Fundacja "Ja pacze sercem" zajmuję się pomocą ślepym kotom. Pomoc piękna rzecz- kosztuje jednak sporo. Każdy, kto cierpi na nadmiar gotówki w portfelu, może wspomóc fundację choćby drobną kwotą. Z zebranych środków finansowane są kosztowne operacje, opieka i znalezienie domu dla ślepaczków. Więcej informacji znajdziecie na stronie
Ebooka znajdzieciu tutaj. Do poczytania i do ściągania. Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Szczęśliwy dom, gdzie pająki som.
Część trzecia.
-Co jak co, ale
musisz przyznać, kochana, że pan Corrida et Piniata ma całkiem apetyczna pupkę.-
stwierdziła Kunedunt.
-I niezły styl.-
wtrąciła Elsa.
- A do tego idzie
z duchem czasu- dodała Marie.
-Nie tylko idzie
z duchem czasu, ale nawet się z nim cofa. Cofa w rozwoju.- odparła posępnie
Roswita.
Piękna, słoneczna
niedziela ściągnęła do jedynej kawiarni w Deppenhausen tłumy mieszkańców
spragnionych mrożonej kawy i deserów lodowych, i dwóch zbłąkanych turystów z
rozłożonymi mapami i przerażeniem w oczach. Między ustawionymi na rynku
stoliczkami kręciła się kelnerka w białym fartuszku. Różnokolorowe parasole
rzucały świetliste cienie na siedzących.
-Co dla pań?-
zapytała kelnerka, podchodząc do stolika, przy którym siedziały cztery
przyjaciółki.
-A co polecasz
Irmine?
-Ze szczerego
serca inny lokal.- szepnęła Irmine konfidencjonalnie.- A dla stałych klientów
to standardowo. Mamy mrożona kawę...
-To prosimy o
cztery.
-... tylko że
ciepłą. Lody we wszystkich smakach pod warunkiem, że będzie to smak waniliowy,
czekoladowy lub truskawkowy. Do tego bezglutenowy sernik z grochu, który
smakuje dokładnie tak obrzydliwie, jak nazwa na to wskazuje i herbatniki
kardamonowe. Nie zepsuły się jeszcze od Bożego Narodzenia, więc oferujemy je w
promocji.
-Zaskocz nas
Irmine.
-To ja wam
wymieniam wszystkie dostępne pozycje w karcie i jeszcze nie jesteś dostatecznie
zaskoczona? Ha, ha, ha.- Irmine roześmiała się szelmowsko, puściła łobuzerskie
oczko i zniknęła w kawiarni. Na szczęście przyniesiona przez nią, chwilę później,
kawa była dostatecznie zmrożona a kardamonowe herbatniki nawet niezłe w smaku.
-Irmine jest
wnuczką pani Fitzergarld.- objaśniła Kunegunt.
-To ta, którą
spotkałaś w sklepie z bielizną?
-Puszczalska fląd...
-To co będzie z
toba i panem Piniatą? Sąsiedzi mi mówili, że wróciłaś sama do domu. I to do
tego bardzo wcześnie.- przytomna jak zwykle Elsa prędko wtrąciła się w rozmowę.
Rosie upiła łyk kawy i wzruszyła ramionami.
- Powiedzmy, że na
drodze do szczęścia między mną a panem Coprrida et Piniata stanął pożeracz
mózgu. Dosłownie i w przenośni.
-Au waia. Aż tak
źle?- zapytała Marie, współczującym tonem.
Rosie leniwie
mieszała łyżeczką w swojej kawie, wyławiając kawałki zmrożonych lodów i bitej
śmietany.
-Już mówiłam, że te
dzisiejsze randki są nie dla mnie.
-Bzdura.- syknęła
Kunegunt.- Randki są dla wszystkich. Nawet dla takiego starego piernika, jaki z
ciebie się zrobił, złociutka.
-Nie ma to jak
szczerość.
-To nie
szczerość, tylko najprawdziwsza prawda. Miłość jest dla wszystkich, randki są
dla wszystkich. A jedyne co nie jest dla wszystkich to zmienianie się w
wysuszonego, kanapowego zombie przed telewizorem z ciepłym kocem w jednej ręce
i kroplówką w drugiej.
-Oho!-
powiedziała nagle głośnym szeptem Elsa.- Cisza dzierlatki. Widzę nowe ciacho w
Deppenhausen!
-Gdzie????
Trzy głowy, jak
na komendę, obróciły się w trzy, różne strony.
-Nie kręćcie się
jak papugi.- ostrzegawczo szepnęła Elsa.- Dyskretnie. Na godzinie drugiej, ten
w koszuli w hawajskie wzorki. Je właśnie kawałek sernika.
Teraz wszystkie
dostrzegły zachwalane przez Elsę ciacho. Przystojniak był sympatycznym
mężczyzną grubo po siedemdziesiątce, z długimi bokobrodami i wąsami ala cesarz
Józef. Oprócz koszuli w palmy uwodzicielskiego wizerunku dopełniała
wyglansowana łysinka, odbijająca promienie słoneczne, szerokie, brązowe
bermudy, sandały z białymi skarpetkami a nadto radosny blask w oku i łagodny
uśmiech. Powoli, niespiesznie grzebał w swoim kawałku sernika. Niekończenie
eleganckimi ruchami trzymał za uszko grubą filiżankę z lurowatą kawą i z gracją
spijał wodnisty, rzadki napój.
-Ja o nim
słyszałam.- szepnęła konfidencjonalnie Marie, wpatrzona maślanym wzrokiem w
nieznajomego amanta.- To brat pani Müller,
wprowadził się do niej tydzień temu. Był wykładowcą akademickim na dziale
bibliotekoznawstwa, teraz jest na emeryturze.
-Mniam.
Intelektualista więc.
-Żonaty?
-Kawaler.
-Woohoo!
Kunegunt kusząco poprawiła dorodne piersi i
oblizała czerwono wymalowane usta.
-Dziewuszki! W
górę biusty, bo nadchodzi czas rozpusty... au!
To „au” było
bolesnym okrzykiem, który wydała zaraz po tym, jak łokieć Marie uderzył ją w
bok.
-No co?
Marie nic nie
powiedziała. Dyskretnym ruchem głowy wskazała na Rosie i znacząco podniosła
brwi. Bo Rosie... Bo Rosie jak urzeczona wpatrywała się w nieznajomego, a zamyślony
uśmiech błąkał się po jej bladych wargach. Zdawało się, że nagle, jakimś
czarodziejskim sposobem opuściła nudne Deppenhausen i znajduje się na
opuszczonej plaży, gdzie w otoczeniu złocistego słońca, rozkrzyczanych mew i
zapachu krylu, nie ma nikogo innego poza nią i tym mężczyzną. Wszystko w nim
było doskonałe. Te wąsy, grube niczym dwa węgorze, te owłosione, masywne
kolana, plastikowa koszula i nawet dwie, duże plamy potu były po prostu
idealne. Obcy zauważył na sobie czyjś wzrok, bo odwrócił się. Ich spojrzenia
skrzyżowały się. Przystojniak skinął lekko głową na przywitanie, a usta ułożył
w kształcie najpiękniejszego uśmiechu. Tych ust oczywiście nie było widać, bo
przysłaniały je włochate węgorze ale Rosie była pewna, że i one są perfekcyjne.
-O mój Boże!-
wycharczała przez ściśnięte gardło Kunegunt. – Idzie tu.
-Nie panikować!
Dziewczęta, nie panikować. Czemu ty panikujesz Elsa!?- wrzasnęła roztrzęsiona
Marie szarpiąc spokojnie siedzącą Elsę za ramiona. Na szczęście szybki,
dyskretny plaskacz przywrócił Marie spokój ducha. Amant tymczasem przystanął
przy ich stoliku i skłonił szarmancko.
-Panie pozwolą,
że sie przedstawię. Jestem doktor Bernardt Erwin Klatscheplatsche.
-Uuu...- Kunegunt
poczuła, jak miękną jej nagle kolana.- Doktor...
-Doktor
bibliotekoznawstwa i bibliologii stosowanej.- wyjaśnił prędko Bernardt Erwin.-
Proszę mi wybaczyć tę śmiałość. Być może moja prośba wyda się paniom ciut
niestosowna, a ja nie chciałbym ich urazić, jednak przy moim stoliku nie ma
parasola, a słońce praży dzisiaj wyjątkowo mocno. Czy pozwolą panie, żebym się
do nich przysiadł?
Rosie formalnie
zabrakło tchu. Na szczęście Elsa znowu okazała się najbardziej przytomna z nich
wszystkich.
-Ależ
oczywiście!- krzyknęła.- Niech pan siada panie doktorze. Proszę tu serwetka, tu
krzesełko, tu antyperspirant w sztyfcie. Niech pan się nami nie przejmuje. Ja i
moje przyjaciółki już i tak miałyśmy się zbierać. Ale z parasola niech pan
korzysta do woli. Rosie, przykro nam, że nie możemy dłużej zostać. Panie
doktorze, miło było pana poznać.
Kunedunt
nachalnie i namiętnie wpatrywała się w Bernardta Erwina.
-Ale czy my
naprawdę musimy już iść?- westchnęła, a jej olbrzymia pierś zafalowała niczym
tsunami.
-Naprawdę.- Elsa
uszczypnęła ją w ucho.- Czy nie mówiłaś, że masz zajęcia z tańca nowoczesnego
za kwadrans?
-No a ja?-
zapytała półprzytomnie Marie, tak samo wlepiając rozmarzone oczy w doktora
bibliotekoznawstwa i bibliologii stosowanej.
-Chodźże, chodź.
Zaparzę ci w domu herbatkę z melisy. I dorzucę bromu.
Cała trójka zniknęła
niczym zły sen. Roswita nagle ocknęła się z marzycielskiego zdumienia.
Ona i pan
Klatscheplatsche zostali sami. Wprawdzie nie znajdowali się na rajskiej plaży,
w otoczeniu mew i palm, tylko w małym, znudzonym Deppenhausen, ale to i tak był
już postęp. Rosie zaczerwieniła się niczym uczennica.
-Do twarzy pani z
rumieńcami, pani...- zauważył z miłym uśmiechem Bernardt Erwin.
-Oh. Rosie.
Roswita. Ale niech pan mi mówi Rosie. Albo Roswita. Jak pan sobie życzy.- platała
się w odpowiedział Rosie albo Roswita, jak sobie życzycie. Pani Hildebrant była
na siebie zła. Mineło dobre 50 lat odkąd jakikolwiek mężczyzna tak na nią
działał. Im bardziej starała się wyglądać i zachowywać naturalnie, tym bardziej
czuła jak wielkiego głupka z siebie robi. Na jej policzkach nie tylko wystąpiły
rumieńce ale głowa płonęła, a serce skakało w piersi niczym oszalały z miłości
kangur. Popołudniowy skwar wzmagał się. Po twarzy pan Klatscheplatsche również
ciurkiem spływał pot. Bernardt Erwin
wyciągnął chustkę wielką jak prześcieradło i starannie wytarł spocony kark.
-Uch... Gorąco
jak w Egipcie.- zażartował.
-Rzeczywiście.-
przytaknęła Rosie.- Byłam w podróży poślubnej w Egipcie. Pamiętam Kair w letnie
miesiące. Tam dopiero można było smażyć jajecznicę na chodniku i to do tego w
środku nocy.
-Pani mężatka?
-Wdowa.-
przyznała cicho Rosie. Pan Klatscheplatsche wyraźnie się odprężył.
-O tak. A pamięta
pani, pani Rosie to upalne, historyczne lato 1971?
-Pamiętam.-
ożywiła się Roswita.- Temperatury skoczyły wtedy do 50 stopni. W całym kraju, w
kranach zabrakło wody i trzeba się było
nacierać olejkiem i szorować piaskiem. Jak w rzymskiej łaźni, za czasów
cesarzy.
-Ha, ha! No
właśnie. W nocy nie można było spać, bo drobinki piasku wpijały się boleśnie w
plecy. A kratki w prysznicu nie mogłem niczym przepchać, aż do samej zimy.
-Ha, ha, ha! A mi
się wytarły wszystkie prześcieradła od tego piaskowania. Całymi dniami nie
robiłam nic innego, tylko łatałam prześcieradła.
-W kinach leciał
właśnie film „pojedynek na szosie” w reżyserii Spielberga.
-Jeden z moich
ulubionych. Ci szybcy mężczyźni w swoich wielkich ciężarówkach.
-Ja mam prawo
jazdy na ciężarówkę.- wtrącił pan Klatscheplatsche.
-Doprawdy?
-No.- Bernardt
Erwin ciut minął się z prawdą. Ale czego to się nie robi, żeby zaimponować
pięknej kobiecie!- Może niedokładnie na ciężarówkę tyko na małą wywrotkę, ale
to prawie to samo. Wywrotką też można wszędzie pojechać. Pani lubi dalekie
podróże?
-Zależy jak
dalekie.- odparła ostrożnie Rosie.
-Na przykład do
zoo w Dortmundzie. Słyszałem, że otworzyli tam nową halę z bezkręgowcami.
Podobno bardzo ciekawa wystawa. Zgromadzili tam tysiąc gatunków płazińców,
stawonogów i szczękoczułkowców, w tym
400 zupełnie rzadkich i niespotykanych.
-Och nie. Szczękoczułkowce,
brr.- Rosie wstrząsnęła się z lekkim dreszczem obrzydzenia.- To nie dla mnie,
sama nazwa brzmi trochę... przerażająco. Lubię za to żyrafy.
-Ja też.- rozpromienił
się Bernardt Erwin.- Bardzo lubię. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę
Rosie, ale język żyrafy może mieć nawet 50 centymetrów.
-Naprawdę?!
-Naprawdę. Do
tego samice żyraf żyją w niewielkich stadach z młodymi osobnikami, a samce
prowadzą samotniczy tryb życia. Żyrafy często przebywają z antylopami i
zebrami. I niewiele śpią. Dorosłe żyrafy praktycznie cały czas tylko drzemią,
nie dłużej niż 15 minut. A największa żyjąca żyrafa miała prawie 6 metrów
wysokości. To więcej niż tamto drzewo.- wskazał palcem dorodny jesion, skromnie
schnący w upale.
-Pan ma
imponujący zasób wiedzy.
Doktor
Klatscheplatsche zarumienił się uroczo.
-Lubię sobie
poczytać przed spaniem. Takie małe skrzywienie zawodowe.
Chwilę siedzieli
w milczeniu i patrzyli sobie w oczy. Rosie, bez pamięci zakochana jak
nastolatka czuła, jakby w brzuchu otworzono jej właśnie fermę motyli. Na sto
procent była przekonana, że to właśnie motyle, a nie gazy po pieczeni z obiadu-
chociaż dyskretna pieśń pleców w miejscu, gdzie swoją nazwę szlachetną kończą,
mogłaby jednak świadczyć na korzyść zwolenników teorii wielkiego wybuchu. Dzień
był jednak zbyt piękny, rozkwitłe w upale kwiaty begonii pachniały zbyt intensywnie
a pan Klatscheplatsche był zbyt głuchy, żeby zwracać uwagę na takie
drobiażdżki. Sam Bernardt Erwin przyglądał się Roswicie wzrokiem rozamorowanego
cielaka. Czy to naprawdę możliwe?- pytała się w myślach Rosie. A więc istnieje życie
po Wolfgangu? I dlaczego nie czuje żadnych wyrzutów sumienia? Nie znaczy to
przecież, że przestała kochać tego poczciwego pracownika wydziału śmieci
komunalnych. Przeżyła z nim tyle lat, że niejako nie potrafiła już myśleć w
innej perspektywie niż wieczne „Wolfgang i ja” albo „ja i Wolfgang”. A teraz?
Teraz siedzi w towarzystwie największego przystojniaka, jakiego tylko w życiu
widziała i wcale, ale to wcale nie czuje, że krzywdzi tym Wolfganga. Co więcej:
doskonale za to wie, że skrzywdzi samą siebie, jeżeli pozwoli teraz, tak po
prostu, panu Klatscheplatsche zniknąć ze swojego życia. Przystojny, inteligentny,
zabawny, oczytany, czarujący, dojrzały mężczyzna. Czyż można prosić o więcej? Och nie. Niech ta
bajka trwa i trwa, choćby miała trwać tylko chwilkę jeszcze.
-Co?- ocknęła się
nagle Rosie, ze swojego różowego snu.
-Pytałem się czy
miałaby pani ochotę, Rosie, pojechać ze mną w przyszłą sobotę do Dortmundu, do
zoo. Nie musimy iść do pająkarni, jeżeli czuje pani obawę. Zobaczylibyśmy
żyrafy. Podobno w Dortmundzie mają najlepsze okazy w całej Europie. A potem,
jeżeli sobie pani tego życzy, możemy pooglądać słonie. Albo nawet lwy i
tygrysy. Albo małpy, jeżeli ma pani na to ochotę. Co pani na to Rosie?- Bernardt
Erwin delikatnie zamknął dłoń oszołomionej Roswity w swojej. Rosi poczuła
nagle, że farma motyli w jej brzuchu przestawiła się na nadprodukcję, która
mogłaby sprostać zapotrzebowaniu na bielinki kapustniki w promieniu 50
kilometrów. Doktor Klatscheplatsche
mówił dalej.- Zdaje sobie z tego sprawę, że to może takie niezbyt eleganckie
zapraszać dopiero co poznaną kobietę na randkę...
-Alez skąd!!!-
wybuchnęła nieco zbyt żywiołowo Rosie. Bernardt Erwin kontynuował ucieszony.
-To znaczy, że się
pani zgadza?
-Chętnie! Z
całego serca chętnie. Uwielbiam lwy i tygrysy. Mój Boże, przecież ja w zoo nie
byłam już dobre 40 lat.
-Mam nadzieję, że
to nie jest jedyny powód, dla którego mam pani zgodę?- zapytał nieco przekornie
pan Klatscheplatsche. Roswita wybuchnęła dźwięcznym, szczerym śmiechem.
-Ach, nie.
Uwielbiam wszystkie zwierzęta. Szczególnie te mocno owłosione.- i spojrzała
rozbawiona na włochate kolana doktora. Bernardt Erwin poczerwieniał na twarzy
jeszcze bardziej. Lekki, leciutki grymas wykrzywił mu usta. Dyskretnie, prawie
niezauważalnie masował ręką swoją klatkę piersiową w tym miejscu, gdzie
znajduje się serce.
-Uff...- wysapał
ciężko.- Pani wybaczy. Trochę brak... mi... tchu...
Rosie spojrzała
na niego badawczo. Zesztywniała z niepokoju.
-Czy pan się
dobrze czuje?- zapytała ostrożnie. Teraz Bernardt Erwin był kredowobiały.
-Doskonale.-
zapewnił słabo.- To... tylko... z wrażenia...
-Może ja jednak
zadzwonię po lekarza?
-Niepotrzebnie. –
zaprzeczył energicznie pan Klatscheplatsche.- Zaraz przejdzie. Zaraz przejdzie.
O! Już mi lepiej.- uśmiechnął się słabo, po czym spadł z krzesła i runął ciężko
na ziemię.
Czyjś krzyk.
Bieganina.
Ostry wrzask
karetki.
Żółte, odblaskowe
kamizelki ratowników, biały kitel lekarza, przerażone głosy i współczujące
spojrzenia. Nawet nie wiedziała kto i kiedy odprowadził ją do domu.
W nocy płakała w
poduszkę, długo, bardzo długo. I była pewna, że Wolfgang płakałby razem z nią.
*
Kościelne dzwony biły długo i posępnie. W środku zebrały się tłumy,
orzeźwione chłodem płynącym od grubych murów. Upał na zewnątrz nie zelżał
bowiem ani trochę w ciągu tego smutnego tygodnia.
-Najdrożsi.-
rozpoczął swoją przemowę pastor. Westchnął głośno. W pierwszym rzędzie
siedziała zapłakana pani Müller, cała ubrana w czerń. W tylnych ławkach kryła
się Rosie. Nie miała odwagi podejść bliżej otwartej trumny. Bernardt Erwin,
nawet po śmierci wciąż wyglądał uroczo, a czarujący, nieśmiały uśmiech błąkał
się po bladych, wystygłych już wargach.
-Najdrożsi. Każda
strata dla naszej małej społeczności jest stratą tak samo bolesną. I nie ważne
czy chodzi tu o wieloletniego mieszkańca Deppenhausen, czy też o dopiero
osiadłego, tak, jak nasz, nieodżałowanej pamięci dorktor Bernardt Erwin
Klatscheplatsche. Mimo tego krótkiego czasu wielu z was zdążyło już go poznać.
Jeszcze więcej, a tego jestem pewny, z
prawdziwą przyjemnością, chciałoby się z nim zaprzyjaźnić.
Każde słowo
pastora przeszywało serce Rosie ostrym bólem.
-Śpieszmy się
kochać ludzi, tak prędko odchodzą- powiedział kiedyś pewien bardzo mądry
człowiek. Jakże doskonałe i jakże uniwersalne są te słowa. Marnujemy większą
połowę życia na zdobywanie rzeczy materialnych. Praca od rana do świtu, by
spłacić mieszkanie, dom, krótki sen i znowu praca od rana do świtu. A tymczasem,
gdzieś obok nas, gdzieś w tym prawdziwym świecie zapominamy ludzi, którzy tak
naprawdę stanowią istotę tego życia. A potem, moi drodzy, potem budzimy się w
pięknym domu, sami niczym palec. Otoczeni wirtualnymi znajomymi, a jednak sami.
Pobłogosławieni liczną rodziną, a jednak sami. W samym środku wielkiego miasta,
a jednak samiuteńcy, jak na pustyni. Życzę wam, żeby ta samotność była
motywacją dla większego otwarcia się. Na ludzi, na zwierzęta, na nowe pasje.
Nie zamykajcie drzwi i nie zamykajcie serc. Bo miłość można znaleźć zawsze i
wszędzie, nawet pod ciemnym, wilgotnym zlewem w kuchni. – po kościele rozbiegły się ciche szlochy i
płacze, tłumione przez grube mury i witrażowe okna.- Teraz ogłoszenia
parafialne. Wasz pastor wciąż czeka na nowe zaproszenia do grona znajomych na
facebooku. Proszę jednak, żeby nie spamować mi walla przepisami na racuchy, mam
przepisaną dietę cukrzycową. W każdy czwartek trenujemy boks w salkach
katechetycznych. Siostra Margerita wciąż prowadzi w rankingu: 23 zwycięstwa w
tym 20 przez K.O i tylko 3 porażki. Wszystkich chętnych do skoku ze
spadochronem zaprasza w każdą pierwszą sobotę miesiąca ojciec Thadeus. Spadochron
jest niekonieczny, aczkolwiek z doświadczeń kursantów wynika, że skacze się z
nim nieskończenie bardziej komfortowo. W każdy piątek o 16 twitterowe spotkanie
grupy anonimowych twitterowiczów, którzy chcą zerwać z nałogiem. Hasztag #kaszanka.
Natomiast w soboty zapraszamy na...
Płynęły kojące
słowa pastora.
Zgromadzenie
zakończyło się posępnym marszem wygrywanym na kościelnych organach. Rodzina i
część żałobników odprowadziła doktora Klatscheplatsche na pobliski cmentarz.
Rosie wolała zostać przed kościołem. Nie chciała patrzeć na Bernardta Erwina
oddawanego z powrotem ziemi. Wolała zachować go w pamięci takim, jakim go
poznała. Z błyskiem w oku i błękitnej, hawajskiej koszuli.
Zaraz obok niej
znalazły się przyjaciółki. Marie uścisnęła jej ręce, Elsa bez słowa wręczyła
placek z jagodami a Kunegunt zamknęła w uścisku, który z łatwością uśmierciłby
dorosłego goryla.
-Och, Rosie. Jest
nam tak strasznie przykro.
-W porządku.-
Rosie próbowała się uśmiechnąć. Smutne oczy jednak temu zaprzeczały.- Ja chyba
powinnam wiedzieć, że tak będzie. Że nie mam się już czego w życiu spodziewać.
Nikomu nie potrzebna, przez nikogo nie oczekiwana. Jak stare buty odłożone
gdzieś w kąt szafy. Nikt o nich nie pamięta, nikt ich nie nosi, ale wyrzucić
szkoda.
-Rosie!- krzyknęła
z wyrzutem Kunegunt.- Ty chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz.
Roswita wzruszyła
tylko ramionami.
-A ja sądzę, że
stanie i zamartwianie się do niczego dobrego nie doprowadzi.- wtrąciła swoje
trzy grosze Marie.- Zamiast płakać lepiej uczcić pamięć pana Klatscheplatsche.
Dlaczego nie miałybyśmy pojechać do zoo, do Dortmundu?
-O tak!- wtrąciła
entuzjastycznie Elsa. Rosie spojrzała na nie szeroko otwartymi oczami.
-Wy chyba nie myślicie
o tym poważnie?- wyjąkała.
-Ale dlaczego
nie?- zaoponowała Kunedunt.- To doskonała okazja. Za stare już jesteśmy, Rosie,
żeby nie korzystać z okazji. A i pan Klatscheplatsche, świeć panie jego
pamięci, pewnie wolałby wiedzieć, że dobrze bawisz się w zoo, niż że siąkasz
nosem na jego grobie. Przecież chcieliście obejrzeć żyrafy, prawda?
Rosie już miała
protestować. Co to w ogóle za pomysł? Jechać na wycieczkę (na wycieczkę bez
NIEGO, podpowiedziała jej bardzo cichutka, bardzo nieśmiała myśl) dokładnie w
takiej chwili? Z drugiej strony... Dlaczego ta chwila miałaby być
nieodpowiednia? I czym tak naprawdę będzie się różnić od setek innych, bardzo
podobnych do siebie, zapełnionych smutkiem i stagnacją?
-Jak sobie
chcecie.- mruknęła przygnębiona. Odwróciła się i poszła do domu.
-Jedziemy w
sobotę!- krzyknęła za nią Kunegunt.- W soboty mają zniżki dla seniorów!
Wpadniemy po ciebie o 9 rano, kochana!
„Wszystko mi
jedno” pomyślała smutno Rosie.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Pragnę przypomnieć także o akcji: "dożyw Helgę zimą". Szczególnie mile widziane są kupony do tajskich restauracji, szampan Pommery i mrożone sushi. Więcej szczegółów na Facebooku. Aha, no i nie kopiować oczywiście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)