Złe wiadomości: to zgorzel gazowa.
Jeszcze gorsze wiadomości: potrzebne kanałowe.
Na szczęście że mła (znana też szerszej publiczności jako "największy tchórz w gabinecie dentystycznym") ma tę torturę już za sobą. Dla ciekawskich: nie, w ogóle nie bolało, kiedy to wielki, zmutowany potwór w lekarskim fartuchu wbijał mi wielkie, rozżarzone do czerwoności igły w korzenie zębów. Skądże!
Aaa i jeszcze jedno. Obecność Fabia jest tutaj niezbędnie konieczna. Dlaczego? To już wynika z treści opowiadania.
Do poczytania i pobrania: Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część druga
-Pan
Bellamakarone żałuje, że tak się skończyła wasza randka.- poinformowała Rosie
Marie na cotygodniowym spotkaniu kościelnego kółka herbacianego.
-Powiedział, że
jakbyś miała ochotę, to wpadnij do niego po doskonały syrop na rozstrój
żołądka.- dodała Elsa.
-Rozstrój
żołądka?
-Pierre nie miał
odwagi powiedzieć mu, że uciekłaś. Powiedział, że miałaś straszną biegunkę,
zapchałaś toaletę i helikopter ratunkowy zabrał cię do szpitala.
Kunegunt miała
wyjątkowy zacięty wyraz twarzy. Głośno i ostentacyjnie mieszała łyżeczką w
swojej filiżance, mimo że cukier już dawno się rozpuścił.
-Ale co ci w nim
nie pasowało, Rosie?- wybuchnęła nagle.
-Hm... Zastanówmy
się... wszystko?- ni to zapytała, ni stwierdziła Roswita. –On co godzinę łyka
tabletki na każda przypadłość, łącznie z przemokniętymi butami i trzeszczeniem
w radioodbiorniku. Nie, żebym miała coś przeciwko zachowaniu zdrowia, ale to
już jest jakaś paranoja.
-Brzydkie słowo
dla profilaktyki.- stwierdziła Marie. Roswita zmierzyła ją złym wzrokiem
-Oho, ktoś tu też
zaczyna.
-Spokój, spokój
kochane.- wtrąciła się Kunegunt. –Następnym razem...
-Nie będzie
następnego razu.- zastopowała ją gwałtownie Roswita. –Randkowanie to nie dla
mnie. Może zasadniczo w tym temacie nie zmieniło się wiele od czasów mojego
ostatniego randewu z Wolfgangiem, ale ludzie za to się zmienili. Ja wysiadam.
Dziękuje za troskę, ale ja spasuję.
-Nie możesz rezygnować z miłości, tylko
dlatego, że pierwsza próba ci nie wyszła.- stwierdziła Elsa.
-Wolfgang był
moją miłością.
-Był, Rosie. Był.
Zapadła smutna
cisza.
-Zawsze będę go
kochać.- wyszeptała cicho Roswita, z trudem tłumiąc łkanie.
-Oczywiście, że
tak Rosie.- Kunegunt przytuliła ją i zamknęła w ramionach.- Ale, kiedy
przychodzi nowe uczucie wcale nie znaczy, że zapomnieliśmy o tym starym.
*
Przyjaciółki
Rosie zajęły strategiczne miejsca nad brzegiem małego jeziora, zaopatrzone w
zestaw lornetek i aparatów z optycznym zoomem.
-Wszystko
uzgodnione.- stwierdziła energicznie Kunegunt.- Pan Corrida et Piniata będzie
na ciebie czekał w wypożyczalni łódek po drugiej stronie jeziora. Kajak macie
opłacony na trzy godziny, wystarczy, że podasz hasło „szczeżuja” u kapitana
portu. Wczoraj zrobiłam gruntowne rozpoznanie terenu. Ze szczerego serca
polecam wam wziąć kurs 3 stopnie na południowy wschód i po pięciu minutach, na
lewo, zaraz obok spróchniałej sosny, znajdziecie gęsty zagajnik z tataraku.
Nikt was tam nie wypatrzy.
-Kunegunt!
-No co?-
przyjaciółka wzruszyła ramionami. –Mówię, jak jest. Przezorny zawsze
ubezpieczony. To na wypadek, gdyby wam się włączyła opcja romantycznego
nastroju. Baaardzo romantycznego. – dodała, chichocząc przeraźliwie.
Dzień chylił się
ku końcowi. Spokojne wody jeziora czerwieniły się w promieniach zachodzącego
słońca. Cicho śpiewały gągoły, świeży
zapach wody przywodził na pamięć wspomnienia beztroskiego dzieciństwa i
wakacji.
-Tutaj masz
koszyczek piknikowy.- Elsa wcisnęła Rosie do rąk malutkie wiklinowe cacuszko,
zapakowane przysmakami aż po samo wieczko.- Klasyka randkowania. Szampan,
truskawki, sałatka warzywna, pieczywo czosnkowe, marynowane cebulki w pikantnym
sosie. No, w każdym razie każdy coś dla siebie znajdzie.
-A tutaj masz
prezent dla pana Corridy et Piniaty.- Marie podała jej przygotowany wcześniej
pakunek, zapakowany w papier z motywem ognistego serca i strzały.- To krótki
traktat historyczny autorstwa Fabia Lanzoniego pod tytułem: „Dlaczego mężczyzna
jest ozdobą natury”. Pierwsze wydanie, na kredowym papierze. Chyba nic nie
szkodzi, że to był darmowy dodatek do czerwcowej „Pani domu”?
-Nie. Skądże.-
wyjąkała Roswita. Wprawdzie jeszcze przed godziną była zdeterminowana, żeby
poznać pana Piniatę et Corridę, ognistego Hiszpana osiadłego w Deppenhausen od
trzydziestu lat a obecnie emerytowanego modela męskiego i instruktora fitnesu-
ale im bardziej zbliżał się termin jej
randki, tym bardziej miękły jej nogi. Bo może niepowodzenie towarzyskie podczas
ostatniego spotkania to wcale nie była wina pana Bellamakarone, tylko jej
samej. Może to ona nie potrafi dostosować się do dzisiejszych czasów? Ach,
kiedyś wszystko było takie proste. Uporządkowane. Bardziej zorganizowane.
Dzisiaj jesteśmy bombardowani informacjami ze wszystkich stron w oszałamiającym
tempie, a każdą z nich należy przyswoić, zrozumieć i nieustannie śledzić
kolejne, coraz bardziej szalone, coraz szybciej zmieniające się trendy, by
tylko nie wypaść z ogólnej karuzeli. Żeby zawsze być up to date. Kunegunt
wymierzyła lekkiego klapsa zamyślonej Roswicie.
-Czas, już czas
kochaniutka. Cycki w górę, szczęka w trybie „szeroki uśmiech”. No, idź już,
jest za pięć dziewiętnasta. Pan Piniata musi już tam na ciebie czekać. My tu
będziemy z daleka obserwować rozwój sytuacji.
-A jak go
poznam?- jęknęła Rosie.- Podał jakiś znak szczególny?
-Przez telefon
powiedział, że on sam jest jednym, wielkim znakiem szczególnym.
Uzbrojona w tę
pokrzepiającą informację Rosie powlokła się niczym skazaniec do punktu wypożyczania
kajaków. Jednak, nie licząc wysokiego nastolatka ćwiczącego zawzięcie potrójne
backflipy na BMX-ie i drzemiącego w swojej drewnianej budce starego kapitana portu-
nikogo tam nie było. Rosie poczuła leciutką gorycz porażki. Odczekała dziesięć
minut i nikt nie nadchodził. Tylko odwrócony do niej plecami dzieciak wyczyniał
coraz dziwniejsze triki na swoim rowerze.
Zastukała w
okienko budki kapitana.
-No co tam, matrosie?-
zapytał kapitan, wybudzony gwałtownie ze swojej drzemki.-Czyżby nadciągał
szkwał?
-Na to wygląda.-
przyznała z goryczą Rosie.- Może ktoś zostawił dla mnie informację?
-Informację? Że
morsem niby?- zdumiał się kapitan. Miał wąsy długie niczym sum, a czapeczka z
wyhaftowaną złotą nicią kotwicą zsuwała mu się z lewego ucha.
-Nie, nie morsem.
Zwykłą taką. Może liścik dla mnie jest?
-Wiecie,
matrosie, ja chciałbym wam pomóc, ale poczta to zasadniczo w inną stronę jest.-
stary marynarz poskrobał po łysiejącym czerepie.
-To może poste
restante? Hasło szczeżuja.
-Uuuu...
szczeżuja bejbe!- ktoś wykrzyknął nad jej uchem tak uradowanym głosem, że aż
podskoczyła. Odwróciła się. Przed nią stał nastolatek z BMXem i szczerzył w
uśmiechu olśniewający garnitur porcelanowych koronek. Tylko że ten ubrany w
modną bluzę, spodnie z niskim stanem, trampki i czapeczkę „Chicago Bulls”
dzieciak to wcale nie był dzieciak, tylko sam pan Corrida et Piniata, odziany
zgodnie z najnowszą, młodzieżową modą w bajeranckie ciuchy.
-Pan Piniata?
-We własnej,
olśniewającej osobie, bejbe.- przedstawił się pan Piniata. Miał porażający biały
uśmiech, wysportowaną sylwetkę, lusterko wyglądające z tylnej kieszeni spodni i
miękkie dłonie, o błyszczących, wypolerowanych paznokciach. Poruszał się zgrabnymi
ruchami, jakby w takt niesłyszalnej muzyki, a każdy jego ruch świadczył o tym,
że ma się przed sobą demona pewności siebie, seksapeallu, szybkości i energii. Szybko
przypiął BMXa do barierki, po czym zdjął czapeczkę i ukłonił się przed oszołomioną
Rosie.- Jak tam moja fryzurka? Nie zburzyła się?- zapytał, wskazując palcem na
kunsztownie ułożony blond tupecik.
-Ależ nie.
Doskonale siedzi.
Pan Piniata
rozpromienił się i przedstawił.
-Mam na imie Juanito,
ale przyjaciele mówią na mnie Juan. Łatwo zapamiętać, bejbe. Juan, Juan,
dziarski jak ułan. Kolczyki mi się nie rozpięły?- mało dyskretnym ruchem głowy
zaprezentował olbrzymie małżowiny i tkwiące w nich cyrkonie w pozłacanej
oprawie. Cyrkonie błyszczały w promieniach wieczornego słońca.
-Nie... Też
siedzą. Hm... ja jestem Rosie. Roswita, znaczy się.
Juan okrążył ją
ze wszystkich stron w erotyczno-wygibasowym tańcu wojennym.
-Rosie, Rosie,
bejbe. To od róży?
-Chyba tak.
-To cudownie.-
Juan okręcił się wokół własnej osi. – Znamy się raptem od 30 sekund, a już tyle
mamy ze sobą wspólnego. Piękne imię od pięknego kwiatka i ja też jestem piękny.
Jak ci się wydaje bejbe? Na ile lat wyglądam?- rzucił niespodziewanie pytaniem.
Stanął przed Roswitą w całej krasie swojej męskości i przyjął pozę zawodowego kulturysty,
by jeszcze bardziej uwydatnić wszystkie zalety wysportowanego ciała.
Rosie przyjrzała
mu się uważnie.
-Bo ja wiem.-
zaczęła niepewnie.- Wyglądasz na 84 lata.- rzuciła na oślep, pierwsze co
przyszło jej do głowy.
-Ha!- zaśmiał się
uradowany emerytowany model.- A mam już 85 lat. Serio. W marcu skończyłem. Nie
do uwierzenia, co? Ma się ten wygląd. Uwierzysz, bejbe, że ja na te bicepsy
pracuję od 1967 roku? Cmok, cmok- ucałował entuzjastycznie oba ramiona.
-Faktycznie nie
do wiary.- mruknęła Rosie, oszołomiona potokiem wymowy i energicznością nowo
poznanego absztyfikanta. Kapitan portu wychylił się ze swojej drewnianej budki.
-No to jak będzie
matrosy? Bierzecie ten kajak?
-Tylko pod
warunkiem, że będzie tak piękny, jak ja!- zaśmiał się perliście Hiszpan i
ruszył w kierunku brzegu gdzie zacumowane były kajaki.
-W ofercie aktualnie brak wysłużonych fregat
rybackich z XVII wieku.- mruknął po cichu kapitan, ale głośno powiedział. –Nasz
armator, nasz pan. Pływać potraficie matrosy czy chcecie wypożyczyć kapoki?
Juan zatrzymał
się nagle, w połowie drogi do brzegu.
-Pływać?- zapytał
wyraźnie zszokowany. – W wodzie?
-Zazwyczaj tak to
się odbywa marynarzu.- potwierdził stary kapitan.- Bierze się łódkę, mieszaninę
wodoru i tlenu i hen, hen gna aż na skraj świata, tam dokąd oczy poniosą.
Pan Corrida et
Piniata skrzywił się z widocznym obrzydzeniem.
-Nie, bejbe, ja
tak nie mogę.- powiedział do stojącej za nim Rosie.- Na mnie woda źle działa.
Cera mi się wysuszy i w ogóle. Dopiero we wtorek mam termin na ozonowanie
twarzy u kosmetyczki. Do tego czasu muszę przecież jakoś wyglądać. Żeby to
chociaż była jakaś woda oligoceńska.
-To zywkła woda.
Taka z rybami w środku, matrosie.
-Oh, nie, nie.
Ryby...uuu... Z ryb to ja akceptuję tylko zmineralizowane mleczko śledziowe do
peelingu.
-W porządku.- Rosie
szybko przerwała tę nieco absurdalną dyskusję.- Możemy po prostu pójść na
spacer. Mam koszyk piknikowy ze specjałami od przyjaciółki, Usiądziemy gdzieś
sobie z boku, zjemy sałatkę i może poznamy się nieco lepiej. Co pan na to,
panie Juan? Byłby pan zadowolony?
Juan skoczył i
okręcił się w powietrzu.
-Co ja na to? –
zapytał, pstrykając rytmicznie palcami.- Czy ktoś taki piękny jak ja mógłby
wyglądać na niezadowolonego?
-Stopy wody pod
kilem matrosy. – pożegnał się stary kapitan.- Ster na prawą burtę i wiatr w
żagle. Tam, o, gdzie się kończy ta ścieżka, znajdziecie ładny kawałek drogi do
spacerowania. Hasło na kajak zachowuje swoją ważność, oczywiście. Wpadnijcie
kiedyś, jak już będziecie zdecydowani na dalekomorskie podróże.
Kapitan odwrócił
się, szybko zamknął swoją budkę na szeroki, drewniany skobel ozdobiony żelazną
kłódką, na drzwiach zawiesił plakietkę z napisem „nieczynne”, zasalutował
obydwojgu niedoszłym kajakarzom i powędrował do domu, stukając na kamieniach
swoją drewnianą nogą. Już po chwili zniknął za zakrętem i nawet stukot
drewnianego kikuta ucichł. Roswita i Juan zostali zupełnie sami.
-Fajny facet,
chyba dam mu lajka.- stwierdził Juan. – Poczekaj, chwilkę bejbe, tylko rowerek
sobie odepnę. Będę go prowadzić. Jak chcesz, to będziesz mogła wskoczyć mi na
ramę. Odwiozę cię do mojego domu i pokażę dyplom Mister Uniwersum który
zdobyłem w 1954. Do tego mam niezłą kolekcję płyt Davida Bowie. To jak?
-Chyba się
ściemnia. Oho! I do tego chmurzy.- Rosie zmieniła zręcznie temat rozmowy, mimo
że słońce było wysoko a niebo bez najmniejszego obłoczku.- To co, idziemy?
Ścieżka, którą
wskazał im stary kapitan, istotnie była urocza. Miękki piasek śpiewnie
trzeszczał pod stopami. Rosnące po obydwu stronach rumianki i dzika mięta
napełniały powietrze oszałamiającą wonią, a rozanielone zapachem trzmiele
uparcie brzęczały nad uszami. Piękny Juan Corrida et Piniata nie zwracał jednak
uwagi na otaczające go cuda przyrody. Jedynym cudem przyrody, który akceptował
był on sam. Pruł do przodu niczym spuszczony ze smyczy psiak. Zdyszana Rosie z
trudem dotrzymywała mu kroku. Czuła, że pot spływa po nogach, starannie
ukrytych pod grubą spódnicą i żałowała, że nie ma na sobie koronkowych
majteczek od Kunegunt. Jej własna bielizna była zdecydowanie za gorąca na tę
porę roku.
Juan paplał coś
właśnie bardzo głośno, nie za bardzo zwracając uwagę na swoją towarzyszkę.
Zdawało się, że z wyjątkiem swojego własnego monologu nic nie jest w stanie
zainteresować emerytowanego pięknisia.
-A do tego mój
wiek biologiczny określono na 12 lat! Nieźle, bejbe, co nie? Kosmetyczka
nadziwić się nie może, że skórę mam jędrną jak u nastolatka. To zasługa kaszki
z jarmużu i białej herbatki. Do tego sport, sport, sport i witaminizowane
maseczki do twarzy. Młodo wyglądam, bo młodo się czuję i żaden młodzik mi nie
dorównuje. Mam 1278 followersów na facebooku i drugie tyle na twitterze. Do
tego jestem administratorem forum o byciu fit. Wuwuwu-kropka-jestes-piekny-dopiero-po-siedemdziesiątce-kropka-peel.
Zgłoś się do mnie to ci dam moderatora na dziale gospodarstwa domowego, bejbe.
Mój nick to „Pupcia”.
„O tak.”- pomyślała
ponuro Rosie. „ Będziemy sobie mogli całą wieczność słać romantyczne wiadomości
i tweety bez konieczności spotykania się twarzą w twarz. Współczesna miłość
jest zdecydowanie bardziej higieniczna niż ta sprzed 60 lat.”
-A może byśmy
tak...- próbowała coś powiedzieć Roswita, ale jej towarzysz nie słuchał nikogo
innego niż on sam.
-W tamtym roku udzieliłem
wywiadu szesnastu blogom, na temat mojego nowego programu „twarde muskle, czyli
zamień pupę z galarety na dwa soczyste kotlety”. W tym roku zgłosiło się do
mnie już 21 blogerów i do tego 3 youtuberów a mamy dopiero lipiec, niezły wynik.
Sława, fejm, darmowe bilety PKP- to mój żywioł bejbe. Zwierzę estradowe ze
mnie. Powoli myślę nad tym, żeby samemu założyć kanał na youtube. Trochę
pranków*, trochę fitnesu, trochę niezłej muzy na kanale- to przyciąga uwagę. Żeby
być młodym, trzeba młodo wyglądać i obracać się między młodymi. Wiesz, jak to
działa, odrobina fotoszopa, przyciemnione lustro, odpowiednie ciuchy,
odpowiednia bajera, live streaming z grania w GTA na konsoli i oczywiście dyska. Ulalala,
aj lowju bejbe. – zanucił pod nosem, wykonując kilka skomplikowanych,
tanecznych kroków. Rosie nie miała najmniejszego pojęcia, na czym polega kanał
na youtubie, a co dopiero pranki czy jakiś tajemniczy fejm. W myślach powiązała
je z jakimiś ugrupowaniami sekciarskimi i sama nie była świadoma tego, jak
niedaleko mija się z prawdą.
-Ruch, bejbe,
ruch jest tak samo ważny, jak idealny manicure i dyskretny aparat słuchowy. Bo
dopóki ja wierzę w to, że nie mam jeszcze skończonej osiemnastki, to mój
organizm też w to wierzy. Motywacja, bejbe. Motywacja i siła pozytywnego myślenia.
Sam opracowałem skuteczny program treningowy, który w ciągu 21 dni z
największego mięczaka zrobi mięśniaka. Popatrz na ten stalowy zadek bejbe.-
przystanął w formie zwycięskiego kulturysty i obydwoma palcami wskazującymi
energicznie wskazał na swoje pośladki.- Mówię „stalowy” i wcale nie mam tu na
myśli ciężaru. Co ty na to?
-Rzeczywiście,
imponujące.- wysapała Roswita.- Wybacz Juan, ale moja motywacja niestety wciąż
wierzy w to, że już dawno skończyłam osiemnastkę. Uch... Może usiądziemy
tutaj.- wskazała na drewnianą, nieco zmurszałą od deszczów i mrozów ławeczkę,
malowniczo ukrytą w cieniu wielkiego wiązu. Przed nimi rozciągał się przepiękny
widok na jezioro. – Zgrzałam się i zgłodniałam.
Rosie usiadła z
westchnieniem ulgi. Tymczasem Juan rozpoczął serię przysiadów, wyskoków i
energicznego truchtu wokół ławeczki.
-Sorry, bejbe.-
usprawiedliwił się.- Zawsze o wpół do ósmej ćwiczę bicepsy i tricepsy. Napisz
do mnie mejla to ci podrzucę opracowany przeze mnie program crossfitowy. Tylko
cztery godziny dziennie i bez wysiłku będziesz miała talię osy najdalej za sześć
lat. Uff, skłon! I wyprost. I jeszcze raz skłon.
A teraz kolana
wysoko do góry, do góry, do góry! I stop! Skłon i wyprost.
Rosie otworzyła
koszyczek z prowiantami. Zaraz na samych wierzchu leżała książka „Dlaczego
mężczyzna jest ozdobą natury” zapakowana w papier prezentowy przez Marie.
-O mało bym
zapomniała.- stwierdziła Rosie, wręczając opasłe tomisko swojemu towarzyszowi.-
To prezent dla pana, panie Juan.
-Dzięki, bejbe.- dziarski
Hiszpan rzucił okiem na prezent.- Przyda się na rozpałkę do grilla. Opowiadałem
ci już, jak w 1974 zdobyłem tytuł kulturysty roku magazynu „Fit gentelman”?
-Chyba jakoś nie
było okazji.
-Nie?- zdziwił
się były model i trener osobisty.- To słuchaj bejbe. To było początkiem 74,
kiedy to Armani zaproponował mi zostanie twarzą nowego sezonu odblaskowych
kamizelek wieczorowych. Niestety musiałem mu odmówić, bo mój agent już
zakontraktował mi pięcioletnią umowę z Hugo Bossem. Miałem zostać pachą nowego zapachu dla
energicznych mężczyzn. Kontrakt wprawdzie nie doszedł do skutku, bo żaden z
moich agentów nie mógł dogadać się z Bossem na temat długości owłosienia pachowego
ale... co to? Marynowana cebulka? Moje ulubione! Chaps. No więc...- kontynował
z ustami pełnymi zielonej cebulki w occie- no więc początkiem 74 idę sobie do mojej
ulubionej siłowni na rogu czwartej i piątej alei, w Nowym Jorku. Nie, żebym był
wtedy jakąś tam wielką gwiazdą, w każdym razie nie to, co teraz, ale pamiętam,
jak zaraz przy wejściu czekał na mnie nieśmiały młody chłopak. Arnold mu było
na imię. Jeszcze nawet nie zacząłem porządnie wyciskać (tak na boku, biorę
teraz 140 na klatę, bejbe), kiedy ten nieśmiały młodzian podchodzi do mnie i
pyta się wystraszonym głosem: „Panie Juan, nigdy nie będę taką gwiazdą jak pan ale czy ja mogę prosić o autograf?”
„Czemu nie.” Odpowiadam i podpisuje się chłopakowi na prawym bicepsie, bo nic
innego nie było pod ręką. „Łał” krzyczy tamten. „Już nigdy więcej nie umyję tego miejsca.” Intuicję
to miał jednak niezłą, bo faktycznie nigdy nie został taką wielką gwiazdą jak
ja. Coś tam jednak zrobił ze swoim
życiem, bo jakieś 20 lat później widziałem w kinie w filmie „Terminator”, grał
tam jakąś małą tytułową rólkę. Tam, zaraz na początku, była taka scena, w
której goły terminator szuka sobie
stylowych ciuszków. I mówię ci, bejbe, jak się tak dobrze przypatrzeć to
faktycznie ten prawy biceps wyglada, jak od lat nie myty. No, a potem to jakoś
tak samo wyszło i zostałem kulturystą roku dzięki głosom czytelników czasopisma
„fit Gentelmen.” Dzięki trzem głosom dokładniej, bo to edycja na Monako była.
-Niezwykle
ciekawa historia.- Rosie półgębkiem żuła sałatkę warzywną Elsy.
-Ha! Ciekawa!?-
wykrzyknął lekko dotknięty Juan. Głos miał jednak ciut zduszony, gdyż właśnie
leżał na ławeczce, z głową poniżej poziomu jeziora i intensywnie ćwiczył
pompki.- Ciekawe to może być amazonarium w zoo, w Dortmundzie. Uch... i jeszcze
jeden skłon... i raz i dwa, i... To fascynująca
historia, bejbe. Nawet jakaś wytwórnia filmowa się do mnie zgłosiła, nie pamiętam
już czy to był Pixar, czy Warner Bross, ale film chcieli nakręcić na podstawie
mojego życia. Miałem grać główną rolę. Już nawet dostawałem cynki, że szykują
dla mnie Oscara, ale nic z tego nie wyszło, bo akurat w tym czasie zostałem
twarzą chrupek śniadaniowych. Była taka akcja „spersonalizuj twoje płatki”... i
skłon, i skłon, i skłon... Wysłałem zdjęcie i faktycznie dostałem pocztą paczkę
Kellogsów z moją twarzą na opakowaniu. Co my jednak ciągle tylko tak o mnie
rozmawiamy? Ma się ten zwierzęcy magnetyzm, ale porozmawiajmy w końcu o tobie
bejbe.- jednym zręcznym ruchem podciągnał się na ławkę, okręcił i zarzucił ramię
na szyję Rosie.- To jak, podobam ci się?
Roswita poczuła,
że nagle brak jej powietrza i nie za bardzo była pewna, czy to faktycznie ten
zwierzęcy magnetyzm pana Piniaty et Corridy, czy też może ostry zapach
marynowanej w occie cebulki a może sam fakt, że znajduje się w intymnej
sytuacji z mężczyzną, w której nie była już od dobrych 20 lat z górą.
Czerwieniała na twarzy coraz bardziej a tymczasem jurny Hiszpan złożył buzię w
dziubek i zbliżał ją niebezpiecznie w kierunku jej ust.
-Jak będzie dalej,
bejbe? Dasz buziaka? Obiecuję, że rodzice nie będą krzyczeć, odprowadzę cię
przed 22 do domu, ha, ha!
-Panie Juan...
-Zobacz, jak na
mnie działasz, bejbe. Ai, carramba. Krew mi się burzy, zaraz dostanę przez
ciebie nadciśnienia.
-No hejka,
dziadki. Co tam? Całujecie się?- romantyczny nastrój prysł nagle jak w bańce
mydlanej, kiedy to między nią a Juanem wbił się ostry, nie do końca zmutowany
głosik smarkacza na deskorolce. Towarzyszyła mu grupka pięciu, czy sześciu
podobnych szczylnikutników, tylko nieco młodszych. Herszt bandy wyglądał na
jakieś szesnaście lat. Jego groźni rozbójnicy pewnie dopiero od września mieli
zacząć zajęcia w gimnazjum. Wszyscy otoczyli ciasnym kółkiem parę na ławce,
głośno się śmiali, a nawet nieudolnie gwizdali na palcach. Roswita mogła jednak
z ręką na sercu przysiąc, że i Juan, i otaczająca ich grupa niedorostków
ubierali się w tym samym sklepie. Wszyscy mieli na sobie obowiązkowe modne
spodnie z niskim stanem i koszulki Cristiano Ronaldo.
-Dziadki? Jakie
dziadki.- oburzył się Juan. – Mógłbym być twoim ojcem szczylu, ale za piękny
jestem na to.
-Mówisz: ojcem,
dziadku?- zarechotał herszt bandy prezentując dorodny jęzor i wcale niezłą kolekcję
próchnicy hodowaną przez całe lata.- Oddech masz za krótki. No i na serduszku
pewnie skończyła się gwarancja.
Juan zlustrował
rozchichotanych smarkaczy złym wzrokiem. Powoli zdjął rękę z szyi Roswity.
-O moje serce to
nie musisz się martwić, chłoptysiu. Pewnie nadal będzie w takim samym świetnym
stanie, podczas gdy ty będziesz się nudził na kardiologii po swoim trzecim
zawale. Rodzice wiedzą, że palisz?- zapytał, wskazując głową na kolorowe
opakowanie „Lucky Strików” wystające z kieszeni dżinsów. Szczeniak zhardział.
-Dziadek, a twoje
wnuki wiedzą, że się z foczką po krzakach kitrasz wieczorową porą?- odparł przy
akompaniamencie śmiechów swojej bandy.- Późno się robi. Czas na kaszkę z
witaminami, pampersa dla dorosłych i pora na lulu.
-Jedyna pora jaka
nastała to na bęcki, koleżko! Stawaj na ring! - Hiszpan zerwał się z ławki.
-Juan!- wrzasnęła
przerażona Roswita.
-Babcia się nie
boi.- któryś z młodocianych chuliganów roześmiał się nieprzyjemnie.- Dziadki
mają pierwszeństwo przy rejestracji na ojomie.
-Wrzuć na luz
bejbe.- Juan zawadiacko puścił oko do zbielałej ze strachu Roswity.- Takich jak
on to ja zjadam na śniadanie. Współczesna młodzież to bułka z masłem. Mięśnie
im scherlały od wgapiania się w komputery. Nawet biegać nie potrafią bez zadyszki,
tylko muszą posiłkować się kawałkiem deski z kółkami. Hej chłopcze, jak chcesz,
to ja ci pokażę jak wystrugać kawałek patyka- wskazał na deskorolkę.- Sobie
zrobisz hulajnogę.
-Od deski to ty
się dziadek odpomponuj. Sam na rowerku popylasz. Jak chcesz, to chyba znajdę w
piwnicy dodatkowe kółka. Możesz tanio kupić.
-Na tych kółkach,
synu, to ja cię prześcignę trzy razy. Nawet nie zdążysz się dobrze rozpędzić, a
ja będę czekał w parku, na dole i kończył czytać wieczorne wydanie „Wiadomości
z Deppenhausen”. Po raz drugi.
Herszt bandy
rozłożył ręce z udawanym przerażeniem na twarzy.
-Dziadek chce się
ścigać. A ubezpieczenie sobie dziadku wykupiłeś?
Juan jednym
skokiem znalazł się przy swoim bmx-ie. Mocno chwycił za kierownicę, wskoczył na
siodełko i oparł stopy na pedałach.
-A tobie mama
opłaciła obiadki w przedszkolu?- zapytał szyderczo. Chłopak poczerwieniał.
-No to jazda!-
wrzasnął.- Kto ostatni na dole ten stare, zgniłe jajo!
-Kto ostatni na
dole ten dzidziuś na nocniku!
-Wio!
Chłopcy jak na komendę
pomknęli na swoich deskorolkach, Juan odepchnął się nogami od ziemi i śmignął
na rowerze. Grupka nastolatków i właściciel stalowej pupy zniknęli w tumanie
kurzu wzniecanego przed kilka deskorolek, BMX-a i parę Segwayów. Z oddali
dobiegały jeszcze odgłosy wykrzykiwanej rozmowy.
-E! Chłopaki, a
macie może pożyczyć nową płytę „Pożeraczy mózgów”?
-Wydanie studyjne
czy koncertowe, dziadku?
-Oczywiście, że
tylko i wyłącznie koncertowe, chłoptysiu. Nie wiesz, że dobra muza jest tylko w
wersji live?
-Jedźmy do mnie,
do domu, dziadku. Mam „pożeraczy mózgów”, „armię pluszowych bestii” i „zabójcze
nacieki”. Wszystko w wersji koncertowej. Do tego cała chata wolna, starzy
pojechali na działkę.
-Ale subwoofery
masz jakieś porządne?
-Się rozumie
dziadku. Się rozumie.
Ale i głosy
prędko ucichły. Oszołomiona Roswita została sama na ławeczce, skąpanej w
promieniach zachodzącego słońca. Rozkrzyczane mewy przysiadły u jej boku i
powoli zaczęły skubać sałatkę warzywną, nieufnie zerkając przy tam na nią spod
dzioba.
„Przynajmniej się
nie zmarnuje.” pomyślała ponuro Rosie.
*pranki- w zamierzeniu zabawne dowcipy robione niczego
nieświadomym ludziom typu: wpychanie do wody maturzystów w nowych garniturach albo
szczucie przechodniów jadowitą anakondą. Pranki są tylko wtedy śmieszne, kiedy
to autor sam, przypadkowo zaryje ryjem o glebę. Najsłynniejszym twórcą pranków
jest Remi Gaillard, choć i nasz rodzimy Wardęga poziomem IQ go nie przewyższa.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Jak zwykle, tradycyjnie już zwracam się do was z orędziem. Nie kopiuj, nie plagiatuj, nie wierz w darmowego ajfona oferowanego przez nieznajomego na facebooku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)