Wersja chomikowa tutaj (PDF)
Wersja PDF, ale z dysku google tutaj: Jak widzę naszą przyszłość
Jak widzę naszą przyszłość
część pierwsza
Wbrew temu, co wszem i wobec rozpowiada o mnie w instytucie kosmonautyki
Katia Pawłowa, ja- Grisza Anatolij- jestem romantyczny. Na randkę zawsze
jakiegoś badyla kobiecie przyniosłem- ot, choćby pęczek szczypiorku. O dobry
szczypiorek, niegruby ale i nie za cienki, dzisiaj trudno. Katia Pawłowa
doskonale o tym wie. Winem „czar sołtysa” częstowałem, żeby nie zmarzła w
zimie, na przystanku. Ba! Nawet kufajkę, w barze „u grubego Wołodii” zawsze jej
na haczyk odwieszałem.
Nie mam pojęcia,
dlaczego się na mnie gniewa, a i sama Katia nie chce nic powiedzieć. Udaje, że
mnie nie zna. Nos do góry zadziera, śliczne usta wykrzywia, z koleżankami
szuru-buru ploteczkami się karmią a na mnie ani nie spojrzy. Z kobietą to
wiadomo- jak nie hukniesz, to nie uzyskasz żadnych konkretnych informacji.
Huknąć Katii to jeszcze oficjalnie nie mogę, bo nam termin w Pałacu Ślubów
dopiero za trzy miesiące wyznaczyli.
Muszę w inny
sposób zakończyć tę idiotyczną sytuację. Bo Katia ze ślubu nie zrezygnuje, to
pewne. Sukienkę krawcowa już uszyła, zarżnięty świniak w zamrażalce leży, ja
sam koszta poniosłem i to niemałe. Samogon z październikowych zapasów już się
skończył, a wiecie ile kosztują majowe resztki magazynowe z nielegalnych
bimbrowni? Majątek! Mam tylko spore wątpliwości, czy ten skromny fakt, że
jesteśmy małżeństwem zmusi ją w końcu do zauważenia mojej osoby.
Bo ja, wbrew poradom
żonatych od lat Wańki i Piotrofija, wolałbym od czasu do czasu słówko z żonką
zamienić.
-Ciesz się, że nie
gada.- powiedział mi Wańka, kiedy prosiłem go o radę.- Jak kobieta raz pysk, po
ślubie, otworzy, to dopiero w trumnie go zamyka.
-Sam fakt, że
martwa też nie chroni od babiego bełkotu.- wtrącił Piotrofij.- Mój, świętej
pamięci, dziadzio powtarzał, że jeszcze 20 lat po śmierci babka nawiedzała go w
koszmarach i kołki mu na głowie ciosała.
Ja jednak spróbuję,
a co tam! Jestem urodzonym ryzykantem. Nawet Lotka puszczam co sobotę zawsze za
najwyższą stawkę- 30 kopiejek. Dlatego zwracam się z prośbą do wszystkich
towarzyszy i towarzyszek! Do ludu miast i wsi! Do robotników! Do kołchoźników!
Do studentów! Ba, nawet do kapitalistycznych malwersantów! Pomóżcie mi
udobruchać Katię. Co ja takiego złego powiedziałem?
A wszystko
zaczęło się tak...
Naturalny satelita Ziemi, zdobyty bohatersko przez Łunę 2, był właśnie w
pierwszej kwadrze. W zaroślach typu głóg odzywały się bekwarki (Luscinia
luscinia). Ach nie! Miało być romantycznie. No to od początku:
Księżyca blask, słowika śpiew. Każda kwietniowa noc urzeka pięknością,
zwłaszcza gdy spędzasz ją w miejskim parku imienia Puszkina, w towarzystwie
najpiękniejszej praktykantki fizyki teoretycznej, z całego instytutu. Ale ta
noc była najpiękniejsza ze wszystkich. Już wczesnym wieczorem, zgodnie z tym,
co ustaliliśmy ongiś, znalazłem się w rodzinnym domu Katii Pawłowej. Niewielka
chatynka w centrum miasta pozbawiona była prądu i bieżącej wody, mimo że trzy
ulice dalej Plac Czerwony skąpany był w feerii świateł, neonowych reklam i głośnej
dyskotekowej muzyki. W tej części Moskwy jednak czas jakby się zatrzymał i na
zawsze zastygł w epoce cara Mikołaja. W płocie okalającym dom brakowało kilku
desek, a na trawniku pasła się chuda koza, przywiązana do palika. Rodziców Katii
i starszego rodzeństwa nie zastałem. Nie wrócili jeszcze z zebrania
organizacyjnego przed planowanym, spontanicznym pochodem pierwszomajowym. W
kuchni świeciła się lampka naftowa. Zapukałem do drzwi, w których brakującą
szybę zastąpiono połamaną dyktą i wszedłem. Uśmiechnięta, pomarszczona na
twarzy niczym suszona śliwka, zakutana chyba w trzy watowane kurtki, babcia Agrafia zgodnie i bez sprzeczek, z
jednego talerza jadła kaszankę razem z tłustym, szarym kotem. Kot miał ogon
złamany w trzech miejscach i złośliwe ślepia. Babuszka Agrafia jadła kaszankę z
jednej strony, a z drugiej kot zanurzał swój puszysty łepek.
-Kawaler do
Katieńki?- zapytała.
-Tak, to ja.
Grisza.- przedstawiłem się, bo wiedziałem, że babcia Agrafia jest mocno
niedowidząca.
W kuchni
pachniało babcią, kotem, kaszanką, ogniem i kapuśniakiem, który dochodził w
glinianym garnku, na ciepłym, wygaszonym palenisku i czekał, aż wrócą
pozostali. Obok paleniska, na drewnianej desce, leżał domowy chleb z mocno
przypieczoną skórką i kawałek niesolonego, koziego masła. Zakręciło mi się w
nosie od tych zapachów i kichnąłem.
-Na zdrowie
kawalerze.- powiedziała babcia, uśmiechając się bezzębnymi ustami.- Takie
kichanie to na głód, ani chybi. Te młode, w dzisiejszych czasach to jak wiatr.
Nie dośpi, nie doje, jeno lata po tych odczytach i zebraniach. O, o niech
popatrzy. Kapuśniak od trzech godzin czeka, a moich wciąż nie widać. Ćwiczą
dzisiaj samokrytykę, do pochodu niewiele czasu już zostało. Może kawaler chce
kaszanki? Ja zaraz łyżkę podam, niech się kawaler przysiądzie.
Na te słowa szary
kot podniósł głowę, spojrzał na mnie nieprzyjaźnie i syknął. Z wibrysów
skapywał mu tłusty sos, wprost do talerza. Kaszanka rzecz nęcąca, ale z kotem
bił się o jedzenie nie będę.
-Babciu Agrafio,
niech się babcia nie trudzi. My z Katiuszą mamy stolik zarezerwowany. Trzy
miesiące temu sam osobiście nas na ten stolik zapisałem, w kolejce marzłem. Jak
teraz zjem kaszanki, to nic innego nie ruszę „u grubego Wołodii”
-Ach wy młodzi.-
westchnęła babunia.- Zamiast zjeść z rodziną w domu, jak tradycja nakazuje, to
biegacie po tych nowoczesnych barach mlecznych. A ja słyszałam, jak w radio
mówili, że tam w ogóle higieny nie ma. Nic a nic. Rąk nie myją, sól drogową do
kotła sypią, nawet szczurami nikt się nie przejmuje. A w domu to co innego.-
zanurzyła widelec w kaszance z jednej strony, a kot z drugiej łeb.
Katia musiała
usłyszeć naszą rozmowę, bo zbiegła niczym burza, po drewnianych schodkach i
wpadła do kuchni.
-Grisza!- krzyknęła
zarumieniona. Wyglądała bardzo ładnie w nowej, niebieskiej sukience z białym kołnierzykiem
i dwoma warkoczami związanymi brązową wstążką. Trzasnąłem obcasami, jak nas w
wojsku uczyli.
-Katia Pawłowa.
Czy zrobi mi pani ten honor i pozwoli zaprosić się na kolację?
-Grisza, ty
głuptasie.- Katja zachichotała.
-Kaszanki zjesz
przed wyjściem?- zapytała ją Agrafia.
Katia skrzywiła
się ślicznie i odęła szerokie, ładnie wycięte usta.
-Babciu, babcia
wie, że ja kaszanki nie lubię. Nic a nic.
-Wy młode nie wiecie
co dobre. Tylko hamburgerami się zajadacie albo bułką w kiełbasie. A wiesz li
ty co w takiej kiełbasie, jest? Wiesz? Papier! Słyszałam, jak w radio mówili.
Papier o zapachu mięsa. W wodzie z gipsem namaczają, w kiełbasę formują i
pakują do bułki. A swojska, domowa kaszanka to co innego. Wiesz, co masz w
środku. Krew jest. Kasza jest. Strugane kopyta. Zmielona skórka. Naturalne
rzeczy same.
Katieńka
westchnęła. To na mnie zerkała, to na babcię, nogami nerwowo drobiła i oczami
przewracała.
-Późno się robi.
-Kufajkę weź.- poradziła
jej babcia Agrafia. – W radio mówili, że w nocy jeszcze zimno może być. To wina
amerykańskiej coca-coli. Fabryki nam na granicach budują i freonami powietrze
ochładzają. Kaj ja pomidory do ogródka przeflancuję, jak na zimną zośkę mrozy
mają jeszcze trzymać?
-Mamy 30
kwietnia, babuniu. Na dworze już ciepło. Na Moskwie (rzeka) dawno już lód
puścił.
-Puścił, nie
puścił, ale kufajkę zabierz. Dobrze grzeje, bo to jeszcze po dziadku, niech mu
ziemia lekką będzie.- wyjaśniła mi.
Katia posłusznie
ubrała waciak, mimo że gruby drelich szpecił jej figurę.
-Do widzenia
babciu.- powiedziała i ucałowała babcię.
-Do widzenia
Agrafio Pantelejewna.- powiedziałem i ja. Babuszka pokiwała nam wyschłą,
trzęsącą się głową. Razem z nią zatrzęsły się dwa, cienkie niczym wykałaczka
mysie ogonki. Kot nie raczył się pożegnać.
-Idźcie, dzieci,
idźcie bo wam jeszcze stolik zajmą. Niech wam święty Euzebiusz błogosławi.
Katia?
-A co?
-A jakbyś tam
naszych gdzieś po drodze spotkała, to powiedz im, żeby się pośpieszyli. Że ja
tu czekam.
Ale Katia nie
słyszała końcówki, bo aż nogami przebierała do tego wyjścia. Hyc, hyc znalazła
się za drzwiami. Pobiegłem za nią. Dopiero wtedy odważyłem się ścisnąć ją za
ręce i wycałować czerwone policzki.
-Grisza, puść!-
wysapała.- Jeszcze sąsiedzi zobaczą.
-No to co, że
zobaczą?- wzruszyłem ramionami i jeszcze mocniej przycisnąłem Katieńkę.
-Dla ciebie „no
to co”, a mnie znowu na języki wezmą.
-Ślub za trzy
miesiące, a ty się przejmujesz co tam stara Warwara Sidorowa za pleciuchy
rozpuszcza?
-A tak, przejmuję
się.- zawołała przekornie.- Kto wie, czy ty mnie na godzinę przed ślubem nie
zostawisz i uciekniesz z kimś innym, choćby do Gruzji? Ty myślisz, że ja nie
widziałam, jak dzisiaj w instytucie mało oczu sobie nie wypatrzyłeś za Maszą? Mężczyzna
zawsze ma łatwiej w życiu, a za kobietą ciągnie się opinia niczym smród z
centrali rybnej.
-Słuszny
argument.- przyznałem i zdjąłem ręce z talii Katii. Katieńka nic nie
powiedział, tylko jakoś tak na mnie dziwnie, spod byka, popatrzyła. Zegar na
wieży pobliskiego urzędu statystycznego wybił wpół do szóstej.
-Chodźmy.-
powiedziałem.- Do grubego Wołodii stąd więcej jak kilometr, a stolik mamy na
osiemnastą. Jak się spóźnimy, to przepadnie.
Pociągnąłem Katię
za rękę. Poszła za mną, ale z wyczuwalnym oporem. Boczy się czy co? W drodze
niewiele się odzywała i odpowiadała tylko półgębkiem, mimo że rozmawialiśmy
przecież na rzeczy wyjątkowo interesujące. Wańka cztery lata temu zapisał się
na motor i właśnie dzisiaj, z samego rana, odebrał go z fabrycznego parkingu.
Cudeńko! Aluminiowe felgi, siedzisko z prawdziwej sztucznej skóry, hamulec na
korbkę i plastikowe owiewki w kolorze bahama yellow. Wańka przyjechał nim
dzisiaj do pracy. Z dobry kwadrans staliśmy wokół motocyklu i podziwialiśmy ten
współczesny cud techniki. Teraz opowiadałem o nim Katii.
-Wańka
powiedział, że wprawdzie sprzęgło, gaźnik i przednia zębatka do wymiany, ale
nic to nie szkodzi. On ma wujka, a ten wujek ma kuzyna, który jest
zaprzyjaźniony z synem portiera w Centrali
Radiotelegraficznej. Nowego gaźnika tam wprawdzie nie kupi, za to może
dostać miedzianego drutu. Na ten drut to już ma amatora, jakiegoś zapalonego
krótkofalowca, który chce się wymienić na płytę z hitami męskiego chóru
cerkiewnego. Płytę chciałaby dostać sekretarka z zakładu upowszechniania
ogrodnictwa i oferuje za nią gumowe kalosze. A za kalosze, to dostanie części
do gaźnika od mechanika z fabryki Ursusa, bo jemu stare zupełnie sparciały, a
nowych nigdzie nie można kupić. Katia, co ty tak milczysz?
-Ja nie milczę,
tylko słucham.- powiedziała Katia lodowatym głosem.
Skoro słucha, to
znaczy, że interesujące. Opowiadałem więc dalej.
-Z przednią
zębatką to będzie mniej problemów. Wańka ma w składziku pół tony węgla, który
mu jeszcze od zimy został. Zostałoby mu więcej, ale sąsiad sobie gdzieś tak w
połowie grudnia nowy skobelek dorobił, więc tylko tyle. Za ten węgiel dostanie
zębatkę. Wprawdzie nie nową, bo trzeba ją będzie trochę oczyścić i młotkiem
przyklepać, ale to nic nie szkodzi. Zostanie w pracy kilka dni trochę dłużej i
sobie w laboratorium, po godzinach wyklepie. U nas wprawdzie młotka nie ma ale
jest stróż Basilij, a to prawie to samo. Jakby Wańka gdzieś trochę Marlboro
skombinował, to mógłby sobie wykupić miesięczny abonament na młotek u dozorcy.
Katia pochmurniała
coraz bardziej.
-Najwięcej
problemów to będzie miał ze sprzęgłem. Ktoś z sąsiadów słyszał, że podobno w
tamtym roku mieli sprzęgła w składnicy harcerskiej. Ale składnicę zamknęli za
obrót mięsem z nielegalnego uboju i nie wiadomo teraz co dalej. Ja mu mówię,
żeby jeździł bez sprzęgła, a on na to, że silnik zatrze. O silnik to jednak
łatwiej, najwyżej wymontuje się z alarmu przeciwpożarowego w instytucie. Pożaru
to u nas nie było od trzech lat, to co się ma marnować?
Katia patrzyła na
mnie wyraźnie zniesmaczona. Co ja takiego robię źle? Przecież uprzyjemniam
spacer fascynującą konwersacją.
Na szczęście w
oddali pojawił się już zarys budynku, w którym mieściła się restauracja „u
grubego Wołodii”. Na górze była pralnia zakładowa przedsiębiorstwa uzdatniania odpadów
uranu, a na dole knajpa. Tak naprawdę, to nie była żadna restauracja, tylko
zwykłe bistro i do tego nie nazywała się „u grubego Wołodii” tylko „Parkowa”,
ale nikt już tego nie pamiętał. Właścicielem też nie był Wołodia, tylko
Fieliks. Jedyne co się zgadzało to to, że Fieliks był monstrualnie otyły. Teraz
swoim wielkim brzuszyskiem zatarasował wejście do środka i z groźną miną
sprawdzał rezerwacje na stoliki. Przed wejściem tłoczyło się sporo par, mniej
lub bardziej zakochanych, które lubo rezerwacji nie miały, ale liczyły na to,
że któryś stolik się zwolni. Spóźnienie, choćby pięciominutowe, skutkowało natychmiastowym
anulowaniem rezerwacji.
-Numer 34!- wrzasnął
gromko Fieliks.-Numer 34, na godzinę osiemnastą! Grisza Anatolij Prokompowicz!
-Rany, julek, to
przecież my! Katia, prędzej!- ścisnąłem w dłoni rękę Katieńki i pobiegliśmy. Na
schodkach musieliśmy przepychać się przez rozgorączkowany tłum.
-Przepraszam,
przepraszam.- sapałem, ale na wiele to się nie zdało. Ci spoza kolejki nie
puszczali nas specjalnie, żeby tylko zająć stolik. Katia była bardziej
bezpośrednia. Rozpychała się w tłoku łokciami, kopniakami i zębami.
-Po raz ostatni, numer
34!- krzyknął gruby Fieliks.
-Tuta! Tutaj!-
uff, jakimś cudem udało nam się dostać przed spocone i bardzo czerwone oblicze
restauratora, byłego boksera wagi ekstra ciężkiej. Twarz dosłownie nalaną miał
tłuszczem. Spasiony organizm zaczął magazynować tłuszcz nawet w czole, tworząc
tam jakby dodatkowy wał nadoczodołowy, tylko że nie z kości, a ze smalcu i
cukru.
-Dowód.- warknął
Fieliks, po czym długo oglądał dokument w świetle małej latarki i porównywał ze
swoją listą. Czytanie nie było jego mocną stroną.
-Możecie wejść
towarzyszu.- powiedział w końcu. -Stolik 34, za garderobę nie odpowiada się.
Książka skarg i zażaleń znajduje się u mnie, jakby co.
Akurat! Bo ktoś
ośmieliłby się wpisać do książki skarg i zażaleń widząc pięści Fieliksa, wielkie
niczym młyńskie koła.
-Nie sądzę, żeby
było to potrzebne.- powiedziałem uprzejmie.
-No, ja myślę.-
Fieliks odchrząknął, po czym splunął na schody. Tłok na nich był jednak tak
wielki, że plwocina rozbryzgła się w tłumie. Tu i ówdzie podniosły się głosy
oburzenia, jednak szybko umilkły.
-Następny! Stolik
35. Godzina osiemnasta zero dziesięć! Mikołaj Nataflonow z żoną!
Pociągnąłem
Katieńkę w głąb lokalu.
-Chodźmy.
Wejście do sali
restauracyjnej prowadziło przez długą, wąską, nieoświetloną sień. Do ściany
przybito haczyki na których wisiały kurtki, płaszcze i waciaki gości.
Niewentylowana kiszka śmierdziała starym tłuszczem i mokrymi paltami. Haczyków
było jednak mniej niż zapotrzebowanie gości. Przewiesiłem kilka kurtek na inne
miejsce, pomogłem rozebrać się Katjusze z jej kufajki po dziadku i odwiesiłem,
nakrywając swoją starą, poprutą pod pachą jesionką.
-Powinieneś kupić
nowy płaszcz.- zdecydowała Katia. – Zarabiasz trzy razy tyle, co ja. W tym jest
ci zdecydowanie nie do twarzy.
-Nowy?-
wzruszyłem ramionami.- Po co? Ten jest jeszcze dobry.
-Jest zniszczony.
-Mam go jeszcze
od podstawówki.- broniłem się.- To mój ulubiony.
Katia tylko
westchnęła. Skoczyłem w przód i elegancko przytrzymałem jej drzwi. Z sali
buchnął smród i hałas. Droga prowadząca do numeru 34 była zatarasowana
konsumentami leżącymi w poprzek wydeptanej ścieżki. Dwóch trzeba było przeskoczyć
a jednego obejść naokoło. Serce uradowało mi się na ten widok, bo ululany
klient jest jawnym dowodem walorów kulinarnych lokalu. Co tam żarcie, ważne, że
wódki tu nikt nie rozcieńcza. Katia chyba była innego zdania, bo marszczyła
nos. Nos może sobie marszczyć ile wlezie, ale wcale nie zmienia to faktu, że
musi unieść sukienkę, by przeskoczyć wódkowego zombie. Nózię ma, że palce
lizać.
Usiedliśmy przy
naszym stoliku, nakrytym poplamiona ceratą i wysłużoną zastawą dla dwojga.
-A poza tym, to
ja nie lubię zakupów.- kontynuowałem temat. Katia oburzyła się.
-Jak można nie
lubić zakupów? Naprawdę nigdy nie czułeś tego drżenia serca na widok nowej
szminki czy pończoszek?
Zgłupiałem. Na
szybko analizowałem sytuację, ale nie. Nigdy nie czułem drżenia serca na widok
nowej szminki czy pończoszek. Chyba że pończoszki wciągnięte były na długaśne
aż do szyi nogi Katieńki, wtedy to zupełnie inna sprawa. Ok, więc jednak nie
jestem bezdusznym intelektualistą z tytułem doktora fizyki nuklearnej.
-Coś tam czułem.-
stwierdziłem.
-A widzisz.-
Katieńka rozpromieniła się.- Jednak mam rację. Zawsze, kiedy wchodzę do hali
targowej nie mogę się zdecydować, od czego zacząć oglądanie. Tutaj francuskie
perfumy, w innym miejscu batystowe haleczki, jeszcze w innym cieniutkie jak
mgiełka rajstopy. I te kolory! Te zapachy! Jaśmin! Bez! Dżinsowa
szmizjerka z przeceny! Czasami wyobrażam sobie, co by to było, gdybym zamiast
stypendium wygrała główny los na loterii. Dobry Boże! Wykupiłabym całą halę, od
stoiska z warzywami po bieliznę.
-No i co byś
zrobiła z tymi warzywami?- zdziwiłem się.- Babcia Agrafia nie zdążyłaby ich wszystkich
zawekować. Zaśmierdłyby wam w piwnicy.
-Ach, Grisza. To
była tylko przenośnia taka!- zawołała Katieńka.
Nie rozumiem. To
chce te warzywa, czy ich nie chce? Awitaminozy chyba jednak nie ma, bo bardzo zdrowo
wygląda. Po grzyba jej trzy tony marchewki? Jedna, dwie rozumiem, bo do zupy,
ale wszystkie?
Już zacząłem jej
tłumaczyć niedorzeczność tego życzenia, kiedy podszedł do nas kelner, w
poplamionym fartuchu i postawił dwa, obowiązkowe kieliszki z wódką. Na
szczęście, bo Katieńka znowu zaczynała na mnie chmurnie patrzeć.
Kelner był niski,
zabiedzony, z długim, ostro sterczącym nosem. Był tak chudy, że mógłbym
przysiąc, z ręką na podręczniku fizyki, że żebra dawno już porwały mu koszulę
na strzępy. Dobrze, że chociaż fartuch litościwie przesłonił tę kościstą tragedię.
-Co dla
towarzyszy?- głosik też miał cieniutki.- Kolacja z deserem czy tylko zupa z
wkładką?
A, no tak! O
jednym nie pomyślałem. Finanse. Prędko przeliczyłem w myślach zawartość
portfela. 15 kopiejek na tramwaj do domu, 30 na papierosy, mamie muszę dać 5
rubli za pokój, a i u Wańki mam dług honorowy w wysokości 10 kopiejek i
flaszki. Portfel dostałem w tamtym roku od Dziadka Mroza. To znaczy tak
naprawdę od Katii, ale ta upierała się, że spotkała go na Placu Czerwonym,
kiedy wybierała choinkę. Naiwna dziewczyna. Skąd Dziadek Mróz na Placu
Czerwonym, skoro on w Wielkim Ustigu mieszka, w obwodzie wołogradzkim?
Szkoda tylko, że
razem z portfelem nie dostałem od Dziadka Mroza kilku sturublowych papierków,
bo mimo że ładny, ze skaju i haftowany w maki, żałośnie świecił teraz pustkami.
Jednak Katieńka tak bardzo wpatrywała się we mnie swoimi wielkimi, smutnymi
oczami, że nie miałem śmiałości zamówić samej zupy.
-Mhmmm... z
deserem.- wydusiłem z siebie, na przekór zdrowemu rozsądkowi. Każdy neuron w
mózgu, odpowiedzialny za racjonalne myślenie, wrzeszczał z przerażenia. Lekarze
mówią, że to tinnitus, ale ja i tak swoje wiem.
Kelner wyciągnął
zza ucha kawałek obgryzionego ołówka.
-Słucham, towarzysze,
Zastanowiłem się.
-To może na przystawkę...
-Na przedjadkę.-
szybko wtrąciła Katia. Spojrzałem na nią okrągłymi ze zdumienia oczyma, kelner
też minę miał nietęgą.
-Że co?-
zapytałem może ciut głupio, ale konkretnie.
-Na przedjadkę.-
powtórzyła Katia.- Teraz nie mówi się „na przystawkę”, bo to już niemodne,
tylko „na przedjadkę”. To z amerykańskich książek jest.
-Nigdy o czymś
takim nie słyszałem.- zaprotestowałem.
-Bo ty nigdy się
modą nie interesujesz.- wybuchnęła nagle.- Dla ciebie moglibyśmy wciąż mieszkać
w jaskiniach i z dzidami biegać na mamuty. Ale żebyś książkę, jakąś amerykańską
poczytał, albo w telewizji mtv pooglądał, jak wszyscy nowocześni ludzie, to już
nie. No proszę, proszę. I potem muszę świecić za ciebie oczami, że się z
niedźwiedziem jaskiniowym umawiam, który nawet modnie wysłowić się nie potrafi.
-O przepraszam!-
zaperzyłem się.- Książkę to ja na studiach sam z siebie przeczytałem. Bajki
Puszkina, ha?
-Puszkin to nie
pisarz.
Ludzie trzymajcie
mnie, bo wyjdę z siebie i nie wrócę.
-Puszkin to nie
pisarz? To kto według ciebie?
-Puszkin to...-
zamyśliła się.- no... Puszkin. Możemy zakończyć tę idiotyczną dyskusję?- dodała,
a jej oczy ciskały na mnie i na kelnera błyskawice. Na mnie to w porządku,
przyzwyczaiłem się, ale co jej ten biedny chudzina zawinił? A poza tym, to nie
ja zaczynałem te wywody o Puszkinie.
-Dobrze, już
dobrze.- starałem się ze wszystkich sił załagodzić sytuację.- Na przedjadkę
weźmiemy sałatkę Oliver.
Kelner skrupulatnie
zapisał w kajecie, a dopiero potem powiedział:
-Nie ma.
-A co jest?
-Sałatka
niespodzianka.
-Niespodzianka?-
zdziwiłem się.- A z czego jest?
-Tego nikt nie
wie. Nawet kucharz. Dlatego nazywa się niespodzianka.- wyjaśnił kelner ze
stoickim spokojem.
-Weźmiemy dwie
porcję.- zadysponowała Katieńka. –Trzeba być otwartym na nowości.
Nie powiem, zaimponowała
mi odwagą. W samym środku bistra „U grubego Wołodi”, otoczona zapachem
nieświeżej ryby, starego oleju i rozgotowanego, gumowego kapcia zamawia, jakby
nigdy nic, dwie porcję sałatki niespodzianki. Z taką to tylko konie kraść.
-A na drugie?
-Pilemieni. Mogą
być z boczkiem.
-Peee...lee...-
kelner miał widoczne problemy z zapisaniem nazwy tych popularnych u nas
pierożków.
- PIEL-ME-NI.-
dyktowałem mu literka po literce. W końcu odnieśliśmy obustronny sukces.
Personel restauracji „U grubego Wołodii” całą klasą, chyba, do szkoły chodził.
Albo raczej nie chodził, zważywszy na ich poziom edukacyjny. Mam szczerą,
nadzieję, że przynajmniej kucharz potrafi przesylabizować słowo „sól” i
odróżnić ją od fiolek z napisem „cyjanek”.
-No.- sapnął z
zadowoleniem kelner, po czy dodał.- Też nie ma.
Raz, dwa,
osiemnaście, sto czterdzieści siedem...
-A co jest?
-Kaszanka.
-Weźmiemy dwie
porcje.- zdecydowała Katieńka mocnym głosem. Spojrzałem na nią zdziwiony.
-Przecież ty nie
lubisz kaszanki.- zaprotestowałem, bo wyraźnie słyszałem, co odpowiedziała
babci Agrafi.
-Nie lubię
kaszanki, ale w domu. W restauracji lubię.- wyjaśniła Katia z niewzruszoną miną.
-Zdajesz sobie
sprawę, że to taka sama kaszanka jak u babci? Może nawet gorsza.
-Owszem. I taką
lubię. Ale tylko w restauracji.
Katia miała mocne
argumenty a ja żadnej, merytorycznie równie silnej odpowiedzi. No to zjemy po
kaszance, dla mnie to nawet lepiej.
-Na deser kisiel
i kompot.- zdecydował już za nas kelner i ulotnił się niby zły duch. Kiedy już
przebrnęliśmy przez żmudną procedurę zamawiania kolacji, miałem szczerą
nadzieję na miły nastrój. W rogu sali restauracyjnej muzyk dyskretnie brzdąkał na
puzonie „Oy, to ne wieczer”. Pożółkłe paprotki schły w głośnej atmosferze
śmiechu, wrzasku i prania po mordach przez Fieliksa co bardziej awanturujących
się konsumentów. Przyćmione światło (4 żarówki były spalone, a jedna migała),
świece w butelkach po Moskowskajej i zasłużony odpoczynek po ciężkiej pracy.
Jednym zdaniem- sielanka zakochanej pary.
O ja głupi!
-A do tego nawet nie
zauważyłeś, że mam zupełnie nowe kolczyki.- powiedziała z wyrzutem Katieńka,
zaraz, gdy tylko kelner odszedł. Nie wiedziałem czy to początek nowej kłótni,
czy kontynuacja starej, więc milczałem przezornie. Katia jednak podeszła do
problemu z mniej filozoficznym nastawieniem, bo po prostu zaczęła mi robić
wyrzuty.-W ogóle się mną nie interesujesz. Ja już nawet nie wiem, czy ty mnie
jeszcze kochasz? Słyszysz Grisza, co do ciebie mówię?
Nie, w ogóle nie
słyszę. Siedzę raptem 30 centymetrów dalej i mam napad ostrej głuchozy. Oho,
zaraz potrzebna będzie hospitalizacja. Najlepiej u czubków, szykujcie dla mnie
kaftan.
-Tego, że mam
nową sukienkę też nie zauważyłeś. A jakby Masza, choćby nowe skarpetki założyła,
to pewnie pierwszy byś to komentował. Widziałam, jak się na nią dzisiaj
patrzyłeś.
Patrzyłem się, bo
mi w laboratorium wylała cały kubek radioaktywnego, płynnego azbestu na
zupełnie nowe spodnie.
-No, nie dręcz
mnie już więcej. Powiedz, że ci się podoba i zakończymy tę farsę. Myślisz, że
będę za tobą płakać? Myślisz, że będę stała na drodze waszego szczęścia? Jak
chcesz pić śmietankę, która innemu z wąsów skapła, to proszę bardzo. Idź! Leć!
Tylko nie przychodź potem ze szlochem, żebym ci kolejkę u dermatologa zajęła.
Ja wiem, co o Maszy rozpowiadają w szatni. No, powiedz, że ci się podoba!
Powiedz!!!
Głupi nie jestem,
chociaż może głupio wyglądam. Nic nie odpowiedziałem, bo prainstynkt
podpowiadał mi, żeby dziób na kłódkę trzymać. Owszem, Masza jest niczego sobie.
Górny sinus i cosinus ma całkiem niezłe, dolny tangens i cotangens też są w
porządku, a do tego ramiona paraboli a>1 zaopatrzone są w całkiem apetyczne
łydki. Ślepemu by się dopiero podobało, a co dopiero 29 letniemu facetowi z
normalnymi zapasami owłosienie i testosteronu w organizmie! Ale który idiota
wyrwałby się z taką prawdą, choćby nawet była oczywistą? No, nikt. Nie ma
takiego cwaniaka w całym instytucie. Ha! W całym kosmosie pewnie nie
znajdziecie podobnego śmiałka.
Już sobie zacząłem wyobrażać jak musi się to odbywać na Aldebaranie albo na
Marsie. Ona i on. Romantycznie zajadają zupę z kwarków i neutronów. I nagle,
bez ostrzeżenia ona zaczyna płakać płynnym kwasem siarkowym, wrzeszcząc do
tego: „no powiedz, że podoba ci się Masza! Widziałem, jak się dzisiaj w instytucie
gapiłeś na jej czułki! A ja się tak dla ciebie staram, nawet sobie nowy
egzoszkielet kupiłam, studium przepoczwarzenia ci poświęciłam...
-To ja się dla
ciebie staram. Tak staram się ze wszystkich sił, młodość ci poświęciłam...-
zajęczał nagle miły, choć rozdrażniony głosik. Momentalnie zleciałem z Marsa na
Ziemię.
-Katia, ty masz
dopiero 21 lat!
-No właśnie o tym
mówię. Młodość ci poświęciłam, nawet kołnierzyk sobie dzisiaj na żelazku
ururkowałam, palce poparzyłam. I co? I nic nie powiesz?
-Bardzo ładny
kołnierzyk.- poddałem się w końcu.
-Nie mogłeś tak
od razu?
-Mogłem.-
przyznałem się do tego oczywistego błędu niczym skruszony grzesznik u stóp
konfesjonału.
-A widzisz.-
stwierdziła Katieńka. W tym samym momencie kelner przyniósł wyszczerbione talerzyki
z porcjami sałatki niespodzianki. Bez słowa postawił na stole, przetarł tłustym
fartuchem nasze sztućce raz jeszcze, tak jakby nie były one dostatecznie brudne
i poszedł sobie bez słowa.
„Święty
Euzebiuszu miej mnie w opiece” pomyślałem na widok brei o niezidentyfikowanym
kolorze. Coś jakby ciemna sałata zerkała na mnie spod błota oblanego
majonezowym sosem. Tylko czy sałata ma 4 pary cienkich nóżek i czułki? Na szczęście
problem zaraz sam zniknął. Zniknął, bo uciekł z talerza, dokładniej. Zamówione,
zapłacone, szkoda wybrzydzać. Dzielnie zabrałem się za swoją porcję. Tylko
Katieńka leniwie grzebała widelcem. Po chwili odsunęła talerz.
-Tego nie lubię.-
stwierdziła.
-Z tobą to tak
zawsze.- wyrwało mi się nieopatrznie.- Najpierw zamawiasz wszystko jak leci, a
potem nawet nie spróbujesz i nosem kręcisz. A ja za to płacę.
W tej samej
chwili, kiedy to wypowiedziałem ostatnie słowa, uświadomiłem sobie błąd. Czy
mnie bies opętał, czy się blekotu najadłem? Święty Euzebiuszu, czemu nie
zesłałeś na mnie paraliżu zanim, nieszczęsny, wypowiedziałem te słowa? Czyżby
błogosławieństwo babci Agrafii przestało działać? Kto, jak kto, ale babuszka
Agrafia musi mieć chyba jakieś wtyki u świętych, do cerkwi zawsze za kopiejkę
świece nosi, popowi rękę sumiennie całuje, czy trzeba czy też nie.
Bo Katieńka, jak na
zawołanie, twarz w dłoniach ukryła i zaczęła płakać łzami wielkimi jak grochy.
A mimo że płakała, to robiła to w sposób wyjątkowo profesjonalny, ani jedna
pokryta tuszem rzęsa się nie rozmazała, nie odpadł najmniejszy nawet pyłek
pudru. Tylko sąsiedzi ze stolika obok zaczęli się na mnie patrzeć jakbym był co
najmniej potworem zmuszającym do zberezeństwa niewinne dziewczątko. Tymczasem
niewinne dziewczątko szlochało dramatyczne. Nawet coś za bardzo dramatycznie.
-Katia!- szepnąłem
błagalnie. Szloch tylko się wzmógł.
-A ja myślałam,
że tobie naprawdę na mnie zaleeeży! Że mnie rozumiesz. Myślałam, że jesteś inni
niż wszyscy mężczyźni. I co?
-Katieńka.
-A tak mnie wszyscy
ostrzegali przed tobą.- wyła w chusteczkę.- Nawet ma...mamusia. Ciągle mi
powtarzała, że ładuję się w bagno z takim nieodpowiedzialnym człowiekiem. Że
mogłam jeszcze poczekać. Że może trafiłby mi się ktoś lepszy, ktoś, kto
naprawdę otworzy dla mnie swoje serce. Nie taki cham i prostak.- cham i prostak
wymówiła już normalnie, bez tej melodramatycznej otoczki, patrząc mi prosto w
oczy.
Zaraz, że co? Że
mamusia cię przede mną ostrzegała? Ta sama mamusia, która przy naszym pierwszym
spotkaniu powiedziała: „Bierz go Katia, bo nikt lepszy ci się nie trafi?”
-Katieńko wybacz.
Cham i prostak ze mnie.- złożyłem spontaniczną samokrytykę.
Katia jednak
nadal milczała a jej piękne, niebieskie oczy tak łagodne do tej pory, mieniły
się niczym sztormowe morze.
-Okropny cham i
prostak.- dodałem na wszelki wypadek.- Zostaw proszę tę sałatkę, jeżeli ci nie
smakuję. Zostaw, słyszysz?
Katia jednak,
celowo, aby wpędzić mnie w jeszcze większe poczucie winy, ostentacyjnie uniosła
wysoko do góry widelec, po czym wbiła go w sałatkę z taką mocą, jakby na
talerzu leżało moje biedne, udręczone serce. Zjadła aż do ostatniego kawałka
przywiędłej marchwi. Nawet niezbyt świeży sos z zjełczałej oliwy i stęchłego
octu wytarła bułeczką i połknęła ją, prawie nie żując. Przez ten cały czas
wciąż wpijała się we mnie mściwym wzrokiem. Nie wiedziałem co powiedzieć.
Pokornie zwiesiłem głowę, niewidoczny, niesłyszalny, zupełnie nieważny. Malutki
robaczek w obliczu kobiecej furii.
Katieńka
milczała. Dopiero gdy przyniesiono kaszankę, odważyłem się ją zapytać.
-Gniewasz się
jeszcze?
-Nie.- odparła,
bez najmniejszego grymasu.
-Bardzo?
-Tak.
W końcu wpadł mi
do głowy iście diaboliczny pomysł. Pomysł z gatunku „ostatnia deska ratunku”.
Hańbiący dla mężczyzny, ale jednocześnie jedyny, który naprawdę skutkuje.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Komercyjne wykorzystywanie stanowczo wzbronione. Szczere napady śmiechu stanowczo wskazane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)