś wpakuje ich do klatki. Jeżeli o mnie chodzi, to może być nawet klatka z tygrysami. To od czego zaczynamy Rosie?
-Od flamingów, oczywiście.
Zoo w Dortmundzie nie było największe ani najładniejsze w regionie. Lata świetności też już dawno miało za sobą. Wyłożone betonowymi płytkami alejki były spękane i pełne chwastów. Drewniane ławeczki dawno już domagały się pędzla i odrobiny świeżej farby. Barierki były przerdzewiały a same klatki czerwone od wilgotnych nacieków. Mimo to wszystko tu pełne było życia, śmiechu, treli, wycia, zwierzęcego chichotu i porykiwań. Wybiegi, mimo że skromne, były czysto wymiecione i uprzątnięte ze śmieci i odchodów. Woda była przejrzysta, a nagrzany piasek zachęcał do figli i leniwego wypoczynku. Same zwierzęta wydawały się być zadowolone ze swojego losu na tyle, na ile jest to możliwe w miejskim zoo. Lwy tarzały się na grzbietach, tygrysy mruczały z zadowolenia, słonie leniwie oblewały wodą, a antylopy hasały po soczyście zielonej trawie. Tuż przy wejściu różowe stadko flamingów nieruchomo kontemplowało swoje odbicie w płytkim stawie.
-Że też im się chce tak stać.- dziwiła się Marie.
-Wołałabyś, gdyby się położyły?
Następne były wielbłądy, po nich rajskie ptaki, orangutany, dzikie koty, zebry, bawoły i strusie. Przy żyrafach Rosie poczuła mocny ból w sercu. Zacisnęła zęby i energicznie potarła powieki, aby nikt nie zobaczył w jej oczach łez.
-A węże?- dopominała się Elsa.- Kiedy pójdziemy do węży?
-Żartujesz, prawda?
-Nie, skąd! Ja uwielbiam węże.  O patrzecie! Tam jest Amazonarium. 1000 gatunków węży, żab, dżdżownic, pająków, patyczków i karaluchów.- czytała z ustawionej tabliczki.
-Po co mam płacić za oglądanie karaluchów? Takie atrakcje to ja mam u siebie w piwnicy. Zupełnie darmo.
-Ale to nie byle jakie karaluchy. Rzadkie karaluchy.
-Moje też są rzadkie. Szczególnie, jak się je rozdepcze.- irytowała się Kunegunt.
-Tu jest napisane, że mają największego węża boa królewskiego w całej Europie. 9 metrów długości.  Popatrz jaki gruby. To zdjęcie zrobiono chwilę po tym, jak zjadł całego warchlaka.
-To bardzo prawdopodobne. Dawno już nie miałam wiadomości od mojego byłego męża.
-To jak? Idziemy?
-Och, proszę nie!- krzyknęła Rosie, mieniąc się na twarzy ze strachu. -Nienawidzę bezkręgowców. Nie będę mogła potem spać. Wszystko tylko nie to!
-Proooooszę.- jęczała kapryśnie Elsa.- To nie będzie długo trwało. Tylko rzucimy na nie okiem i zaraz możemy spadać do małpiatek. Proszę, proszę, proszę! Co to za wizyta w zoo bez największego w Europie boa?
Wszystkie trzy spojrzały na Roswitę a Roswita spojrzała na wielkiego, paskudnego węża, namalowanego nad drzwiami wejściowymi. Wąż miał w ślepiach żądzę mordu, a z jego nienaturalnie wielkich kłów ściekał zabójczy jad.
-Szybciutko i z zamkniętymi oczami.- zastrzegła.- Za stara już jestem na aż takie atrakcje.
W środku amazonarium było gorąco i duszno. Tropikalne rośliny, poustawiane w olbrzymich donicach wydzielały słodki zapach, mieszaninę cynamonu, wanilii i wilgotnej ziemi. Błękitne szyby w oknach przepuszczały dużo światła i tworzyły nieco magiczną atmosferę, w której swobodnie przeplatały się piękno i groza. Akwaria i terraria umieszczono w specjalnie przygotowanych wnękach w ścianie. Już przed samym wejściem do serpentarium*, zza szyby wytrzeszczała oczy czarna mamba, połyskliwe niczym diamenty. Rosie zrobiło się słabo.
-Uch... To chyba jednak nie był najlepszy pomysł. Ja naprawdę nie lubię tych wszystkich obłych, obślizgłych, wijących się zwierząt. Nie zostawiajcie mnie samej.- wyjąkała do przyjaciółek.
-Nie panikuj!- zakrzyknęła wesoło Elsa.- Fajnie będzie!
Spłoszona krzykiem mamba rozpostarła płaszcz i z sykiem obiła się o szklaną ścianę. Rosie odskoczyła i pędem wbiegła do głównej sali. Sterowane fotokomórką drzwi otworzyły się z metalicznym zgrzytem. W środku było jednak gorzej. Rosie ścisnęła Kunegunt za rękę i zamknęła oczy.
-Prowadź mnie.- szepnęła.
Przez zmrużone powieki widziała jednak olbrzymie cielska, które z leniwym szumem przelewały się po piasku i kamieniach. Drobne, jadowite zielone żmijki z gracją wiły się wśród konarów. Kobry milcząco prezentowały swoje okulary, obracając się jakby specjalnie dla zwiedzających. Grzechotniki wściekle tłukły ogonami. W innych salach wcale nie było lepiej. Małe, wstrętne kameleony łypały na nią swoimi wielkimi oczami. Grube pędraki budziły obrzydzenie. Patyczaki powodowały skurcze w żołądku. Wydawane przez gady szelesty, świsty i cykanie doprowadzały ją prawie do szaleństwa.
-Wychodzę.- oznajmiła stanowczo, szarpiąc Kunegunt za łokieć.
-Chyba nie teraz, kiedy zabawa jest najlepsza.- odparła Kunegunt. Właśnie drażniła się z małym skorpionem. Stukała w szybę. a pajęczak próbował ją atakować swoim zakrzywionym kolcem. Rosie zrobiło się nagle bardzo słabo, duszno i bardzo niedobrze jednocześnie. Marie i Elsa gdzieś zniknęły, rozproszyły po innych wystawach.
 -Ej, dziewczyny!- z daleka dobiegł zduszony głos rozgorączkowanej Elsy.-Chodźcie tutaj zobaczyć! Tu mają trującą ropuchę!
-Serio? Można kilka kupić? Wpuściłabym je pani Fitzergarld do ogródka.- Kunegunt z wrażenia natychmiast zapomniała o Rosie i jednym skokiem znalazła się na korytarzu. Drzwi rozsunęły się posłusznie.
-No, a co ze mną?
Rosie w panice rzuciła się w pościg za Kunegunt. Gdzie teraz? Na prawo? Na lewo? A może przed siebie? W jej przerażonych oczach niewielki budynek amazonarium urósł do rozmiarów groźnego labiryntu z morderczymi, żądnymi krwi strażnikami czającymi się na każdym rogu i w każdej klatce. Jej przyjaciółek nigdzie nie było widać. Nawet pozostali zwiedzający ulotnili się, jakby specjalnie, by zrobić jej na złość. Targana strachem Rosie, w panice, zaczęła szukać po wszystkich wystawach i biegać po pomieszczeniach wypełnionych łuskami, śliską skórą i wielką ilością patykowatych, drżących odnóży. Co za obrzydlistwo!
-Marie!
-Elsa!!
-Kunegunt!!!
Nikt jej nie odpowiadał. Jej wołania odbijały się od grubych ścian amazonarium. Kierowana strachem wbiegła po schodach na piętro i bezprzytomnie tułała się między salami. Nikogo jednak nie znalazła.
 Znajdowała się właśnie w ciasnym pomieszczeniu bez okien, pełnym malutkich wnęk, kiedy nagle światło z jarzeniówek ocieplających terraria zamigotało, zafalowało i zgasło. Lampy wyłączyły się z cichym trzaskiem. Elektryczne drzwi znieruchomiały. Rosie otoczyły ciemności.
Uderzyła w drzwi, ale te ani drgnęły. Bum! Bum! Bum!
-Halo?- wrzasnęła, najgłośniej jak tylko potrafiła. –Czy ktoś mnie słyszy?
Z korytarza nie dobiegał najmniejszy nawet szmer. Roswita poczuła, jak zimny pot spływa jej wzdłuż kręgosłupa, aż do pięt.
„Spokój, spokój głupia panikaro!” nakazała sobie w myślach. „To przecież pewnie tylko krótka awaria. Albo przerwa w dostawie prądu. Zresztą, już przecież musieli się zorientować, że mnie nie ma. Zaraz ktoś mnie znajdzie.” Za drzwiami panowała głucha cisza.
Trwoga wzrastała w jej sercu.
„No szybciej, szybciej.” Poganiała w myślach niewidoczną pomoc. „Niech ktoś tu w końcu przyjdzie.”
Jeszcze raz załomotała pięściami.
-Halo! Halo! Ja tutaj utknęłam! Niech ktoś zawiadomi dyrektora! I straż pożarną! I mojego adwokata!
Nic.
Cisza.
Spokój.
Ciemność.
„Tylko bez paniki. W ogóle nie ma powodu, żeby się bać”. Sztuczna szczęka Rosie, jakby na przekór,  zakłapała mocno ze strachu. Zza zamkniętych drzwi dobiegły nagle cisze szurania, popiskiwania i westchnienia. Żerujące nocami węże, owady i inne bezkręgowce zbudziły się ze swojego dziennego letargu. Oszukane iluzją nagłej nocy zaczęły wydawać swoje zwykłe dźwięki.
-Ja w ogóle nie histeryzuję!!!- wrzasnęła Rosie. –Ale niech mnie ktoś wypuści albo nie ręczę za sama siebie!!!
Nagle wydało jej się, że czuje jakiś ruch, zaraz obok swoich stóp. Jęknęła. W tej samej chwili coś trzasnęło łagodnie i wróciło awaryjne zasilanie. Terraria wprawdzie wciąż spowite były w ciemnościach natomiast fluorescencyjne napisy nad drzwiami i ścianach rozjaśniły się skąpym, niebieskawym blaskiem. Rosie poczuła, jak wszystkie włosy jeżą się jej ze zgrozy. Wysoko nad jej głową, w kompletnym mroku, złowrogo błyszczał sie jeden, przerażający wyraz:
pająkarnia.
Rosie nie była pewna, ale wydawało jej się, że zemdlała.

*

Ocknęła się z niedobrym przeczuciem, że jakieś cienkie, włochate czułki delikatnie dotykają jej twarzy.  Zerwała się przerażona. Czy to coś poszło sobie, czy tylko jej się tak zdawało? Ile czasu była nieprzytomna? Czy już rozpoczęła się akcja ratunkowa? A prąd? Może chociaż prąd wrócił?
Niestety, płonne były to nadzieje. Pająkarnie wciąż spowijał mrok a drzwi nie ustępowały.
-Halo? Jest tam kto?- zawołała słabym głosem, żeby się upewnić, czy faktycznie utknęła w tym przerażającym miejscu sama, opuszczona i zapomniana. Głucha cisza tylko potwierdziła tę smutną prawdę.
„Na strach najlepsza jest piosenka.” przypomniała sobie stare, harcerskie przykazanie.
-W ogóle się nie boję,
świetne mam nastroje.
Podam was do sądu,
za odcięcie prądu.- nuciła cichutko drżącym głosikiem.
-A jak zeżrą mnie robale,
to nie wypłacicie się wcale.
A jak wąż będzie mi katem,
to poszczuję adwokatem.-te urocze słowa dedykowała dyrekcji zoo. W kierunku dortmundzkiego zoo poleciały również inne, zdecydowanie mniej parlamentarne słowa i wyrażenia, ale autorka (czyli ja) litościwie pominie je milczeniem.
Nagle... Co to? Jakiś szmer? Ależ tak! Na sto procent jest pewna, że w kącie pająkarni, w miejscu spowitym najszczelniejszym mrokiem coś się poruszyło. I co to? Tupot? Tupot wielu małych stópek?
-Kto tam jest?- wrzasnęła.- Proszę odpowiedzieć! Mam przy sobie ulotkę klubu karate i nie zawaham się jej użyć.
Cisza. A potem ktoś albo coś, czający się w kącie westchnął cicho.
-Proszę się nie denerwować.- odpowiedział cichutki, pokorny męski głosik.- To wcale nie awaria prądu tylko przerwa obiadowa. Amazonarium zawsze zamykają w czasie przerwy na jedną godzinę. Nikt pani nie powiedział?
-Nikogo nie widziałam.- przyznała Rosie.-To znaczy, że uwięziono nas tu na całą godzinę?
-Uwięziono... hm...- odparł z lekkim zażenowaniem nieznajomy.- Można tak powiedzieć.
-Uff.- Rosie odprężyła się. Z ulgą opadła na ziemię i oparła plecami o drzwi. Och! Co za banalnie proste wyjaśnienie. A więc będzie żyć, żyć! Nie skończy w brzuchu czarnej mamby. Nie rozszarpią jej kameleony ani patyczaki!
- Nie wie pan, czy nie ma tu jakiegoś telefonu awaryjnego, żeby zawiadomić dyrekcję? A może chociaż ma pan komórkę?
Obcy zmieszał się.
-Pani wybaczy, ale nie.- odparł piskliwie.- Jestem trochę staromodny, jeżeli chodzi o najnowsze zdobycze techniki. Komórki nie mam.
 -Pech, bo i moja się rozładowała.
- Mogę za to służyć doskonałą siecią.
-Tylko co nam po doskonałej sieci, skoro zasięgu nie ma?
Kamień spadł Roswicie z serca. Teraz kiedy wiedziała, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo, z towarzyszem niedoli u boku, który tak samo jak i ona przypadkowo dał się zamknąć w ciemnym amazonarium- nie bała się już niczego. Zawsze łatwiej to znieść takie drobne niedogodności we dwoje. Nie ma się czego bać. Za godzinę, a może nawet mniej, wszyscy wrócą z przerwy obiadowej i wypuszczą ją z tej obślizgłej bastylii. Zachichotała nagle, kiedy przypomniała sobie, jakie to straszne rzeczy wyobrażała sobie jeszcze przed chwilą.
- Och, proszę, niech się pan ze mnie nie śmieje, ale wyobraźnia zaczęła mi płatać figle. Już myślałam, że zostałam tu zamknięta na wieczność z pożerającym ludzi, największym w Europie boa królewskim. Albo nawet z włochatym, obrzydliwym, wielkim jak słoń pająkiem. Kto wie? Może nawet mówiłyby ludzkim głosem? Och, czytam chyba za dużo sciene-fiction.
Chwila ciszy. Kryjący się w ciemnościach nieznajomy jakby zastanawiał się nad czymś intensywnie.
-Pani nie lubi pająków?- zapytał nieśmiało po długiej chwili milczenia.
-Nienawidzę.- Roswita aż wstrząsnęła się z obrzydzenia.-Ach! Te małe, owłosione nóżki. Te świdrujące oczka. Ten wielki, mechaty kuper. Każda część ciała, która ciągle tylko drga, podskakuje, ślizga się i wygibuje. A nocami wychodzą ze swoich kryjówek, włażą do ust i nosów, składają w uszach małe jajeczka, z których wykluwają się tysiące malutkich pajączków. Pan się nie śmieje.- zastrzegła, bo obcy zachichotał.- Widziałam taki dokument na Discovery Channel.
-To tylko oszczerstwa rzucane przez właścicieli puchatych kotków i piesków.- odparł, dławiąc się od śmiechu.- Zwyczajnie są zazdrośni. Żaden pies ani kot, ani nawet królik nie jest w połowie tak inteligentny jak pająk. Zaręczam pani, że nie robimy nic takiego. To znaczy, że pająki nic takiego nie robią.- poprawił się.- Po co mielibyśmy... to znaczy, po co miałyby składać jajeczka w brudnych, nie wiadomo kiedy ostatni raz mytych uszach? Może mi pani wierzyć, mam informacje z pierwszego odnóża. Ciemna, wilgotna wnęka pod kuchennym zlewem lepiej się nadaje do wychowywania potomstwa niż zalepione woskiem małżowiny. Pajaki są bardzo odpowiedzialnymi rodzicami. Nie to co ludzie. Nie porzucają swoich małych i nie decydują się na duże rodziny, kiedy mają słabą sytuację muchowo-ekonomiczną. Szczerze, to ludzie mogli by się od nich wiele nauczyć. Na przykład budowania trwałych więzi rodzinnych. Proszę mi wierzyć, mam dziesięć tysięcy wnuków i znam imię każdego z nich.
-Co?- Rosie myślała, że się przesłyszała. Obcy zmieszał się. W jego kącie coś zachrobotało, zatrzeszczało. Nieznajomy jeszcze bardziej cofnął się, kryjąc w mroku.
-To znaczy... chciałem powiedzieć... że pamiętam imię każdego mojego wnuka i wnuczki.
-Ma pan dużą rodzinę?
-Olbrzymią, droga pani.- odparł jej towarzysz, z lekką nutką pychy w głosie.- Olbrzymią.
-Musi pan być z nich bardzo  dumny.
-No... – nieznajomy zawahał się.- Dzieciaki są w porządku. Cześć z nich już się usamodzielniła i poszła wić swoje własne sieci. Część wyjechała. Pracują w innych ogrodach zoologicznych w całej Europie, jeden nawet jest w Ontario, w Kanadzie. Kilkoro podjęło współpracę z instytucjami naukowymi i są cenionymi współpracownikami. Paru zrobiło karierę w kinematografii, szczególnie w horrorach. Tylko jeden robi w komediach. Pani widziała „Kevin sam w domu”? To film taki.
-Owszem. Na Boże Narodzenie zawsze w telewizji leci.
- Dokładnie, dokładnie. Tam gra mój najmłodszy, Januszek. Krytycy się zachwycali, że tak naturalnie wczuł się w rolę, sam talent. Wszyscy w rodzinie się dziwiliśmy, że nie nominowano go do Złotych Globów. Ale wie pani jak to jest, jak się nie ma kontaktów na szczycie. Bo to ktoś zauważy prawdziwy talent? Nawet na after party po Oskarach go nie zaproszono. Januszek sam się wprosił, ale ochroniarze pobili go gazetą. Ledwie z życiem uszedł.
 -To okropne. W życiu by mi do głowy nie przyszło, że w tej Ameryce tacy agresywni ochroniarze są.
-A jakże. Tego na filmach nie widać. Kamera widzi tylko luksus i czystość. A za kulisami tani blichtr i kurze.
-Zawsze marzyła mi się duża rodzina.- stwierdziła trochę chmurnie Rosie.- No cóż. Życie te marzenia nieco zweryfikowało. A pozostali?
-Z małżonki dumny jestem trochę mniej. – przyznał nieznajomy.- Matką była w porządku. I jedzenie wstępnie przetrawiała dla dzieciaków, kołyski im plotła, dbała o edukację jak należy, jak muchy łapać i takie tam. Tylko z nami dwojgiem to jednak trochę nie wyszło. Zdarzało jej się przejawiać niepohamowany apetyt, pani wie po czym...  Ja bardzo przepraszam, że tu takie tematy są poruszane, może panią to krępuje?
Rosie zaprotestowała.
-Skądże. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku. Ludzie z mojego rocznika dżidżejują (cokolwiek to znaczy) w klubach techno i jeżdżą na nartach. Czasy się zmieniły, proszę pana, i choćby nam się to nie podobało, trzeba patrzeć w przód. Oh, tak na boku. Jestem Rosie. Skoro spędzimy tu całą godzinę zupełnie sami to może moglibyśmy sobie mówić po imieniu? Co pan na to?
-Nie pan, tylko Mieciu.- obcy, ale teraz już nie obcy, tylko Mieciu był wyraźnie zadowolony.- siąknął nosem. Rosie zaniepokoiła się.
-Mam nadzieję, że cię w niczym nie uraziłam, Mieciu? Dlaczego płaczesz?
-To tylko łzy wzruszenia.- zaszlochał uszczęśliwiony.- Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś zwrócił się do mnie po imieniu, jak pają... to znaczy jak człowiek do człowieka. Od wielu lat, wszyscy mówią mi tylko po nazwisku: Theraphosa Apophisis. Jakbym był zupełnie bez uczuć albo jakimś okazem w zoo. Ale, żeby ktoś tak ze szczerego serca do mnie powiedział: „Mieciu? Co u ciebie słychać, stary?” Nie przypominam, kiedy ostatnim razem się mi przytrafiło.
- Theraphosa Apophisis. – głośno zastanawiała się Rosie.- Oryginalne nazwisko. Grek?
-Nie, nie Grek. Przybyłem z Ameryki Południowej, w kartonie po bananach.
-Jesteś uchodźcą politycznym?
-Mmm... można to tak nazwać.
-No, a żona? Ta z wielkim apetytem po... po wiesz sam czym. Też nie mówi do ciebie po imieniu?
-Rozstaliśmy się jakiś czas temu.  Za każdym razem po, próbowała odgryźć mi głowę.
-Och! To chyba było niebezpieczne!- zawołała zdumiona Rosie.
-No, proszę sobie wyobrazić. Nie chciałbym za bardzo wchodzić w szczegóły, bo to jednak trochę krępujące, ale tu muzyczka nastrojowa, tutaj pachnące świeczki a wciąż trzeba się pilnować, żeby jej szczękoczułki nie znalazły się za blisko mojej szyi. Trochę to jednak odziera z tego romantycznego nastroju.
-Mimo wszystko to wciąż bardziej romantyczne niż wszystko, co się mi przytrafiało.- Rosie westchnęła zadumana. Usadowiła się wygodniej na twardej podłodze. W błękitnej poświacie awaryjnego światła jej twarz wyglądała na bladą i zmęczoną. –Nie pamiętam, kiedy ja ostatnio zapalałam z Wolfgangiem zapachowe świeczki. Mój Boże, w latach sześćdziesiątych nawet tego nie było. Czyżby tyle mnie w życiu ominęło?
-Wolfgang to twój pająk? Znaczy... mąż?
-Był moim mężem.- szepnęła cicho Roswita.- Odszedł do lepszego świata 4 miesiące temu. Przynajmniej mam taką nadzieje, że jest lepszy.
-Niech mu sieć lekką będzie.-odpowiedział poważnie Mieciu.
-Zdaje sobie pan z tego sprawę, Mieciu, ile nas w życiu omija?- Rosie kontynuowała smutnym tonem.- Czasem nawet zastanawiam się, czy to ja zmieniłam się w mumię czy ten świat, na zewnątrz, oszalał. Za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, dowiaduję się o tylu nowych rzeczach, nowych osiągnięciach, nowych rekordach. Nawet nie nauczyłam się dobrze programować magnetowidu a tu powstają nowe wynalazki. Co to są hasztagi? Gdzie można kupić kilogram youtuba? Co to jest twitter? Nawet nasz pastor go używa, a ja nie mam zielonego pojęcia, o czym on mówi. I tak sobie myślę, czy ja kręcę się jeszcze razem z tym światem, czy mnie już wyrzucono gdzieś poza orbitę.
-Doskonale to rozumiem. Doskonale. Samemu mi wstyd, że pozostaję w tyle za ewolucją.
-Idealne słowo.
-No, ja myślę. Inne gatunki już dawno wykształciły dodatkowe kły albo kręgosłupy a u mnie wciąż to samo, od plejstocenu. Załamać się można.
Rosie zachichotała.
-Masz oryginalne poczucie humoru Mieciu. Dokładnie tak samo ja się czuję. Jak jaskiniowiec.
-Jak samotny pająk jaskiniowy.- westchnął jej towarzysz.- Trochę smutne to wszystko Rosie. Czy my w ogóle mamy jeszcze jakieś cele w życiu? Pragnienia? Coś do osiągnięcia? Czy na nas coś jeszcze czeka?
-Ostatnio przyjaciółki próbowały umówić mnie na randkę.- powiedziała Rosie z pewnym wahaniem.
-Mhm. I jak było?- zainteresował się Mieciu.- Nie żebym wściubiał otwór gębowy w cudze życie, ale sam powoli zastanawiam się, czy jednak nie dać sobie drugiej szansy. Jeszcze wcale nie jestem taki stary, może mógłbym sobie kogoś owinąć. Mam dopiero 8 miesięcy, najlepsza połowa życia dopiero przede mną.
- Jak było? Tragicznie.
- O, żesz w sieć.
-Pierwszy był przedsiębiorcą pogrzebowym.- zaczęła swoją opowieść Rosie.- Tak bardzo bał się śmierci, że zaabonował cały dostępny asortyment apteki. Jedna pigułka na wigor, druga na chęci a trzecia na lęk przed umieraniem. Drugi był jego zupełnym przeciwieństwem. Żyje tak intensywnie, że nawet nie zauważył pędzących lat. Wciąż mu się wydaje, że ma mnóstwo czasu i na karierę, i na założenie rodziny i na dorastanie. A trzeci... A trzeci był idealny. Szkoda, tylko że umarł, dokładnie w tej samej chwili, kiedy się w nim zakochałam i kiedy mi się zdawało, że chwyciłam Boga za piętę. Pan Bóg drugą piętą dał mi w zęby. No cóż. Starzy ludzie są kapryśni, umierają jak im się tylko żywnie podoba i nie patrzą na innych. Chciałabym, żeby świat przestał się tak dramatycznie zmieniać.- stwierdziła na koniec.
-Trochę nierealne.- Mieciu był sceptyczny.
-No to chociaż, żebym zrozumiała te szalone zmiany. Od młodości do starości niby tylko kilka dni przminęło a za oknem widoki jakby z innej planety. A ty, Mieciu? Jakieś konkretne plany na starość?
Jej towarzysz zastanawiał się chwilę.
-Chciałbym, żeby przestano traktować mnie z taką obojętnością. Jakbym był obiektem doświadczalnym albo tanim okazem do pokazywania znudzonej gawiedzi. Chciałbym mieć kogoś kto z samego rana uśmiechałby się do mnie i mówił: dzień dobry Mieciu. Ja ci się spało Mieciu? Miałbyś ochotę na tłustą muchę, Mieciu? Takie zwyczajne. Takie bardzo pająkowe, to znaczy ludzkie.- poprawił się.- Takie po prostu.
Rosie wydał lekki okrzyk zaskoczenia. Przecież to było to samo o czym i ona marzyła. No, może z wyjatkiej tej muchy, ale przecież każdy ma różne gusta kulinarne, no nie? Mieciu kontynuował.
-Nie uwierzysz, ale są ludzie, którzy reagują na mnie z obrzydzeniem. To prawda, może nie jestem najładniejszy, ale przecież mam serce po właściwej stronie odwłoka, jak każdy.
-Mam wrażenie Mieciu, że czytasz w moich myślach.- wyjąkała zdumiona Rosie.- Nie wierzę w to, że ktoś może reagować na ciebie z obrzydzeniem. Wydajesz się taki czuły, taki delikatny, taki skromny.
-A owszem, owszem. Krzyki i piski. „Ojeju, jeju jaki on wielki! Ojeju, jeju jaki włochaty!” To moja codzienność.
-To nieludzkie! Oceniać kogoś po wyglądzie? Tego nie powinno się robic nikomu.
-Rosie. Muszę ci się przyznać, że ciężko spotkać człowieka, który by sądził tak jak ty. Większość najchętniej urządziłaby na mnie polowanie z widłami i kapciem. Podczas gdy ja szukam tylko kogoś, kto patrzyłby mi we wszystkie cztery pary oczu i cieszył się, że razem możemy spędzić wieczność. Bez pośpiechu, bez nerwów, bez miotacza ognia pod ręką. Może trochę niezbyt spektakularny plan, ale to najlepszy, jaki mam.
-Przy tobie kobieta może czuć się taka bezpieczna. Czy wobec tego kilka zmarszczek albo nadmierne owłosienie może mieć jakiekolwiek znaczenie? Ludzie już zapomnieli, że najlepiej widzi się tylko sercem. A serce nie starzeje się nigdy. Och, chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Myślałam, że nikt już mnie nie zrozumie. Że na zawsze zostanę starą, nieprzystosowaną do współczesności, pomarszczoną wiedźmą. Chce mi się tańczyć!
-Muszę cię tylko uprzedzić, że strasznie plączą mi się nogi przy tańczeniu.
-Ach, czy to ma jakiekolwiek znaczenie? W takiej chwili?
-Ale za to uwielbiam balet.- przyznał Mieciu. Rosie była wniebowzięta.
-To tak samo, jak ja!
-Te skoki, podrygi, dygania nóżkami.
-Ruchy pełne gracji, dystynkcja i niebiańska muzyka.
-I lubię też kuchnię azjatycką.
-To też tak jak ja.
-Pieczone pędraki, smażone mrówki.
-Warzywa w sosie sojowym, omlet na słodko.
W ciemnym kącie Miecia, coś zatupotało nerwowo.
-Co za zbieg okoliczności, że spotkaliśmy się, właśnie my dwoje i właśnie w takim miejscu.
-Im dłużej o tym myślę, tym mniej wierzę w zbieg okoliczności. Sądzę, że to przeznaczenie.
 Na dole amazonarium coś stuknęło. Skończyła się przerwa obiadowa. Pracownicy zaczęli wracać do swoich podopiecznych. Na parterze zapalono wszystkie światła, elektryczne drzwi znowu rozsuwały się z cichym świstem. W pająkarni lekko rozjarzyły się lampy. Ciemność powoli ustępowała. Jeszcze tylko kilka sekund a rozgrzane świetlówki zaleją pająkarnię ostrym, mocnym blaskiem. W kącie, w którym krył się Mieciu, zapanował popłoch.
-Rosie?- nie to powiedział ni stwierdził zdenerwowany do najwyższego stopnia.
-Co takiego, Mieciu?
-Ja... ja muszę ci się do czegoś przyznać. Obiecaj, proszę, że nie będziesz zawiedziona.
Powoli i niechętnie wysunął się ze swojego kącika. Wolniutko, noga, noga, noga za nogą. Kiedy był już na środku pomieszczenia, górna lampa trzasnęła głośno i sala rozjaśniła się od ostrego, żółtego światła. Mieciu dygotał. Rosie krzyczała.

*

Marie, Elsa i Kunegunt siedziały na tarasie, w towarzystwie mężów. Przed każdą z nich aromatycznie parowała zupa z ciecierzycy. Kunegunt, raz po raz, zaglądała pieszczotliwie do otwartej torebki. W środku, w foliowej reklamówce tkwiła olbrzymia żaba i kumkała, nieco zdezorientowana. Panowie raczyli się siódmym już piwkiem. Mieszanina alkoholu i słońca była wyjątkowo mocna, gdyż chichrali się głupkowato i pletli największe bzdury, jakie im tylko przyszły do głowy.
-Rosie, dobry Boże!- krzyknęła Marie. Zauważyła przyjaciółkę, gdy ta, trupioblada, wlokła się ogrodową alejką, krok po kroku,  niczym zombie. Wzrok miała pusty i nieobecny. Trzęsła się na całym ciele. W jednej sekundzie wszyscy znaleźli się obok niej i otoczyli kołem. -Myśleliśmy, że poszłaś zwiedzać wielbłądy! Szukaliśmy cię po całym zoo!
-Do domu.- powiedziała głuchym głosem Rosie, nie patrząc na znajome twarze. –Chcę do domu.
-Ależ oczywiście.
Mężczyźni przestali się śmiać. Zaniepokojeni przypatrywali się Roswicie. Klaus zamachał otwartą dłonią przed jej oczyma, ale ta nie zwróciła na to uwagi.
-Rosie, czy dobrze się czujesz?- zapytał współczującym tonem. –Może chcesz pójść do punktu pierwszej pomocy?
Na te słowa oprzytomniała troszeczkę.
-Doskonale.- odparła, ale wyraz jej twarzy wskazywał na coś zupełnie innego.- Chcę tylko do domu. Nie chcę pierwszej pomocy. Niczego nie chcę. Mam dość. Wszystkiego mam dość. Możemy już jechać?
-Dobrze, już dobrze. Zbierzemy tylko nasze rzeczy.
Droga powrotna minęła im długo i smutnie. Nikt nie śpiewał. Nikt nie żartował. Rosie tępo wpatrywała się w krajobraz migający za oknem.
-Rosie, złociutka, a może masz ochotę na kiełbaskę z rusztu? Możemy się zatrzymać gdzieś po drodze. Łykniesz świeżego powietrza. A może musisz siusiu?- zapytała Kunegunt. Rosie milczała.

*

Trzy tygodnie później sąsiedzi Roswity już całkiem oficjalnie plotkowali, że pani Hildebrandt zwariowała. Dla wszystkich było widoczne, że Rosie rozkwitła jak nigdy w życiu. Z ust nie schodził jej radosny uśmiech, a oczy gorzały od jakiegoś wewnętrznego blasku. Jednak tym, co niepokoiło wszystkich mieszkańców Deppenhausen był fakt, że nikogo nie wpuszczała do domu, nawet listonosza i pracownika gazowni. Nie opuszczała też w ogóle swoich czterech ścian, chyba że na krótko i wieczorami, żeby zrobić drobne zakupy.  Miejscowy spożywczak wprawdzie szczycił się tym, że sprowadza wszelkie artykuły spożywcze, nawet egzotyczne, na zamówienie klientów, ale musiał przyznać się do porażki, gdy Rosie próbowała zamówić kilogram much.
-Przykro mi, nie prowadzimy sprzedaży much.- odparł szczerze zmartwiony kierownik marketu. –Ale jeżeli pani sobie życzy to możemy zaproponować jej specjalność zakładu- nieświeże mięso. Muchy same powinny się zjawić po dwóch, trzech dniach.
Od czasu do czasu, za firankami jej okien, można było dostrzec jakieś niepokojące ruchy. Wielka, obła sylwetka, która na pewno nie należała do pani domu, prześlizgiwała się od salonu do kuchni, z kuchni na korytarz, z korytarza do sypialni. Z otwartych okien dobiegały głośne śmiechy i motywy z jeziora łabędziego, puszczane na CD. Sąsiedzi, którzy mieszkali w drugiej połowie bliźniaka, przysięgali na wszelkie świętości, że słyszą nieustanny tupot za ścianą. Zresztą każdy, kto chciał, mógł się o tym łatwo przekonać, przykładając do ściany szklankę i ciekawskie ucho.
-Rosie- pytały zaniepokojone przyjaciółki, kiedy przypadkiem udało im się ją spotkać- czy u ciebie wszystko w porządku?
-W najlepszym porządeczku!- odkrzykiwała wesoło Rosie.- Czuję się jak nastolatka.
-W ogóle już nie przychodzisz na nasze herbatki.
-Kiedyś przyjdę. Teraz przepraszam, spieszę się do domu. Joł, joł, joł!
Miejscowy psychiatra doktor Mialkowsky, po wysłuchaniu objawów, nie miał wątpliwości.
-Ostra psychoza maniakalna.- stwierdził.- To, niestety, całkiem częste w tym wieku. Obawiam się, że czuje się wina z powodu śmierci Wolfganga. Przez pierwsze miesiące po odejściu wieloletniego partnera pacjent jest w szoku i dla świata zewnętrznego może się wydawać, że zupełnie normalnie funkcjonuje. Dopiero po kwartale, czasem po roku wychodzą na jaw różne niepokojące zjawiska. Może jej się wydawać, że ktoś z nią w domu mieszka, z kimś rozmawia. Może nawet gotować dziwne potrawy i przejawiać upodobanie do niespotykanego jedzenia.
-Jak muchy?- dopytywała się Elsa.
-To najczęstszy objaw.- doktor pokiwał głową.
-Ciągle gra u niej balet telewizyjny!- powiedziała posępnie Marie.- I słychać jak tańczy. Och, tylko nie Rosie. Taka miła, taka dobra, biedna Rosie.
-Co można z tym zrobić panie doktorze?- załkała Kunegunt.
Doktor Mialkowsky wzruszył ramionami.
-W świetle prawa nic.- przyznał.- Dopóki nie zagraża ani sobie, ani nikomu innemu, mam związane ręce. Jedyne co mogę zrobić to zawiadomić opiekę społeczną, żeby mieli na nią uważanie.
-Ale ona wydaje się być taka szczęśliwa!- wybuchnęła Marie, zalewając się łzami.- Żeby pan ją widział! Ma uśmiech od ucha do ucha! I promienieje!
-To drugi, typowy objaw.- przyznał doktor.- Ach... szkoda pani Hildebrandt. Pamiętam, jak uczyła mnie biologii, jeszcze w podstawówce. Była doskonałą nauczycielką. Z jakim zamiłowaniem opowiadała nam o żyrafach i płetwalach. Tylko tematów o pająkach nie mogła ścierpieć. Zawsze mieliśmy zastępstwo, kiedy przerabialiśmy stawonogi. No cóż. Proszę ją odwiedzać jak najczęściej.- polecił załamanym przyjaciółkom.-Może kiedyś w końcu wyjdzie ze swojej jamy.
Zgodnie z zaleceniem doktora następnego dnia zjawiły się przed domem Rosie. Zapukały. Mimo że wewnątrz słychać było ściszone głosy i dźwięki baletu drzwi długo pozostawały zamknięte. W końcu zgrzytnęła ciężka zasuwka. Roswita powoli otworzyła. Stanęła w wąskiej szczelinie framugi, tak aby nikt nie mógł zobaczyć co dzieje się w środku.
-Och, to wy.- powiedziała uszczęśliwiona.- Tak miło was znowu widzieć.
-Jak leci, Rosie?
-O, dziękuję. Świetnie, po prostu świetnie. A co u was?
Milczenie przedłużało się. Marie, Elsa i Kunegunt ze smutkiem wpatrywały się w uśmiechniętą twarz Rosie. To na pewno ona? Taka inna. Taka odmieniona. Rosie, Rosie, co się z tobą dzieje?
-Możemy wejść?- Marie zdecydowała się przerwać milczenie. Rosie zmieszała się.
-Hm... to chyba nie jest najlepszy pomysł. Może trochę później. Za tydzień, dwa. Może za miesiąc.- powiedział ostrożnie.- ale nie teraz. Strasznie mi przykro, ale to nie jest odpowiedni moment.
-Martwimy się o ciebie Rosie.
-Zupełnie niepotrzebnie, moje drogie. Zupełnie niepotrzebnie.
-Może czegoś potrzebujesz?- zapytała Elsa.- Przynieść ci książki z biblioteki? Zrobić zakupy? Pomóc w sprzątaniu?
Rosie uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
-Dziękuję, kochana, ale to zbyteczne. Mam już doskonałą pomoc przy sprzątaniu.
Marie, Elsa i Kunegunt spojrzały na siebie i w jednej chwili zrozumiały bez słów.
-Byłyśmy wczoraj u doktora Mialkowskiego.- powiedziała ostrożnie Kunegunt, starannie dobierając słowa.- Powiedział, żebyś wpadła do niego ktoregoś przedpołudnia, jeżeli tylko masz na to ochotę.
-Wspaniale! To był mój ulubiony uczeń. Pozdrówcie go ode mnie.
-A może wolałabyś wprowadzić się do mnie na kilka dni? Albo kilka miesięcy? – zaproponowała Marie.- Mogłabyś zamieszkać w pokoju dziecięcym. Elleine dawno jest już na swoim. Nie czułabyś się taka samotna.
-Ja w ogóle nie czuję się samotna. Wprost przeciwnie, jeszcze nigdy nie czułam się tak omotana. O tak, to idealne słowo. Wpadłam w sieć zauroczenia.- zachichotała.- Jak mucha w pułapkę.
Było już całkowicie jasne, że niczego więcej nie osiągną. Rosie była stuknięta. To nie ulegało najmniejszej wątpliwości.
-No to do widzenia Rosie. Dbaj o siebie.
-Do widzenia, moje złociutkie.
Drzwi zamknęły się bezszelestnie.
Dom Rosie, kiedyś tak sterylnie czysty teraz oplątany był misterna, delikatną niczym koronka siecią. Z sieci zrobiony był obrus, pokrowce na fotele i nawet narzuta na wielkim, małżeńskim łożu w sypialni. W kuchni wesoło terkotała potrawka z pędraków. Ściany ozdobiono zdjęciami z polaroida. W telewizji leciała relacja z premiery rosyjskiego baletu narodowego. Na stoliku leżały zaprenumerowane egzemplarze „Początkującego terrarysty” i  „Trichopterologia lekko i przyjemnie”. W korytarzu, w równym rządku stała jedna para damskich kapci i cztery męskie. Nie ulegało wątpliwości, że jakaś szczęśliwa para uwiła sobie tutaj miłosne gniazdko.
-Kto to był?
-To moje przyjaciółki. Opowiadałam ci już o nich, Mieciu.
-Poszły sobie?
-Tak.
-To dobrze.
Z ciemności salonu wyłonił się olbrzymi, włochaty pająk wielkości sporej krowy. Jego oczy lśniły metalicznym blaskiem. Nerwowo drobił swoimi cienkimi, długimi odnóżami. Długie czułki drżały konwulsyjnie, bez ustanku omiatając podłogi, ściany i twarz Roswity.
-To dobrze.- powtórzył z lubością Mieciu.- Nikt nie zrozumiałby naszej miłości. Nikt!!!

KONIEC

wasza 
 Helga von Klusken

  p.s. Na koniec tradycyjny toast: Hej, siup w głupi dziób. Nie kopiować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)