czwartek, 21 stycznia 2016

Szczęśliwy dom, gdzie pająki som. Część trzecia.

Drodzy czytelnicy, szanowni apacze (a... pacze se tylko), wielcemożni właściciele gospodarstw rolnych zajmujących się uprawą buraka cukrowego. Być może część z was już zauważyła apel, znajdujący się na ostatniej stronie "Szczęśliwego domu". Pojedynczy apel na ostatniej stronie ebooka- wprawdzie wyjątkowo poczytnego i chętnie ściąganego, od Chin po Magadaskar- to już coś, ale nadal niezbyt wiele, w kwestii pomocy maluczkim. Dlatego ponawiam go na blogu.
      Fundacja "Ja pacze sercem" zajmuję się pomocą ślepym kotom. Pomoc piękna rzecz- kosztuje jednak sporo. Każdy, kto cierpi na nadmiar gotówki w portfelu, może wspomóc fundację choćby drobną kwotą. Z zebranych środków finansowane są kosztowne operacje, opieka i znalezienie domu dla ślepaczków. Więcej informacji znajdziecie na stronie



Ebooka znajdzieciu tutaj. Do poczytania i do ściągania. Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.


 Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część trzecia.
 
-Co jak co, ale musisz przyznać, kochana, że pan Corrida et Piniata ma całkiem apetyczna pupkę.- stwierdziła Kunedunt.
-I niezły styl.- wtrąciła Elsa.
- A do tego idzie z duchem czasu- dodała Marie.
-Nie tylko idzie z duchem czasu, ale nawet się z nim cofa. Cofa w rozwoju.- odparła posępnie Roswita.
Piękna, słoneczna niedziela ściągnęła do jedynej kawiarni w Deppenhausen tłumy mieszkańców spragnionych mrożonej kawy i deserów lodowych, i dwóch zbłąkanych turystów z rozłożonymi mapami i przerażeniem w oczach. Między ustawionymi na rynku stoliczkami kręciła się kelnerka w białym fartuszku. Różnokolorowe parasole rzucały świetliste cienie na siedzących.
-Co dla pań?- zapytała kelnerka, podchodząc do stolika, przy którym siedziały cztery przyjaciółki.
-A co polecasz Irmine?
-Ze szczerego serca inny lokal.- szepnęła Irmine konfidencjonalnie.- A dla stałych klientów to standardowo. Mamy mrożona kawę...
-To prosimy o cztery.
-... tylko że ciepłą. Lody we wszystkich smakach pod warunkiem, że będzie to smak waniliowy, czekoladowy lub truskawkowy. Do tego bezglutenowy sernik z grochu, który smakuje dokładnie tak obrzydliwie, jak nazwa na to wskazuje i herbatniki kardamonowe. Nie zepsuły się jeszcze od Bożego Narodzenia, więc oferujemy je w promocji.
-Zaskocz nas Irmine.
-To ja wam wymieniam wszystkie dostępne pozycje w karcie i jeszcze nie jesteś dostatecznie zaskoczona? Ha, ha, ha.- Irmine roześmiała się szelmowsko, puściła łobuzerskie oczko i zniknęła w kawiarni. Na szczęście przyniesiona przez nią, chwilę później, kawa była dostatecznie zmrożona a kardamonowe herbatniki nawet niezłe w smaku.
-Irmine jest wnuczką pani Fitzergarld.- objaśniła Kunegunt.
-To ta, którą spotkałaś w sklepie z bielizną?
-Puszczalska fląd...
-To co będzie z toba i panem Piniatą? Sąsiedzi mi mówili, że wróciłaś sama do domu. I to do tego bardzo wcześnie.- przytomna jak zwykle Elsa prędko wtrąciła się w rozmowę. Rosie upiła łyk kawy i wzruszyła ramionami.
- Powiedzmy, że na drodze do szczęścia między mną a panem Coprrida et Piniata stanął pożeracz mózgu. Dosłownie i w przenośni.
-Au waia. Aż tak źle?- zapytała Marie, współczującym tonem.
Rosie leniwie mieszała łyżeczką w swojej kawie, wyławiając kawałki zmrożonych lodów i bitej śmietany.
-Już mówiłam, że te dzisiejsze randki są nie dla mnie.
-Bzdura.- syknęła Kunegunt.- Randki są dla wszystkich. Nawet dla takiego starego piernika, jaki z ciebie się zrobił, złociutka.
-Nie ma to jak szczerość.
-To nie szczerość, tylko najprawdziwsza prawda. Miłość jest dla wszystkich, randki są dla wszystkich. A jedyne co nie jest dla wszystkich to zmienianie się w wysuszonego, kanapowego zombie przed telewizorem z ciepłym kocem w jednej ręce i kroplówką w drugiej.
-Oho!- powiedziała nagle głośnym szeptem Elsa.- Cisza dzierlatki. Widzę nowe ciacho w Deppenhausen!
-Gdzie????
Trzy głowy, jak na komendę, obróciły się w trzy, różne strony.
-Nie kręćcie się jak papugi.- ostrzegawczo szepnęła Elsa.- Dyskretnie. Na godzinie drugiej, ten w koszuli w hawajskie wzorki. Je właśnie kawałek sernika.
Teraz wszystkie dostrzegły zachwalane przez Elsę ciacho. Przystojniak był sympatycznym mężczyzną grubo po siedemdziesiątce, z długimi bokobrodami i wąsami ala cesarz Józef. Oprócz koszuli w palmy uwodzicielskiego wizerunku dopełniała wyglansowana łysinka, odbijająca promienie słoneczne, szerokie, brązowe bermudy, sandały z białymi skarpetkami a nadto radosny blask w oku i łagodny uśmiech. Powoli, niespiesznie grzebał w swoim kawałku sernika. Niekończenie eleganckimi ruchami trzymał za uszko grubą filiżankę z lurowatą kawą i z gracją spijał wodnisty, rzadki napój.
-Ja o nim słyszałam.- szepnęła konfidencjonalnie Marie, wpatrzona maślanym wzrokiem w nieznajomego amanta.- To brat pani  Müller, wprowadził się do niej tydzień temu. Był wykładowcą akademickim na dziale bibliotekoznawstwa, teraz jest na emeryturze.
-Mniam. Intelektualista więc.
-Żonaty?
-Kawaler.
-Woohoo!
 Kunegunt kusząco poprawiła dorodne piersi i oblizała czerwono wymalowane usta.
-Dziewuszki! W górę biusty, bo nadchodzi czas rozpusty... au!
To „au” było bolesnym okrzykiem, który wydała zaraz po tym, jak łokieć Marie uderzył ją w bok.
-No co?
Marie nic nie powiedziała. Dyskretnym ruchem głowy wskazała na Rosie i znacząco podniosła brwi. Bo Rosie... Bo Rosie jak urzeczona wpatrywała się w nieznajomego, a zamyślony uśmiech błąkał się po jej bladych wargach. Zdawało się, że nagle, jakimś czarodziejskim sposobem opuściła nudne Deppenhausen i znajduje się na opuszczonej plaży, gdzie w otoczeniu złocistego słońca, rozkrzyczanych mew i zapachu krylu, nie ma nikogo innego poza nią i tym mężczyzną. Wszystko w nim było doskonałe. Te wąsy, grube niczym dwa węgorze, te owłosione, masywne kolana, plastikowa koszula i nawet dwie, duże plamy potu były po prostu idealne. Obcy zauważył na sobie czyjś wzrok, bo odwrócił się. Ich spojrzenia skrzyżowały się. Przystojniak skinął lekko głową na przywitanie, a usta ułożył w kształcie najpiękniejszego uśmiechu. Tych ust oczywiście nie było widać, bo przysłaniały je włochate węgorze ale Rosie była pewna, że i one są perfekcyjne.
-O mój Boże!- wycharczała przez ściśnięte gardło Kunegunt. – Idzie tu.
-Nie panikować! Dziewczęta, nie panikować. Czemu ty panikujesz Elsa!?- wrzasnęła roztrzęsiona Marie szarpiąc spokojnie siedzącą Elsę za ramiona. Na szczęście szybki, dyskretny plaskacz przywrócił Marie spokój ducha. Amant tymczasem przystanął przy ich stoliku i skłonił szarmancko.
-Panie pozwolą, że sie przedstawię. Jestem doktor Bernardt Erwin Klatscheplatsche.
-Uuu...- Kunegunt poczuła, jak miękną jej nagle kolana.- Doktor...
-Doktor bibliotekoznawstwa i bibliologii stosowanej.- wyjaśnił prędko Bernardt Erwin.- Proszę mi wybaczyć tę śmiałość. Być może moja prośba wyda się paniom ciut niestosowna, a ja nie chciałbym ich urazić, jednak przy moim stoliku nie ma parasola, a słońce praży dzisiaj wyjątkowo mocno. Czy pozwolą panie, żebym się do nich przysiadł?
Rosie formalnie zabrakło tchu. Na szczęście Elsa znowu okazała się najbardziej przytomna z nich wszystkich.
-Ależ oczywiście!- krzyknęła.- Niech pan siada panie doktorze. Proszę tu serwetka, tu krzesełko, tu antyperspirant w sztyfcie. Niech pan się nami nie przejmuje. Ja i moje przyjaciółki już i tak miałyśmy się zbierać. Ale z parasola niech pan korzysta do woli. Rosie, przykro nam, że nie możemy dłużej zostać. Panie doktorze, miło było pana poznać.
Kunedunt nachalnie i namiętnie wpatrywała się w Bernardta Erwina.
-Ale czy my naprawdę musimy już iść?- westchnęła, a jej olbrzymia pierś zafalowała niczym tsunami.
-Naprawdę.- Elsa uszczypnęła ją w ucho.- Czy nie mówiłaś, że masz zajęcia z tańca nowoczesnego za kwadrans?
-No a ja?- zapytała półprzytomnie Marie, tak samo wlepiając rozmarzone oczy w doktora bibliotekoznawstwa i bibliologii stosowanej.
-Chodźże, chodź. Zaparzę ci w domu herbatkę z melisy. I dorzucę bromu.
Cała trójka zniknęła niczym zły sen. Roswita nagle ocknęła się z marzycielskiego zdumienia.
Ona i pan Klatscheplatsche zostali sami. Wprawdzie nie znajdowali się na rajskiej plaży, w otoczeniu mew i palm, tylko w małym, znudzonym Deppenhausen, ale to i tak był już postęp. Rosie zaczerwieniła się niczym uczennica.
-Do twarzy pani z rumieńcami, pani...- zauważył z miłym uśmiechem Bernardt Erwin.
-Oh. Rosie. Roswita. Ale niech pan mi mówi Rosie. Albo Roswita. Jak pan sobie życzy.- platała się w odpowiedział Rosie albo Roswita, jak sobie życzycie. Pani Hildebrant była na siebie zła. Mineło dobre 50 lat odkąd jakikolwiek mężczyzna tak na nią działał. Im bardziej starała się wyglądać i zachowywać naturalnie, tym bardziej czuła jak wielkiego głupka z siebie robi. Na jej policzkach nie tylko wystąpiły rumieńce ale głowa płonęła, a serce skakało w piersi niczym oszalały z miłości kangur. Popołudniowy skwar wzmagał się. Po twarzy pan Klatscheplatsche również ciurkiem spływał pot. Bernardt Erwin  wyciągnął chustkę wielką jak prześcieradło i starannie wytarł spocony kark.
-Uch... Gorąco jak w Egipcie.- zażartował.
-Rzeczywiście.- przytaknęła Rosie.- Byłam w podróży poślubnej w Egipcie. Pamiętam Kair w letnie miesiące. Tam dopiero można było smażyć jajecznicę na chodniku i to do tego w środku nocy.
-Pani mężatka?
-Wdowa.- przyznała cicho Rosie. Pan Klatscheplatsche wyraźnie się odprężył.
-O tak. A pamięta pani, pani Rosie to upalne, historyczne lato 1971?
-Pamiętam.- ożywiła się Roswita.- Temperatury skoczyły wtedy do 50 stopni. W całym kraju, w  kranach zabrakło wody i trzeba się było nacierać olejkiem i szorować piaskiem. Jak w rzymskiej łaźni, za czasów cesarzy.
-Ha, ha! No właśnie. W nocy nie można było spać, bo drobinki piasku wpijały się boleśnie w plecy. A kratki w prysznicu nie mogłem niczym przepchać, aż do samej zimy.
-Ha, ha, ha! A mi się wytarły wszystkie prześcieradła od tego piaskowania. Całymi dniami nie robiłam nic innego, tylko łatałam prześcieradła.
-W kinach leciał właśnie film „pojedynek na szosie” w reżyserii Spielberga.
-Jeden z moich ulubionych. Ci szybcy mężczyźni w swoich wielkich ciężarówkach.
-Ja mam prawo jazdy na ciężarówkę.- wtrącił pan Klatscheplatsche.
-Doprawdy?
-No.- Bernardt Erwin ciut minął się z prawdą. Ale czego to się nie robi, żeby zaimponować pięknej kobiecie!- Może niedokładnie na ciężarówkę tyko na małą wywrotkę, ale to prawie to samo. Wywrotką też można wszędzie pojechać. Pani lubi dalekie podróże?
-Zależy jak dalekie.- odparła ostrożnie Rosie.
-Na przykład do zoo w Dortmundzie. Słyszałem, że otworzyli tam nową halę z bezkręgowcami. Podobno bardzo ciekawa wystawa. Zgromadzili tam tysiąc gatunków płazińców, stawonogów i szczękoczułkowców,  w tym 400 zupełnie rzadkich i niespotykanych.
-Och nie. Szczękoczułkowce, brr.- Rosie wstrząsnęła się z lekkim dreszczem obrzydzenia.- To nie dla mnie, sama nazwa brzmi trochę... przerażająco. Lubię za to żyrafy.
-Ja też.- rozpromienił się Bernardt Erwin.- Bardzo lubię. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę Rosie, ale język żyrafy może mieć nawet 50 centymetrów.
-Naprawdę?!
-Naprawdę. Do tego samice żyraf żyją w niewielkich stadach z młodymi osobnikami, a samce prowadzą samotniczy tryb życia. Żyrafy często przebywają z antylopami i zebrami. I niewiele śpią. Dorosłe żyrafy praktycznie cały czas tylko drzemią, nie dłużej niż 15 minut. A największa żyjąca żyrafa miała prawie 6 metrów wysokości. To więcej niż tamto drzewo.- wskazał palcem dorodny jesion, skromnie schnący w upale.
-Pan ma imponujący zasób wiedzy.
Doktor Klatscheplatsche zarumienił się uroczo.
-Lubię sobie poczytać przed spaniem. Takie małe skrzywienie zawodowe.
Chwilę siedzieli w milczeniu i patrzyli sobie w oczy. Rosie, bez pamięci zakochana jak nastolatka czuła, jakby w brzuchu otworzono jej właśnie fermę motyli. Na sto procent była przekonana, że to właśnie motyle, a nie gazy po pieczeni z obiadu- chociaż dyskretna pieśń pleców w miejscu, gdzie swoją nazwę szlachetną kończą, mogłaby jednak świadczyć na korzyść zwolenników teorii wielkiego wybuchu. Dzień był jednak zbyt piękny, rozkwitłe w upale kwiaty begonii pachniały zbyt intensywnie a pan Klatscheplatsche był zbyt głuchy, żeby zwracać uwagę na takie drobiażdżki. Sam Bernardt Erwin przyglądał się Roswicie wzrokiem rozamorowanego cielaka. Czy to naprawdę możliwe?- pytała się w myślach Rosie. A więc istnieje życie po Wolfgangu? I dlaczego nie czuje żadnych wyrzutów sumienia? Nie znaczy to przecież, że przestała kochać tego poczciwego pracownika wydziału śmieci komunalnych. Przeżyła z nim tyle lat, że niejako nie potrafiła już myśleć w innej perspektywie niż wieczne „Wolfgang i ja” albo „ja i Wolfgang”. A teraz? Teraz siedzi w towarzystwie największego przystojniaka, jakiego tylko w życiu widziała i wcale, ale to wcale nie czuje, że krzywdzi tym Wolfganga. Co więcej: doskonale za to wie, że skrzywdzi samą siebie, jeżeli pozwoli teraz, tak po prostu, panu Klatscheplatsche zniknąć ze swojego życia. Przystojny, inteligentny, zabawny, oczytany, czarujący, dojrzały mężczyzna.  Czyż można prosić o więcej? Och nie. Niech ta bajka trwa i trwa, choćby miała trwać tylko chwilkę jeszcze.
-Co?- ocknęła się nagle Rosie, ze swojego różowego snu.
-Pytałem się czy miałaby pani ochotę, Rosie, pojechać ze mną w przyszłą sobotę do Dortmundu, do zoo. Nie musimy iść do pająkarni, jeżeli czuje pani obawę. Zobaczylibyśmy żyrafy. Podobno w Dortmundzie mają najlepsze okazy w całej Europie. A potem, jeżeli sobie pani tego życzy, możemy pooglądać słonie. Albo nawet lwy i tygrysy. Albo małpy, jeżeli ma pani na to ochotę. Co pani na to Rosie?- Bernardt Erwin delikatnie zamknął dłoń oszołomionej Roswity w swojej. Rosi poczuła nagle, że farma motyli w jej brzuchu przestawiła się na nadprodukcję, która mogłaby sprostać zapotrzebowaniu na bielinki kapustniki w promieniu 50 kilometrów.  Doktor Klatscheplatsche mówił dalej.- Zdaje sobie z tego sprawę, że to może takie niezbyt eleganckie zapraszać dopiero co poznaną kobietę na randkę...
-Alez skąd!!!- wybuchnęła nieco zbyt żywiołowo Rosie. Bernardt Erwin kontynuował ucieszony.
-To znaczy, że się pani zgadza?
-Chętnie! Z całego serca chętnie. Uwielbiam lwy i tygrysy. Mój Boże, przecież ja w zoo nie byłam już dobre 40 lat.
-Mam nadzieję, że to nie jest jedyny powód, dla którego mam pani zgodę?- zapytał nieco przekornie pan Klatscheplatsche. Roswita wybuchnęła dźwięcznym, szczerym śmiechem.
-Ach, nie. Uwielbiam wszystkie zwierzęta. Szczególnie te mocno owłosione.- i spojrzała rozbawiona na włochate kolana doktora. Bernardt Erwin poczerwieniał na twarzy jeszcze bardziej. Lekki, leciutki grymas wykrzywił mu usta. Dyskretnie, prawie niezauważalnie masował ręką swoją klatkę piersiową w tym miejscu, gdzie znajduje się serce.
-Uff...- wysapał ciężko.- Pani wybaczy. Trochę brak... mi... tchu...
Rosie spojrzała na niego badawczo. Zesztywniała z niepokoju.
-Czy pan się dobrze czuje?- zapytała ostrożnie. Teraz Bernardt Erwin był kredowobiały.
-Doskonale.- zapewnił słabo.- To... tylko... z wrażenia...
-Może ja jednak zadzwonię po lekarza?
-Niepotrzebnie. – zaprzeczył energicznie pan Klatscheplatsche.- Zaraz przejdzie. Zaraz przejdzie. O! Już mi lepiej.- uśmiechnął się słabo, po czym spadł z krzesła i runął ciężko na ziemię.
Czyjś krzyk. Bieganina.
Ostry wrzask karetki.
Żółte, odblaskowe kamizelki ratowników, biały kitel lekarza, przerażone głosy i współczujące spojrzenia. Nawet nie wiedziała kto i kiedy odprowadził ją do domu.
W nocy płakała w poduszkę, długo, bardzo długo. I była pewna, że Wolfgang płakałby razem z nią.

*

Kościelne dzwony biły długo i posępnie. W środku zebrały się tłumy, orzeźwione chłodem płynącym od grubych murów. Upał na zewnątrz nie zelżał bowiem ani trochę w ciągu tego smutnego tygodnia.
-Najdrożsi.- rozpoczął swoją przemowę pastor. Westchnął głośno. W pierwszym rzędzie siedziała zapłakana pani Müller, cała ubrana w czerń. W tylnych ławkach kryła się Rosie. Nie miała odwagi podejść bliżej otwartej trumny. Bernardt Erwin, nawet po śmierci wciąż wyglądał uroczo, a czarujący, nieśmiały uśmiech błąkał się po bladych, wystygłych już wargach.
-Najdrożsi. Każda strata dla naszej małej społeczności jest stratą tak samo bolesną. I nie ważne czy chodzi tu o wieloletniego mieszkańca Deppenhausen, czy też o dopiero osiadłego, tak, jak nasz, nieodżałowanej pamięci dorktor Bernardt Erwin Klatscheplatsche. Mimo tego krótkiego czasu wielu z was zdążyło już go poznać. Jeszcze więcej, a tego jestem pewny,  z prawdziwą przyjemnością, chciałoby się z nim zaprzyjaźnić.
Każde słowo pastora przeszywało serce Rosie ostrym bólem.
-Śpieszmy się kochać ludzi, tak prędko odchodzą- powiedział kiedyś pewien bardzo mądry człowiek. Jakże doskonałe i jakże uniwersalne są te słowa. Marnujemy większą połowę życia na zdobywanie rzeczy materialnych. Praca od rana do świtu, by spłacić mieszkanie, dom, krótki sen i znowu praca od rana do świtu. A tymczasem, gdzieś obok nas, gdzieś w tym prawdziwym świecie zapominamy ludzi, którzy tak naprawdę stanowią istotę tego życia. A potem, moi drodzy, potem budzimy się w pięknym domu, sami niczym palec. Otoczeni wirtualnymi znajomymi, a jednak sami. Pobłogosławieni liczną rodziną, a jednak sami. W samym środku wielkiego miasta, a jednak samiuteńcy, jak na pustyni. Życzę wam, żeby ta samotność była motywacją dla większego otwarcia się. Na ludzi, na zwierzęta, na nowe pasje. Nie zamykajcie drzwi i nie zamykajcie serc. Bo miłość można znaleźć zawsze i wszędzie, nawet pod ciemnym, wilgotnym zlewem w kuchni.  – po kościele rozbiegły się ciche szlochy i płacze, tłumione przez grube mury i witrażowe okna.- Teraz ogłoszenia parafialne. Wasz pastor wciąż czeka na nowe zaproszenia do grona znajomych na facebooku. Proszę jednak, żeby nie spamować mi walla przepisami na racuchy, mam przepisaną dietę cukrzycową. W każdy czwartek trenujemy boks w salkach katechetycznych. Siostra Margerita wciąż prowadzi w rankingu: 23 zwycięstwa w tym 20 przez K.O i tylko 3 porażki. Wszystkich chętnych do skoku ze spadochronem zaprasza w każdą pierwszą sobotę miesiąca ojciec Thadeus. Spadochron jest niekonieczny, aczkolwiek z doświadczeń kursantów wynika, że skacze się z nim nieskończenie bardziej komfortowo. W każdy piątek o 16 twitterowe spotkanie grupy anonimowych twitterowiczów, którzy chcą zerwać z nałogiem. Hasztag #kaszanka. Natomiast w soboty zapraszamy na...
Płynęły kojące słowa pastora.
Zgromadzenie zakończyło się posępnym marszem wygrywanym na kościelnych organach. Rodzina i część żałobników odprowadziła doktora Klatscheplatsche na pobliski cmentarz. Rosie wolała zostać przed kościołem. Nie chciała patrzeć na Bernardta Erwina oddawanego z powrotem ziemi. Wolała zachować go w pamięci takim, jakim go poznała. Z błyskiem w oku i błękitnej, hawajskiej koszuli.
Zaraz obok niej znalazły się przyjaciółki. Marie uścisnęła jej ręce, Elsa bez słowa wręczyła placek z jagodami a Kunegunt zamknęła w uścisku, który z łatwością uśmierciłby dorosłego goryla.
-Och, Rosie. Jest nam tak strasznie przykro.
-W porządku.- Rosie próbowała się uśmiechnąć. Smutne oczy jednak temu zaprzeczały.- Ja chyba powinnam wiedzieć, że tak będzie. Że nie mam się już czego w życiu spodziewać. Nikomu nie potrzebna, przez nikogo nie oczekiwana. Jak stare buty odłożone gdzieś w kąt szafy. Nikt o nich nie pamięta, nikt ich nie nosi, ale wyrzucić szkoda.
-Rosie!- krzyknęła z wyrzutem Kunegunt.- Ty chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz.
Roswita wzruszyła tylko ramionami.
-A ja sądzę, że stanie i zamartwianie się do niczego dobrego nie doprowadzi.- wtrąciła swoje trzy grosze Marie.- Zamiast płakać lepiej uczcić pamięć pana Klatscheplatsche. Dlaczego nie miałybyśmy pojechać do zoo, do Dortmundu?
-O tak!- wtrąciła entuzjastycznie Elsa. Rosie spojrzała na nie szeroko otwartymi oczami.
-Wy chyba nie myślicie o tym poważnie?- wyjąkała.
-Ale dlaczego nie?- zaoponowała Kunedunt.- To doskonała okazja. Za stare już jesteśmy, Rosie, żeby nie korzystać z okazji. A i pan Klatscheplatsche, świeć panie jego pamięci, pewnie wolałby wiedzieć, że dobrze bawisz się w zoo, niż że siąkasz nosem na jego grobie. Przecież chcieliście obejrzeć żyrafy, prawda?
Rosie już miała protestować. Co to w ogóle za pomysł? Jechać na wycieczkę (na wycieczkę bez NIEGO, podpowiedziała jej bardzo cichutka, bardzo nieśmiała myśl) dokładnie w takiej chwili? Z drugiej strony... Dlaczego ta chwila miałaby być nieodpowiednia? I czym tak naprawdę będzie się różnić od setek innych, bardzo podobnych do siebie, zapełnionych smutkiem i stagnacją?
-Jak sobie chcecie.- mruknęła przygnębiona. Odwróciła się i poszła do domu.
-Jedziemy w sobotę!- krzyknęła za nią Kunegunt.- W soboty mają zniżki dla seniorów! Wpadniemy po ciebie o 9 rano, kochana!
„Wszystko mi jedno” pomyślała smutno Rosie.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

 p.s. Pragnę przypomnieć także o akcji: "dożyw Helgę zimą". Szczególnie mile widziane są kupony do tajskich restauracji, szampan Pommery i mrożone sushi. Więcej szczegółów na Facebooku. Aha, no i nie kopiować oczywiście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)