Plik PDF tutaj: Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część czwarta, ostatnia.
Ale jednak nie było jej wszystko jedno. Przez cały tydzień przeżywała
wewnętrzne męczarnie. W poniedziałek sądziła, że nie podniesie się z łóżka. Nie
widziała w tym najmniejszego sensu. Dobrze, że chociaż wpadła poczciwa Marie.
Przygotowała jej śniadanie, nakarmiła ploteczkami z miasteczka i trzymała za
ręce, kiedy Rosie szlochała. We wtorek wciąż było źle, ale jednak jakby ciut
lepiej. Nawet wstała z samego rana i sama przyszykowała sobie śniadanie. Mniej
więcej w porze obiadu odwiedziła ją Elsa razem z miską pełną domowego
spaghetti.
-Tak sobie pomyślałam,
że miałabyś ochotę na coś pełnego węglowodanów.- usprawiedliwiła się. Razem
zjadły obiad, zapijając go szklaneczką białego wina, która kurzyła się,
zapomniana w piwnicy.
W środę udało się
jej samej wstać, przygotować śniadanie, a nawet zrobić zakupy w pobliskim
sklepie i zwrócić do biblioteki przetrzymywane książki. Kiedy wracała, objuczona
reklamówkami z mięsem, warzywami i nowym kryminałem, przed domem czekała na nią
Kunegunt.
-Witamy w świecie
żywych.- Kunegunt ucałowała ją siarczyście w oba policzki.
-Chyba żywych
zombie.
-Jak na zombie,
to masz za ładną sztuczną szczękę. Popatrz, co ci przyniosłam, to mapka zoo.
Masz czas do soboty, żeby dokładnie zaplanować trasę naszej wycieczki. Co tylko
sobie życzysz. Możemy zacząć od pawianów, potem przejść do alpak i pingwinów, a
możemy też rozpocząć czymś bardziej przerażającym: tygrysami i wężami. Co tylko
chcesz i w jakiej chcesz kolejności.
-Oh... Dziękuję
Kunegunt. Możesz na chwilkę przytrzymać mi zakupy. Tylko znajdę klucze od domu.
Aaa, tu są. Już, dziękuję. Wejdziesz na filiżankę kawy?
Kunegunt
pokręciła przecząco głową.
-Nie, nie. Za 10
minut mam pierwsze zajęcia z kursu wspinaczki wysokogórskiej.
-To do soboty,
Kunegunt.
-Do soboty,
Rosie.
Przyjaciółka
ucałowała ją raz jeszcze. Już miała odchodzić, kiedy odwróciła się nagle.
-Rosie?- zapytała
z wahaniem.
-No?
-Tylko chcę, żebyś
wiedziała, że ja naprawdę życzyłam wam dużo dobrego. Naprawdę.
-Wiem, Kunegunt.-
Rosie uśmiechnęła się blado.
W czwartek czuła
się już zdecydowanie lepiej. Zrobiła porządek w szafach, na który nie zdobyła
się jeszcze od śmierci Wolfganga. Jego dobre ubrania oddała dla potrzebujących,
na kościelną misję. Część książek zatrzymała, a te których nie potrzebowała
(ustawy o wywozie śmieci, specyfikacje kubłów na odpadki, kalendaria terminów
wystawek itp) oddała na makulaturę. Potem zabrała się za porządkowanie albumów
ze zdjęciami, ale to wcale nie był dobry pomysł. Osuszyła resztkę butelki z
białym winem i zasnęła na podłodze w salonie, tuląc do siebie stare ślubne
fotografie.
Natomiast w piątek
obudziła się zupełnie nowa Rosie, wprawdzie z lekkim kacem, ale za to w wyśmienitym
humorze. Odwiedziła ulubionego (jedynego zresztą w Deppenhausen) fryzjera,
który przeszedł sam siebie i z jej włosów wyczarował najdzikszego dzikiego
barana, jakiego tylko nosiła na głowie starsza pani. Potem odwiedziła sklep z
bielizną. Sprzedawczyni obsługiwała właśnie panią Fitzergarld, która kapryśnie
wybierała nowe pończochy samonośne i koronkowe podwiązki.
-Co dla pani?-
zapytała ją milutka właścicielka butiku.
-Majtki.-
powiedziała pewnym głosem Rosie.- Byle nie barchanowe gajty.
Pani Fitzergarld
przerwała swoje medytacje nad cieniutkimi koronkami i atłasami.
-Niech pani
weźmie te.- poradziła Rosie, wskazując palcem na śliczne, ażurowo-czerwone
leciutkie i przewiewne cudo.- Wyjątkowo wygodne. Sama mam trzy pary i czuje się
w nich na kobietą na nowo.- zapewniła.
Roswita nie wahała
się ani chwili. Już po chwili była dumną właścicielką czegoś, czego wprawdzie
więcej nie było, niż było, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Nagle
zrozumiała, że drobne radości życia ważne są w każdym wieku.
A w sobotę Rosie,
z samego rana, spojrzała w lustro i uśmiechnęła się serdecznie do swojego
odbicia. Bluzkę z żabotem zmieniła na obszerny t-shirt, grubą spódnicę na
wygodne dżinsy z gumką. Oczywiście nikt nie widział koronkowego cuda, które
skrzętnie ukrywała pod spodniami, ale sama myśl, że tam jest, dodawała jej pewności
siebie.
Przed domem głośno
zawyło klaksonem auto, a zaraz po nim drugie- jeszcze głośniej i jeszcze
dłużej.
-Jedziemy na dwa
samochody!- krzyknęła Kunegunt wychylając głowę ze starej zielonej Mazdy.
-Nie powiódł się
plan przykucia łańcuchami mężów w piwnicy!- wrzasnęła Elsa z niebieskiego Forda.-Trzeba
ich zabrać, ale może będziemy miały szczęście i sprzedamy ich gdzieś po drodze.
-Przykucia
łańcuchami?- zdenerwował się mąż Elsy, Günther.- Przecież ja wcale nie chciałem
jechać. To ty mnie zmusiłaś. Ja chciałem oglądnąć relację mistrzostw kraju w
pływaniu synchronicznym nastolatek.
-Ciiicho,
głuptasie.
Godzinna, w
zamierzeniu, podróż do Dortmundu upłynęła głośno i bardzo wesoło. Razem śpiewali
stare przeboje Depeche Mode i Davida Bowie, niemiłosiernie fałszując i
podstawiając w miejsce słabiej znanych zwrotek własną twórczość typu ” hop,
siup, sialalala” lub „płynie statek po głębinie, czy Titanic go wyminie?”. 12
razy zatrzymywali się w gęsto rozsianych po autostradzie Raststätte
(zajazd) z barem szybkiej obsługi,
toaletą, hazardowymi automatami i sklepikami z lokalnymi pamiątkami. 11 razy,
żeby panowie mogli skorzystać z toalety a za 12 razem, żeby kupić dla Güthera
gumową poduszkę przeciwko hemoroidom.
Kiedy wjeżdżali
do Dortmundu była godzina 11. Dwa
kwadranse później znaleźli miejsce na parkingu przy zoo.
-Uff.- sapnął Ebenhardt, mąż Marie. Z trudem
wytoczył się z samochodu, przyklęknął na kolano i teatralnym gestem dotknął
wysypanego na parkingu żużlu.- Odległa kraino. Ja, podróżnik z dalekiej Europy,
biorę cię w posiadanie i oddaję w wieczyste użytkowanie niemieckiego podatnika,
pod panowaniem miłościwego nam kanclerza.
-Co znowu za
głupoty ci przyszły do głowy?- strofowała go Marie.
-Jakie znowu
głupoty? Myślisz, że Kolumb powiedział coś innego, po odkryciu Ameryki?
-Ale ty nie
jesteś Kolumbem i nie odkryłeś zaginionego lądu.
-Ale tak się
czuję.- naburmuszył się Ebenhardt.- Dwie godziny ściśnięty w tej metalowej
puszce, wytrzęsiony przez sztormy i nawałnice.
-Szklaneczkę
rumu?- zaproponował fachowo Klaus, partner życiowy Kunegunt.
-Czemu nie?
-Szklaneczkę rumu
i plasterek kwaśnej pieczeni.- wtrącił Günther.- Posiłek godny pirata i
odkrywcy.
-Arr!
Po krótkich
ustaleniach zdecydowano, że trzech, nieco nadgryzionych zębem czasu, piratów
ruszy przodem, by nawiązać miejscowe stosunki z autochtonami i przehandlować
szklane paciorki za kiełbasę z piwem (jak się uda) ewentualnie za twardą walutę
(jak nie będzie innego wyjścia) a cztery piękne, wiecznie młode syreny rozpoczną
zwiedzanie i dołączą do towarzyszy w porze obiadowej. Tym sposobem każdy był
zadowolony. Kupili wejściówki i
rozdzielili się.
-Restaurację
znajdziecie zaraz obok placu zabaw dla dzieci, niedaleko wybiegu dla muflonów i
tapirów. – Kunegunt wskazała mężczyznom punkt na mapie apetycznie oznaczony
nożem i widelcem.- Postarajcie się nie robić zbędnego zamieszania, ograniczcie
brzydkie wyrazy i nie straszcie otoczenia.
-Mamy nie
straszyć dzieci? Przecież każdy pirat jest dziecięcym postrachem.
-O dzieci się nie
boję. One są twarde, bo dorastają w twardych czasach. Nie straszcie swoim
wyglądem biednych tapirów i muflonów, bo one niczemu nie zawiniły.
-Kobieto nie
znasz się.- Ebenhard mlasnął ustami, wyrażając tym samym swoją pogardę dla
całego kobiecego, dziecięcego i mufloniego rodu.- Parzystokopytne to
najmściwsze ze wszystkich zwierząt.
-Prawda, prawda.-
przytaknął Klaus.- Twój ostatni mleczny prosiak mścił się na mnie całą noc, w
toalecie.
-Nie mściłby się,
gdybyś go nie zeżarł razem ze słoikiem galaretki żurawinowej, połową blaszki
sernika i 3 litrami Mirindy.
-My tu
przyjechaliśmy na wycieczkę, czy żeby naprawiać małżeńskie problemy?
Z tymi słowami
brzydsza część społeczeństwa oddaliła się, nęcona odległymi zapachami kiełbaski
w sosie curry i majonezowych frytek.
Kunegunt patrzyła
chwilę za znikającymi na horyzoncie trzema postaciami. Krew dzikich Germanów
widocznie znowu w nich zawrzała, gdyż śmiali się głośno, pokazywali
rozchichotanym dzieciakom głupie miny i nieudolnie zaczepiali młode pracownice
obsługi.
-No.- wzięła się
pod boki.- Może przy odrobinie szczęścia ktoś wpakuje ich do klatki. Jeżeli o
mnie chodzi, to może być nawet klatka z tygrysami. To od czego zaczynamy Rosie?
-Od flamingów,
oczywiście.
Zoo w Dortmundzie
nie było największe ani najładniejsze w regionie. Lata świetności też już dawno
miało za sobą. Wyłożone betonowymi płytkami alejki były spękane i pełne
chwastów. Drewniane ławeczki dawno już domagały się pędzla i odrobiny świeżej
farby. Barierki były przerdzewiały a same klatki czerwone od wilgotnych
nacieków. Mimo to wszystko tu pełne było życia, śmiechu, treli, wycia,
zwierzęcego chichotu i porykiwań. Wybiegi, mimo że skromne, były czysto
wymiecione i uprzątnięte ze śmieci i odchodów. Woda była przejrzysta, a
nagrzany piasek zachęcał do figli i leniwego wypoczynku. Same zwierzęta
wydawały się być zadowolone ze swojego losu na tyle, na ile jest to możliwe w miejskim
zoo. Lwy tarzały się na grzbietach, tygrysy mruczały z zadowolenia, słonie
leniwie oblewały wodą, a antylopy hasały po soczyście zielonej trawie. Tuż przy
wejściu różowe stadko flamingów nieruchomo kontemplowało swoje odbicie w
płytkim stawie.
-Że też im się
chce tak stać.- dziwiła się Marie.
-Wołałabyś, gdyby
się położyły?
Następne były
wielbłądy, po nich rajskie ptaki, orangutany, dzikie koty, zebry, bawoły i
strusie. Przy żyrafach Rosie poczuła mocny ból w sercu. Zacisnęła zęby i energicznie
potarła powieki, aby nikt nie zobaczył w jej oczach łez.
-A węże?-
dopominała się Elsa.- Kiedy pójdziemy do węży?
-Żartujesz,
prawda?
-Nie, skąd! Ja
uwielbiam węże. O patrzecie! Tam jest
Amazonarium. 1000 gatunków węży, żab, dżdżownic, pająków, patyczków i
karaluchów.- czytała z ustawionej tabliczki.
-Po co mam płacić
za oglądanie karaluchów? Takie atrakcje to ja mam u siebie w piwnicy. Zupełnie
darmo.
-Ale to nie byle
jakie karaluchy. Rzadkie karaluchy.
-Moje też są
rzadkie. Szczególnie, jak się je rozdepcze.- irytowała się Kunegunt.
-Tu jest
napisane, że mają największego węża boa królewskiego w całej Europie. 9 metrów
długości. Popatrz jaki gruby. To zdjęcie
zrobiono chwilę po tym, jak zjadł całego warchlaka.
-To bardzo
prawdopodobne. Dawno już nie miałam wiadomości od mojego byłego męża.
-To jak? Idziemy?
-Och, proszę
nie!- krzyknęła Rosie, mieniąc się na twarzy ze strachu. -Nienawidzę bezkręgowców.
Nie będę mogła potem spać. Wszystko tylko nie to!
-Proooooszę.-
jęczała kapryśnie Elsa.- To nie będzie długo trwało. Tylko rzucimy na nie okiem
i zaraz możemy spadać do małpiatek. Proszę, proszę, proszę! Co to za wizyta w
zoo bez największego w Europie boa?
Wszystkie trzy
spojrzały na Roswitę a Roswita spojrzała na wielkiego, paskudnego węża,
namalowanego nad drzwiami wejściowymi. Wąż miał w ślepiach żądzę mordu, a z
jego nienaturalnie wielkich kłów ściekał zabójczy jad.
-Szybciutko i z
zamkniętymi oczami.- zastrzegła.- Za stara już jestem na aż takie atrakcje.
W środku
amazonarium było gorąco i duszno. Tropikalne rośliny, poustawiane w olbrzymich
donicach wydzielały słodki zapach, mieszaninę cynamonu, wanilii i wilgotnej
ziemi. Błękitne szyby w oknach przepuszczały dużo światła i tworzyły nieco
magiczną atmosferę, w której swobodnie przeplatały się piękno i groza. Akwaria
i terraria umieszczono w specjalnie przygotowanych wnękach w ścianie. Już przed
samym wejściem do serpentarium*, zza szyby wytrzeszczała oczy czarna mamba, połyskliwe
niczym diamenty. Rosie zrobiło się słabo.
-Uch... To chyba
jednak nie był najlepszy pomysł. Ja naprawdę nie lubię tych wszystkich obłych,
obślizgłych, wijących się zwierząt. Nie zostawiajcie mnie samej.- wyjąkała do
przyjaciółek.
-Nie panikuj!-
zakrzyknęła wesoło Elsa.- Fajnie będzie!
Spłoszona
krzykiem mamba rozpostarła płaszcz i z sykiem obiła się o szklaną ścianę. Rosie
odskoczyła i pędem wbiegła do głównej sali. Sterowane fotokomórką drzwi
otworzyły się z metalicznym zgrzytem. W środku było jednak gorzej. Rosie ścisnęła
Kunegunt za rękę i zamknęła oczy.
-Prowadź mnie.-
szepnęła.
Przez zmrużone
powieki widziała jednak olbrzymie cielska, które z leniwym szumem przelewały
się po piasku i kamieniach. Drobne, jadowite zielone żmijki z gracją wiły się
wśród konarów. Kobry milcząco prezentowały swoje okulary, obracając się jakby
specjalnie dla zwiedzających. Grzechotniki wściekle tłukły ogonami. W innych
salach wcale nie było lepiej. Małe, wstrętne kameleony łypały na nią swoimi
wielkimi oczami. Grube pędraki budziły obrzydzenie. Patyczaki powodowały
skurcze w żołądku. Wydawane przez gady szelesty, świsty i cykanie doprowadzały
ją prawie do szaleństwa.
-Wychodzę.-
oznajmiła stanowczo, szarpiąc Kunegunt za łokieć.
-Chyba nie teraz,
kiedy zabawa jest najlepsza.- odparła Kunegunt. Właśnie drażniła się z małym
skorpionem. Stukała w szybę. a pajęczak próbował ją atakować swoim zakrzywionym
kolcem. Rosie zrobiło się nagle bardzo słabo, duszno i bardzo niedobrze
jednocześnie. Marie i Elsa gdzieś zniknęły, rozproszyły po innych wystawach.
-Ej, dziewczyny!-
z daleka dobiegł zduszony głos rozgorączkowanej Elsy.-Chodźcie tutaj zobaczyć!
Tu mają trującą ropuchę!
-Serio? Można kilka
kupić? Wpuściłabym je pani Fitzergarld do ogródka.- Kunegunt z wrażenia natychmiast
zapomniała o Rosie i jednym skokiem znalazła się na korytarzu. Drzwi rozsunęły
się posłusznie.
-No, a co ze mną?
Rosie w panice
rzuciła się w pościg za Kunegunt. Gdzie teraz? Na prawo? Na lewo? A może przed
siebie? W jej przerażonych oczach niewielki budynek amazonarium urósł do
rozmiarów groźnego labiryntu z morderczymi, żądnymi krwi strażnikami czającymi
się na każdym rogu i w każdej klatce. Jej przyjaciółek nigdzie nie było widać. Nawet
pozostali zwiedzający ulotnili się, jakby specjalnie, by zrobić jej na złość. Targana
strachem Rosie, w panice, zaczęła szukać po wszystkich wystawach i biegać po
pomieszczeniach wypełnionych łuskami, śliską skórą i wielką ilością
patykowatych, drżących odnóży. Co za obrzydlistwo!
-Marie!
-Elsa!!
-Kunegunt!!!
Nikt jej nie
odpowiadał. Jej wołania odbijały się od grubych ścian amazonarium. Kierowana strachem
wbiegła po schodach na piętro i bezprzytomnie tułała się między salami. Nikogo
jednak nie znalazła.
Znajdowała się właśnie w ciasnym pomieszczeniu
bez okien, pełnym malutkich wnęk, kiedy nagle światło z jarzeniówek ocieplających
terraria zamigotało, zafalowało i zgasło. Lampy wyłączyły się z cichym
trzaskiem. Elektryczne drzwi znieruchomiały. Rosie otoczyły ciemności.
Uderzyła w drzwi,
ale te ani drgnęły. Bum! Bum! Bum!
-Halo?- wrzasnęła,
najgłośniej jak tylko potrafiła. –Czy ktoś mnie słyszy?
Z korytarza nie
dobiegał najmniejszy nawet szmer. Roswita poczuła, jak zimny pot spływa jej
wzdłuż kręgosłupa, aż do pięt.
„Spokój, spokój
głupia panikaro!” nakazała sobie w myślach. „To przecież pewnie tylko krótka
awaria. Albo przerwa w dostawie prądu. Zresztą, już przecież musieli się
zorientować, że mnie nie ma. Zaraz ktoś mnie znajdzie.” Za drzwiami panowała
głucha cisza.
Trwoga wzrastała
w jej sercu.
„No szybciej,
szybciej.” Poganiała w myślach niewidoczną pomoc. „Niech ktoś tu w końcu
przyjdzie.”
Jeszcze raz
załomotała pięściami.
-Halo! Halo! Ja
tutaj utknęłam! Niech ktoś zawiadomi dyrektora! I straż pożarną! I mojego
adwokata!
Nic.
Cisza.
Spokój.
Ciemność.
„Tylko bez
paniki. W ogóle nie ma powodu, żeby się bać”. Sztuczna szczęka Rosie, jakby na
przekór, zakłapała mocno ze strachu. Zza
zamkniętych drzwi dobiegły nagle cisze szurania, popiskiwania i westchnienia.
Żerujące nocami węże, owady i inne bezkręgowce zbudziły się ze swojego dziennego
letargu. Oszukane iluzją nagłej nocy zaczęły wydawać swoje zwykłe dźwięki.
-Ja w ogóle nie
histeryzuję!!!- wrzasnęła Rosie. –Ale niech mnie ktoś wypuści albo nie ręczę za
sama siebie!!!
Nagle wydało jej
się, że czuje jakiś ruch, zaraz obok swoich stóp. Jęknęła. W tej samej chwili
coś trzasnęło łagodnie i wróciło awaryjne zasilanie. Terraria wprawdzie wciąż
spowite były w ciemnościach natomiast fluorescencyjne napisy nad drzwiami i
ścianach rozjaśniły się skąpym, niebieskawym blaskiem. Rosie poczuła, jak wszystkie
włosy jeżą się jej ze zgrozy. Wysoko nad jej głową, w kompletnym mroku,
złowrogo błyszczał sie jeden, przerażający wyraz:
pająkarnia.
Rosie nie była
pewna, ale wydawało jej się, że zemdlała.
*
Ocknęła się z niedobrym przeczuciem, że jakieś cienkie, włochate czułki
delikatnie dotykają jej twarzy. Zerwała
się przerażona. Czy to coś poszło sobie, czy tylko jej się tak zdawało? Ile
czasu była nieprzytomna? Czy już rozpoczęła się akcja ratunkowa? A prąd? Może
chociaż prąd wrócił?
Niestety, płonne były
to nadzieje. Pająkarnie wciąż spowijał mrok a drzwi nie ustępowały.
-Halo? Jest tam
kto?- zawołała słabym głosem, żeby się upewnić, czy faktycznie utknęła w tym
przerażającym miejscu sama, opuszczona i zapomniana. Głucha cisza tylko
potwierdziła tę smutną prawdę.
„Na strach
najlepsza jest piosenka.” przypomniała sobie stare, harcerskie przykazanie.
-W ogóle się nie
boję,
świetne mam
nastroje.
Podam was do sądu,
za odcięcie
prądu.- nuciła cichutko drżącym głosikiem.
-A jak zeżrą mnie
robale,
to nie wypłacicie
się wcale.
A jak wąż będzie
mi katem,
to poszczuję
adwokatem.-te urocze słowa dedykowała dyrekcji zoo. W kierunku dortmundzkiego
zoo poleciały również inne, zdecydowanie mniej parlamentarne słowa i wyrażenia,
ale autorka (czyli ja) litościwie pominie je milczeniem.
Nagle... Co to?
Jakiś szmer? Ależ tak! Na sto procent jest pewna, że w kącie pająkarni, w
miejscu spowitym najszczelniejszym mrokiem coś się poruszyło. I co to? Tupot?
Tupot wielu małych stópek?
-Kto tam jest?-
wrzasnęła.- Proszę odpowiedzieć! Mam przy sobie ulotkę klubu karate i nie
zawaham się jej użyć.
Cisza. A potem
ktoś albo coś, czający się w kącie westchnął cicho.
-Proszę się nie
denerwować.- odpowiedział cichutki, pokorny męski głosik.- To wcale nie awaria
prądu tylko przerwa obiadowa. Amazonarium zawsze zamykają w czasie przerwy na
jedną godzinę. Nikt pani nie powiedział?
-Nikogo nie
widziałam.- przyznała Rosie.-To znaczy, że uwięziono nas tu na całą godzinę?
-Uwięziono...
hm...- odparł z lekkim zażenowaniem nieznajomy.- Można tak powiedzieć.
-Uff.- Rosie
odprężyła się. Z ulgą opadła na ziemię i oparła plecami o drzwi. Och! Co za
banalnie proste wyjaśnienie. A więc będzie żyć, żyć! Nie skończy w brzuchu
czarnej mamby. Nie rozszarpią jej kameleony ani patyczaki!
- Nie wie pan,
czy nie ma tu jakiegoś telefonu awaryjnego, żeby zawiadomić dyrekcję? A może
chociaż ma pan komórkę?
Obcy zmieszał
się.
-Pani wybaczy,
ale nie.- odparł piskliwie.- Jestem trochę staromodny, jeżeli chodzi o
najnowsze zdobycze techniki. Komórki nie mam.
-Pech, bo i moja się rozładowała.
- Mogę za to
służyć doskonałą siecią.
-Tylko co nam po
doskonałej sieci, skoro zasięgu nie ma?
Kamień spadł Roswicie
z serca. Teraz kiedy wiedziała, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo, z towarzyszem
niedoli u boku, który tak samo jak i ona przypadkowo dał się zamknąć w ciemnym
amazonarium- nie bała się już niczego. Zawsze łatwiej to znieść takie drobne
niedogodności we dwoje. Nie ma się czego bać. Za godzinę, a może nawet mniej,
wszyscy wrócą z przerwy obiadowej i wypuszczą ją z tej obślizgłej bastylii.
Zachichotała nagle, kiedy przypomniała sobie, jakie to straszne rzeczy
wyobrażała sobie jeszcze przed chwilą.
- Och, proszę,
niech się pan ze mnie nie śmieje, ale wyobraźnia zaczęła mi płatać figle. Już
myślałam, że zostałam tu zamknięta na wieczność z pożerającym ludzi, największym
w Europie boa królewskim. Albo nawet z włochatym, obrzydliwym, wielkim jak słoń
pająkiem. Kto wie? Może nawet mówiłyby ludzkim głosem? Och, czytam chyba za
dużo sciene-fiction.
Chwila ciszy.
Kryjący się w ciemnościach nieznajomy jakby zastanawiał się nad czymś
intensywnie.
-Pani nie lubi
pająków?- zapytał nieśmiało po długiej chwili milczenia.
-Nienawidzę.-
Roswita aż wstrząsnęła się z obrzydzenia.-Ach! Te małe, owłosione nóżki. Te
świdrujące oczka. Ten wielki, mechaty kuper. Każda część ciała, która ciągle
tylko drga, podskakuje, ślizga się i wygibuje. A nocami wychodzą ze swoich
kryjówek, włażą do ust i nosów, składają w uszach małe jajeczka, z których
wykluwają się tysiące malutkich pajączków. Pan się nie śmieje.- zastrzegła, bo
obcy zachichotał.- Widziałam taki dokument na Discovery Channel.
-To tylko oszczerstwa
rzucane przez właścicieli puchatych kotków i piesków.- odparł, dławiąc się od śmiechu.-
Zwyczajnie są zazdrośni. Żaden pies ani kot, ani nawet królik nie jest w
połowie tak inteligentny jak pająk. Zaręczam pani, że nie robimy nic takiego.
To znaczy, że pająki nic takiego nie robią.- poprawił się.- Po co mielibyśmy...
to znaczy, po co miałyby składać jajeczka w brudnych, nie wiadomo kiedy ostatni
raz mytych uszach? Może mi pani wierzyć, mam informacje z pierwszego odnóża.
Ciemna, wilgotna wnęka pod kuchennym zlewem lepiej się nadaje do wychowywania
potomstwa niż zalepione woskiem małżowiny. Pajaki są bardzo odpowiedzialnymi
rodzicami. Nie to co ludzie. Nie porzucają swoich małych i nie decydują się na
duże rodziny, kiedy mają słabą sytuację muchowo-ekonomiczną. Szczerze, to
ludzie mogli by się od nich wiele nauczyć. Na przykład budowania trwałych więzi
rodzinnych. Proszę mi wierzyć, mam dziesięć tysięcy wnuków i znam imię każdego
z nich.
-Co?- Rosie myślała,
że się przesłyszała. Obcy zmieszał się. W jego kącie coś zachrobotało,
zatrzeszczało. Nieznajomy jeszcze bardziej cofnął się, kryjąc w mroku.
-To znaczy...
chciałem powiedzieć... że pamiętam imię każdego mojego wnuka i wnuczki.
-Ma pan dużą
rodzinę?
-Olbrzymią, droga
pani.- odparł jej towarzysz, z lekką nutką pychy w głosie.- Olbrzymią.
-Musi pan być z
nich bardzo dumny.
-No... –
nieznajomy zawahał się.- Dzieciaki są w porządku. Cześć z nich już się usamodzielniła
i poszła wić swoje własne sieci. Część wyjechała. Pracują w innych ogrodach
zoologicznych w całej Europie, jeden nawet jest w Ontario, w Kanadzie. Kilkoro
podjęło współpracę z instytucjami naukowymi i są cenionymi współpracownikami.
Paru zrobiło karierę w kinematografii, szczególnie w horrorach. Tylko jeden
robi w komediach. Pani widziała „Kevin sam w domu”? To film taki.
-Owszem. Na Boże
Narodzenie zawsze w telewizji leci.
- Dokładnie,
dokładnie. Tam gra mój najmłodszy, Januszek. Krytycy się zachwycali, że tak
naturalnie wczuł się w rolę, sam talent. Wszyscy w rodzinie się dziwiliśmy, że
nie nominowano go do Złotych Globów. Ale wie pani jak to jest, jak się nie ma
kontaktów na szczycie. Bo to ktoś zauważy prawdziwy talent? Nawet na after
party po Oskarach go nie zaproszono. Januszek sam się wprosił, ale ochroniarze
pobili go gazetą. Ledwie z życiem uszedł.
-To okropne. W
życiu by mi do głowy nie przyszło, że w tej Ameryce tacy agresywni ochroniarze
są.
-A jakże. Tego na
filmach nie widać. Kamera widzi tylko luksus i czystość. A za kulisami tani
blichtr i kurze.
-Zawsze marzyła
mi się duża rodzina.- stwierdziła trochę chmurnie Rosie.- No cóż. Życie te
marzenia nieco zweryfikowało. A pozostali?
-Z małżonki dumny
jestem trochę mniej. – przyznał nieznajomy.- Matką była w porządku. I jedzenie
wstępnie przetrawiała dla dzieciaków, kołyski im plotła, dbała o edukację jak
należy, jak muchy łapać i takie tam. Tylko z nami dwojgiem to jednak trochę nie
wyszło. Zdarzało jej się przejawiać niepohamowany apetyt, pani wie po czym... Ja bardzo przepraszam, że tu takie tematy są
poruszane, może panią to krępuje?
Rosie
zaprotestowała.
-Skądże. Żyjemy w
dwudziestym pierwszym wieku. Ludzie z mojego rocznika dżidżejują (cokolwiek to
znaczy) w klubach techno i jeżdżą na nartach. Czasy się zmieniły, proszę pana,
i choćby nam się to nie podobało, trzeba patrzeć w przód. Oh, tak na boku.
Jestem Rosie. Skoro spędzimy tu całą godzinę zupełnie sami to może moglibyśmy
sobie mówić po imieniu? Co pan na to?
-Nie pan, tylko
Mieciu.- obcy, ale teraz już nie obcy, tylko Mieciu był wyraźnie zadowolony.-
siąknął nosem. Rosie zaniepokoiła się.
-Mam nadzieję, że
cię w niczym nie uraziłam, Mieciu? Dlaczego płaczesz?
-To tylko łzy
wzruszenia.- zaszlochał uszczęśliwiony.- Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz
ktoś zwrócił się do mnie po imieniu, jak pają... to znaczy jak człowiek do
człowieka. Od wielu lat, wszyscy mówią mi tylko po nazwisku: Theraphosa
Apophisis. Jakbym był zupełnie bez uczuć albo jakimś okazem w zoo. Ale, żeby
ktoś tak ze szczerego serca do mnie powiedział: „Mieciu? Co u ciebie słychać,
stary?” Nie przypominam, kiedy ostatnim razem się mi przytrafiło.
- Theraphosa
Apophisis. – głośno zastanawiała się Rosie.- Oryginalne nazwisko. Grek?
-Nie, nie Grek.
Przybyłem z Ameryki Południowej, w kartonie po bananach.
-Jesteś uchodźcą
politycznym?
-Mmm... można to
tak nazwać.
-No, a żona? Ta z
wielkim apetytem po... po wiesz sam czym. Też nie mówi do ciebie po imieniu?
-Rozstaliśmy się
jakiś czas temu. Za każdym razem po, próbowała
odgryźć mi głowę.
-Och! To chyba
było niebezpieczne!- zawołała zdumiona Rosie.
-No, proszę sobie
wyobrazić. Nie chciałbym za bardzo wchodzić w szczegóły, bo to jednak trochę
krępujące, ale tu muzyczka nastrojowa, tutaj pachnące świeczki a wciąż trzeba
się pilnować, żeby jej szczękoczułki nie znalazły się za blisko mojej szyi.
Trochę to jednak odziera z tego romantycznego nastroju.
-Mimo wszystko to
wciąż bardziej romantyczne niż wszystko, co się mi przytrafiało.- Rosie
westchnęła zadumana. Usadowiła się wygodniej na twardej podłodze. W błękitnej
poświacie awaryjnego światła jej twarz wyglądała na bladą i zmęczoną. –Nie pamiętam,
kiedy ja ostatnio zapalałam z Wolfgangiem zapachowe świeczki. Mój Boże, w
latach sześćdziesiątych nawet tego nie było. Czyżby tyle mnie w życiu ominęło?
-Wolfgang to twój
pająk? Znaczy... mąż?
-Był moim mężem.-
szepnęła cicho Roswita.- Odszedł do lepszego świata 4 miesiące temu.
Przynajmniej mam taką nadzieje, że jest lepszy.
-Niech mu sieć
lekką będzie.-odpowiedział poważnie Mieciu.
-Zdaje sobie pan
z tego sprawę, Mieciu, ile nas w życiu omija?- Rosie kontynuowała smutnym
tonem.- Czasem nawet zastanawiam się, czy to ja zmieniłam się w mumię czy ten
świat, na zewnątrz, oszalał. Za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, dowiaduję
się o tylu nowych rzeczach, nowych osiągnięciach, nowych rekordach. Nawet nie
nauczyłam się dobrze programować magnetowidu a tu powstają nowe wynalazki. Co
to są hasztagi? Gdzie można kupić kilogram youtuba? Co to jest twitter? Nawet
nasz pastor go używa, a ja nie mam zielonego pojęcia, o czym on mówi. I tak
sobie myślę, czy ja kręcę się jeszcze razem z tym światem, czy mnie już wyrzucono
gdzieś poza orbitę.
-Doskonale to
rozumiem. Doskonale. Samemu mi wstyd, że pozostaję w tyle za ewolucją.
-Idealne słowo.
-No, ja myślę.
Inne gatunki już dawno wykształciły dodatkowe kły albo kręgosłupy a u mnie wciąż
to samo, od plejstocenu. Załamać się można.
Rosie zachichotała.
-Masz oryginalne
poczucie humoru Mieciu. Dokładnie tak samo ja się czuję. Jak jaskiniowiec.
-Jak samotny
pająk jaskiniowy.- westchnął jej towarzysz.- Trochę smutne to wszystko Rosie.
Czy my w ogóle mamy jeszcze jakieś cele w życiu? Pragnienia? Coś do
osiągnięcia? Czy na nas coś jeszcze czeka?
-Ostatnio
przyjaciółki próbowały umówić mnie na randkę.- powiedziała Rosie z pewnym
wahaniem.
-Mhm. I jak
było?- zainteresował się Mieciu.- Nie żebym wściubiał otwór gębowy w cudze
życie, ale sam powoli zastanawiam się, czy jednak nie dać sobie drugiej szansy.
Jeszcze wcale nie jestem taki stary, może mógłbym sobie kogoś owinąć. Mam
dopiero 8 miesięcy, najlepsza połowa życia dopiero przede mną.
- Jak było?
Tragicznie.
- O, żesz w sieć.
-Pierwszy był
przedsiębiorcą pogrzebowym.- zaczęła swoją opowieść Rosie.- Tak bardzo bał się
śmierci, że zaabonował cały dostępny asortyment apteki. Jedna pigułka na wigor,
druga na chęci a trzecia na lęk przed umieraniem. Drugi był jego zupełnym
przeciwieństwem. Żyje tak intensywnie, że nawet nie zauważył pędzących lat.
Wciąż mu się wydaje, że ma mnóstwo czasu i na karierę, i na założenie rodziny i
na dorastanie. A trzeci... A trzeci był idealny. Szkoda, tylko że umarł,
dokładnie w tej samej chwili, kiedy się w nim zakochałam i kiedy mi się
zdawało, że chwyciłam Boga za piętę. Pan Bóg drugą piętą dał mi w zęby. No cóż.
Starzy ludzie są kapryśni, umierają jak im się tylko żywnie podoba i nie patrzą
na innych. Chciałabym, żeby świat przestał się tak dramatycznie zmieniać.- stwierdziła
na koniec.
-Trochę
nierealne.- Mieciu był sceptyczny.
-No to chociaż,
żebym zrozumiała te szalone zmiany. Od młodości do starości niby tylko kilka
dni przminęło a za oknem widoki jakby z innej planety. A ty, Mieciu? Jakieś
konkretne plany na starość?
Jej towarzysz
zastanawiał się chwilę.
-Chciałbym, żeby
przestano traktować mnie z taką obojętnością. Jakbym był obiektem
doświadczalnym albo tanim okazem do pokazywania znudzonej gawiedzi. Chciałbym
mieć kogoś kto z samego rana uśmiechałby się do mnie i mówił: dzień dobry
Mieciu. Ja ci się spało Mieciu? Miałbyś ochotę na tłustą muchę, Mieciu? Takie
zwyczajne. Takie bardzo pająkowe, to znaczy ludzkie.- poprawił się.- Takie po
prostu.
Rosie wydał lekki
okrzyk zaskoczenia. Przecież to było to samo o czym i ona marzyła. No, może z
wyjatkiej tej muchy, ale przecież każdy ma różne gusta kulinarne, no nie?
Mieciu kontynuował.
-Nie uwierzysz,
ale są ludzie, którzy reagują na mnie z obrzydzeniem. To prawda, może nie
jestem najładniejszy, ale przecież mam serce po właściwej stronie odwłoka, jak
każdy.
-Mam wrażenie
Mieciu, że czytasz w moich myślach.- wyjąkała zdumiona Rosie.- Nie wierzę w to,
że ktoś może reagować na ciebie z obrzydzeniem. Wydajesz się taki czuły, taki
delikatny, taki skromny.
-A owszem,
owszem. Krzyki i piski. „Ojeju, jeju jaki on wielki! Ojeju, jeju jaki
włochaty!” To moja codzienność.
-To nieludzkie!
Oceniać kogoś po wyglądzie? Tego nie powinno się robic nikomu.
-Rosie. Muszę ci
się przyznać, że ciężko spotkać człowieka, który by sądził tak jak ty. Większość
najchętniej urządziłaby na mnie polowanie z widłami i kapciem. Podczas gdy ja
szukam tylko kogoś, kto patrzyłby mi we wszystkie cztery pary oczu i cieszył
się, że razem możemy spędzić wieczność. Bez pośpiechu, bez nerwów, bez miotacza
ognia pod ręką. Może trochę niezbyt spektakularny plan, ale to najlepszy, jaki
mam.
-Przy tobie
kobieta może czuć się taka bezpieczna. Czy wobec tego kilka zmarszczek albo
nadmierne owłosienie może mieć jakiekolwiek znaczenie? Ludzie już zapomnieli,
że najlepiej widzi się tylko sercem. A serce nie starzeje się nigdy. Och, chce
mi się śmiać i płakać jednocześnie. Myślałam, że nikt już mnie nie zrozumie. Że
na zawsze zostanę starą, nieprzystosowaną do współczesności, pomarszczoną
wiedźmą. Chce mi się tańczyć!
-Muszę cię tylko
uprzedzić, że strasznie plączą mi się nogi przy tańczeniu.
-Ach, czy to ma
jakiekolwiek znaczenie? W takiej chwili?
-Ale za to
uwielbiam balet.- przyznał Mieciu. Rosie była wniebowzięta.
-To tak samo, jak
ja!
-Te skoki,
podrygi, dygania nóżkami.
-Ruchy pełne
gracji, dystynkcja i niebiańska muzyka.
-I lubię też
kuchnię azjatycką.
-To też tak jak
ja.
-Pieczone pędraki,
smażone mrówki.
-Warzywa w sosie
sojowym, omlet na słodko.
W ciemnym kącie
Miecia, coś zatupotało nerwowo.
-Co za zbieg
okoliczności, że spotkaliśmy się, właśnie my dwoje i właśnie w takim miejscu.
-Im dłużej o tym
myślę, tym mniej wierzę w zbieg okoliczności. Sądzę, że to przeznaczenie.
Na dole amazonarium coś stuknęło. Skończyła
się przerwa obiadowa. Pracownicy zaczęli wracać do swoich podopiecznych. Na
parterze zapalono wszystkie światła, elektryczne drzwi znowu rozsuwały się z
cichym świstem. W pająkarni lekko rozjarzyły się lampy. Ciemność powoli ustępowała.
Jeszcze tylko kilka sekund a rozgrzane świetlówki zaleją pająkarnię ostrym,
mocnym blaskiem. W kącie, w którym krył się Mieciu, zapanował popłoch.
-Rosie?- nie to
powiedział ni stwierdził zdenerwowany do najwyższego stopnia.
-Co takiego,
Mieciu?
-Ja... ja muszę
ci się do czegoś przyznać. Obiecaj, proszę, że nie będziesz zawiedziona.
Powoli i
niechętnie wysunął się ze swojego kącika. Wolniutko, noga, noga, noga za nogą.
Kiedy był już na środku pomieszczenia, górna lampa trzasnęła głośno i sala rozjaśniła
się od ostrego, żółtego światła. Mieciu dygotał. Rosie krzyczała.
*
Marie, Elsa i Kunegunt siedziały na tarasie, w towarzystwie mężów. Przed
każdą z nich aromatycznie parowała zupa z ciecierzycy. Kunegunt, raz po raz,
zaglądała pieszczotliwie do otwartej torebki. W środku, w foliowej reklamówce
tkwiła olbrzymia żaba i kumkała, nieco zdezorientowana. Panowie raczyli się siódmym
już piwkiem. Mieszanina alkoholu i słońca była wyjątkowo mocna, gdyż chichrali
się głupkowato i pletli największe bzdury, jakie im tylko przyszły do głowy.
-Rosie, dobry
Boże!- krzyknęła Marie. Zauważyła przyjaciółkę, gdy ta, trupioblada, wlokła się
ogrodową alejką, krok po kroku, niczym
zombie. Wzrok miała pusty i nieobecny. Trzęsła się na całym ciele. W jednej
sekundzie wszyscy znaleźli się obok niej i otoczyli kołem. -Myśleliśmy, że
poszłaś zwiedzać wielbłądy! Szukaliśmy cię po całym zoo!
-Do domu.-
powiedziała głuchym głosem Rosie, nie patrząc na znajome twarze. –Chcę do domu.
-Ależ oczywiście.
Mężczyźni
przestali się śmiać. Zaniepokojeni przypatrywali się Roswicie. Klaus zamachał
otwartą dłonią przed jej oczyma, ale ta nie zwróciła na to uwagi.
-Rosie, czy
dobrze się czujesz?- zapytał współczującym tonem. –Może chcesz pójść do punktu
pierwszej pomocy?
Na te słowa
oprzytomniała troszeczkę.
-Doskonale.-
odparła, ale wyraz jej twarzy wskazywał na coś zupełnie innego.- Chcę tylko do
domu. Nie chcę pierwszej pomocy. Niczego nie chcę. Mam dość. Wszystkiego mam
dość. Możemy już jechać?
-Dobrze, już
dobrze. Zbierzemy tylko nasze rzeczy.
Droga powrotna
minęła im długo i smutnie. Nikt nie śpiewał. Nikt nie żartował. Rosie tępo
wpatrywała się w krajobraz migający za oknem.
-Rosie,
złociutka, a może masz ochotę na kiełbaskę z rusztu? Możemy się zatrzymać gdzieś
po drodze. Łykniesz świeżego powietrza. A może musisz siusiu?- zapytała
Kunegunt. Rosie milczała.
*
Trzy tygodnie później sąsiedzi Roswity już całkiem oficjalnie plotkowali,
że pani Hildebrandt zwariowała. Dla wszystkich było widoczne, że Rosie
rozkwitła jak nigdy w życiu. Z ust nie schodził jej radosny uśmiech, a oczy
gorzały od jakiegoś wewnętrznego blasku. Jednak tym, co niepokoiło wszystkich
mieszkańców Deppenhausen był fakt, że nikogo nie wpuszczała do domu, nawet
listonosza i pracownika gazowni. Nie opuszczała też w ogóle swoich czterech
ścian, chyba że na krótko i wieczorami, żeby zrobić drobne zakupy. Miejscowy spożywczak wprawdzie szczycił się
tym, że sprowadza wszelkie artykuły spożywcze, nawet egzotyczne, na zamówienie
klientów, ale musiał przyznać się do porażki, gdy Rosie próbowała zamówić
kilogram much.
-Przykro mi, nie
prowadzimy sprzedaży much.- odparł szczerze zmartwiony kierownik marketu. –Ale
jeżeli pani sobie życzy to możemy zaproponować jej specjalność zakładu-
nieświeże mięso. Muchy same powinny się zjawić po dwóch, trzech dniach.
Od czasu do
czasu, za firankami jej okien, można było dostrzec jakieś niepokojące ruchy.
Wielka, obła sylwetka, która na pewno nie należała do pani domu, prześlizgiwała
się od salonu do kuchni, z kuchni na korytarz, z korytarza do sypialni. Z
otwartych okien dobiegały głośne śmiechy i motywy z jeziora łabędziego,
puszczane na CD. Sąsiedzi, którzy mieszkali w drugiej połowie bliźniaka,
przysięgali na wszelkie świętości, że słyszą nieustanny tupot za ścianą.
Zresztą każdy, kto chciał, mógł się o tym łatwo przekonać, przykładając do
ściany szklankę i ciekawskie ucho.
-Rosie- pytały
zaniepokojone przyjaciółki, kiedy przypadkiem udało im się ją spotkać- czy u
ciebie wszystko w porządku?
-W najlepszym
porządeczku!- odkrzykiwała wesoło Rosie.- Czuję się jak nastolatka.
-W ogóle już nie
przychodzisz na nasze herbatki.
-Kiedyś przyjdę.
Teraz przepraszam, spieszę się do domu. Joł, joł, joł!
Miejscowy
psychiatra doktor Mialkowsky, po wysłuchaniu objawów, nie miał wątpliwości.
-Ostra psychoza
maniakalna.- stwierdził.- To, niestety, całkiem częste w tym wieku. Obawiam
się, że czuje się wina z powodu śmierci Wolfganga. Przez pierwsze miesiące po odejściu
wieloletniego partnera pacjent jest w szoku i dla świata zewnętrznego może się
wydawać, że zupełnie normalnie funkcjonuje. Dopiero po kwartale, czasem po roku
wychodzą na jaw różne niepokojące zjawiska. Może jej się wydawać, że ktoś z nią
w domu mieszka, z kimś rozmawia. Może nawet gotować dziwne potrawy i przejawiać
upodobanie do niespotykanego jedzenia.
-Jak muchy?-
dopytywała się Elsa.
-To najczęstszy
objaw.- doktor pokiwał głową.
-Ciągle gra u
niej balet telewizyjny!- powiedziała posępnie Marie.- I słychać jak tańczy. Och,
tylko nie Rosie. Taka miła, taka dobra, biedna Rosie.
-Co można z tym
zrobić panie doktorze?- załkała Kunegunt.
Doktor Mialkowsky
wzruszył ramionami.
-W świetle prawa
nic.- przyznał.- Dopóki nie zagraża ani sobie, ani nikomu innemu, mam związane
ręce. Jedyne co mogę zrobić to zawiadomić opiekę społeczną, żeby mieli na nią uważanie.
-Ale ona wydaje
się być taka szczęśliwa!- wybuchnęła Marie, zalewając się łzami.- Żeby pan ją
widział! Ma uśmiech od ucha do ucha! I promienieje!
-To drugi, typowy
objaw.- przyznał doktor.- Ach... szkoda pani Hildebrandt. Pamiętam, jak uczyła
mnie biologii, jeszcze w podstawówce. Była doskonałą nauczycielką. Z jakim
zamiłowaniem opowiadała nam o żyrafach i płetwalach. Tylko tematów o pająkach
nie mogła ścierpieć. Zawsze mieliśmy zastępstwo, kiedy przerabialiśmy
stawonogi. No cóż. Proszę ją odwiedzać jak najczęściej.- polecił załamanym
przyjaciółkom.-Może kiedyś w końcu wyjdzie ze swojej jamy.
Zgodnie z
zaleceniem doktora następnego dnia zjawiły się przed domem Rosie. Zapukały.
Mimo że wewnątrz słychać było ściszone głosy i dźwięki baletu drzwi długo pozostawały
zamknięte. W końcu zgrzytnęła ciężka zasuwka. Roswita powoli otworzyła. Stanęła
w wąskiej szczelinie framugi, tak aby nikt nie mógł zobaczyć co dzieje się w
środku.
-Och, to wy.-
powiedziała uszczęśliwiona.- Tak miło was znowu widzieć.
-Jak leci, Rosie?
-O, dziękuję.
Świetnie, po prostu świetnie. A co u was?
Milczenie
przedłużało się. Marie, Elsa i Kunegunt ze smutkiem wpatrywały się w uśmiechniętą
twarz Rosie. To na pewno ona? Taka inna. Taka odmieniona. Rosie, Rosie, co się
z tobą dzieje?
-Możemy wejść?-
Marie zdecydowała się przerwać milczenie. Rosie zmieszała się.
-Hm... to chyba
nie jest najlepszy pomysł. Może trochę później. Za tydzień, dwa. Może za
miesiąc.- powiedział ostrożnie.- ale nie teraz. Strasznie mi przykro, ale to
nie jest odpowiedni moment.
-Martwimy się o
ciebie Rosie.
-Zupełnie
niepotrzebnie, moje drogie. Zupełnie niepotrzebnie.
-Może czegoś
potrzebujesz?- zapytała Elsa.- Przynieść ci książki z biblioteki? Zrobić
zakupy? Pomóc w sprzątaniu?
Rosie uśmiechnęła
się jeszcze szerzej.
-Dziękuję,
kochana, ale to zbyteczne. Mam już doskonałą pomoc przy sprzątaniu.
Marie, Elsa i
Kunegunt spojrzały na siebie i w jednej chwili zrozumiały bez słów.
-Byłyśmy wczoraj
u doktora Mialkowskiego.- powiedziała ostrożnie Kunegunt, starannie dobierając
słowa.- Powiedział, żebyś wpadła do niego ktoregoś przedpołudnia, jeżeli tylko
masz na to ochotę.
-Wspaniale! To
był mój ulubiony uczeń. Pozdrówcie go ode mnie.
-A może wolałabyś
wprowadzić się do mnie na kilka dni? Albo kilka miesięcy? – zaproponowała Marie.-
Mogłabyś zamieszkać w pokoju dziecięcym. Elleine dawno jest już na swoim. Nie
czułabyś się taka samotna.
-Ja w ogóle nie
czuję się samotna. Wprost przeciwnie, jeszcze nigdy nie czułam się tak omotana.
O tak, to idealne słowo. Wpadłam w sieć zauroczenia.- zachichotała.- Jak mucha
w pułapkę.
Było już
całkowicie jasne, że niczego więcej nie osiągną. Rosie była stuknięta. To nie
ulegało najmniejszej wątpliwości.
-No to do
widzenia Rosie. Dbaj o siebie.
-Do widzenia,
moje złociutkie.
Drzwi zamknęły
się bezszelestnie.
Dom Rosie, kiedyś
tak sterylnie czysty teraz oplątany był misterna, delikatną niczym koronka
siecią. Z sieci zrobiony był obrus, pokrowce na fotele i nawet narzuta na
wielkim, małżeńskim łożu w sypialni. W kuchni wesoło terkotała potrawka z pędraków.
Ściany ozdobiono zdjęciami z polaroida. W telewizji leciała relacja z premiery
rosyjskiego baletu narodowego. Na stoliku leżały zaprenumerowane egzemplarze
„Początkującego terrarysty” i „Trichopterologia
lekko i przyjemnie”. W korytarzu, w równym rządku stała jedna para damskich
kapci i cztery męskie. Nie ulegało wątpliwości, że jakaś szczęśliwa para uwiła
sobie tutaj miłosne gniazdko.
-Kto to był?
-To moje
przyjaciółki. Opowiadałam ci już o nich, Mieciu.
-Poszły sobie?
-Tak.
-To dobrze.
Z ciemności
salonu wyłonił się olbrzymi, włochaty pająk wielkości sporej krowy. Jego oczy
lśniły metalicznym blaskiem. Nerwowo drobił swoimi cienkimi, długimi odnóżami.
Długie czułki drżały konwulsyjnie, bez ustanku omiatając podłogi, ściany i
twarz Roswity.
-To dobrze.-
powtórzył z lubością Mieciu.- Nikt nie zrozumiałby naszej miłości. Nikt!!!
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. Na koniec tradycyjny toast: Hej, siup w głupi dziób. Nie kopiować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)