Opowiadanie możecie również bezpośrednio czytać i ściągać stąd: Duperelka
Duperelka
Nigdy nie miała czasu. Już od przedszkola szykowała się intensywnie na
bycie żoną, być może i matką, ale przede wszystkim właścicielką nieruchomości
murowanej o powierzchni mieszkalnej co najmniej 120 metrów kwadratowych ( nie
licząc garażu) i kawałka gruntu budowlanego przynajmniej sześcioarowego. O ile
inne złotowłose, błękitnookie dziewuszki z grupy starszaków miejskiego przedszkola
podczas nieśmiertelnej zabawy w dom preferowały raczej wzajemne zapraszanie się
na herbatki zaczerpnięte z brudnego wiadra sprzątaczki albo ciasteczka z błota,
tak ona, niezmiennie, dołączała do słodkich jak cherubinki chłopaków w
kraciastych spodenkach mimo ich wrzasków, plucia i wrzucania w jej majteczki żywych
chrząszczy. Tam zgarniała lwią część drewnianych klocków i godzinami budowała
swój wymarzony dom, nieustannie zmieniając ilość okien i balkonów,
przemieszczając drzwi, wydłużając i skracając kominy, dodając i odejmując ilość
pomieszczeń. Młode, niezbyt doświadczone panie przedszkolanki z pewnym zakłopotaniem
patrzyły na swoją podopieczną. Co jakiś czas, dobrowolnie lub też za pomocą
wrzasku odrywały ją od tych drewnianych marzeń i wręczały w garść połamaną
lalkę lub zaplutego misia.
-Pobaw się z
dziewczynkami.- mówiły i prowadziły ją, wierzgającą nogami i zapłakaną, w
miejsce, gdzie królowały plastikowe zastawy stołowe i babeczki z piasku.
Przestraszone dziewuszki zbijały się w ciasną gromadę i z przerażeniem w
modrych oczętach obserwowały zaryczaną, zasmarkaną istotę, z którą musiały
dzielić się filiżankami, pełnymi zdobycznej herbaty śmierdzącej chlorem. Biła
je i kopała aż musiały interweniować młode, niezbyt doświadczone panie
przedszkolanki.
Podstawówka minęła jej szybko,
wprawdzie bez większych sukcesów ale i też bez większych trudności. Języka
ojczystego uczyła się z umiarkowanym zaangażowaniem. Ot, dokładnie tyle gramatyki
i ortografii ile potrzeba do poprawnego napisania listu z zapytaniem o ofertę
instalacji bojlera lub piecyka gazowego. Młoda, niezbyt doświadczona polonistka
załamywała ręce nad jej „pżestczennymi mażeniami za kturymi wolnymi niczym
ptaki podąrzamy” i „cihości serca wdziencznego ókojenie” natomiast nic zarzucić
nie mogła „szybkoschnącym farbom dekoracyjnym o wysokim stopniu odporności na
ścieranie” i „ żywicy epoksydowej o właściwościach higroskopijnych”
Matematykę za to
pochłaniała niczym wygłodniały kot spasioną na słoninie myszę. Liczby tańczyły
bezustannie w jej umyśle. Zbiory, ciągi, geometria, promień okręgu wpisanego i
opisanego na trójkącie, wzory skróconego mnożenia, wykresy rosnące, malejące,
ciągnące się nieregularnie jak zapis ekg posiadacza kredytu we frankach
szwajcarskich, nie dawały jej nigdy spokoju. Z ogromną przyjemnością
rozwiązywała zadania typu: „jeden murarz buduje dom w ciągu 6 dni, ile murarzy
zbuduje ten sam dom w ciągu 3 dni” i za każdym razem wyobrażała sobie ekipę
spoconych, opalonych mężczyzn, którzy wznoszą ściany jej własnego domu i
krzyczą do siebie z typowym dla fachowców wdziękiem:
-Józek, kurwa,
podaj cegłę!
Spędzające
dwunastolatkom sen z powiek zagadnienia procentów tłumaczyła sobie wyobrażając
jednocześnie kredyty bankowe. Elegancko ubrany dyrektor banku z służalczym
uśmiechem podawał jej do wyboru tuzin rodzajów umów kredytowych a ona z uwagą
wybierała tą najlepszą- z niskim oprocentowaniem, dużą ilością rat i możliwością
zawieszenia spłaty na lat dwadzieścia.
-Magnificent!
Magnificent!- szeptał w wyobraźni dyrektor banku i całował końce jej palców.
Wykresy funkcji
jednorodnych i niejednorodnych to zapotrzebowanie na opał do wydajnego kominka
z płaszczem wodnym w zimy mroźne i te łagodne, kiedy to kilka płatków
prószącego śniegu stanowi sensację na pełne dwa tygodnie. Powierzchnie sześcianu
to oczywiście ilość rolek tapety potrzebnej do wyklejenia stylowej jadalni, a
geometryczne części odcięte łatwo zamieniały się w metry bieżące ciemnej
boazerii z dębiny, inkrustowanej lakierowanymi złoceniami.
W gimnazjum doszły nowe przedmioty ale tylko część z nich odpowiadała jej
zainteresowaniom. Biologię odrzuciła całkowicie z wyjątkiem tej skromnej
części, która opowiadała o podlewaniu i nawożeniu tui ogrodowych. To samo
geografia: nie wyniosła z niej nic ponad to, z której strony wstaje słońce i
jak ustawić okna domu, by w lecie ochronić się przed upałami, przed którymi
nawet rzymskie żaluzje pozostają bezsilne. Historię przeskakiwała od epoki do
epoki i Bogiem a prawdą, bardziej interesowały ją kolorowe ryciny niż daty za
którymi kryły się najczęściej opowieści o krwi i pożogach. Krew nie
interesowała ją w najmniejszym stopniu, łatwo bowiem zmywa się ją z linoleum,
natomiast zachwyt budziły w niej posągi rzymskich bogiń, ubranych w marmurowe
peplum z odsłoniętymi piersiami. Kunsztowne ślimacznice pod stopami obutych w
lekkie sandały kamiennych piękności doskonale pasowały do wnęki wykuszowego
okna, które miało był owym „eyecatcherem” jadalni, pieścidełkiem pani domu,
dumą i ukoronowaniem dobrego smaku i stylu. Tym czymś na widok czego trzeba wydać
z siebie głębokie, pełne udawanego zachwytu „ach” i koniecznie, ale to
koniecznie pogratulować zmysłu dekoracyjnego, zapożyczonego prosto z katalogu
Ikei. O średniowieczu zapamiętała tylko tyle, że było dawno, natomiast rokokowe
ślimaki, złocenia, srebrzenia, zawijasy, malowane bluszcze i amorki pochłonęły
ją bez reszty. I i II wojnę światową kwitowała krótkim:
-Nudne.
Wzmianki o
zbliżającej się trzeciej nudziły ją jeszcze bardziej.
Do języków obcych
nie przykładała kompletnie żadnej uwagi, myląc bez ustanku „majnejmis” i
„iśhajse”. Za to chemia ukazała się jej niczym wrota samego raju utraconego:
skomplikowane reakcje wapna gaszonego czy gęstości molowej cementu sprawiały
jej autentyczną, niezakłamaną radość. Dla rozrywki obliczała sobie skład chemiczny
piasku dodawanego do zaprawy murarskiej (kwarc, aragonit i kalcyt) i ilość
węglowodorów aromatycznych w 1 litrze farby ściennej „Superśnieżka” (0,5 mola
na hektolitr). W liceum stwierdziła, że ilość zdobytej edukacji całkowicie
odpowiada jej życiowemu zapotrzebowaniu i proces przyswajania wiedzy
ograniczyła do absolutnego minimum, to jest na tyle by wypłakać sobie przejście
z klasy do klasy u miękkosercych nauczycieli. W tym czasie młodzieńcze mrzonki
o polerowanym gresie i panelach z piaskowca odeszły nieco na bok, gdyż
najważniejszą kwestią stał się problem finansowania budowy wymarzonego domu. O
ile plan architektoniczny budynku miała dopracowany w najdrobniejszych
szczegółach, o tyle sposób spłaty kredytu jawił się już nieco mgliście.
Ostatecznie, po gruntownej analizie kilku „z życia wziętych” telenoweli doszła
do wniosku, że najlepszym sposobem na spłatę kredytu (bo dom bez kredytu to nie
jest prawdziwy dom) jest poślubienie mężczyzny ze stabilnym i pewnym zawodem.
Innych pomysłów na spłatę gniazdka nie miała. Krąg potencjalnych kandydatów na
przyszłego kredytobiorcę, któremu przysięgnie „miłość i wierność i, że go nie
opuści aż do ostatniej raty”, zawęziła do grona osób zaliczających sie do średniej
klasy średniej. Nie za wysoko jak np. dentysta albo właściciel fabryki płatków
mydlanych do prania, bo przecież z góry wiadomo, że tacy to dranie i na pewno
uciekną z jakąś młodszą małpą po 20 latach małżeństwa albo co gorsza: zażądają
rozdzielności majątkowej już na początku znajomości. Za nisko mierzyć też nie
może, a więc żaden listonosz czy kierowca autobusu nie wchodzą w grę- nie dość,
że bank odmówiłby pieniędzy, to jeszcze taki małżonek wyglądał by wyjątkowo
niereprezentacyjnie w jej wykwintnym saloniku obitym śliwkowym pluszem. Do
grona potencjalnych kandydatów zaliczyła trzech mężczyzn.
Pierwszym był kierownik stanowiska mięsnego w pobliskim supermarkecie.
Młodzieniec starszy od niej o zaledwie 10 lat ale praktyczny, rozsądny i
cholernie ambitny. Wszystkim wiadomo było, że liczy na stanowisko menadżera
działu mrożonek i konfitury, i nawet jego olbrzymia tusza, spowodowana ciągłym
podżeraniem suchej krakowskiej nie mogła mu przeszkodzić w osiągnięciu
zaplanowanego celu.
Drugim kandydatem był właściciel zakładu pogrzebowego, wprawdzie starszy od
niej o 30 lat i żonaty ale ogólnie bardzo poważany w małej, miejskiej
społeczności. Żona właściciela zakładu nie stanowiła przeszkody w jej planach:
była mała, chuda i ciągle kaszlała. Miała nadzieję, że poczciwa kobieta
wyciągnie kopyta akurat wtedy, kiedy ona osiągnie wiek umożliwiający zawarcie
związku małżeńskiego. Niestety, los mocno zweryfikował ten koncepcik, skądinąd
pomysłowy i dowcipny, i w dwa lata poźniej, kiedy to odbierała dowód osobisty,
żona właściciela zakładu nie tylko ciągle żyła ale nadto spodziewała się
bliźniaków.
Trzecim kandydatem był młody student buchalterii, cichy, spokojny okularnik
z nosem wiecznie utkwionym w książce. Jego oczy były błękitne a uśmiech
łagodny. Nie zwracała jednak uwagi na takie szczegóły, najważniejszy był indeks
pełen piątek i realna perspektywa stażu w urzędzie finansowym. To właśnie z nim
wiązała największe nadzieje, różnica wieku wynosiła między nimi tylko 5 lat,
dodatkowo zaś był jedynakiem a jego rodzice posiadali 15 letniego, czerwonego
fiata Seicento i niewielka daczę pod lasem. Któregoś dnia, cała trójka zginęła
jednak w wypadku, kiedy to we fiacie zawiodły hamulce a przydrożne drzewo typu
sosna szybciej stało niż oni hamowali. Strażacy długo jeszcze opowiadali sobie
o młodym studencie, którego twarz wbiła się w gorący silnik natomiast bezgłowy
korpus ciągle tkwił przypięty pasami do tylnego siedzenia. Jako, że rodzina nie
posiadała ani bliższych ani dalszych powinowatych daczę przejęło państwo i
sprzedało „za psi pieniądz” na publicznej licytacji. Samochodu nie udało się
sprzedać, za bardzo był zniszczony. Wywieziono go na lawecie w głąb Rosji,
gdzie z trzech innych, podobnych modeli wyklepano nowe „bezwypadkowe, z
pierwszej ręki”. Twarz studenta zeskrobano dokładnie z silnika a auto śmigało
wesoło po górzystych drogach Kaukazu, dygocząc tylko z lekka na widok
napotykanych sosen.
Tedy został jej
tylko jeden kandydat. W tym czasie zapałała wielką namiętnością do wszelakich
kiełbas, szynek, podrobów i salcesonów. Codziennie, przed lekcjami, wbiegała
zdyszana do supermarketu i bacznie przyglądała się sprzedającym. Jeżeli
przypadkiem wypadała zmiana kierownika grzecznie stawała w kolejce i
zarumieniona ze wzruszenia, słodkim głosikiem prosiła o kawałek pasztetowej
albo krwawej kiszki. Pozostały personel działu mięsnego zbywała tylko
prychnięciem. Te ciche a konsekwentne zaloty nie uszły uwadze kierownika działu
mięsnego. Coraz częściej i coraz dłużej przyglądał się tej ślicznej panience
przyrównując po cichu jej grube nóżki do tłustych raciczek wypasionego wieprzka
(6,99 za paczkę), piersi do dorodnej kurzej klaty po 12,99 za kilo a pupę do
olbrzymiego kawałka pieczonej na maśle szynki po 3,99 za 100 gram.
Pewnego dnia
przypadkiem spotkali się wieczorem. Ona wracała z kursu rachunkowości, on
porządkował sklep przed zamknięciem. Ona wstąpiła by spytać się o promocyjną
polędwicę drobiową a on pokazał jej nieco inny kawałek mięsa. No, a potem
odwrotu już nie było- musiał być ślub.
Do matury już nie
podeszła, gdyż nie miało to najmniejszego sensu. Świadectwo ukończenia liceum
odebrała w przelocie, między rozmową z dekoratorką sali weselnej a terminem
poprawki u krawca. Rodzina pana młodego ze swojej strony dostarczyła całego
prosiaka (nie licząc pana młodego oczywiście) i tuzin kur na rosół, rodzina
panny młodej kupiła przeceniony bimber i tort z najdroższej cukierni.
Wesele było takie jakie powinno być prawdziwe wesele. Była remiza, konfetti
w kształcie serduszek, sypanie groszaków przed umajonym kościołem, samochód
udekorowany pluszowym misiem trzymającym papierowego gołąbka, szampan Igristoje
w plastikowych kieliszkach i baloniki, z których zeszło już powietrze, zwisające
smętnie z sufitów niczym surowe owcze flaki, do których zapomniano nadziać
kiełbasy. Stare ciotki plotkowały, wujowie chlali i rzygali w ubikacji,
młodzież chlała i tańczyła, starsi chlali i narzekali a państwo młodzi chlali i
całowali się za każdym razem, gdy krzyknięto:
-Gorzko, gorzko!
Następnego dnia
była niedziela. Panna młoda, a teraz już kochana żoneczka, zwlokła za chabety z
łóżka spitego do nieprzytomności małżonka, ocuciła go niezawodnym sposobem
przez wtajemniczonych nazywanym „garnkiem zimnej wody na łeb”, wrzuciła do
samochodu i kazała wieźć się niedaleko, bo pod miasto tylko. Tam czekał już na
nich prześliczny placyk budowlany z wszystkimi przyłączeniami. Z jednej strony
budował się właśnie dyrektor biblioteki miejskiej a z drugiej inżynier
lotnictwa. Żonka wskazała na działkę tłustym paluszkiem na którym lśnił złoty
pierścień wieczystej udręki, cudną działeczunię, edeńską, apolińską, zjawiskową
działuneczkę, i chrząknęła w sposób, który nie podlegał żadnej dyskusji.
-To kupimy jutro.
I tak też się
stało. W poniedziałek, z samego rana stawili się u dyrektora banku, ona w
różowym kostiumie, on w ślubnej
marynarce która trzeszczała niebezpiecznie na tłustym brzuszysku. Wszystko było
dokładnie tak jak w marzeniach, oni podpisali umowę kredytową na bardzo
niekorzystnych warunkach a dyrektor banku całował końce jej tęgich paluszków i
szeptał zmysłowo
-Charmant!
Charmant.
Wizyta u architekta
odbyła się jeszcze szybciej. Jej plany budowy były tak drobiazgowe i
technicznie doskonałe, że architektowi pozostało tylko ich podpisanie,
natomiast kierownik budowy zamówiony był już w wyprzedzeniem 3 letnim i we
wtorek z samego rana zjawił się na placu budowy z ekipą opalonych na słońcu
pomagierów. Wprawdzie młody żonkoś coś tam bąkał pod nosem, że może by
zaczekali aż się chociaż miesiąc miodowy im skończy ale młoda żona nie chciała
słuchać. Poleciła mężowi jak najszybszy powrót do pracy i jak najszybszy awans
na kierownika działu mrożonek i konfitur- sama zaś została w domu i zajęła się
doglądaniem robotników.
Skrupulatnie
oglądała każdą dostarczoną cegłę, jeżdżąć poślinionym paluchem po szorstkich,
nierównych krawędziach i głośno komentując jakość jej wypalenia. Przy
betonowych pustakach stosowała inną technikę, uderzała z całych sił drewnianym
trzonkiem łopaty w jedna z dłuższych ścianek i dokładnie nasłuchiwała głuchego
odgłosu. Każdy, przy którym miała wątpliwości co do jego gatunkowości zwracała
do sklepu i płaczliwie domagała się nowych dostaw. Pręty zbrojeniowe mierzyła
centymetrem krawieckim i wykłócała się z dostawcami o brakujące pół centymetra
stali. Rozebrana do staniczka i krótkich spodenek, w upalnym słońcu cierpliwie
przesiewała cement przez sitko do herbaty, żeby uzyskać jego idealną sypkość.
Piasek dzieliła z grubsza na trzy rodzaje: miałki, średni i gruby i żądała od
ekipy budującej aby do zaprawy używali tylko tego pierwszego. Naciskała na
murarzy, żeby filtrowali wodę używaną do mieszania tynków ale z trudem
przekonali ją, że im brudniejsza tym tynk się lepiej trzyma. Wprawdzie nie za
bardzo wierzyła w tę historyjkę ale po cichu, gdy nikt nie patrzył, zaśmiecała przygotowane w
wiadrach płynne jeszcze tynki pyłem i butwiejącym drewnem- bo a nuż jednak to
prawda z tą wodą?
Tylko tego
przeklinania na budowie było jej ciągle mało i raz po raz krzyczała tubalnym
głosem:
-Panie majster,
podać panu, kurwa, cegłę?
A czerwony ze
wstydu majster gwizdał tylko głośniej przez zaciśnięte zęby jedną i tą samą
melodię, i udawał, że nie słyszy, mimo, że z dołu dobiegał wciąż piskliwy głos:
-Panie majster, a
gipsu wam, kurwa, nie potrzeba?
Wieczorami, przy
kolacji, omawiała z mężem postępy prac. Ona mówiła o tonach zużytego piasku,
wapna i cementu a on o sprzedanej kaszance i podwawelskiej. Ona informowała go
o kształcie plastikowych okien a on o nowych chłodziarkach zamówionych przez
firmę. Ona wyznawała mu z żalem o podwyżkach cen plastikowych złączek, a on
mówił o tym, że obecny menedżer działu wygląda tak jakby miał już kwiatki od
spodu wąchać. I tak płynęły im te wieczory aż któregoś z nich przyszła piękna
jak nigdy, z zarumienioną od szczęścia twarzyczką i wyznała, że robotnicy zatknęli
na kominie zielony wiecheć. Dom był skończony.
Z wielką
radością, trzymając się za ręce weszli do tego gniazdka i z lubością zanurzali
się w surowym zapachu kleju, nowych płytek i lakierowanej podłogi. Dom był
bardzo biały i bardzo uroczysty.
-Jeszcze tylko
kilka duperelek i zobaczysz jak będzie tu pięknie.- powiedziała do męża. Po
czym on poszedł do pracy, gdzie zacierał z radości ręce przy każdym
głośniejszym kaszlnięciu menedżera działu mrożonek i konfitur a ona została w
domu i zamawiał niezliczone ilości próbników tapet i farb. Wprawdzie wszystkie
możliwe szczegóły wystroju miała już z dawna zaplanowane ale lubiła te ciężkie
przesyłki pod których wagą uginał się listonosz. Jej niecierpliwe palce
błądziły po fakturach tapet, wypukłej, wklęsłej, delikatnej niczym welur albo
chropowatej niczym surowy beton. Dobierała ze sobą małe, różnokolorowe
kartoniki i okiem eksperta oceniała harmonię barw: mięty ze śmietankowym
budyniem, butelkowej zieleni z szarością capuccino i lawendowego snu z brązem
mlecznej czekolady. A potem, wieczorami, przy kolacji opowiadała mężowi o cytrynowych
paskach, purpurowej kratce i cynamonowych ciapkach, zaś on snuł wyznania o
nowym rodzaju nadziewanej kiełbaski, młodej praktykantce i o tym, że menedżer
działu mrożonek i konfitur pluł dzisiaj podczas kaszlu krwią.
Płynęły im lata, w trakcie których ona skrupulatnie uzupełniała wyposażenie
swojego idealnego domu, on zaś tył jeszcze bardziej i coraz bardziej
przypominał w swoim garniturze zaplątanego w brezentowy namiot wieprza.
Pojechali do Włoch, do cudownego Mediolanu, gdzie w ciasnych, romantycznych
uliczkach snuje się zapach makaronu i doskonałej oliwy. W cenę wycieczki przewoźnik wliczył wstęp do
Pinakoteki Brera, szkoda było zmarnować taką okazję, w końcu bilety i tak już
opłacone. Poszli by chłonąć zapach chłodnego marmuru smagłolicej Wenus,
alabastrowych waz, smutnej Madonny Rafaela i wesołej Madonny Bernardo Luiniego.
Przywieźli stamtąd dwie ordynarne, styropianowe konsolety „na sposób rzymski” i
przykleili je w przedpokoju. Na jednej ustawili sztuczna różę w brzydkim
wazonie z grubego szkła, na drugiej zbierał się kurz.
-To takie
stylowe, takie włoskie.- mówiła pani domu.- Taka mała, piękna duperelka.
Rok później
polecieli do Kairu i zanurzyli się w wielotysięczną tajemnicę Egiptu. Wdychali przesycone
próchnem powietrze piramid, to samo, które zaczerpnął ostatnim tchem umierający
Ramzes Wielki i podziwiali naskalne malowidła w świątyni wielkiej bogini
Hathor, wzniesionej wśród krwi i śmierci rzeszy niewolników. Przywieźli stamtąd
gipsową figurkę Sfinksa z naklejką na spodniej stronie „made in China.”
-To tres chic-
mówiła pani domu i postawiła figurkę na stoliczku ze sklejki, który ochlapany
brązową bejcą wcale ładnie udawał mahoń.- Taka duperelka, a tak ładnie pasuje
do domu.
Z czasem posypały
się kolejne duperelki, ohydne durnostojki, te łapiące kurz obżedary,
duperszwance, dziabągi, gipsowe figurki pasterzy i kominiarczyka, drewniani
górale z napisem „pozdrowienia ze Świnoujścia”, talerzyki z chińskiego
porcelitu z wizerunkiem św. Jana Pawła, sarenki z bakelitu, rybki szklane do
postawienia na telewizorze, haftowane maszynowo serwety kaszubskie, obrazki
wyklejane grudkami żywicy udającej bursztyn, okręty w butelkach, drzewka
szczęścia o konarach skręconych z miedzianego drutu, talizmany na rzemyku,
zatopione w szkle motyle, plastikowe ciupagi, flaszeczki wypełnione morskim
piaskiem, japońskie wachlarze z cienkiej tektury, lampki solarne zmieniające
kolory i gliniane ptaszki z fotokomórką ukrytą w dziobie, drące się odrażającym
głosem za każdym razem, gdy ktoś znalazł się w ich zasięgu.
Wieczorami pani
domu mówiła o swoich duperelkach:
-Patrz, jak
pięknie tu pasuje.
A pan domu nie
słuchał połowicy, tylko mówił o biuście młodej praktykantki, o pupie młodej
praktykantki i o tym, że w przyszły piątek odbędzie się pogrzeb menedżera
działu mrożonek i konfitur.
A dom puchł od wewnętrznej doskonałości. W oknach chwiały się firanki po
które dumna gospodyni pojechała aż do Krosna rezygnując z przyjęcia
urodzinowego u przyjaciółki. Ominęło ją wesele siostry, gdyż tego samego dnia
przyjechał transport z marmurowym blatem do łazienki. Szczegóły ręcznie
rzeźbionego łóżka do sypialnie omawiane były dłużej niż pogrzeb matki. A kiedy
zaś sprowadzono cudowne, czarne, jadeitowe płytki na przedpokój tej samej nocy
po raz pierwszy doznała prawdziwego orgazmu, który zalał jej tłuste ciało
drżącą, ciepłą falą.
-Kochany.-
wyszeptała do męża i myślała o połyskliwym jadeicie, skrzącym się niby gwiazdy
w mroźną noc.
-Kochana.-
powiedział mąż i myślał o długich aż do szyi nogach młodej praktykantki.
Kiedy skończyła
dekorować pokój dziecięcy stwierdziła, że przydała by się w nim jeszcze jedna
duperelka, ot, malutka figurynka, by dopełnić wspaniałości rozkosznego pokoiku
i po 9 miesiącach ta właśnie mała, czerwona, drąca bez ustanku gębę duperelka
uzupełniała pokój swoim rykiem.
I biegły lata dalej, biegły bez ustanku i zawsze w jednym tylko kierunku,
coraz bardziej przyśpieszając. Dom stawał się coraz doskonalszym. Przybywało w
nim złoconych listew, rozetek, pilastrów, gzymsów, plafonów, klamek wygiętych w
formie łyżeczki, obrazów w gipsowych ramach, nicianych bieżników, sztucznych
fikusów w terakotowych donicach ubywało zaś syna, który coraz więcej czasu
spędzał w szkole i na zajęciach dodatkowych oraz męża, który wreszcie awansował
na menedżera i w związku z tym coraz później wracał do domu, pachnący szminką i
damskim potem.
Aż nadszedł
dzień, bo dzień ten nadejść musiał, kiedy z dumą mogła stwierdzić, że dom jest nieskończenie
perfekcyjny. Każda figurynka, każdy chodniczek, każdy talerz na ścianie-
wszystko to stało na miejscu absolutnie idealnym, każde pasmo tapety podkreślało
jego wyjątkowość, każda plama farby wyrażała osiągnięty tu majstersztyk.
-Teraz w końcu
mam czas dla siebie. Dla rodziny.- pomyślała siadając w ratanowym fotelu o
wspaniale wyplecionej koronie.
-Odchodzę.-
powiedział syn i wyjechał na studia.
-Odchodzę.-
powiedział mąż i wyjechał z młodą praktykantką.
A ona siedzi w
tym fotelu i czeka na gości, na przyjaciół których zapomniała, na rodzinę, którą
porzuciła, by pokazać im to cudo, które tworzyła przez całe życie.
Czeka i czeka.
Czeka.
Od czasu do czasu
pojawia się u niej listonosz albo pracownik gazowni. Pani domu z triumfem oprowadza tego nieoczekiwanego gościa, który
najpierw wymawia się brakiem czasu, a potem z ponurą miną wysłuchuje
niekończącego się wywodu o pierdółkach, wihajsterach i ustrojstwach.
-Taka mała
duperelka.- mówi pani domu i zatacza ręka koło jakby chciała ogarnąć w miłosnym
uścisku wszystkie pomieszczenia.- Taka mała duperelka, a taka piękna.
Koniec
wasza
Helga von Klusken
p.s. i lecimy z koksem: niniejsze opowiadanie przeznaczone jest do wyłącznie prywatnego użytku a każda publikacja w formie papierowej, audiobooka lub innej bez stosownego papierzyska nazwiskiem moim podpisanego skończy się publicznym wychłostaniem przez zawodowego chłostacza Ryszarda Okrutnika pseudonim"gęba jak edamski" . Bójcie się!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)