piątek, 24 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz. 5

Część piąta publikowana jest już pod moją nieobecność. Z jednej strony cieszę się, bo wieś na której spędzę kolejne cztery tygodnie jest naprawdę urocza. Pola, lasy, strumyki a w odległości czterech kilometrów jest nawet sklep spożywczo-przemysłowy prowadzony przez żonę sołtysa. Wystarczy tylko zadzwonić do bramy, przejść chlewik, stajnię i oborę, i w rogu ogrodu, tuż obok sławojki, stoi stragan- a tam wszystko co dusza zapragnie. Wino i papierosy jakie tylko kto chce. Chleb na zapisy. Mięso dowożą nyską raz w tygodniu, chyba, że kierowca zapije.
Z drugiej strony szkoda mi opuszczać magiczny świat internetu, bo bez globalnej komunikacji nigdy bym nie wiedziała ile mi jeszcze brakuje ajfonów, ciuchów z haiemu i markowych rajbanów, żeby być naprawdę szczęśliwą. No cóż... Na pocieszenie zostają mi tylko trele grzeli w letnie noce, księżyc srebrzący swoim blaskiem sypialnie i jaskółki zaglądające przez okna. A to nie to samo co rajbany...

A tutaj całe opowiadanie w PDFie Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
 część piąta

To co na mapie wyglądało na krótką, przyjemną wycieczkę w rzeczywistości okazało się długą wędrówką przez opustoszałą, prawie wymarłą ulicę. Piekło robiło bardzo smutne wrażenie i nie ma co się tu dziwić bo to w końcu piekło a nie Disneyland, no nie? Po obu stronach ulicy rosły krzywe kamieniczki, późny Gierek, wczesny Gomułka, brudne i oblazłe z farby. Części szyb w oknach nie było, a z pozostałych powiewały szare, skłębione firanki. Otwarte bramy ziały wilgotną czernią i śmierdziały moczem. Większość sklepów była pozamykana a na szybach wystawowych przyklejono krzywo wielkie, jaskrawe, czerwone napisy „do wynajęcia”. Tylko monopolowy trzymał się jeszcze jako tako i kiosk z gazetami. Przed tym pierwszym tłukło się dwóch pijaczków, pozostałych trzech dopingowało ich słabymi, zachlanymi głosami. Gruba kioskarka z kiosku naprzeciwko wychyliła się aż do połowy  piersi ze swojego ciasnego okienka (a miała się baba do czego wychylać) i z uwagą przyglądała się bójce.
-Znowu się tłuką.- oznajmiła, kiedy Józek stanął tuż przed jej potężnym biustem. Właściwie nawet nie trzeba było tego oznajmiać wystarczyło popatrzeć na drugą stronę ulicy ale kioskarka należała widocznie do tego typu osób, które otwierają mordę nawet jak nie mają nic do powiedzenia.
-Codziennie tak się leją.- kontynuowała rozmowę. Józek słuchał niby to uprzejmie ale tak naprawdę przystanął tylko po to żeby wytrząsnąć kamyczek z buta. Chodniki były tu bardzo spękane.
-Codziennie.- kontynuowała kioskara.- Panie wyobrażasz pan sobie? Dzisiaj jest środa, to nawet nie za bardzo ale co się dzieje w piątki wieczorami, rany julek. Sikają, skakają, śpiewają, ludzie to się boją na ulicę wychodzić. Mówię panu a policja to już  nie raz tu przyjechała. O, patrz pan- wskazała brodą. Istotnie zza węgła wychylił się nieśmiało radiowóz. Przejechał powolutku obok tarzającej się na chodniku bandy i odjechał równie powoli, nie zatrzymując się i nie próbując interweniować. Pijaczkowie bili się nadal.
-Patrz pan, nawet mandatu im nie wypisali. Po prawdzie, to co im to da? Mandat wystawią, żule pieniędzy nie mają, bo wszystko na gorzałę przepuszczą, to co im zrobią? Niby z czego zapłacą? A na wytrzeźwiałkę to ich szkoda dawać, bo dopiro co odremontowali za społeczne pieniądze. Wie pan, ściany pomalowali, prycze dali nowe, to gdzie takiego śmierdzącego pijaka na nową wytrzeźwiałkę.
-Uhm- mruknął Józek i uderzył kilka razy butem o ścianę kiosku. Kamyk utknął jednak nieszczęśliwie między podeszwą a wkładką i nie chciał wyjść.
-Panie nie wal pan tak mocno, bo to pomalowana sklejka jest tylko. O widzisz pan, jak furnitura odpada.-zgromiła go kioskarka.- Pan tu nowy?
-Nowy. Nie wie pani gdzie tu Siarkowa?                    
-Prosto panie, cały czas prosto. Pan do hostelu pewnie?
-No.
-No to prościuteńko, trafisz pan, głupsi od pana trafiali.
Józek nie wiedział czy podziękować czy obrazić się za ten komplement a gruba sklepikara dalej ciągnęła- A gazetki to pan nie chce? Bo jak pan tam będzie na przydział mieszkania czekać to może się panu nudzić. Ostatnio to trwa trochę z tymi mieszkaniami. Pisali już ludzie do burmistrza jakąś petycje w tej sprawie ale czy te polityki to kiedykolwiek głosu prostego ludu posłuchali? Czekaj w kolejce i czekaj, a takie Cygany to w pierwszej kolejności dostają mieszkania. Ze niby mniejszość narodowa, skubańce, pies ich trącał. A prości ludzie nic. Matki, ojce z małymi dziećmi u piersi i latami czekają a hołota to się polonezami rozbija i w nowych M2, jak na pańskich pałacach sypia. A może papierosków panu dać?
-A po ile masz pani papierosy?- zainteresował się Józek.
-A po czynaście pindziesiąt.
-Drogo. Ancug pani weźmiesz?
Kioskarka zmierzyła go dokładnie wzrokiem.
-Coś go pan zanadto oberwał. Za takie ancug to pół paczki mogię najwyżej dać.
Józek zastanowił się chwilkę. Pół paczki to jednak pół paczki a to zdecydowanie więcej niż nic.
-Pani da.- zdecydował i ściągnął marynarkę. Kioskara chwyciła ubrania, podał mu bez słowa paczkę na której rzucał się w oczy wielki napis w czarnej ramce „tutaj palenie nie sprawi, że umrzesz ale raka możesz mieć mimo wszystko” i szybko zamknęła szybkę kiosku. Józka tknęło niedobre przeczucie. Zajrzał do paczki i istotnie, zamiast obiecanych dziesięciu szlugów znalazł tam tylko osiem. Na nic nie zdało się tłuczenie knykciami w szybę kiosku, sklepikara ani myślała otworzyć. Siedziała tylko na swoim stołeczku i z zacięciem kartkowała stare wydanie „Chwili dla ciebie”. Zrezygnowany Józek zawinął się szczelniej w swoją cienką koszulę, gdyż deszcz zaczął padać mocniej i powlókł się przed siebie. Pijaczki gdzieś zniknęły, tylko jeden z nich leżał na chodniku a z rozbitego nosa ciekła mu krew. Kierowcy omijali go ostrożnie i trąbili z obrzydzeniem widocznym w oczach. Wydawało się, że nie żyje ale nagle zaczął donośnie chrapać, przewrócił się na bok i zasnął smacznym snem profesjonalnego pijaczyny. Czereśny powlókł się dalej. Po dobrej godzinie, kompletnie przemoczony, znalazł mały, odrapany, brudny hostel. Część neonów przepaliła się i teraz tylko „o” i „el” świeciły nikłym, błękitnym blaskiem. Wszedł do środka. Drzwi zacinały się i haczyły w progu. Za blatem brudnej, lepkiej od soku, tłuszczu i kurzu recepcji siedział Smolisty w czapce hotelowego boya. Czapka musiała być kradziona, gdyż wyhaftowano na niej napis "Hilton", a poza tym była tak samo wybrudzona jak wszystko pozostałe tutaj. Diabeł czytał „Chwilę dla ciebie”, a na pierwszej stronie magazynu wydrukowano zdjęcie Madonny w samych majtkach naszywanych cekinami. Madonna miała na nim 97 lat. Podpis pod zdjęciem darł się niemo: „Szok, sensacja! Prawie setka na karku i wciąż pozuje do Playboya! Zobacz koniecznie” Józek pomyślał, że jednak wolałby tego nie oglądać.
-I co trafił pan?- westchnął Smolisty składając gazetę.
-A pan to tak wszystkie etaty w mieście obsiadujesz?- odgryzł się złośliwie Józek. Diabeł jednak nie wydawał się być tym urażony.
-Takie czasy- wzruszył ramionami- Pensja maleńka, trzeba się chwytać wszystkiego. Na daczę zbieram.- dodał jakby z przeprosinami.- Już mam taką jedną upatrzoną, w lesie wie pan. Cisza, prawie że spokój,  autostrada oddalona o dobre 300 metrów.- westchnął jeszcze raz.- Pan klucz pewnie chce?
-No, przydałoby się.- odparł Józek.- Zimno dzisiaj.
-Ogrzewanie nie działa.- wtrącił szybko Smolisty.
-W ogóle?
-Nie, no tylko dzisiaj. Jakąś awarie tam mają.
-A prędko naprawią?
-Pewnie prędko. Ostatnim razem to technicy przyjechali już po 6 tygodniach od zgłoszenia, tak więc pan widzi, rach, ciach i już naprawione.
Józek nie zamierzał kłócić się ze Smolistym, że 6 tygodni od zgłoszenia to jednak nie jest takie rach, ciach ale nie miał na to siły. Mokra koszula lepiła mu się nieprzyjemnie do pleców. Zdobył się tyko na zgryźliwą uwagę o piekle, które zamarza. Smolistego jednak nie ruszały takie teksty. Albo twardziel albo przyzwyczajony. Dostał klucz do ręki, duży, wygięty klucz, za breloczek robiła pokrywka od starego garnka na mleko na półmetrowym łańcuszku.
-Panie, co pan?- zaoponował Józek.- Większego się nie dało? Przecież ani tego do kieszenie nie schowam ani na widoku nie zostawię bo ukradną.
-A to moja wina?- oburzył się Smolisty.- Takie mam, to takie wydaję. Jak nie chce to nie musi brać, przymusu do spania pod dachem to tu żadnego nie ma.- był zły skoro tytułował Józka per „ono”. Z powrotem zagłębił się w lekturę „Chwili dla ciebie”. Na kolejnym zdjęciu Madonna nie miała już nawet swoich skąpych stringów z cekinami. Józek poczuł jak oczy zaczynają mu nagle łzawić.
-A ten pokój to gdzie?- zapytał, odwracając wzrok od gazety. Nie na wiele się to zdało, gdyż na ścianach hostelu ktoś przykleił niechlujnie takie same zdjęcia Madonny wyrwane z innego piśmidła. Może nawet z Playboya.
-Pokój trzynaście, na pierwszym piętrze.
-A innych numerów tu nie macie?
Smolisty nic nie odpowiedział, tylko poślinionym paluchem kartkował „chwilę” i sapał obleśnie, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy. Instrukcje recepcjonisty były oczywiście fałszywe. Pokój nie znajdował się na pierwszym piętrze, tylko na trzecim, wciśnięty między pomieszczeniem na brudną bieliznę a toaletą, która nieustannie się zapychała, za każdym razem, gdy tylko ktoś spuścił wodę. Wypaczone drzwi nie domykały się i nieustannie buchał stamtąd smród fekalii.
Pokój był czteroosobowy, długi i wąski niczym kiszka. U szczytu okno, brudne i przysłonięte urwaną firanką, po obydwu stronach wysokie, metalowe, podwójne prycze. Dwie z nich, te najlepsze u dołu były już zajęte. Na jednej leżały przepocone skarpetki i śmierdziały okrutnie, a na drugiej rozwalił się grubas w brudnej piżamie i śmierdział na wyścigi ze skarpetkami, tak że w sumie nie wiadomo było czy to on czy skarpety capią bardziej. Okno było oczywiście zamknięte.
-Bry...- powiedział Józek na wydechu. Grubas spojrzał na niego.
-Na dole zajęte.- powiedział, chociaż było to oczywiste.- Może pan spać na górze, oba łóżka jeszcze wolne. Cisza nocna od 21, jak chce sobie pan sprowadzić panienkę po 21 wieczorem to prosiłbym o zgłoszenie tego faktu wcześniej. Ja nie mogę spać jak mnie się łóżko nad głową trzęsie. Ja sie wtedy robię bardzo nerwowy. Ja mam problemy z sercem. Mnie się nie wolno denerwować.
Wobec tego Józek wybrał pryczę nad skarpetkami.
-A tu kto leży?- zapytał wskazując na cuchnące onuce.
-A... taki jeden.- grubas wydął lekceważąco wargi po czym uznał, że jego wyjaśnienia są wystarczające, bo umilkł. Józek zastanawiał się jak zacząć rozmowę.
-Na mieszkanie to pan też czeka?- zapytał po dziesięciu minutach.
-No.- odparł lakonicznie gruby. Konwersacja nie kleiła się w najmniejszym stopniu.
-A Smolistego pan zna?- zapytał jeszcze raz Józek po kolejnych 10 minutach.
-No.- odparł grubas.
Znowu 10 minut pauzy.
-Fajny chłop z niego.- spróbował jeszcze raz Czereśniak.
-No.
-Deszcz pada.- uderzył Józek z innej strony.
-No.
-Długo już pada. Od samego rana.- zawył Czereśny.
-No.- grubas nie poruszył się tylko dalej wlepiał wzrok w spodnią stronę materaca nad nim.
-Pewnie będzie do wieczora tak padać.
-No.
Zrozpaczony Józek zamierzał już wstać i dać grubasowi po pysku, żeby przekonać się czy może wtedy powie coś więcej ale w tej samej chwili do pokoju wpadł niczym burza trzeci lokator- szczupły, nerwowy typ z łysiejącym ciemieniem.
-Pan tu również mieszka?- zwrócił się do niego uprzejmie Józek
-No.- odparł nowy.
I wtedy Czereśny dał za wygraną. To nie było na jego nerwy. W południe do pokoju wsunął się czwarty, ostatni mieszkaniec.
-Czy ta prycza jest wolna?- zapytał Józka, wskazując palcem na pryczę nad grubasem
-No.- powiedział Józek.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

 p.s. Proszę nie kopiować, głupio nie komentować, nie publikować i nie wydziwiać. Proszę czytać i cieszyć się z małych rzeczy. Takie pińć złotych na ten przykład. Małe a cieszy, bo piwko można sobie za to kupić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)