A tutaj wersja PDF, do poczytania i do ściągnięcia: Jak widzę nasza przyszłość.
Jak widzę naszą przyszłość
część druga, ostatnia
W końcu wpadł mi
do głowy iście diaboliczny pomysł. Pomysł z gatunku „ostatnia deska ratunku”.
Hańbiący dla mężczyzny, ale jednocześnie jedyny, który naprawdę skutkuje.
-Katieńko, czy ja
mógłbym pójść z tobą w sobotę na halę targową, żeby ci kupić coś ładnego?
Katia w jednej
chwili, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozpromieniła się, a jej
twarzyczkę oblał najpiękniejszy z uśmiechów. Zatrzepotała rzęsami, oczy jej powilgotniały.
Matko Boska, chyba nie będzie znowu płakać?
-Grisza,
naprawdę?- krzyknęła, uszczęśliwiona. – Och, kochany jesteś. Zawsze
powtarzałam, że nikogo takiego dobrego jak ty to już nie znajdę. Nawet mamusia
mi mówiła, żebym się ciebie trzymała, bo dobrze ci się z oczy patrzy. To rewelacyjnie
się składa, że o tym wspominasz, bo Sława, wiesz ta, która to śledziami
handluje, powiedziała, że ma jeszcze kupon bawełnianego materiału na sukienkę.
Błyszczący, mięciutki, lejący się. Cudo. Z amerykańskiej przędzalni, wprost z
knieji dalekiego Teksasu. Podobno jakiś generał przeszmuglował go z narażeniem
życia w swojej kajucie na okręcie podwodnym. Trzy rewizje mu robili i nie
znaleźli.
-Drogi?- starałem
się powstrzymać drżenie rąk. Katieńka nonszalancko machnęła dłonią.
-A skądże. 25
rubli tylko.
No, pięknie. Ja
zarabiam 20 miesięcznie.
-Sława i tak się
zaklinała, że dla mnie oddaje go ze stratą. Bo komuś innemu to mogłaby i za 50
rubli sprzedać. Ale że my się znamy, bo w końcu stała klientka ze mnie to
dlatego odda tak taniutko.
-Uhm. Taniutko.-
mruknąłem, kompletnie roztrzęsiony.
-Już się nie mogę
doczekać, jak oddam go do skrojenia.- Katia zatopiła się w marzeniach na
jawie.- Pomyśl sobie tylko: wiosna, kwiaty, ciepły deszczyk, ty w swoim
garniturze i ja w nowej sukience w kolorze letniej melancholii. Masza chyba
oczy z zazdrości wypatrzy.
Ekstra, już się
nie mogę doczekać przechadzki podczas deszczu w moim nowy garnitu... Chwila,
moment. W jakim kolorze?
-W kolorze
letniej melancholii.- powtórzyła Katjieńka.- To najnowsza moda. Amerykańska.
-Nie ma takiego
koloru.- sprostowałem.- Jest żółty, czerwony i niebieski. Wszystkie inne to
kolory pochodne. Biały jest wypadową przynajmniej dwóch fal elektromagnetycznych
z zakresu fal widzialnych a czarny to zupełny brak jakiejkolwiek barwy.
-Jest taki kolor.
-Nie ma takiego
koloru.
-Letnia
melancholia.- powtórzyła dobitnie Katia.- wysil trochę wyobraźnię. Co widzisz,
jak myślisz o letniej melancholii?
Wysiliłem
wyobraźnię. Co widzę, co widzę. Nic nie widzę.
-Lato.- odburknąłem
po chwili. To było pierwsze, co mi przyszło na myśl, ale znając Katię pewnie
było fałszywe. Bez wątpienia miała na myśli coś tak abstrakcyjnego jak ogólne
szczęście społeczne albo lśnienie makreli w blasku księżyca. O dziwo nie.
-Brawo.-
pochwaliła.- I co jeszcze.
„Jak lato to i
pewnie wakacje.” Pomyślałem.” A gdzie się spędza wakacje? Na Krymie,
oczywiście.”
-Morze.- rzuciłem
onieśmielony.
-A widzisz.-
ucieszyła się.- jak chcesz, to jednak potrafisz. No to teraz: jaki to kolor
letniej melancholii? Początek masz niezły.
I tu muszę
przyznać: złapała mnie w pułapkę. Lato mogę sobie wyobrazić, morze także, bez najmniejszego problemu. Ale żeby to tak z
melancholią jeszcze połączyć. Melancholia, bo... bo co? Bo lato jest. Gorąco.
Pić mi się chce. No to idę do pijalni, człap, człap, człap w gorących klapkach,
trzysta metrów promenadą w dół, w samych gaciach. Idę i co widzę? Widzę ludzi
pracy na urlopach. Każdy w takich samych, zeżartych przez sól, wypłowiałych od
słońca slipkach udających kąpielówki. Z zarośniętym brzuchem i mordą nie goloną
od tygodnia „bo to urlop, kerownik nie widzi.” I co jeszcze? Stragany z
chińskim szajsem, kupionym za kopiejkę, sprzedawanym z dwustutysięczną marżą.
Koraliki z muszelek, zegarki z napisem „pozdrowienia z gór”, pocztówki z piaskiem zatkniętym w kapsułce,
gipsowych górali i gębę Putina haftowaną na makatkach. I pijalnię widzę, jedyną
w całym miasteczku. Już z daleka
wrzeszczy napis wypisany różowym pisakiem na tekturowym talerzyku, przyklejonym
do drzwi. „Piwa brak”. I wtedy to naprawdę dopada mnie melancholia.
-To żółty taki
jest!- zawołałem uradowany, po chwili, która wydawała mi się wiecznością moich
intelektualnych zmagań z kobiecą logiką.
-Rany, jak ty
ciężko coś kapujesz. Oczywiście, że żółty. Ale taki specjalny. Specjalna żółć
letniej melancholii.
Kaszanka nawet
była niezła w smaku. Katia tak się rozgadała, że łykała wielkie kawałki
zatopionej w krwi kaszy i nawet nie zwracała na to uwagi. Ja natomiast
obrzydliwy nie jestem, zjem, co dają. Zwłaszcza że to ja za to płacę.
-Grisza?-
zapytała po chwili milczenia Katia, troszkę niepewnie.
-No?
-Grisza, bo skoro
już zacząłeś mówić o tej sukience...
Ha, ha, dobre
sobie. JA zacząłem mówić o sukience?
-Skoro już zacząłeś
to może by tak i buciki? Bo wiesz, to takie trochę nieestetyczne. Nowiuśka
sukienka, a nie mam co do niej założyć. Może moje stare, przechodzone trepy?
Masza by mnie chyba śmiechem zabiła. Widziałam takie piękne, naprawdę cudowne,
na niewielkim obcasiku. W obuwniczym, w alei Lenina, na wystawie. Niedrogie i
do tego idealne pod względem kolorystycznym. W odcieniu umęczonej śliwki. Tylko
30 rubli, prawie że za darmo.
Aha. Jedyną
umęczoną śliwką w tym towarzystwie to jest tylko i wyłącznie Grisza Anatolij
Prokompowicz. Uwierzcie mi.
-Przecież możesz
pożyczyć pantofelki od starszej siostry. Macie taki sam rozmiar stopy.
-Ale one są
zielone. Nawet nie zielone, tylko cynamonowo-mchowe. Ja mogłabym założyć
cynamonowo-mchowe pantofelki do letniej melancholii? Czy ty masz w sobie
odrobinę zmysłu krytycznego?
-Katieńko ty
wiesz, że ja bym ci nieba uchylił i gwiazdkę podarował.- zacząłem
dyplomatycznie. Moja dyplomacja chyba była niewiele warta, patrząc na twarz
Katii.- Ale za trzy miesiące ślub. Matce muszę przecież jeszcze za pokój
zapłacić, na książeczkę mieszkaniową wpłacić ostatnią ratę. Mieszkanie odbieram
za sześć tygodni a tam tylko cztery gołe ściany i sufit. Jakieś meble by się
przydały, łóżko porządne, bo ile można spać na polówce. Odkurzacz. Telewizor,
taki większy. Pralkę. Co ty pralki nie chcesz? Wolisz w miednicy prać jak
dotychczas?
-Pralkę chcę.-
stwierdziła naburmuszona Katia. –Ale buciki też chcę. Najpierw obiecujesz mi
sukienkę, a teraz mi bucików żałujesz?
Podziwu godna
logika. Gdzie Rzym, gdzie Kalifornia?
-Dobrze. W
porządku. Teraz to ja niczego nie chcę. Wiesz co? To ja może do ślubu założę
roboczy fartuch z laboratorium, bo przecież pralkę musimy kupić, co?
Oszczędzimy sobie kosztów. I gości też nie spraszaj. Albo nie, lepiej. Bilety
na ślub zacznijmy sprzedawać. Będzie i na pralkę i na buciki.
-Głupoty gadasz.-
odparłem zrezygnowany. No i dolałem oliwy do ognia.
-Oczywiście.-
zaperzyła się.- Pan jest wielkim doktorem nauk fizycznych a ja tylko praktykantką
z wydziału mechanicznego. Głupia kobieta ze mnie. Aż dziwne, że ktoś taki jak
pan zainteresował się kimś takim jak ja. W teście IQ słoik ogórków kiszonych byłby dla
mnie nieuczciwą konkurencją. Pobiłby mnie w rozgrywce szachowej. Zamatował w
trzech ruchach. Ja się na niczym nie znam.
Spróbowałem po
dobroci.
-Katieńko, ja to
tylko dla naszego dobra robię. Te meble... i do tego dług honorowy muszę
spłacić, co Wańce jestem winny.
-Oczywiście na
głupoty to pieniądze zawsze znajdziesz.
-Meble to
głupoty?
-Mówię o tym śmiesznym
długu honorowym.- powiedziała z przekąsem.
Tylko kobieta, i
to do tego tak młodziutka jak Katia mogłaby twierdzić, że męski dług honorowy
to głupoty. Bo honor to mężczyzna ma tylko jeden. Jak raz w życiu go straci to
już po nim, adieu. Może sobie kazać w klinice uciąć rurkę, włożyć rajstopki na
nogi i szminką usta co rano szpachlować. Honor jest tym, co odróżnia mężczyznę
od ciepłej kluchy. Od grzyba więdnącego w kobiecej niewoli. Od rozmiękłej
szmaty, którą wyciera się podłogę w deszczowy, jesienny dzień. A poza tym to
założyliśmy się z Wańką o to czyja żaba bardziej się rozedmie pod wyciągiem z
wysokim ciśnieniem. Żaba Wańki wytrzymała 1217 hektopaskali, moja zrobiła się
półpłynna już przy 1016. Sami widzicie, choćbym nawet nie chciał, to dług ten
uregulować muszę w pierwszej kolejności.
Kelner doniósł
właśnie kompot i kisiel. Kompot był z rabarbaru a kisiel, sądząc po smaku,
chyba z mydła. Nasza miła kolacja powoli dobiegała końca. Katia jakby uspokoiła
się. Targające nią estrogeny przyjęły ofiarę błagalną z cukru. Już myślałem, że
nic nie zakłóci tego sielankowego nastroju. Kobieta jednak potrafi z niczego
zrobić i sałatkę, i awanturę. Teraz też tak było.
-Nie odwracaj
się.- syknęła nagle Katia. Posłusznie siedziałem jak w kamień zaklęty, z
łyżeczką zastygniętą w połowie drogi do ust.
-To Masza. Masza
ze swoim absztyfikantem.- powiedziała nienawistnie.- Niemoralna jakaś, żeby się
tak z obcym mężczyzną publicznie pokazywać.
-Ty też jesteś w
miejscu publicznym ze swoim absztyfikantem.- stwierdziłem logicznie.
-Ale my to co
innego. My jesteśmy zaręczni.- odparowała Katia.
-Masza też. Tak
słyszałem. Ślub też ma mieć za trzy miesiące, tydzień po nas.
-To w dalszym
ciągu co innego. My jesteśmy tu legalnie, a ona tylko zgorszenie rozsiewa.
No dobra,
spasuję. Kłócić się nie będę, zwłaszcza że Masza pewnie rozpowiada to samo o
nas. Dwa minusy dają plus, czyli, że sytuacja nie przedstawia się w takich
czarnych barwach jak to widzi Katieńka. Katia tymczasem ukryła głowę w
ramionach i subtelnie starała się zerkać w kierunku swojego serdecznego wroga.
Subtelnie w jej wykonaniu polegało na wygięciu kręgosłupa w kabłąk i zezowanie
ponad głowami innych.
-Nie odwracaj się,
ona patrzy się tutaj.- ostrzegła mnie ponownie. –Ty widziałeś, jakie ona ma pantofelki
na nogach?
-To mam się nie
odwracać czy odwracać?
-Czy ty mnie
chcesz specjalnie zdenerwować? Też się o to z Wańką założyłeś? Kiedy na serce
zejdę, tak? Jak mówię „nie odwracaj się” to mam na myśli, żebyś się odwrócił
dyskretnie.
Aha. To przynajmniej
teraz wiem, na czym stoję. Wygiąłem więc plecy i skrzyżowałem wzrok.
-No i?- szepnęła
Katia.- Widzisz?
-Nic nie widzę.-
odszepnąłem.- Obrus zasłania.
-To trzeba się
było odwrócić wcześniej jak mówiłam. - powiedziała Katia głośnym, obrażonym
tonem, prostując gwałtownie.- Co za wypacykowana flądra. Jakbym mogła, to bym
jej te kudły wytargała.
-Katia, skoro już
skończyłaś, może poszlibyśmy na spacer, do parku? Przewietrzyłabyś się trochę,
co?
Jej wyniosłe milczenie
wziąłem za zgodę. Uregulowałem rachunek
i podałem rękę, prowadząc do wyjścia.
Niestety w
przejściu trzeba było przystanąć. Jeszcze jeden, zadowolony konsument uciął
sobie drzemkę na mięciutkiej podłodze. Obie panie spotkały się spojrzeniami.
-Katieńko, Grisza
wy tutaj?- zawołała prawie radośnie Masza. Zerwała się z krzesła i zawisła
Katii na szyi.
-Pięknie
wyglądasz. Masz nowe kolczyki? I kołnierzyk sobie ururkowałaś.
-Maszeńko,
kochana przyjaciółko! No co za spotkanie, dopiero teraz ciebie zauważyłam.-
Katia tak odwzajemniła jej uścisk, aż Masza poczerwieniała na twarzy i
rozpaczliwie walczyła o haust powietrza.- Buciki masz nowe? Piękne.
-Uff.- Masza
wyswobodziła się z uścisku.- Kupiłam w alei Lenina, w tym nowym obuwniczym.
Taniutko, bo tylko 30 rubli. To znaczy Pietia kupił.- dodała, wskazując na
narzeczonego. Ten wstał, ukłonił się Katii, mnie uścisnął dłoń i usiadł z
powrotem.- W kolorze umęczonej śliwki. Jedyne w swoim rodzaju.
Uwierzcie mi,
gdyby wzrok mógł zabijać, byłbym już trupem. Zmiażdżonym przez rozpędzoną
ciężarówkę, pochłoniętym przez ogień, rozsiekanym przez piaskowe tsunami
trupem.
-Faktycznie. Jakbyś
w psi bobek weszła, dosyć odważny kolorek. A co to? Już sobie obcasy
porysowałaś?
-A co to za
plamka u ciebie, tutaj na ramieniu? O, sos po kaszance, masz ci los. Już nie
zejdzie. Taka szkoda. A taka ładna sukienka była, amerykańska. Trochę
nieforemnie uszyta, ale całkiem ładna.
Im dłużej prawiły
sobie te słodkości, tym większe narastało prawdopodobieństwo, że naprawdę zaczną
się targać po kudłach. Na szczęście zaraz przyniesiono im sałatkę
niespodziankę. To znaczy dla nas na szczęście, bo absztyfikant Maszy nie miał
specjalnie uradowanej miny, kiedy zobaczył swoją przedjadkę.
-My już nie
przeszkadzamy, smacznego i miłego wieczoru życzymy.- wtrąciłem się.- Katia
idziemy, Masza do zobaczenia w instytucie.
Pietia krótko, po
żołniersku skinął głową, odwzajemniłem ukłon. Naprawdę w porządku facet. Minę
miał tak samo umęczoną, jak ja. Podałem Katii kufajkę i wyszliśmy z lokalu. Na
ulicach zrobiło się już pusto. Przed restauracją tłum oczekujących również
jakoś zelżał. Niewielu tylko, wyjątkowo odważnych albo wyjątkowo zdesperowanych
czekało na zwolnienie się stolika i przywilej konsumpcji sałatki niespodzianki.
A im dłużej czekali, tym bardziej nieświeża była.
Katia była w
wyjątkowo fatalnym humorze. Masz ci los. To ja się tak staram, na kolacje
zapraszam, do parku prowadzę i nic. Choćby się mężczyzna tysiąc lat starał, to
nie dogodzi jednej kobiecie.
-Czy ty mnie z
nią zdradzasz?- wybuchnęła Katia, do długiej, bardzo długiej chwili milczenia.
Właśnie wchodziliśmy do parku. Noc była ciepła, księżyc lśnił na nieboskłonie,
migały gwiazdy.
-Z kim?-
zapytałem. Serio nie wiedziałem.
-Z kim? Z kim?-
przedrzeźniła mnie.- Z Maszą, oczywiście.
-Skąd ci coś
takiego tylko do głowy przyszło!- wykrzyknąłem szczerze zdumiony.
-A co jej
powiedziałeś?
-Nic.
-Kłamstwo!
Powiedziałeś jej „do zobaczenia w instytucie”.- Katia rozpłakała się ponownie,
po raz ośiemdziesiątypiąty w dzisiaj. Nie wiem, już przestałem liczyć.
-To miałem się w
ogóle nie odzywać?
-Mogłeś się odzywać,
ale nie w taki sposób.- odparła przez łzy.- Wiesz, jak to zabrzmiało? Jakbyście
się celowo umówili.
-Powiedziałem „do
zobaczenia w instytucie”, bo przecież tam pracujemy. A na dodatek kochanie, to
Masza jest w twoim zespole badawczym, a nie w moim.- wycedziłem przez zaciśnięte
zęby. Nerwy starałem się trzymać na
wodzy, ale uwierzcie, nie było mi lekko. Każdy sędzia by mnie uniewinnił.
-Do twojej
wiadomości, jutro jest czwartek i cała nasza trójka, ja, ty i Masza pójdziemy
do pracy. Do instytutu. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że spotkamy się
w stołówce, podczas przerwy obiadowej, jak każdego dnia, od poniedziałku do
piątku i co drugą sobotę w miesiącu.
-Ty mnie już nie
kochasz!- wrzasnęła tak głośno, że aż spłoszyła trelające w głogu słowiki.
Ptaki odfrunęły z furkotem. A mówią ludzie, że są od nas głupsze. Też pomysł.
Ewakuowały się w odpowiednim momencie, podczas gdy ja stałem i świadomie
wystawiałem się na niebezpieczeństwo.
Naprawdę nie
chciałem jej udusić. Starałem się ze wszystkich sił. W celu zapobiegnięciu
zbrodni w afekcie, po prostu włożyłem ręce w kieszenie, kopnąłem jakiś kamyczek
leżący na ścieżce i odwróciłem się. W zasięgu wzroku znalazłem ławeczkę, starą
i rozpadającą się, ale wciąż na tyle stabilną, by utrzymać 90 kilo mojej żywej
wagi. Plus zjedzoną kaszankę i kisiel.
Odszedłem, energicznie kołysząc biodrami, zupełnie tak jakbym miał tam
sześciostrzałowego, gotowego do użytku Colta Delta Elite, a lekki, ciepły wiatr
chłodził moje rozpalone czoło. Katia została sama, wciąż głośno zawodząc i
szlochając.
Usiadłem na
ławce, zapaliłem papierosa. Serce znowu powoli zaczęło bić swoim normalnym
rytmem. Ryki Katii umilkły niespodziewanie, natomiast ona sama przybiegła
zdyszana i usiadła obok mnie.
-Dlaczego się
gniewasz, Grisza, najmilszy?- zapytała słodko i niewinnie. W blasku księżyca
jej niebieskie oczy lśniły.
-W ogóle się nie
gniewam.- odparłem zrezygnowany.To była najprawdziwsza prawda. Byłem już
zupełnie wyprany z jakichkolwiek emocji.
-I kochasz swoją
Katię?- przymilała się, wtulając w moje ramiona.
-Oczywiście, że
kocham.
-Swoją Katieńkę-
matjeńkę? Swojego misia- pysia? Swojego żubrzyczka?
-Kocham moją Katieńkę-
matjeńkę. Mojego misia-pysia. Mojego żubrzyczka.- odpowiedziałem, no bo co
innego można odpowiedzieć w takiej chwili. Nie da rady, serce nie sługa, trzeba
zrobić z siebie idiotę w wyższym celu. Katia westchnęła.
-Jaka piękna
noc.- stwierdziła.- Popatrz na te wszystkie gwiazdy. Im bardziej im się
przyglądam, tym bardziej wierzę, że każdy z nas jest zbudowany z gwiezdnego
pyłu. Mamy w sobie cząsteczkę nieskończoności, tajemnice mistyczności, nie
sądzisz?
-Ja mam w sobie
cząsteczki kaszanki i tajemnice sałatki z niespodzianką.- odparłem zgodnie z
prawdą.
-Mógłbyś być
bardziej romantyczny. Każda kobieta życzy sobie, żeby jej mężczyzna był
romantyczny.
-No to, co mam
powiedzieć?
-Coś
romantycznego.
Myślałem chwilę.
-Piękna noc.-
wypaliłem. Katia odsunęła się ode mnie lekko.
-Mógłbyś się
bardziej postarać.
-Piękna noc.
Dobrze, że nie pada.- podjąłem na nowo próbę. Ale Katienka znowu tylko
pokręciła głową.
-To też nie to.
Słuchaj, pomogę ci. Hm... Grisza, najdroższy. Powiedz mi, jak ty wyobrażasz
sobie naszą przyszłość?
Ha! Łatwe
pytanie. Jednak okazuje się, że ta romantyczność wcale nie jest taka trudna.
Przecież ja całe moje życie myślę właśnie o tej romantyczności. Książki o niej
czytam, na sympozja jeździłem. Ba! Nawet odczyt w instytucie miałem, w tamtym
roku. Do tego to ja jestem przygotowany. Odchrząknąłem i zacząłem mówić.
-Doskonałe
pytanie. Już od najdalszych czasów człowiek stara się sięgnąć okiem w przód i
zobaczyć przyszłość. Wyrocznia delficka, znana była w całym antycznym świecie.
Mówiono, że jej wizje pochodzą od samego boga Apollina, choć wtajemniczeni
wspominali coś o winie i innych używkach.
-Grisza...
-Czekaj, czekaj.
Ja to wszystko mam w głowie. Żydzi już od najdalszych wieków posiłkują się
kabałą, która nie tylko mówi im jak żyć, jakich zasad przestrzegać i jak się
modlić, ale także odkrywa im tajemnice przyszłości. Znany w wiekach średnich
Nostradamus był swojego rodzaju gwiazdą wielkiego formatu, zapraszany przez królów,
uwielbiany przez tłumy. Jego księga objawienia, zapisana w formie wierszowanych
zagadek, do dzisiaj rozpalają wyobraźnię. Wprawdzie czterowiersze Nostradamusa
zapisane są w wyjątkowo enigmatycznej formie, lecz rzesze jego fanów i naśladowców
utrzymują, że przepowiednie są wyjątkowo dokładne i prawdziwe. Również współcześnie
kwitnie zainteresowanie tym tematem. Wróżka lub wróż to oficjalnie uznane
zawody, podlegające prawie pracy i opodatkowaniu.
-Ale...
-Czekaj, czekaj.
To tylko wstęp, zaraz przejdę do faktów. I opodatkowaniu. Terminy u znanych
tarocistów zarezerwowane są niekiedy już na sześć miesięcy naprzód. Wielu
znanych polityków, aktorów, gwiazd sportu i estrady przyznaje się do
regularnego odwiedzania jasnowidzów i analityków przyszłości. Tymczasem na pytanie
„jak widzę nasza przyszłość” prosto i konkretnie może odpowiedzieć jedynie
nauka- futurologia. Obecnie jest to dyscyplina nauk ścisłych, oparta na
matematycznych wyliczeniach i rachunkowi
prawdopodobieństwa. To nie te czasy, kiedy ciemni chłopi marzyli o androidalnych
robotach koszących za nich siano, a niedouczeni wynalazcy konstruowali skrzydła
z wosku i piór. Obecnie futurologia zajmuje się analizowaniem każdego aspektu
naszego przyszłego życia. Co będziemy jedli? Jak będziemy wyglądali? Jak kształtuje
się sytuacja gospodarczo polityczna w latach następnych? W odpowiedzi na te
pytania zacznę od pierwszego z nich.
-Grisza...- szepnęła
cichutko Katia.
- Cii... Nie
przeszkadzaj, bo stracę wątek. Żywność jest jedną z największych trosk
współczesnego społeczeństwa. Podczas gdy wysoko rozwinięte kultury każdego dnia
wyrzucają jedzenie w cenie 1 miliarda dolarów, tak w wielu biedniejszych
regionach nie ma do niego dostępu. Przeciętna rodzina z Kamerunu ma na swoje
utrzymanie około 1 dolara tygodniowo, podczas przeciętny Amerykanin wydaje na
jedzenie 50 dolarów dziennie. Mimo to zgodnie z prognozami, nauka pozostaje
optymistyczna. Powszechny wzrost oprysków, genetycznie modyfikowanych zbóż i
warzyw, przymusowe faszerowanie trzody chlewnej antybiotykami prowadzi
niechybnie do ogólnego wzrostu żywności. Żywności małowartościowej i
naszpikowanej radioaktywnymi środkami, ale za to taniej i masowo dostępnej.
Gdzie te czasy, kiedy aby poczytać książkę przed snem, należało włączyć lampkę.
W przyszłości każdy sam z siebie będzie świecił w nocy przy wieczornej
lekturze. Pod warunkiem, że wcześniej nie umrze na raka.
Drugie, ważne
pytanie futurologi brzmi: jak będziemy wyglądali?
Katia milczała.
Zgarbiona siedział na ławce i tępo wpatrywała się przed siebie. Ja zaś kontynuowałem
ze znawstwem.
-Obecnie
przyjmujemy, że człowiek wygląda najatrakcyjniej od czasów jaskiniowych.
Przeciętny mężczyzna ma około 180 centymetrów wzrostu, prawidłową muskulaturę i
poprawną sylwetkę. Chodzi pewnie, krokiem energicznym i władczym. Głos ma
niski, czasem chropowaty. Z wyjątkiem dłoni i stóp, owłosiony jest wszędzie.
Futro to spełnia nie tylko rolę wabika erotycznego, poza tym dostarcza ciepła w
zimie, latem zaś chroni przed porażeniem słonecznym.
Mówiąc o
atrakcyjności rodzaju ludzkiego, nie wolno nam zapominać o kobietach.
Przeciętna kobieta ma 170 centymetrów wzrostu i dowolną ilość kilogramów.
Wszelkie, zaplanowane przez naturę zakręty, wybrzuszenia i szczyty paraboli są
symetrycznie rozmieszczone na ciele, w sposób wyjątkowo miły dla męskiego oka.
Nogi ma kształtne, krok rozkołysany. W przeciwieństwie do mężczyzn owłosienie
jej jest nieco skromniejsze, ale za to bardziej błyszczące i wypielęgnowane. Na
twarzy zdarza się rzadko, choć i takie osobniki można spotkać. W niczym jej to
jednak nie przynosi ujmy. Mówi się bowiem powszechnie, że kobieta z wąsikiem
jest bardziej namiętna.
Także i tu
futurologia ma dla nas same optymistyczne wiadomości. W związku z powszechnym
dostępem taniej żywności, sylwetka człowieka i kobiety będzie się zmieniać. Na
bardziej okrągłą, bardziej aerodynamiczną, bardziej opływową. Popularność pracy
z domu, z wykorzystaniem internetu sprzyjać będzie zostawaniu we własnych
czterech ścianach. Również portale społecznościowe zlikwidują problem wyjścia z
pokoju i spotkania się z przyjaciółmi na mieście, ewentualnie „u grubego
Wołodii”. Wszystko załatwimy w ciepełku własnej twierdzy. Pracę, zakupy,
potrzebę socjalizacji, a nawet wizytę u wirtualnego lekarza. Wirtualny lekarz
przyszłości będzie miał zdecydowanie ułatwione
stawianie odpowiedniej diagnozy. Studia medyczne ograniczą się bowiem wyłącznie
do odróżniania raka od choroby wieńcowej. Innych dolegliwości nikt nie będzie
miał, a nawet gdyby wystąpiły to i tak prędzej rozprawią się z chorym te dwie
pierwsze. Dzięki ogólnemu znieruchomieniu społeczeństwa i uwięzieniu go w
domach spadnie problem zatłoczonej, latem niezbyt ciekawie pachnącej
komunikacji miejskiej. To wszystko prowadzi do mniejszego wydzielania trującego
dwutlenku węgla do atmosfery, a w efekcie- do redukcji efektu cieplarnianego.
Jednym zdaniem: gruby człowiek przyszłości to człowiek zorientowany na naturę i
ekologię. Siedzi w domu i jedynym gazem, który go będzie martwić to
samodzielnie wyprodukowany metan po konsumpcji fasolki po bretońsku ze słoika. Nawet
problem utylizacji zwłok nie będzie już palącym problemem. Zdalnie kierowana
ciężarówka, podjedzie pod dom denata, przysypie go ziemią, obsieje lasem i w
ten sposób stworzy kurhan, znany już od starożytności. Zresztą wynosić zwłok
nie warto bo i tak nie zmieściły by sie w wąskich drzwiach. Hasło dziś na
szczęśliwe jutro brzmi: z powrotem do Stonehenge.
Katia wstrząsnęła
się.
-Trzecie i
ostatnie zasadnicze pytanie futurologii brzmi: jak będą kształtowały się
stosunki polityczno- gospodarcze. Również i tutaj mam dla ciebie same dobre
wiadomości. Obecnie nie ma takiego miejsca na Ziemi, które przynajmniej raz nie
byłoby dotknięte wojną. Konflikty rodzą się każdego dnia, Europa sama jest
jednym wielkim tyglem zapalnym gotowym wybuchnąć w każdej chwili. Kwestia
trzeciej wojny światowej nie jest już pytaniem „czy”, ale „kiedy”. Miliony
ludzi dziennie zmuszone są opuścić skąpane w krwi ojczyzny i udać się na
tułaczkę. Natomiast przyszłość? Przyszłość to sam spokój. Sielanka. Cisza. Harmonia
i beztroska. Zwiększony dostęp do broni atomowej politycznie niestabilnych
państw jak Pakistan i Indie, sprawia, że konflikt atomowy stoi na naszym progu.
Nawet jedna bomba wystrzelona, gdzieś w głębi Azji, spowoduje podniesienie się
chmury radioaktywnych opadów, zaciemnienie słońca a w konsekwencji wymieranie
gatunków na całym świecie. Nie ma sensu zamykanie oczu i udawanie, że problem
nas nie dotyczy. Człowiek jest organizmem wyjątkowo skomplikowanym. Do przeżycia
potrzebuje pomocy ze strony innych gatunków: pszczół, które zapylają jego
owoce, świń na mięso i owiec na ubrania. Wielkie wymieranie będzie również
przyszłością człowieka. Nie dziś, nie jutro i nie nagle. Jednak z każdym dniem
coraz bardziej i coraz prędzej. A kiedy się skończy, na Ziemi zapanuje spokój. Nie
będzie kłótni, nie będzie konfliktów. W ogóle niczego nie będzie. 20 tysięcy
lat historii pełnej krwi, mordu i niesprawiedliwości rozwieją się w nuklearny
pył wraz z jedną tylko, malutką bombą atomową, nie większą niż ten oto kamień.
– zakończyłem dumny z siebie, że jeszcze pamiętam moją ubiegłoroczną
prezentację.
Tymczasem Katia
znowu płakała. Tym razem na serio. Głowe ukryła w ramionach, a po twarzy
ściekał jej rozmazany makijaż.
-Ach, Grisza.-
wyjąkała.- Mnie wcale nie o taką przyszłość chodziło.
I weźże tu,
zrozum kobiety...
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. Na zakończenie małym druczkiem obwieszczam zasady korzystania z bloga. Pierwszą zasadą jest posiadanie poczucia humoru i szczypty wrażliwości. Drugą jest niekopiowanie w celach komercyjnych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)