wtorek, 2 lutego 2016

"Jak widzę naszą przyszłość" część druga, ostatnia

Pamiętacie jak chwaliłam się, że nie lubię muzyki? Otóż muszę wziąć poprawkę: lubię muzykę, ale nie tę głupią. Korzystając z uroków mojej okresowej bezsenności zabłądziłam na youtubie. Nie mam pojęcia w jaki sposób przeszłam od wideo z zabawnymi kotami do Jean Michel Jarre ale tak właśnie było. Na nowo odkryłam zapomniany przeze mnie Oxygen i Rande-vous. Boże, jakie to dobre! Dzielę się zatem linkiem do Rande-vous 4. W necie można znaleźć lepsze video ale to jest moim ulubionym. Jean gra na latarce udającej keyboard i robi głupie miny, jakby właśnie dowiedział się o promocji w markecie na świńskie nóżki w galarecie. Enjoy it!


A tutaj wersja PDF, do poczytania i do ściągnięcia: Jak widzę nasza przyszłość.

Jak widzę naszą przyszłość
część druga, ostatnia



W końcu wpadł mi do głowy iście diaboliczny pomysł. Pomysł z gatunku „ostatnia deska ratunku”. Hańbiący dla mężczyzny, ale jednocześnie jedyny, który naprawdę skutkuje.
-Katieńko, czy ja mógłbym pójść z tobą w sobotę na halę targową, żeby ci kupić coś ładnego?
Katia w jednej chwili, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozpromieniła się, a jej twarzyczkę oblał najpiękniejszy z uśmiechów. Zatrzepotała rzęsami, oczy jej powilgotniały. Matko Boska, chyba nie będzie znowu płakać?
-Grisza, naprawdę?- krzyknęła, uszczęśliwiona. – Och, kochany jesteś. Zawsze powtarzałam, że nikogo takiego dobrego jak ty to już nie znajdę. Nawet mamusia mi mówiła, żebym się ciebie trzymała, bo dobrze ci się z oczy patrzy. To rewelacyjnie się składa, że o tym wspominasz, bo Sława, wiesz ta, która to śledziami handluje, powiedziała, że ma jeszcze kupon bawełnianego materiału na sukienkę. Błyszczący, mięciutki, lejący się. Cudo. Z amerykańskiej przędzalni, wprost z knieji dalekiego Teksasu. Podobno jakiś generał przeszmuglował go z narażeniem życia w swojej kajucie na okręcie podwodnym. Trzy rewizje mu robili i nie znaleźli.
-Drogi?- starałem się powstrzymać drżenie rąk. Katieńka nonszalancko machnęła dłonią.
-A skądże. 25 rubli tylko.
No, pięknie. Ja zarabiam 20 miesięcznie.
-Sława i tak się zaklinała, że dla mnie oddaje go ze stratą. Bo komuś innemu to mogłaby i za 50 rubli sprzedać. Ale że my się znamy, bo w końcu stała klientka ze mnie to dlatego odda tak taniutko.
-Uhm. Taniutko.- mruknąłem, kompletnie roztrzęsiony.
-Już się nie mogę doczekać, jak oddam go do skrojenia.- Katia zatopiła się w marzeniach na jawie.- Pomyśl sobie tylko: wiosna, kwiaty, ciepły deszczyk, ty w swoim garniturze i ja w nowej sukience w kolorze letniej melancholii. Masza chyba oczy z zazdrości wypatrzy.
Ekstra, już się nie mogę doczekać przechadzki podczas deszczu w moim nowy garnitu... Chwila, moment. W jakim kolorze?
-W kolorze letniej melancholii.- powtórzyła Katjieńka.- To najnowsza moda. Amerykańska.
-Nie ma takiego koloru.- sprostowałem.- Jest żółty, czerwony i niebieski. Wszystkie inne to kolory pochodne. Biały jest wypadową przynajmniej dwóch fal elektromagnetycznych z zakresu fal widzialnych a czarny to zupełny brak jakiejkolwiek barwy.
-Jest taki kolor.
-Nie ma takiego koloru.
-Letnia melancholia.- powtórzyła dobitnie Katia.- wysil trochę wyobraźnię. Co widzisz, jak myślisz o letniej melancholii?
Wysiliłem wyobraźnię. Co widzę, co widzę. Nic nie widzę.
-Lato.- odburknąłem po chwili. To było pierwsze, co mi przyszło na myśl, ale znając Katię pewnie było fałszywe. Bez wątpienia miała na myśli coś tak abstrakcyjnego jak ogólne szczęście społeczne albo lśnienie makreli w blasku księżyca. O dziwo nie.
-Brawo.- pochwaliła.- I co jeszcze.
„Jak lato to i pewnie wakacje.” Pomyślałem.” A gdzie się spędza wakacje? Na Krymie, oczywiście.”
-Morze.- rzuciłem onieśmielony.
-A widzisz.- ucieszyła się.- jak chcesz, to jednak potrafisz. No to teraz: jaki to kolor letniej melancholii? Początek masz niezły.
I tu muszę przyznać: złapała mnie w pułapkę. Lato mogę sobie wyobrazić, morze także,  bez najmniejszego problemu. Ale żeby to tak z melancholią jeszcze połączyć. Melancholia, bo... bo co? Bo lato jest. Gorąco. Pić mi się chce. No to idę do pijalni, człap, człap, człap w gorących klapkach, trzysta metrów promenadą w dół, w samych gaciach. Idę i co widzę? Widzę ludzi pracy na urlopach. Każdy w takich samych, zeżartych przez sól, wypłowiałych od słońca slipkach udających kąpielówki. Z zarośniętym brzuchem i mordą nie goloną od tygodnia „bo to urlop, kerownik nie widzi.” I co jeszcze? Stragany z chińskim szajsem, kupionym za kopiejkę, sprzedawanym z dwustutysięczną marżą. Koraliki z muszelek, zegarki z napisem „pozdrowienia z gór”,  pocztówki z piaskiem zatkniętym w kapsułce, gipsowych górali i gębę Putina haftowaną na makatkach. I pijalnię widzę, jedyną w całym miasteczku.  Już z daleka wrzeszczy napis wypisany różowym pisakiem na tekturowym talerzyku, przyklejonym do drzwi. „Piwa brak”. I wtedy to naprawdę dopada mnie melancholia.
-To żółty taki jest!- zawołałem uradowany, po chwili, która wydawała mi się wiecznością moich intelektualnych zmagań z kobiecą logiką.
-Rany, jak ty ciężko coś kapujesz. Oczywiście, że żółty. Ale taki specjalny. Specjalna żółć letniej melancholii.
Kaszanka nawet była niezła w smaku. Katia tak się rozgadała, że łykała wielkie kawałki zatopionej w krwi kaszy i nawet nie zwracała na to uwagi. Ja natomiast obrzydliwy nie jestem, zjem, co dają. Zwłaszcza że to ja za to płacę.
-Grisza?- zapytała po chwili milczenia Katia, troszkę niepewnie.
-No?
-Grisza, bo skoro już zacząłeś mówić o tej sukience...
Ha, ha, dobre sobie. JA zacząłem mówić o sukience?
-Skoro już zacząłeś to może by tak i buciki? Bo wiesz, to takie trochę nieestetyczne. Nowiuśka sukienka, a nie mam co do niej założyć. Może moje stare, przechodzone trepy? Masza by mnie chyba śmiechem zabiła. Widziałam takie piękne, naprawdę cudowne, na niewielkim obcasiku. W obuwniczym, w alei Lenina, na wystawie. Niedrogie i do tego idealne pod względem kolorystycznym. W odcieniu umęczonej śliwki. Tylko 30 rubli, prawie że za darmo.
Aha. Jedyną umęczoną śliwką w tym towarzystwie to jest tylko i wyłącznie Grisza Anatolij Prokompowicz. Uwierzcie mi.
-Przecież możesz pożyczyć pantofelki od starszej siostry. Macie taki sam rozmiar stopy.
-Ale one są zielone. Nawet nie zielone, tylko cynamonowo-mchowe. Ja mogłabym założyć cynamonowo-mchowe pantofelki do letniej melancholii? Czy ty masz w sobie odrobinę zmysłu krytycznego?
-Katieńko ty wiesz, że ja bym ci nieba uchylił i gwiazdkę podarował.- zacząłem dyplomatycznie. Moja dyplomacja chyba była niewiele warta, patrząc na twarz Katii.- Ale za trzy miesiące ślub. Matce muszę przecież jeszcze za pokój zapłacić, na książeczkę mieszkaniową wpłacić ostatnią ratę. Mieszkanie odbieram za sześć tygodni a tam tylko cztery gołe ściany i sufit. Jakieś meble by się przydały, łóżko porządne, bo ile można spać na polówce. Odkurzacz. Telewizor, taki większy. Pralkę. Co ty pralki nie chcesz? Wolisz w miednicy prać jak dotychczas?
-Pralkę chcę.- stwierdziła naburmuszona Katia. –Ale buciki też chcę. Najpierw obiecujesz mi sukienkę, a teraz mi bucików żałujesz?
Podziwu godna logika. Gdzie Rzym, gdzie Kalifornia?
-Dobrze. W porządku. Teraz to ja niczego nie chcę. Wiesz co? To ja może do ślubu założę roboczy fartuch z laboratorium, bo przecież pralkę musimy kupić, co? Oszczędzimy sobie kosztów. I gości też nie spraszaj. Albo nie, lepiej. Bilety na ślub zacznijmy sprzedawać. Będzie i na pralkę i na buciki.
-Głupoty gadasz.- odparłem zrezygnowany. No i dolałem oliwy do ognia.
-Oczywiście.- zaperzyła się.- Pan jest wielkim doktorem nauk fizycznych a ja tylko praktykantką z wydziału mechanicznego. Głupia kobieta ze mnie. Aż dziwne, że ktoś taki jak pan zainteresował się kimś takim jak ja.  W teście IQ słoik ogórków kiszonych byłby dla mnie nieuczciwą konkurencją. Pobiłby mnie w rozgrywce szachowej. Zamatował w trzech ruchach. Ja się na niczym nie znam.
Spróbowałem po dobroci.
-Katieńko, ja to tylko dla naszego dobra robię. Te meble... i do tego dług honorowy muszę spłacić, co Wańce jestem winny.
-Oczywiście na głupoty to pieniądze zawsze znajdziesz.
-Meble to głupoty?
-Mówię o tym śmiesznym długu honorowym.- powiedziała z przekąsem.
Tylko kobieta, i to do tego tak młodziutka jak Katia mogłaby twierdzić, że męski dług honorowy to głupoty. Bo honor to mężczyzna ma tylko jeden. Jak raz w życiu go straci to już po nim, adieu. Może sobie kazać w klinice uciąć rurkę, włożyć rajstopki na nogi i szminką usta co rano szpachlować. Honor jest tym, co odróżnia mężczyznę od ciepłej kluchy. Od grzyba więdnącego w kobiecej niewoli. Od rozmiękłej szmaty, którą wyciera się podłogę w deszczowy, jesienny dzień. A poza tym to założyliśmy się z Wańką o to czyja żaba bardziej się rozedmie pod wyciągiem z wysokim ciśnieniem. Żaba Wańki wytrzymała 1217 hektopaskali, moja zrobiła się półpłynna już przy 1016. Sami widzicie, choćbym nawet nie chciał, to dług ten uregulować muszę w pierwszej kolejności.
Kelner doniósł właśnie kompot i kisiel. Kompot był z rabarbaru a kisiel, sądząc po smaku, chyba z mydła. Nasza miła kolacja powoli dobiegała końca. Katia jakby uspokoiła się. Targające nią estrogeny przyjęły ofiarę błagalną z cukru. Już myślałem, że nic nie zakłóci tego sielankowego nastroju. Kobieta jednak potrafi z niczego zrobić i sałatkę, i awanturę. Teraz też tak było.
-Nie odwracaj się.- syknęła nagle Katia. Posłusznie siedziałem jak w kamień zaklęty, z łyżeczką zastygniętą w połowie drogi do ust.
-To Masza. Masza ze swoim absztyfikantem.- powiedziała nienawistnie.- Niemoralna jakaś, żeby się tak z obcym mężczyzną publicznie pokazywać.
-Ty też jesteś w miejscu publicznym ze swoim absztyfikantem.- stwierdziłem logicznie.
-Ale my to co innego. My jesteśmy zaręczni.- odparowała Katia.
-Masza też. Tak słyszałem. Ślub też ma mieć za trzy miesiące, tydzień po nas.
-To w dalszym ciągu co innego. My jesteśmy tu legalnie, a ona tylko zgorszenie rozsiewa.
No dobra, spasuję. Kłócić się nie będę, zwłaszcza że Masza pewnie rozpowiada to samo o nas. Dwa minusy dają plus, czyli, że sytuacja nie przedstawia się w takich czarnych barwach jak to widzi Katieńka. Katia tymczasem ukryła głowę w ramionach i subtelnie starała się zerkać w kierunku swojego serdecznego wroga. Subtelnie w jej wykonaniu polegało na wygięciu kręgosłupa w kabłąk i zezowanie ponad głowami innych.
-Nie odwracaj się, ona patrzy się tutaj.- ostrzegła mnie ponownie. –Ty widziałeś, jakie ona ma pantofelki na nogach?
-To mam się nie odwracać czy odwracać?
-Czy ty mnie chcesz specjalnie zdenerwować? Też się o to z Wańką założyłeś? Kiedy na serce zejdę, tak? Jak mówię „nie odwracaj się” to mam na myśli, żebyś się odwrócił dyskretnie.
Aha. To przynajmniej teraz wiem, na czym stoję. Wygiąłem więc plecy i skrzyżowałem wzrok.
-No i?- szepnęła Katia.- Widzisz?
-Nic nie widzę.- odszepnąłem.- Obrus zasłania.
-To trzeba się było odwrócić wcześniej jak mówiłam. - powiedziała Katia głośnym, obrażonym tonem, prostując gwałtownie.- Co za wypacykowana flądra. Jakbym mogła, to bym jej te kudły wytargała.
-Katia, skoro już skończyłaś, może poszlibyśmy na spacer, do parku? Przewietrzyłabyś się trochę, co?
Jej wyniosłe milczenie wziąłem za  zgodę. Uregulowałem rachunek i podałem rękę, prowadząc do wyjścia.
Niestety w przejściu trzeba było przystanąć. Jeszcze jeden, zadowolony konsument uciął sobie drzemkę na mięciutkiej podłodze. Obie panie spotkały się spojrzeniami.
-Katieńko, Grisza wy tutaj?- zawołała prawie radośnie Masza. Zerwała się z krzesła i zawisła Katii na szyi.
-Pięknie wyglądasz. Masz nowe kolczyki? I kołnierzyk sobie ururkowałaś.
-Maszeńko, kochana przyjaciółko! No co za spotkanie, dopiero teraz ciebie zauważyłam.- Katia tak odwzajemniła jej uścisk, aż Masza poczerwieniała na twarzy i rozpaczliwie walczyła o haust powietrza.- Buciki masz nowe? Piękne.
-Uff.- Masza wyswobodziła się z uścisku.- Kupiłam w alei Lenina, w tym nowym obuwniczym. Taniutko, bo tylko 30 rubli. To znaczy Pietia kupił.- dodała, wskazując na narzeczonego. Ten wstał, ukłonił się Katii, mnie uścisnął dłoń i usiadł z powrotem.- W kolorze umęczonej śliwki. Jedyne w swoim rodzaju.
Uwierzcie mi, gdyby wzrok mógł zabijać, byłbym już trupem. Zmiażdżonym przez rozpędzoną ciężarówkę, pochłoniętym przez ogień, rozsiekanym przez piaskowe tsunami trupem.
-Faktycznie. Jakbyś w psi bobek weszła, dosyć odważny kolorek. A co to? Już sobie obcasy porysowałaś?
-A co to za plamka u ciebie, tutaj na ramieniu? O, sos po kaszance, masz ci los. Już nie zejdzie. Taka szkoda. A taka ładna sukienka była, amerykańska. Trochę nieforemnie uszyta, ale całkiem ładna.
Im dłużej prawiły sobie te słodkości, tym większe narastało prawdopodobieństwo, że naprawdę zaczną się targać po kudłach. Na szczęście zaraz przyniesiono im sałatkę niespodziankę. To znaczy dla nas na szczęście, bo absztyfikant Maszy nie miał specjalnie uradowanej miny, kiedy zobaczył swoją przedjadkę.
-My już nie przeszkadzamy, smacznego i miłego wieczoru życzymy.- wtrąciłem się.- Katia idziemy, Masza do zobaczenia w instytucie.
Pietia krótko, po żołniersku skinął głową, odwzajemniłem ukłon. Naprawdę w porządku facet. Minę miał tak samo umęczoną, jak ja. Podałem Katii kufajkę i wyszliśmy z lokalu. Na ulicach zrobiło się już pusto. Przed restauracją tłum oczekujących również jakoś zelżał. Niewielu tylko, wyjątkowo odważnych albo wyjątkowo zdesperowanych czekało na zwolnienie się stolika i przywilej konsumpcji sałatki niespodzianki. A im dłużej czekali, tym bardziej nieświeża była.
Katia była w wyjątkowo fatalnym humorze. Masz ci los. To ja się tak staram, na kolacje zapraszam, do parku prowadzę i nic. Choćby się mężczyzna tysiąc lat starał, to nie dogodzi jednej kobiecie.
-Czy ty mnie z nią zdradzasz?- wybuchnęła Katia, do długiej, bardzo długiej chwili milczenia. Właśnie wchodziliśmy do parku. Noc była ciepła, księżyc lśnił na nieboskłonie, migały gwiazdy.
-Z kim?- zapytałem. Serio nie wiedziałem.
-Z kim? Z kim?- przedrzeźniła mnie.- Z Maszą, oczywiście.
-Skąd ci coś takiego tylko do głowy przyszło!- wykrzyknąłem szczerze zdumiony.
-A co jej powiedziałeś?
-Nic.
-Kłamstwo! Powiedziałeś jej „do zobaczenia w instytucie”.- Katia rozpłakała się ponownie, po raz ośiemdziesiątypiąty w dzisiaj. Nie wiem, już przestałem liczyć.
-To miałem się w ogóle nie odzywać?
-Mogłeś się odzywać, ale nie w taki sposób.- odparła przez łzy.- Wiesz, jak to zabrzmiało? Jakbyście się celowo umówili.
-Powiedziałem „do zobaczenia w instytucie”, bo przecież tam pracujemy. A na dodatek kochanie, to Masza jest w twoim zespole badawczym, a nie w moim.- wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Nerwy starałem się trzymać  na wodzy, ale uwierzcie, nie było mi lekko. Każdy sędzia by mnie uniewinnił.
-Do twojej wiadomości, jutro jest czwartek i cała nasza trójka, ja, ty i Masza pójdziemy do pracy. Do instytutu. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że spotkamy się w stołówce, podczas przerwy obiadowej, jak każdego dnia, od poniedziałku do piątku i co drugą sobotę w miesiącu.
-Ty mnie już nie kochasz!- wrzasnęła tak głośno, że aż spłoszyła trelające w głogu słowiki. Ptaki odfrunęły z furkotem. A mówią ludzie, że są od nas głupsze. Też pomysł. Ewakuowały się w odpowiednim momencie, podczas gdy ja stałem i świadomie wystawiałem się na niebezpieczeństwo.
Naprawdę nie chciałem jej udusić. Starałem się ze wszystkich sił. W celu zapobiegnięciu zbrodni w afekcie, po prostu włożyłem ręce w kieszenie, kopnąłem jakiś kamyczek leżący na ścieżce i odwróciłem się. W zasięgu wzroku znalazłem ławeczkę, starą i rozpadającą się, ale wciąż na tyle stabilną, by utrzymać 90 kilo mojej żywej wagi. Plus zjedzoną kaszankę i kisiel.  
Odszedłem, energicznie kołysząc biodrami, zupełnie tak jakbym miał tam sześciostrzałowego, gotowego do użytku Colta Delta Elite, a lekki, ciepły wiatr chłodził moje rozpalone czoło. Katia została sama, wciąż głośno zawodząc i szlochając.
Usiadłem na ławce, zapaliłem papierosa. Serce znowu powoli zaczęło bić swoim normalnym rytmem. Ryki Katii umilkły niespodziewanie, natomiast ona sama przybiegła zdyszana i usiadła obok mnie.
-Dlaczego się gniewasz, Grisza, najmilszy?- zapytała słodko i niewinnie. W blasku księżyca jej niebieskie oczy lśniły.
-W ogóle się nie gniewam.- odparłem zrezygnowany.To była najprawdziwsza prawda. Byłem już zupełnie wyprany z jakichkolwiek emocji.
-I kochasz swoją Katię?- przymilała się, wtulając w moje ramiona.
-Oczywiście, że kocham.
-Swoją Katieńkę- matjeńkę? Swojego misia- pysia? Swojego żubrzyczka?
-Kocham moją Katieńkę- matjeńkę. Mojego misia-pysia. Mojego żubrzyczka.- odpowiedziałem, no bo co innego można odpowiedzieć w takiej chwili. Nie da rady, serce nie sługa, trzeba zrobić z siebie idiotę w wyższym celu. Katia westchnęła.
-Jaka piękna noc.- stwierdziła.- Popatrz na te wszystkie gwiazdy. Im bardziej im się przyglądam, tym bardziej wierzę, że każdy z nas jest zbudowany z gwiezdnego pyłu. Mamy w sobie cząsteczkę nieskończoności, tajemnice mistyczności, nie sądzisz?
-Ja mam w sobie cząsteczki kaszanki i tajemnice sałatki z niespodzianką.- odparłem zgodnie z prawdą.
-Mógłbyś być bardziej romantyczny. Każda kobieta życzy sobie, żeby jej mężczyzna był romantyczny.
-No to, co mam powiedzieć?
-Coś romantycznego.
Myślałem chwilę.
-Piękna noc.- wypaliłem. Katia odsunęła się ode mnie lekko.
-Mógłbyś się bardziej postarać.
-Piękna noc. Dobrze, że nie pada.- podjąłem na nowo próbę. Ale Katienka znowu tylko pokręciła głową.
-To też nie to. Słuchaj, pomogę ci. Hm... Grisza, najdroższy. Powiedz mi, jak ty wyobrażasz sobie naszą przyszłość?
Ha! Łatwe pytanie. Jednak okazuje się, że ta romantyczność wcale nie jest taka trudna. Przecież ja całe moje życie myślę właśnie o tej romantyczności. Książki o niej czytam, na sympozja jeździłem. Ba! Nawet odczyt w instytucie miałem, w tamtym roku. Do tego to ja jestem przygotowany. Odchrząknąłem i zacząłem mówić.
-Doskonałe pytanie. Już od najdalszych czasów człowiek stara się sięgnąć okiem w przód i zobaczyć przyszłość. Wyrocznia delficka, znana była w całym antycznym świecie. Mówiono, że jej wizje pochodzą od samego boga Apollina, choć wtajemniczeni wspominali coś o winie i innych używkach.
-Grisza...
-Czekaj, czekaj. Ja to wszystko mam w głowie. Żydzi już od najdalszych wieków posiłkują się kabałą, która nie tylko mówi im jak żyć, jakich zasad przestrzegać i jak się modlić, ale także odkrywa im tajemnice przyszłości. Znany w wiekach średnich Nostradamus był swojego rodzaju gwiazdą wielkiego formatu, zapraszany przez królów, uwielbiany przez tłumy. Jego księga objawienia, zapisana w formie wierszowanych zagadek, do dzisiaj rozpalają wyobraźnię. Wprawdzie czterowiersze Nostradamusa zapisane są w wyjątkowo enigmatycznej formie, lecz rzesze jego fanów i naśladowców utrzymują, że przepowiednie są wyjątkowo dokładne i prawdziwe. Również współcześnie kwitnie zainteresowanie tym tematem. Wróżka lub wróż to oficjalnie uznane zawody, podlegające prawie pracy i opodatkowaniu.
-Ale...
-Czekaj, czekaj. To tylko wstęp, zaraz przejdę do faktów. I opodatkowaniu. Terminy u znanych tarocistów zarezerwowane są niekiedy już na sześć miesięcy naprzód. Wielu znanych polityków, aktorów, gwiazd sportu i estrady przyznaje się do regularnego odwiedzania jasnowidzów i analityków przyszłości. Tymczasem na pytanie „jak widzę nasza przyszłość” prosto i konkretnie może odpowiedzieć jedynie nauka- futurologia. Obecnie jest to dyscyplina nauk ścisłych, oparta na matematycznych wyliczeniach i  rachunkowi prawdopodobieństwa. To nie te czasy, kiedy ciemni chłopi marzyli o androidalnych robotach koszących za nich siano, a niedouczeni wynalazcy konstruowali skrzydła z wosku i piór. Obecnie futurologia zajmuje się analizowaniem każdego aspektu naszego przyszłego życia. Co będziemy jedli? Jak będziemy wyglądali? Jak kształtuje się sytuacja gospodarczo polityczna w latach następnych? W odpowiedzi na te pytania zacznę od pierwszego z nich.
-Grisza...- szepnęła cichutko Katia.
- Cii... Nie przeszkadzaj, bo stracę wątek. Żywność jest jedną z największych trosk współczesnego społeczeństwa. Podczas gdy wysoko rozwinięte kultury każdego dnia wyrzucają jedzenie w cenie 1 miliarda dolarów, tak w wielu biedniejszych regionach nie ma do niego dostępu. Przeciętna rodzina z Kamerunu ma na swoje utrzymanie około 1 dolara tygodniowo, podczas przeciętny Amerykanin wydaje na jedzenie 50 dolarów dziennie. Mimo to zgodnie z prognozami, nauka pozostaje optymistyczna. Powszechny wzrost oprysków, genetycznie modyfikowanych zbóż i warzyw, przymusowe faszerowanie trzody chlewnej antybiotykami prowadzi niechybnie do ogólnego wzrostu żywności. Żywności małowartościowej i naszpikowanej radioaktywnymi środkami, ale za to taniej i masowo dostępnej. Gdzie te czasy, kiedy aby poczytać książkę przed snem, należało włączyć lampkę. W przyszłości każdy sam z siebie będzie świecił w nocy przy wieczornej lekturze. Pod warunkiem, że wcześniej nie umrze na raka.
Drugie, ważne pytanie futurologi brzmi: jak będziemy wyglądali?
Katia milczała. Zgarbiona siedział na ławce i tępo wpatrywała się przed siebie. Ja zaś kontynuowałem ze znawstwem.
-Obecnie przyjmujemy, że człowiek wygląda najatrakcyjniej od czasów jaskiniowych. Przeciętny mężczyzna ma około 180 centymetrów wzrostu, prawidłową muskulaturę i poprawną sylwetkę. Chodzi pewnie, krokiem energicznym i władczym. Głos ma niski, czasem chropowaty. Z wyjątkiem dłoni i stóp, owłosiony jest wszędzie. Futro to spełnia nie tylko rolę wabika erotycznego, poza tym dostarcza ciepła w zimie, latem zaś chroni przed porażeniem słonecznym.
Mówiąc o atrakcyjności rodzaju ludzkiego, nie wolno nam zapominać o kobietach. Przeciętna kobieta ma 170 centymetrów wzrostu i dowolną ilość kilogramów. Wszelkie, zaplanowane przez naturę zakręty, wybrzuszenia i szczyty paraboli są symetrycznie rozmieszczone na ciele, w sposób wyjątkowo miły dla męskiego oka. Nogi ma kształtne, krok rozkołysany. W przeciwieństwie do mężczyzn owłosienie jej jest nieco skromniejsze, ale za to bardziej błyszczące i wypielęgnowane. Na twarzy zdarza się rzadko, choć i takie osobniki można spotkać. W niczym jej to jednak nie przynosi ujmy. Mówi się bowiem powszechnie, że kobieta z wąsikiem jest bardziej namiętna.
Także i tu futurologia ma dla nas same optymistyczne wiadomości. W związku z powszechnym dostępem taniej żywności, sylwetka człowieka i kobiety będzie się zmieniać. Na bardziej okrągłą, bardziej aerodynamiczną, bardziej opływową. Popularność pracy z domu, z wykorzystaniem internetu sprzyjać będzie zostawaniu we własnych czterech ścianach. Również portale społecznościowe zlikwidują problem wyjścia z pokoju i spotkania się z przyjaciółmi na mieście, ewentualnie „u grubego Wołodii”. Wszystko załatwimy w ciepełku własnej twierdzy. Pracę, zakupy, potrzebę socjalizacji, a nawet wizytę u wirtualnego lekarza. Wirtualny lekarz przyszłości będzie miał zdecydowanie  ułatwione stawianie odpowiedniej diagnozy. Studia medyczne ograniczą się bowiem wyłącznie do odróżniania raka od choroby wieńcowej. Innych dolegliwości nikt nie będzie miał, a nawet gdyby wystąpiły to i tak prędzej rozprawią się z chorym te dwie pierwsze. Dzięki ogólnemu znieruchomieniu społeczeństwa i uwięzieniu go w domach spadnie problem zatłoczonej, latem niezbyt ciekawie pachnącej komunikacji miejskiej. To wszystko prowadzi do mniejszego wydzielania trującego dwutlenku węgla do atmosfery, a w efekcie- do redukcji efektu cieplarnianego. Jednym zdaniem: gruby człowiek przyszłości to człowiek zorientowany na naturę i ekologię. Siedzi w domu i jedynym gazem, który go będzie martwić to samodzielnie wyprodukowany metan po konsumpcji fasolki po bretońsku ze słoika. Nawet problem utylizacji zwłok nie będzie już palącym problemem. Zdalnie kierowana ciężarówka, podjedzie pod dom denata, przysypie go ziemią, obsieje lasem i w ten sposób stworzy kurhan, znany już od starożytności. Zresztą wynosić zwłok nie warto bo i tak nie zmieściły by sie w wąskich drzwiach. Hasło dziś na szczęśliwe jutro brzmi: z powrotem do Stonehenge.
Katia wstrząsnęła się.
-Trzecie i ostatnie zasadnicze pytanie futurologii brzmi: jak będą kształtowały się stosunki polityczno- gospodarcze. Również i tutaj mam dla ciebie same dobre wiadomości. Obecnie nie ma takiego miejsca na Ziemi, które przynajmniej raz nie byłoby dotknięte wojną. Konflikty rodzą się każdego dnia, Europa sama jest jednym wielkim tyglem zapalnym gotowym wybuchnąć w każdej chwili. Kwestia trzeciej wojny światowej nie jest już pytaniem „czy”, ale „kiedy”. Miliony ludzi dziennie zmuszone są opuścić skąpane w krwi ojczyzny i udać się na tułaczkę. Natomiast przyszłość? Przyszłość to sam spokój. Sielanka. Cisza. Harmonia i beztroska. Zwiększony dostęp do broni atomowej politycznie niestabilnych państw jak Pakistan i Indie, sprawia, że konflikt atomowy stoi na naszym progu. Nawet jedna bomba wystrzelona, gdzieś w głębi Azji, spowoduje podniesienie się chmury radioaktywnych opadów, zaciemnienie słońca a w konsekwencji wymieranie gatunków na całym świecie. Nie ma sensu zamykanie oczu i udawanie, że problem nas nie dotyczy. Człowiek jest organizmem wyjątkowo skomplikowanym. Do przeżycia potrzebuje pomocy ze strony innych gatunków: pszczół, które zapylają jego owoce, świń na mięso i owiec na ubrania. Wielkie wymieranie będzie również przyszłością człowieka. Nie dziś, nie jutro i nie nagle. Jednak z każdym dniem coraz bardziej i coraz prędzej. A kiedy się skończy, na Ziemi zapanuje spokój. Nie będzie kłótni, nie będzie konfliktów. W ogóle niczego nie będzie. 20 tysięcy lat historii pełnej krwi, mordu i niesprawiedliwości rozwieją się w nuklearny pył wraz z jedną tylko, malutką bombą atomową, nie większą niż ten oto kamień. – zakończyłem dumny z siebie, że jeszcze pamiętam moją ubiegłoroczną prezentację.
Tymczasem Katia znowu płakała. Tym razem na serio. Głowe ukryła w ramionach, a po twarzy ściekał jej rozmazany makijaż.
-Ach, Grisza.- wyjąkała.- Mnie wcale nie o taką przyszłość chodziło.
I weźże tu, zrozum kobiety...

KONIEC

wasza
Helga von Klusken

p.s. Na zakończenie małym druczkiem obwieszczam zasady korzystania z bloga. Pierwszą zasadą jest posiadanie poczucia humoru i szczypty wrażliwości. Drugą jest niekopiowanie w celach komercyjnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)