środa, 20 stycznia 2016

Szczęśliwy dom, gdzie pająki som. Część druga.

Dobre wiadomości: lekarze wyjaśnili w końcu mój uporczywy ból zęba.
Złe wiadomości: to zgorzel gazowa.
Jeszcze gorsze wiadomości: potrzebne kanałowe.
Na szczęście  że mła (znana też szerszej publiczności jako "największy tchórz w gabinecie dentystycznym") ma tę torturę już za sobą. Dla ciekawskich: nie, w ogóle nie bolało, kiedy to wielki, zmutowany potwór w lekarskim fartuchu wbijał mi wielkie, rozżarzone do czerwoności igły w korzenie zębów. Skądże!
 Aaa i jeszcze jedno. Obecność Fabia jest tutaj niezbędnie konieczna. Dlaczego? To już wynika z treści opowiadania.

Do poczytania i pobrania: Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.



 Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część druga

-Pan Bellamakarone żałuje, że tak się skończyła wasza randka.- poinformowała Rosie Marie na cotygodniowym spotkaniu kościelnego kółka herbacianego.
-Powiedział, że jakbyś miała ochotę, to wpadnij do niego po doskonały syrop na rozstrój żołądka.- dodała Elsa.
-Rozstrój żołądka?
-Pierre nie miał odwagi powiedzieć mu, że uciekłaś. Powiedział, że miałaś straszną biegunkę, zapchałaś toaletę i helikopter ratunkowy zabrał cię do szpitala.
Kunegunt miała wyjątkowy zacięty wyraz twarzy. Głośno i ostentacyjnie mieszała łyżeczką w swojej filiżance, mimo że cukier już dawno się rozpuścił.
-Ale co ci w nim nie pasowało, Rosie?- wybuchnęła nagle.
-Hm... Zastanówmy się... wszystko?- ni to zapytała, ni stwierdziła Roswita. –On co godzinę łyka tabletki na każda przypadłość, łącznie z przemokniętymi butami i trzeszczeniem w radioodbiorniku. Nie, żebym miała coś przeciwko zachowaniu zdrowia, ale to już jest jakaś paranoja.
-Brzydkie słowo dla profilaktyki.- stwierdziła Marie. Roswita zmierzyła ją złym wzrokiem
-Oho, ktoś tu też zaczyna.
-Spokój, spokój kochane.- wtrąciła się Kunegunt. –Następnym razem...
-Nie będzie następnego razu.- zastopowała ją gwałtownie Roswita. –Randkowanie to nie dla mnie. Może zasadniczo w tym temacie nie zmieniło się wiele od czasów mojego ostatniego randewu z Wolfgangiem, ale ludzie za to się zmienili. Ja wysiadam. Dziękuje za troskę, ale ja spasuję.
 -Nie możesz rezygnować z miłości, tylko dlatego, że pierwsza próba ci nie wyszła.- stwierdziła Elsa.
-Wolfgang był moją miłością.
-Był, Rosie. Był.
Zapadła smutna cisza.
-Zawsze będę go kochać.- wyszeptała cicho Roswita, z trudem tłumiąc łkanie.
-Oczywiście, że tak Rosie.- Kunegunt przytuliła ją i zamknęła w ramionach.- Ale, kiedy przychodzi nowe uczucie wcale nie znaczy, że zapomnieliśmy o tym starym.

                                                                           *
Przyjaciółki Rosie zajęły strategiczne miejsca nad brzegiem małego jeziora, zaopatrzone w zestaw lornetek i aparatów z optycznym zoomem.

-Wszystko uzgodnione.- stwierdziła energicznie Kunegunt.- Pan Corrida et Piniata będzie na ciebie czekał w wypożyczalni łódek po drugiej stronie jeziora. Kajak macie opłacony na trzy godziny, wystarczy, że podasz hasło „szczeżuja” u kapitana portu. Wczoraj zrobiłam gruntowne rozpoznanie terenu. Ze szczerego serca polecam wam wziąć kurs 3 stopnie na południowy wschód i po pięciu minutach, na lewo, zaraz obok spróchniałej sosny, znajdziecie gęsty zagajnik z tataraku. Nikt was tam nie wypatrzy.
-Kunegunt!
-No co?- przyjaciółka wzruszyła ramionami. –Mówię, jak jest. Przezorny zawsze ubezpieczony. To na wypadek, gdyby wam się włączyła opcja romantycznego nastroju. Baaardzo romantycznego. – dodała, chichocząc przeraźliwie.
Dzień chylił się ku końcowi. Spokojne wody jeziora czerwieniły się w promieniach zachodzącego słońca.  Cicho śpiewały gągoły, świeży zapach wody przywodził na pamięć wspomnienia beztroskiego dzieciństwa i wakacji.
-Tutaj masz koszyczek piknikowy.- Elsa wcisnęła Rosie do rąk malutkie wiklinowe cacuszko, zapakowane przysmakami aż po samo wieczko.- Klasyka randkowania. Szampan, truskawki, sałatka warzywna, pieczywo czosnkowe, marynowane cebulki w pikantnym sosie. No, w każdym razie każdy coś dla siebie znajdzie.
-A tutaj masz prezent dla pana Corridy et Piniaty.- Marie podała jej przygotowany wcześniej pakunek, zapakowany w papier z motywem ognistego serca i strzały.- To krótki traktat historyczny autorstwa Fabia Lanzoniego pod tytułem: „Dlaczego mężczyzna jest ozdobą natury”. Pierwsze wydanie, na kredowym papierze. Chyba nic nie szkodzi, że to był darmowy dodatek do czerwcowej „Pani domu”?
-Nie. Skądże.- wyjąkała Roswita. Wprawdzie jeszcze przed godziną była zdeterminowana, żeby poznać pana Piniatę et Corridę, ognistego Hiszpana osiadłego w Deppenhausen od trzydziestu lat a obecnie emerytowanego modela męskiego i instruktora fitnesu- ale im bardziej  zbliżał się termin jej randki, tym bardziej miękły jej nogi. Bo może niepowodzenie towarzyskie podczas ostatniego spotkania to wcale nie była wina pana Bellamakarone, tylko jej samej. Może to ona nie potrafi dostosować się do dzisiejszych czasów? Ach, kiedyś wszystko było takie proste. Uporządkowane. Bardziej zorganizowane. Dzisiaj jesteśmy bombardowani informacjami ze wszystkich stron w oszałamiającym tempie, a każdą z nich należy przyswoić, zrozumieć i nieustannie śledzić kolejne, coraz bardziej szalone, coraz szybciej zmieniające się trendy, by tylko nie wypaść z ogólnej karuzeli. Żeby zawsze być up to date. Kunegunt wymierzyła lekkiego klapsa zamyślonej Roswicie.
-Czas, już czas kochaniutka. Cycki w górę, szczęka w trybie „szeroki uśmiech”. No, idź już, jest za pięć dziewiętnasta. Pan Piniata musi już tam na ciebie czekać. My tu będziemy z daleka obserwować rozwój sytuacji.
-A jak go poznam?- jęknęła Rosie.- Podał jakiś znak szczególny?
-Przez telefon powiedział, że on sam jest jednym, wielkim znakiem szczególnym.
Uzbrojona w tę pokrzepiającą informację Rosie powlokła się niczym skazaniec do punktu wypożyczania kajaków. Jednak, nie licząc wysokiego nastolatka ćwiczącego zawzięcie potrójne backflipy na BMX-ie i drzemiącego w swojej drewnianej budce starego kapitana portu- nikogo tam nie było. Rosie poczuła leciutką gorycz porażki. Odczekała dziesięć minut i nikt nie nadchodził. Tylko odwrócony do niej plecami dzieciak wyczyniał coraz dziwniejsze triki na swoim rowerze.
Zastukała w okienko budki kapitana.
-No co tam, matrosie?- zapytał kapitan, wybudzony gwałtownie ze swojej drzemki.-Czyżby nadciągał szkwał?
-Na to wygląda.- przyznała z goryczą Rosie.- Może ktoś zostawił dla mnie informację?
-Informację? Że morsem niby?- zdumiał się kapitan. Miał wąsy długie niczym sum, a czapeczka z wyhaftowaną złotą nicią kotwicą zsuwała mu się z lewego ucha.
-Nie, nie morsem. Zwykłą taką. Może liścik dla mnie jest?
-Wiecie, matrosie, ja chciałbym wam pomóc, ale poczta to zasadniczo w inną stronę jest.- stary marynarz poskrobał po łysiejącym czerepie.
-To może poste restante? Hasło szczeżuja.
-Uuuu... szczeżuja bejbe!- ktoś wykrzyknął nad jej uchem tak uradowanym głosem, że aż podskoczyła. Odwróciła się. Przed nią stał nastolatek z BMXem i szczerzył w uśmiechu olśniewający garnitur porcelanowych koronek. Tylko że ten ubrany w modną bluzę, spodnie z niskim stanem, trampki i czapeczkę „Chicago Bulls” dzieciak to wcale nie był dzieciak, tylko sam pan Corrida et Piniata, odziany zgodnie z najnowszą, młodzieżową modą w bajeranckie ciuchy.
-Pan Piniata?
-We własnej, olśniewającej osobie, bejbe.- przedstawił się pan Piniata. Miał porażający biały uśmiech, wysportowaną sylwetkę, lusterko wyglądające z tylnej kieszeni spodni i miękkie dłonie, o błyszczących, wypolerowanych paznokciach. Poruszał się zgrabnymi ruchami, jakby w takt niesłyszalnej muzyki, a każdy jego ruch świadczył o tym, że ma się przed sobą demona pewności siebie, seksapeallu, szybkości i energii. Szybko przypiął BMXa do barierki, po czym zdjął czapeczkę i ukłonił się przed oszołomioną Rosie.- Jak tam moja fryzurka? Nie zburzyła się?- zapytał, wskazując palcem na kunsztownie ułożony blond tupecik.
-Ależ nie. Doskonale siedzi.
Pan Piniata rozpromienił się i przedstawił.
-Mam na imie Juanito, ale przyjaciele mówią na mnie Juan. Łatwo zapamiętać, bejbe. Juan, Juan, dziarski jak ułan. Kolczyki mi się nie rozpięły?- mało dyskretnym ruchem głowy zaprezentował olbrzymie małżowiny i tkwiące w nich cyrkonie w pozłacanej oprawie. Cyrkonie błyszczały w promieniach wieczornego słońca.
-Nie... Też siedzą. Hm... ja jestem Rosie. Roswita, znaczy się.
Juan okrążył ją ze wszystkich stron w erotyczno-wygibasowym tańcu wojennym.
-Rosie, Rosie, bejbe. To od róży?
-Chyba tak.
-To cudownie.- Juan okręcił się wokół własnej osi. – Znamy się raptem od 30 sekund, a już tyle mamy ze sobą wspólnego. Piękne imię od pięknego kwiatka i ja też jestem piękny. Jak ci się wydaje bejbe? Na ile lat wyglądam?- rzucił niespodziewanie pytaniem. Stanął przed Roswitą w całej krasie swojej męskości i przyjął pozę zawodowego kulturysty, by jeszcze bardziej uwydatnić wszystkie zalety wysportowanego ciała.
Rosie przyjrzała mu się uważnie.
-Bo ja wiem.- zaczęła niepewnie.- Wyglądasz na 84 lata.- rzuciła na oślep, pierwsze co przyszło jej do głowy.
-Ha!- zaśmiał się uradowany emerytowany model.- A mam już 85 lat. Serio. W marcu skończyłem. Nie do uwierzenia, co? Ma się ten wygląd. Uwierzysz, bejbe, że ja na te bicepsy pracuję od 1967 roku? Cmok, cmok- ucałował entuzjastycznie oba ramiona.
-Faktycznie nie do wiary.- mruknęła Rosie, oszołomiona potokiem wymowy i energicznością nowo poznanego absztyfikanta. Kapitan portu wychylił się ze swojej drewnianej budki.
-No to jak będzie matrosy? Bierzecie ten kajak?
-Tylko pod warunkiem, że będzie tak piękny, jak ja!- zaśmiał się perliście Hiszpan i ruszył w kierunku brzegu gdzie zacumowane były kajaki.
-W  ofercie aktualnie brak wysłużonych fregat rybackich z XVII wieku.- mruknął po cichu kapitan, ale głośno powiedział. –Nasz armator, nasz pan. Pływać potraficie matrosy czy chcecie wypożyczyć kapoki?
Juan zatrzymał się nagle, w połowie drogi do brzegu.
-Pływać?- zapytał wyraźnie zszokowany. – W wodzie?
-Zazwyczaj tak to się odbywa marynarzu.- potwierdził stary kapitan.- Bierze się łódkę, mieszaninę wodoru i tlenu i hen, hen gna aż na skraj świata, tam dokąd oczy poniosą.
Pan Corrida et Piniata skrzywił się z widocznym obrzydzeniem.
-Nie, bejbe, ja tak nie mogę.- powiedział do stojącej za nim Rosie.- Na mnie woda źle działa. Cera mi się wysuszy i w ogóle. Dopiero we wtorek mam termin na ozonowanie twarzy u kosmetyczki. Do tego czasu muszę przecież jakoś wyglądać. Żeby to chociaż była jakaś woda oligoceńska.
-To zywkła woda. Taka z rybami w środku, matrosie.
-Oh, nie, nie. Ryby...uuu... Z ryb to ja akceptuję tylko zmineralizowane mleczko śledziowe do peelingu.
-W porządku.- Rosie szybko przerwała tę nieco absurdalną dyskusję.- Możemy po prostu pójść na spacer. Mam koszyk piknikowy ze specjałami od przyjaciółki, Usiądziemy gdzieś sobie z boku, zjemy sałatkę i może poznamy się nieco lepiej. Co pan na to, panie Juan? Byłby pan zadowolony?
Juan skoczył i okręcił się w powietrzu.
-Co ja na to? – zapytał, pstrykając rytmicznie palcami.- Czy ktoś taki piękny jak ja mógłby wyglądać na niezadowolonego?
-Stopy wody pod kilem matrosy. – pożegnał się stary kapitan.- Ster na prawą burtę i wiatr w żagle. Tam, o, gdzie się kończy ta ścieżka, znajdziecie ładny kawałek drogi do spacerowania. Hasło na kajak zachowuje swoją ważność, oczywiście. Wpadnijcie kiedyś, jak już będziecie zdecydowani na dalekomorskie podróże.
Kapitan odwrócił się, szybko zamknął swoją budkę na szeroki, drewniany skobel ozdobiony żelazną kłódką, na drzwiach zawiesił plakietkę z napisem „nieczynne”, zasalutował obydwojgu niedoszłym kajakarzom i powędrował do domu, stukając na kamieniach swoją drewnianą nogą. Już po chwili zniknął za zakrętem i nawet stukot drewnianego kikuta ucichł. Roswita i Juan zostali zupełnie sami.
-Fajny facet, chyba dam mu lajka.- stwierdził Juan. – Poczekaj, chwilkę bejbe, tylko rowerek sobie odepnę. Będę go prowadzić. Jak chcesz, to będziesz mogła wskoczyć mi na ramę. Odwiozę cię do mojego domu i pokażę dyplom Mister Uniwersum który zdobyłem w 1954. Do tego mam niezłą kolekcję płyt Davida Bowie. To jak?
-Chyba się ściemnia. Oho! I do tego chmurzy.- Rosie zmieniła zręcznie temat rozmowy, mimo że słońce było wysoko a niebo bez najmniejszego obłoczku.- To co, idziemy?
Ścieżka, którą wskazał im stary kapitan, istotnie była urocza. Miękki piasek śpiewnie trzeszczał pod stopami. Rosnące po obydwu stronach rumianki i dzika mięta napełniały powietrze oszałamiającą wonią, a rozanielone zapachem trzmiele uparcie brzęczały nad uszami. Piękny Juan Corrida et Piniata nie zwracał jednak uwagi na otaczające go cuda przyrody. Jedynym cudem przyrody, który akceptował był on sam. Pruł do przodu niczym spuszczony ze smyczy psiak. Zdyszana Rosie z trudem dotrzymywała mu kroku. Czuła, że pot spływa po nogach, starannie ukrytych pod grubą spódnicą i żałowała, że nie ma na sobie koronkowych majteczek od Kunegunt. Jej własna bielizna była zdecydowanie za gorąca na tę porę roku.
Juan paplał coś właśnie bardzo głośno, nie za bardzo zwracając uwagę na swoją towarzyszkę. Zdawało się, że z wyjątkiem swojego własnego monologu nic nie jest w stanie zainteresować emerytowanego pięknisia.
-A do tego mój wiek biologiczny określono na 12 lat! Nieźle, bejbe, co nie? Kosmetyczka nadziwić się nie może, że skórę mam jędrną jak u nastolatka. To zasługa kaszki z jarmużu i białej herbatki. Do tego sport, sport, sport i witaminizowane maseczki do twarzy. Młodo wyglądam, bo młodo się czuję i żaden młodzik mi nie dorównuje. Mam 1278 followersów na facebooku i drugie tyle na twitterze. Do tego jestem administratorem forum o byciu fit. Wuwuwu-kropka-jestes-piekny-dopiero-po-siedemdziesiątce-kropka-peel. Zgłoś się do mnie to ci dam moderatora na dziale gospodarstwa domowego, bejbe. Mój nick to „Pupcia”.
„O tak.”- pomyślała ponuro Rosie. „ Będziemy sobie mogli całą wieczność słać romantyczne wiadomości i tweety bez konieczności spotykania się twarzą w twarz. Współczesna miłość jest zdecydowanie bardziej higieniczna niż ta sprzed 60 lat.”
-A może byśmy tak...- próbowała coś powiedzieć Roswita, ale jej towarzysz nie słuchał nikogo innego niż on sam.
-W tamtym roku udzieliłem wywiadu szesnastu blogom, na temat mojego nowego programu „twarde muskle, czyli zamień pupę z galarety na dwa soczyste kotlety”. W tym roku zgłosiło się do mnie już 21 blogerów i do tego 3 youtuberów a mamy dopiero lipiec, niezły wynik. Sława, fejm, darmowe bilety PKP- to mój żywioł bejbe. Zwierzę estradowe ze mnie. Powoli myślę nad tym, żeby samemu założyć kanał na youtube. Trochę pranków*, trochę fitnesu, trochę niezłej muzy na kanale- to przyciąga uwagę. Żeby być młodym, trzeba młodo wyglądać i obracać się między młodymi. Wiesz, jak to działa, odrobina fotoszopa, przyciemnione lustro, odpowiednie ciuchy, odpowiednia bajera, live streaming z  grania w GTA na konsoli i oczywiście dyska. Ulalala, aj lowju bejbe. – zanucił pod nosem, wykonując kilka skomplikowanych, tanecznych kroków. Rosie nie miała najmniejszego pojęcia, na czym polega kanał na youtubie, a co dopiero pranki czy jakiś tajemniczy fejm. W myślach powiązała je z jakimiś ugrupowaniami sekciarskimi i sama nie była świadoma tego, jak niedaleko mija się z prawdą.
-Ruch, bejbe, ruch jest tak samo ważny, jak idealny manicure i dyskretny aparat słuchowy. Bo dopóki ja wierzę w to, że nie mam jeszcze skończonej osiemnastki, to mój organizm też w to wierzy. Motywacja, bejbe. Motywacja i siła pozytywnego myślenia. Sam opracowałem skuteczny program treningowy, który w ciągu 21 dni z największego mięczaka zrobi mięśniaka. Popatrz na ten stalowy zadek bejbe.- przystanął w formie zwycięskiego kulturysty i obydwoma palcami wskazującymi energicznie wskazał na swoje pośladki.- Mówię „stalowy” i wcale nie mam tu na myśli ciężaru. Co ty na to?
-Rzeczywiście, imponujące.- wysapała Roswita.- Wybacz Juan, ale moja motywacja niestety wciąż wierzy w to, że już dawno skończyłam osiemnastkę. Uch... Może usiądziemy tutaj.- wskazała na drewnianą, nieco zmurszałą od deszczów i mrozów ławeczkę, malowniczo ukrytą w cieniu wielkiego wiązu. Przed nimi rozciągał się przepiękny widok na jezioro. – Zgrzałam się i zgłodniałam.
Rosie usiadła z westchnieniem ulgi. Tymczasem Juan rozpoczął serię przysiadów, wyskoków i energicznego truchtu wokół ławeczki.
-Sorry, bejbe.- usprawiedliwił się.- Zawsze o wpół do ósmej ćwiczę bicepsy i tricepsy. Napisz do mnie mejla to ci podrzucę opracowany przeze mnie program crossfitowy. Tylko cztery godziny dziennie i bez wysiłku będziesz miała talię osy najdalej za sześć lat. Uff, skłon! I wyprost. I jeszcze raz skłon.
A teraz kolana wysoko do góry, do góry, do góry! I stop! Skłon i wyprost.
  Rosie otworzyła koszyczek z prowiantami. Zaraz na samych wierzchu leżała książka „Dlaczego mężczyzna jest ozdobą natury” zapakowana w papier prezentowy przez Marie.
-O mało bym zapomniała.- stwierdziła Rosie, wręczając opasłe tomisko swojemu towarzyszowi.- To prezent dla pana, panie Juan.
-Dzięki, bejbe.- dziarski Hiszpan rzucił okiem na prezent.- Przyda się na rozpałkę do grilla. Opowiadałem ci już, jak w 1974 zdobyłem tytuł kulturysty roku magazynu „Fit gentelman”?
-Chyba jakoś nie było okazji.
-Nie?- zdziwił się były model i trener osobisty.- To słuchaj bejbe. To było początkiem 74, kiedy to Armani zaproponował mi zostanie twarzą nowego sezonu odblaskowych kamizelek wieczorowych. Niestety musiałem mu odmówić, bo mój agent już zakontraktował mi pięcioletnią umowę z Hugo  Bossem. Miałem zostać pachą nowego zapachu dla energicznych mężczyzn. Kontrakt wprawdzie nie doszedł do skutku, bo żaden z moich agentów nie mógł dogadać się z Bossem na temat długości owłosienia pachowego ale... co to? Marynowana cebulka? Moje ulubione! Chaps. No więc...- kontynował z ustami pełnymi zielonej cebulki w occie-  no więc początkiem 74 idę sobie do mojej ulubionej siłowni na rogu czwartej i piątej alei, w Nowym Jorku. Nie, żebym był wtedy jakąś tam wielką gwiazdą, w każdym razie nie to, co teraz, ale pamiętam, jak zaraz przy wejściu czekał na mnie nieśmiały młody chłopak. Arnold mu było na imię. Jeszcze nawet nie zacząłem porządnie wyciskać (tak na boku, biorę teraz 140 na klatę, bejbe), kiedy ten nieśmiały młodzian podchodzi do mnie i pyta się wystraszonym głosem: „Panie Juan, nigdy nie będę taką gwiazdą  jak pan ale czy ja mogę prosić o autograf?” „Czemu nie.” Odpowiadam i podpisuje się chłopakowi na prawym bicepsie, bo nic innego nie było pod ręką. „Łał” krzyczy tamten. „Już  nigdy więcej nie umyję tego miejsca.” Intuicję to miał jednak niezłą, bo faktycznie nigdy nie został taką wielką gwiazdą jak ja.  Coś tam jednak zrobił ze swoim życiem, bo jakieś 20 lat później widziałem w kinie w filmie „Terminator”, grał tam jakąś małą tytułową rólkę. Tam, zaraz na początku, była taka scena, w której goły  terminator szuka sobie stylowych ciuszków. I mówię ci, bejbe, jak się tak dobrze przypatrzeć to faktycznie ten prawy biceps wyglada, jak od lat nie myty. No, a potem to jakoś tak samo wyszło i zostałem kulturystą roku dzięki głosom czytelników czasopisma „fit Gentelmen.” Dzięki trzem głosom dokładniej, bo to edycja na Monako była.
-Niezwykle ciekawa historia.- Rosie półgębkiem żuła sałatkę warzywną Elsy.
-Ha! Ciekawa!?- wykrzyknął lekko dotknięty Juan. Głos miał jednak ciut zduszony, gdyż właśnie leżał na ławeczce, z głową poniżej poziomu jeziora i intensywnie ćwiczył pompki.- Ciekawe to może być amazonarium w zoo, w Dortmundzie. Uch... i jeszcze jeden skłon... i raz i dwa, i... To fascynująca historia, bejbe. Nawet jakaś wytwórnia filmowa się do mnie zgłosiła, nie pamiętam już czy to był Pixar, czy Warner Bross, ale film chcieli nakręcić na podstawie mojego życia. Miałem grać główną rolę. Już nawet dostawałem cynki, że szykują dla mnie Oscara, ale nic z tego nie wyszło, bo akurat w tym czasie zostałem twarzą chrupek śniadaniowych. Była taka akcja „spersonalizuj twoje płatki”... i skłon, i skłon, i skłon... Wysłałem zdjęcie i faktycznie dostałem pocztą paczkę Kellogsów z moją twarzą na opakowaniu. Co my jednak ciągle tylko tak o mnie rozmawiamy? Ma się ten zwierzęcy magnetyzm, ale porozmawiajmy w końcu o tobie bejbe.- jednym zręcznym ruchem podciągnał się na ławkę, okręcił i zarzucił ramię na szyję Rosie.- To jak, podobam ci się?
Roswita poczuła, że nagle brak jej powietrza i nie za bardzo była pewna, czy to faktycznie ten zwierzęcy magnetyzm pana Piniaty et Corridy, czy też może ostry zapach marynowanej w occie cebulki a może sam fakt, że znajduje się w intymnej sytuacji z mężczyzną, w której nie była już od dobrych 20 lat z górą. Czerwieniała na twarzy coraz bardziej a tymczasem jurny Hiszpan złożył buzię w dziubek i zbliżał ją niebezpiecznie w kierunku jej ust.
-Jak będzie dalej, bejbe? Dasz buziaka? Obiecuję, że rodzice nie będą krzyczeć, odprowadzę cię przed 22 do domu, ha, ha!
-Panie Juan...
-Zobacz, jak na mnie działasz, bejbe. Ai, carramba. Krew mi się burzy, zaraz dostanę przez ciebie nadciśnienia.
-No hejka, dziadki. Co tam? Całujecie się?- romantyczny nastrój prysł nagle jak w bańce mydlanej, kiedy to między nią a Juanem wbił się ostry, nie do końca zmutowany głosik smarkacza na deskorolce. Towarzyszyła mu grupka pięciu, czy sześciu podobnych szczylnikutników, tylko nieco młodszych. Herszt bandy wyglądał na jakieś szesnaście lat. Jego groźni rozbójnicy pewnie dopiero od września mieli zacząć zajęcia w gimnazjum. Wszyscy otoczyli ciasnym kółkiem parę na ławce, głośno się śmiali, a nawet nieudolnie gwizdali na palcach. Roswita mogła jednak z ręką na sercu przysiąc, że i Juan, i otaczająca ich grupa niedorostków ubierali się w tym samym sklepie. Wszyscy mieli na sobie obowiązkowe modne spodnie z niskim stanem i koszulki Cristiano Ronaldo.
-Dziadki? Jakie dziadki.- oburzył się Juan. – Mógłbym być twoim ojcem szczylu, ale za piękny jestem na to.
-Mówisz: ojcem, dziadku?- zarechotał herszt bandy prezentując dorodny jęzor i wcale niezłą kolekcję próchnicy hodowaną przez całe lata.- Oddech masz za krótki. No i na serduszku pewnie skończyła się gwarancja.
Juan zlustrował rozchichotanych smarkaczy złym wzrokiem. Powoli zdjął rękę z szyi Roswity.
-O moje serce to nie musisz się martwić, chłoptysiu. Pewnie nadal będzie w takim samym świetnym stanie, podczas gdy ty będziesz się nudził na kardiologii po swoim trzecim zawale. Rodzice wiedzą, że palisz?- zapytał, wskazując głową na kolorowe opakowanie „Lucky Strików” wystające z kieszeni dżinsów. Szczeniak zhardział.
-Dziadek, a twoje wnuki wiedzą, że się z foczką po krzakach kitrasz wieczorową porą?- odparł przy akompaniamencie śmiechów swojej bandy.- Późno się robi. Czas na kaszkę z witaminami, pampersa dla dorosłych i pora na lulu.
-Jedyna pora jaka nastała to na bęcki, koleżko! Stawaj na ring! - Hiszpan zerwał się z ławki.
-Juan!- wrzasnęła przerażona Roswita.
-Babcia się nie boi.- któryś z młodocianych chuliganów roześmiał się nieprzyjemnie.- Dziadki mają pierwszeństwo przy rejestracji na ojomie.
-Wrzuć na luz bejbe.- Juan zawadiacko puścił oko do zbielałej ze strachu Roswity.- Takich jak on to ja zjadam na śniadanie. Współczesna młodzież to bułka z masłem. Mięśnie im scherlały od wgapiania się w komputery. Nawet biegać nie potrafią bez zadyszki, tylko muszą posiłkować się kawałkiem deski z kółkami. Hej chłopcze, jak chcesz, to ja ci pokażę jak wystrugać kawałek patyka- wskazał na deskorolkę.- Sobie zrobisz hulajnogę.
-Od deski to ty się dziadek odpomponuj. Sam na rowerku popylasz. Jak chcesz, to chyba znajdę w piwnicy dodatkowe kółka. Możesz tanio kupić.
-Na tych kółkach, synu, to ja cię prześcignę trzy razy. Nawet nie zdążysz się dobrze rozpędzić, a ja będę czekał w parku, na dole i kończył czytać wieczorne wydanie „Wiadomości z Deppenhausen”. Po raz drugi.
Herszt bandy rozłożył ręce z udawanym przerażeniem na twarzy.
-Dziadek chce się ścigać. A ubezpieczenie sobie dziadku wykupiłeś?
Juan jednym skokiem znalazł się przy swoim bmx-ie. Mocno chwycił za kierownicę, wskoczył na siodełko i oparł stopy na pedałach.
-A tobie mama opłaciła obiadki w przedszkolu?- zapytał szyderczo. Chłopak poczerwieniał.
-No to jazda!- wrzasnął.- Kto ostatni na dole ten stare, zgniłe jajo!
-Kto ostatni na dole ten dzidziuś na nocniku!
-Wio!
Chłopcy jak na komendę pomknęli na swoich deskorolkach, Juan odepchnął się nogami od ziemi i śmignął na rowerze. Grupka nastolatków i właściciel stalowej pupy zniknęli w tumanie kurzu wzniecanego przed kilka deskorolek, BMX-a i parę Segwayów. Z oddali dobiegały jeszcze odgłosy wykrzykiwanej rozmowy.
-E! Chłopaki, a macie może pożyczyć nową płytę „Pożeraczy mózgów”?
-Wydanie studyjne czy koncertowe, dziadku?
-Oczywiście, że tylko i wyłącznie koncertowe, chłoptysiu. Nie wiesz, że dobra muza jest tylko w wersji live?
-Jedźmy do mnie, do domu, dziadku. Mam „pożeraczy mózgów”, „armię pluszowych bestii” i „zabójcze nacieki”. Wszystko w wersji koncertowej. Do tego cała chata wolna, starzy pojechali na działkę.
-Ale subwoofery masz jakieś porządne?
-Się rozumie dziadku. Się rozumie.
Ale i głosy prędko ucichły. Oszołomiona Roswita została sama na ławeczce, skąpanej w promieniach zachodzącego słońca. Rozkrzyczane mewy przysiadły u jej boku i powoli zaczęły skubać sałatkę warzywną, nieufnie zerkając przy tam na nią spod dzioba.
„Przynajmniej się nie zmarnuje.” pomyślała ponuro Rosie.



*pranki- w zamierzeniu zabawne dowcipy robione niczego nieświadomym ludziom typu: wpychanie do wody maturzystów w nowych garniturach albo szczucie przechodniów jadowitą anakondą. Pranki są tylko wtedy śmieszne, kiedy to autor sam, przypadkowo zaryje ryjem o glebę. Najsłynniejszym twórcą pranków jest Remi Gaillard, choć i nasz rodzimy Wardęga poziomem IQ go nie przewyższa.


cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Jak zwykle, tradycyjnie już zwracam się do was z orędziem. Nie kopiuj, nie plagiatuj, nie wierz w darmowego ajfona oferowanego przez nieznajomego na facebooku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)