czwartek, 16 lipca 2015

Duperelka

Na krótko jestem z powrotem, ot tyle tylko by wyprać kilka brudnych skarpetek, tak czarnych jakby diabeł je na swoich kopytach nosił i już mnie nie ma. Przez kolejne 4 tygodnie zamierzam udawać, że znam się na tapetowaniu, szpachlowaniu i tynkowaniu. Cytując klasyka: "szpachlować każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej ale nie każdy powinien". Ja nie powinnam ale szpachluję mimo wszystko i udaję (!), że wygląda pięknie. Steffen, mój mąż i tak nie zauważa różnic w wykończeniu, więc dopóki sufit nie wali mu się na głowę wszystko jest w porządku. Przed wami opowiadanie o idealnym domu, tym wycackanym, wychuchanym, wypieszczonym, wyśnionym i wymarzonym. Wersja PDF do pobrania stąd (uwaga! chomik. Wersja z dysku Google do pobrania poniżej).  Miłego czytania.

Opowiadanie możecie również bezpośrednio czytać i ściągać stąd: Duperelka

Duperelka

Nigdy nie miała czasu. Już od przedszkola szykowała się intensywnie na bycie żoną, być może i matką, ale przede wszystkim właścicielką nieruchomości murowanej o powierzchni mieszkalnej co najmniej 120 metrów kwadratowych ( nie licząc garażu) i kawałka gruntu budowlanego przynajmniej sześcioarowego. O ile inne złotowłose, błękitnookie dziewuszki z grupy starszaków miejskiego przedszkola podczas nieśmiertelnej zabawy w dom preferowały raczej wzajemne zapraszanie się na herbatki zaczerpnięte z brudnego wiadra sprzątaczki albo ciasteczka z błota, tak ona, niezmiennie, dołączała do słodkich jak cherubinki chłopaków w kraciastych spodenkach mimo ich wrzasków, plucia i wrzucania w jej majteczki żywych chrząszczy. Tam zgarniała lwią część drewnianych klocków i godzinami budowała swój wymarzony dom, nieustannie zmieniając ilość okien i balkonów, przemieszczając drzwi, wydłużając i skracając kominy, dodając i odejmując ilość pomieszczeń. Młode, niezbyt doświadczone panie przedszkolanki z pewnym zakłopotaniem patrzyły na swoją podopieczną. Co jakiś czas, dobrowolnie lub też za pomocą wrzasku odrywały ją od tych drewnianych marzeń i wręczały w garść połamaną lalkę lub zaplutego misia.
-Pobaw się z dziewczynkami.- mówiły i prowadziły ją, wierzgającą nogami i zapłakaną, w miejsce, gdzie królowały plastikowe zastawy stołowe i babeczki z piasku. Przestraszone dziewuszki zbijały się w ciasną gromadę i z przerażeniem w modrych oczętach obserwowały zaryczaną, zasmarkaną istotę, z którą musiały dzielić się filiżankami, pełnymi zdobycznej herbaty śmierdzącej chlorem. Biła je i kopała aż musiały interweniować młode, niezbyt doświadczone panie przedszkolanki.
                Podstawówka minęła jej szybko, wprawdzie bez większych sukcesów ale i też bez większych trudności. Języka ojczystego uczyła się z umiarkowanym zaangażowaniem. Ot, dokładnie tyle gramatyki i ortografii ile potrzeba do poprawnego napisania listu z zapytaniem o ofertę instalacji bojlera lub piecyka gazowego. Młoda, niezbyt doświadczona polonistka załamywała ręce nad jej „pżestczennymi mażeniami za kturymi wolnymi niczym ptaki podąrzamy” i „cihości serca wdziencznego ókojenie” natomiast nic zarzucić nie mogła „szybkoschnącym farbom dekoracyjnym o wysokim stopniu odporności na ścieranie” i „ żywicy epoksydowej o właściwościach higroskopijnych”
Matematykę za to pochłaniała niczym wygłodniały kot spasioną na słoninie myszę. Liczby tańczyły bezustannie w jej umyśle. Zbiory, ciągi, geometria, promień okręgu wpisanego i opisanego na trójkącie, wzory skróconego mnożenia, wykresy rosnące, malejące, ciągnące się nieregularnie jak zapis ekg posiadacza kredytu we frankach szwajcarskich, nie dawały jej nigdy spokoju. Z ogromną przyjemnością rozwiązywała zadania typu: „jeden murarz buduje dom w ciągu 6 dni, ile murarzy zbuduje ten sam dom w ciągu 3 dni” i za każdym razem wyobrażała sobie ekipę spoconych, opalonych mężczyzn, którzy wznoszą ściany jej własnego domu i krzyczą do siebie z typowym dla fachowców wdziękiem:
-Józek, kurwa, podaj cegłę! 
Spędzające dwunastolatkom sen z powiek zagadnienia procentów tłumaczyła sobie wyobrażając jednocześnie kredyty bankowe. Elegancko ubrany dyrektor banku z służalczym uśmiechem podawał jej do wyboru tuzin rodzajów umów kredytowych a ona z uwagą wybierała tą najlepszą- z niskim oprocentowaniem, dużą ilością rat i możliwością zawieszenia spłaty na lat dwadzieścia.
-Magnificent! Magnificent!- szeptał w wyobraźni dyrektor banku i całował końce jej palców.
Wykresy funkcji jednorodnych i niejednorodnych to zapotrzebowanie na opał do wydajnego kominka z płaszczem wodnym w zimy mroźne i te łagodne, kiedy to kilka płatków prószącego śniegu stanowi sensację na pełne dwa tygodnie. Powierzchnie sześcianu to oczywiście ilość rolek tapety potrzebnej do wyklejenia stylowej jadalni, a geometryczne części odcięte łatwo zamieniały się w metry bieżące ciemnej boazerii z dębiny, inkrustowanej lakierowanymi złoceniami.
W gimnazjum doszły nowe przedmioty ale tylko część z nich odpowiadała jej zainteresowaniom. Biologię odrzuciła całkowicie z wyjątkiem tej skromnej części, która opowiadała o podlewaniu i nawożeniu tui ogrodowych. To samo geografia: nie wyniosła z niej nic ponad to, z której strony wstaje słońce i jak ustawić okna domu, by w lecie ochronić się przed upałami, przed którymi nawet rzymskie żaluzje pozostają bezsilne. Historię przeskakiwała od epoki do epoki i Bogiem a prawdą, bardziej interesowały ją kolorowe ryciny niż daty za którymi kryły się najczęściej opowieści o krwi i pożogach. Krew nie interesowała ją w najmniejszym stopniu, łatwo bowiem zmywa się ją z linoleum, natomiast zachwyt budziły w niej posągi rzymskich bogiń, ubranych w marmurowe peplum z odsłoniętymi piersiami. Kunsztowne ślimacznice pod stopami obutych w lekkie sandały kamiennych piękności doskonale pasowały do wnęki wykuszowego okna, które miało był owym „eyecatcherem” jadalni, pieścidełkiem pani domu, dumą i ukoronowaniem dobrego smaku i stylu. Tym czymś na widok czego trzeba wydać z siebie głębokie, pełne udawanego zachwytu „ach” i koniecznie, ale to koniecznie pogratulować zmysłu dekoracyjnego, zapożyczonego prosto z katalogu Ikei. O średniowieczu zapamiętała tylko tyle, że było dawno, natomiast rokokowe ślimaki, złocenia, srebrzenia, zawijasy, malowane bluszcze i amorki pochłonęły ją bez reszty. I i II wojnę światową kwitowała krótkim:
-Nudne.
Wzmianki o zbliżającej się trzeciej nudziły ją jeszcze bardziej.
Do języków obcych nie przykładała kompletnie żadnej uwagi, myląc bez ustanku „majnejmis” i „iśhajse”. Za to chemia ukazała się jej niczym wrota samego raju utraconego: skomplikowane reakcje wapna gaszonego czy gęstości molowej cementu sprawiały jej autentyczną, niezakłamaną radość. Dla rozrywki obliczała sobie skład chemiczny piasku dodawanego do zaprawy murarskiej (kwarc, aragonit i kalcyt) i ilość węglowodorów aromatycznych w 1 litrze farby ściennej „Superśnieżka” (0,5 mola na hektolitr). W liceum stwierdziła, że ilość zdobytej edukacji całkowicie odpowiada jej życiowemu zapotrzebowaniu i proces przyswajania wiedzy ograniczyła do absolutnego minimum, to jest na tyle by wypłakać sobie przejście z klasy do klasy u miękkosercych nauczycieli. W tym czasie młodzieńcze mrzonki o polerowanym gresie i panelach z piaskowca odeszły nieco na bok, gdyż najważniejszą kwestią stał się problem finansowania budowy wymarzonego domu. O ile plan architektoniczny budynku miała dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, o tyle sposób spłaty kredytu jawił się już nieco mgliście. Ostatecznie, po gruntownej analizie kilku „z życia wziętych” telenoweli doszła do wniosku, że najlepszym sposobem na spłatę kredytu (bo dom bez kredytu to nie jest prawdziwy dom) jest poślubienie mężczyzny ze stabilnym i pewnym zawodem. Innych pomysłów na spłatę gniazdka nie miała. Krąg potencjalnych kandydatów na przyszłego kredytobiorcę, któremu przysięgnie „miłość i wierność i, że go nie opuści aż do ostatniej raty”, zawęziła do grona osób zaliczających sie do średniej klasy średniej. Nie za wysoko jak np. dentysta albo właściciel fabryki płatków mydlanych do prania, bo przecież z góry wiadomo, że tacy to dranie i na pewno uciekną z jakąś młodszą małpą po 20 latach małżeństwa albo co gorsza: zażądają rozdzielności majątkowej już na początku znajomości. Za nisko mierzyć też nie może, a więc żaden listonosz czy kierowca autobusu nie wchodzą w grę- nie dość, że bank odmówiłby pieniędzy, to jeszcze taki małżonek wyglądał by wyjątkowo niereprezentacyjnie w jej wykwintnym saloniku obitym śliwkowym pluszem. Do grona potencjalnych kandydatów zaliczyła trzech mężczyzn.
Pierwszym był kierownik stanowiska mięsnego w pobliskim supermarkecie. Młodzieniec starszy od niej o zaledwie 10 lat ale praktyczny, rozsądny i cholernie ambitny. Wszystkim wiadomo było, że liczy na stanowisko menadżera działu mrożonek i konfitury, i nawet jego olbrzymia tusza, spowodowana ciągłym podżeraniem suchej krakowskiej nie mogła mu przeszkodzić w osiągnięciu zaplanowanego celu.
Drugim kandydatem był właściciel zakładu pogrzebowego, wprawdzie starszy od niej o 30 lat i żonaty ale ogólnie bardzo poważany w małej, miejskiej społeczności. Żona właściciela zakładu nie stanowiła przeszkody w jej planach: była mała, chuda i ciągle kaszlała. Miała nadzieję, że poczciwa kobieta wyciągnie kopyta akurat wtedy, kiedy ona osiągnie wiek umożliwiający zawarcie związku małżeńskiego. Niestety, los mocno zweryfikował ten koncepcik, skądinąd pomysłowy i dowcipny, i w dwa lata poźniej, kiedy to odbierała dowód osobisty, żona właściciela zakładu nie tylko ciągle żyła ale nadto spodziewała się bliźniaków.
Trzecim kandydatem był młody student buchalterii, cichy, spokojny okularnik z nosem wiecznie utkwionym w książce. Jego oczy były błękitne a uśmiech łagodny. Nie zwracała jednak uwagi na takie szczegóły, najważniejszy był indeks pełen piątek i realna perspektywa stażu w urzędzie finansowym. To właśnie z nim wiązała największe nadzieje, różnica wieku wynosiła między nimi tylko 5 lat, dodatkowo zaś był jedynakiem a jego rodzice posiadali 15 letniego, czerwonego fiata Seicento i niewielka daczę pod lasem. Któregoś dnia, cała trójka zginęła jednak w wypadku, kiedy to we fiacie zawiodły hamulce a przydrożne drzewo typu sosna szybciej stało niż oni hamowali. Strażacy długo jeszcze opowiadali sobie o młodym studencie, którego twarz wbiła się w gorący silnik natomiast bezgłowy korpus ciągle tkwił przypięty pasami do tylnego siedzenia. Jako, że rodzina nie posiadała ani bliższych ani dalszych powinowatych daczę przejęło państwo i sprzedało „za psi pieniądz” na publicznej licytacji. Samochodu nie udało się sprzedać, za bardzo był zniszczony. Wywieziono go na lawecie w głąb Rosji, gdzie z trzech innych, podobnych modeli wyklepano nowe „bezwypadkowe, z pierwszej ręki”. Twarz studenta zeskrobano dokładnie z silnika a auto śmigało wesoło po górzystych drogach Kaukazu, dygocząc tylko z lekka na widok napotykanych sosen.
Tedy został jej tylko jeden kandydat. W tym czasie zapałała wielką namiętnością do wszelakich kiełbas, szynek, podrobów i salcesonów. Codziennie, przed lekcjami, wbiegała zdyszana do supermarketu i bacznie przyglądała się sprzedającym. Jeżeli przypadkiem wypadała zmiana kierownika grzecznie stawała w kolejce i zarumieniona ze wzruszenia, słodkim głosikiem prosiła o kawałek pasztetowej albo krwawej kiszki. Pozostały personel działu mięsnego zbywała tylko prychnięciem. Te ciche a konsekwentne zaloty nie uszły uwadze kierownika działu mięsnego. Coraz częściej i coraz dłużej przyglądał się tej ślicznej panience przyrównując po cichu jej grube nóżki do tłustych raciczek wypasionego wieprzka (6,99 za paczkę), piersi do dorodnej kurzej klaty po 12,99 za kilo a pupę do olbrzymiego kawałka pieczonej na maśle szynki po 3,99 za 100 gram.
Pewnego dnia przypadkiem spotkali się wieczorem. Ona wracała z kursu rachunkowości, on porządkował sklep przed zamknięciem. Ona wstąpiła by spytać się o promocyjną polędwicę drobiową a on pokazał jej nieco inny kawałek mięsa. No, a potem odwrotu już nie było- musiał być ślub.
Do matury już nie podeszła, gdyż nie miało to najmniejszego sensu. Świadectwo ukończenia liceum odebrała w przelocie, między rozmową z dekoratorką sali weselnej a terminem poprawki u krawca. Rodzina pana młodego ze swojej strony dostarczyła całego prosiaka (nie licząc pana młodego oczywiście) i tuzin kur na rosół, rodzina panny młodej kupiła przeceniony bimber i tort z najdroższej cukierni.
Wesele było takie jakie powinno być prawdziwe wesele. Była remiza, konfetti w kształcie serduszek, sypanie groszaków przed umajonym kościołem, samochód udekorowany pluszowym misiem trzymającym papierowego gołąbka, szampan Igristoje w plastikowych kieliszkach i baloniki, z których zeszło już powietrze, zwisające smętnie z sufitów niczym surowe owcze flaki, do których zapomniano nadziać kiełbasy. Stare ciotki plotkowały, wujowie chlali i rzygali w ubikacji, młodzież chlała i tańczyła, starsi chlali i narzekali a państwo młodzi chlali i całowali się za każdym razem, gdy krzyknięto:
-Gorzko, gorzko!
Następnego dnia była niedziela. Panna młoda, a teraz już kochana żoneczka, zwlokła za chabety z łóżka spitego do nieprzytomności małżonka, ocuciła go niezawodnym sposobem przez wtajemniczonych nazywanym „garnkiem zimnej wody na łeb”, wrzuciła do samochodu i kazała wieźć się niedaleko, bo pod miasto tylko. Tam czekał już na nich prześliczny placyk budowlany z wszystkimi przyłączeniami. Z jednej strony budował się właśnie dyrektor biblioteki miejskiej a z drugiej inżynier lotnictwa. Żonka wskazała na działkę tłustym paluszkiem na którym lśnił złoty pierścień wieczystej udręki, cudną działeczunię, edeńską, apolińską, zjawiskową działuneczkę, i chrząknęła w sposób, który nie podlegał żadnej dyskusji.
-To kupimy jutro.
I tak też się stało. W poniedziałek, z samego rana stawili się u dyrektora banku, ona w różowym kostiumie, on  w ślubnej marynarce która trzeszczała niebezpiecznie na tłustym brzuszysku. Wszystko było dokładnie tak jak w marzeniach, oni podpisali umowę kredytową na bardzo niekorzystnych warunkach a dyrektor banku całował końce jej tęgich paluszków i szeptał zmysłowo
-Charmant! Charmant.
Wizyta u architekta odbyła się jeszcze szybciej. Jej plany budowy były tak drobiazgowe i technicznie doskonałe, że architektowi pozostało tylko ich podpisanie, natomiast kierownik budowy zamówiony był już w wyprzedzeniem 3 letnim i we wtorek z samego rana zjawił się na placu budowy z ekipą opalonych na słońcu pomagierów. Wprawdzie młody żonkoś coś tam bąkał pod nosem, że może by zaczekali aż się chociaż miesiąc miodowy im skończy ale młoda żona nie chciała słuchać. Poleciła mężowi jak najszybszy powrót do pracy i jak najszybszy awans na kierownika działu mrożonek i konfitur- sama zaś została w domu i zajęła się doglądaniem robotników.
Skrupulatnie oglądała każdą dostarczoną cegłę, jeżdżąć poślinionym paluchem po szorstkich, nierównych krawędziach i głośno komentując jakość jej wypalenia. Przy betonowych pustakach stosowała inną technikę, uderzała z całych sił drewnianym trzonkiem łopaty w jedna z dłuższych ścianek i dokładnie nasłuchiwała głuchego odgłosu. Każdy, przy którym miała wątpliwości co do jego gatunkowości zwracała do sklepu i płaczliwie domagała się nowych dostaw. Pręty zbrojeniowe mierzyła centymetrem krawieckim i wykłócała się z dostawcami o brakujące pół centymetra stali. Rozebrana do staniczka i krótkich spodenek, w upalnym słońcu cierpliwie przesiewała cement przez sitko do herbaty, żeby uzyskać jego idealną sypkość. Piasek dzieliła z grubsza na trzy rodzaje: miałki, średni i gruby i żądała od ekipy budującej aby do zaprawy używali tylko tego pierwszego. Naciskała na murarzy, żeby filtrowali wodę używaną do mieszania tynków ale z trudem przekonali ją, że im brudniejsza tym tynk się lepiej trzyma. Wprawdzie nie za bardzo wierzyła w tę historyjkę ale po cichu, gdy nikt  nie patrzył, zaśmiecała przygotowane w wiadrach płynne jeszcze tynki pyłem i butwiejącym drewnem- bo a nuż jednak to prawda z tą wodą?
Tylko tego przeklinania na budowie było jej ciągle mało i raz po raz krzyczała tubalnym głosem:
-Panie majster, podać panu, kurwa, cegłę?
A czerwony ze wstydu majster gwizdał tylko głośniej przez zaciśnięte zęby jedną i tą samą melodię, i udawał, że nie słyszy, mimo, że z dołu dobiegał wciąż piskliwy głos:
-Panie majster, a gipsu wam, kurwa, nie potrzeba?
Wieczorami, przy kolacji, omawiała z mężem postępy prac. Ona mówiła o tonach zużytego piasku, wapna i cementu a on o sprzedanej kaszance i podwawelskiej. Ona informowała go o kształcie plastikowych okien a on o nowych chłodziarkach zamówionych przez firmę. Ona wyznawała mu z żalem o podwyżkach cen plastikowych złączek, a on mówił o tym, że obecny menedżer działu wygląda tak jakby miał już kwiatki od spodu wąchać. I tak płynęły im te wieczory aż któregoś z nich przyszła piękna jak nigdy, z zarumienioną od szczęścia twarzyczką i wyznała, że robotnicy zatknęli na kominie zielony wiecheć. Dom był skończony.
Z wielką radością, trzymając się za ręce weszli do tego gniazdka i z lubością zanurzali się w surowym zapachu kleju, nowych płytek i lakierowanej podłogi. Dom był bardzo biały i bardzo uroczysty.
-Jeszcze tylko kilka duperelek i zobaczysz jak będzie tu pięknie.- powiedziała do męża. Po czym on poszedł do pracy, gdzie zacierał z radości ręce przy każdym głośniejszym kaszlnięciu menedżera działu mrożonek i konfitur a ona została w domu i zamawiał niezliczone ilości próbników tapet i farb. Wprawdzie wszystkie możliwe szczegóły wystroju miała już z dawna zaplanowane ale lubiła te ciężkie przesyłki pod których wagą uginał się listonosz. Jej niecierpliwe palce błądziły po fakturach tapet, wypukłej, wklęsłej, delikatnej niczym welur albo chropowatej niczym surowy beton. Dobierała ze sobą małe, różnokolorowe kartoniki i okiem eksperta oceniała harmonię barw: mięty ze śmietankowym budyniem, butelkowej zieleni z szarością capuccino i lawendowego snu z brązem mlecznej czekolady. A potem, wieczorami, przy kolacji opowiadała mężowi o cytrynowych paskach, purpurowej kratce i cynamonowych ciapkach, zaś on snuł wyznania o nowym rodzaju nadziewanej kiełbaski, młodej praktykantce i o tym, że menedżer działu mrożonek i konfitur pluł dzisiaj podczas kaszlu krwią.
Płynęły im lata, w trakcie których ona skrupulatnie uzupełniała wyposażenie swojego idealnego domu, on zaś tył jeszcze bardziej i coraz bardziej przypominał w swoim garniturze zaplątanego w brezentowy namiot wieprza.
Pojechali do Włoch, do cudownego Mediolanu, gdzie w ciasnych, romantycznych uliczkach snuje się zapach makaronu i doskonałej oliwy.  W cenę wycieczki przewoźnik wliczył wstęp do Pinakoteki Brera, szkoda było zmarnować taką okazję, w końcu bilety i tak już opłacone. Poszli by chłonąć zapach chłodnego marmuru smagłolicej Wenus, alabastrowych waz, smutnej Madonny Rafaela i wesołej Madonny Bernardo Luiniego. Przywieźli stamtąd dwie ordynarne, styropianowe konsolety „na sposób rzymski” i przykleili je w przedpokoju. Na jednej ustawili sztuczna różę w brzydkim wazonie z grubego szkła, na drugiej zbierał się kurz.
-To takie stylowe, takie włoskie.- mówiła pani domu.- Taka mała, piękna duperelka.
Rok później polecieli do Kairu i zanurzyli się w wielotysięczną tajemnicę Egiptu. Wdychali przesycone próchnem powietrze piramid, to samo, które zaczerpnął ostatnim tchem umierający Ramzes Wielki i podziwiali naskalne malowidła w świątyni wielkiej bogini Hathor, wzniesionej wśród krwi i śmierci rzeszy niewolników. Przywieźli stamtąd gipsową figurkę Sfinksa z naklejką na spodniej stronie „made in China.”
-To tres chic- mówiła pani domu i postawiła figurkę na stoliczku ze sklejki, który ochlapany brązową bejcą wcale ładnie udawał mahoń.- Taka duperelka, a tak ładnie pasuje do domu.
Z czasem posypały się kolejne duperelki, ohydne durnostojki, te łapiące kurz obżedary, duperszwance, dziabągi, gipsowe figurki pasterzy i kominiarczyka, drewniani górale z napisem „pozdrowienia ze Świnoujścia”, talerzyki z chińskiego porcelitu z wizerunkiem św. Jana Pawła, sarenki z bakelitu, rybki szklane do postawienia na telewizorze, haftowane maszynowo serwety kaszubskie, obrazki wyklejane grudkami żywicy udającej bursztyn, okręty w butelkach, drzewka szczęścia o konarach skręconych z miedzianego drutu, talizmany na rzemyku, zatopione w szkle motyle, plastikowe ciupagi, flaszeczki wypełnione morskim piaskiem, japońskie wachlarze z cienkiej tektury, lampki solarne zmieniające kolory i gliniane ptaszki z fotokomórką ukrytą w dziobie, drące się odrażającym głosem za każdym razem, gdy ktoś znalazł się w ich zasięgu.
Wieczorami pani domu mówiła o swoich duperelkach:
-Patrz, jak pięknie tu pasuje.
A pan domu nie słuchał połowicy, tylko mówił o biuście młodej praktykantki, o pupie młodej praktykantki i o tym, że w przyszły piątek odbędzie się pogrzeb menedżera działu mrożonek i konfitur.
A dom puchł od wewnętrznej doskonałości. W oknach chwiały się firanki po które dumna gospodyni pojechała aż do Krosna rezygnując z przyjęcia urodzinowego u przyjaciółki. Ominęło ją wesele siostry, gdyż tego samego dnia przyjechał transport z marmurowym blatem do łazienki. Szczegóły ręcznie rzeźbionego łóżka do sypialnie omawiane były dłużej niż pogrzeb matki. A kiedy zaś sprowadzono cudowne, czarne, jadeitowe płytki na przedpokój tej samej nocy po raz pierwszy doznała prawdziwego orgazmu, który zalał jej tłuste ciało drżącą, ciepłą falą.
-Kochany.- wyszeptała do męża i myślała o połyskliwym jadeicie, skrzącym się niby gwiazdy w mroźną noc.
-Kochana.- powiedział mąż i myślał o długich aż do szyi nogach młodej praktykantki.
Kiedy skończyła dekorować pokój dziecięcy stwierdziła, że przydała by się w nim jeszcze jedna duperelka, ot, malutka figurynka, by dopełnić wspaniałości rozkosznego pokoiku i po 9 miesiącach ta właśnie mała, czerwona, drąca bez ustanku gębę duperelka uzupełniała pokój swoim rykiem.
I biegły lata dalej, biegły bez ustanku i zawsze w jednym tylko kierunku, coraz bardziej przyśpieszając. Dom stawał się coraz doskonalszym. Przybywało w nim złoconych listew, rozetek, pilastrów, gzymsów, plafonów, klamek wygiętych w formie łyżeczki, obrazów w gipsowych ramach, nicianych bieżników, sztucznych fikusów w terakotowych donicach ubywało zaś syna, który coraz więcej czasu spędzał w szkole i na zajęciach dodatkowych oraz męża, który wreszcie awansował na menedżera i w związku z tym coraz później wracał do domu, pachnący szminką i damskim potem.
Aż nadszedł dzień, bo dzień ten nadejść musiał, kiedy z dumą mogła stwierdzić, że dom jest nieskończenie perfekcyjny. Każda figurynka, każdy chodniczek, każdy talerz na ścianie- wszystko to stało na miejscu absolutnie idealnym, każde pasmo tapety podkreślało jego wyjątkowość, każda plama farby wyrażała osiągnięty tu majstersztyk.
-Teraz w końcu mam czas dla siebie. Dla rodziny.- pomyślała siadając w ratanowym fotelu o wspaniale wyplecionej koronie.
-Odchodzę.- powiedział syn i wyjechał na studia.
-Odchodzę.- powiedział mąż i wyjechał z młodą praktykantką.
A ona siedzi w tym fotelu i czeka na gości, na przyjaciół których zapomniała, na rodzinę, którą porzuciła, by pokazać im to cudo, które tworzyła przez całe życie.
Czeka i czeka.
Czeka.
Od czasu do czasu pojawia się u niej listonosz albo pracownik gazowni. Pani domu z triumfem  oprowadza tego nieoczekiwanego gościa, który najpierw wymawia się brakiem czasu, a potem z ponurą miną wysłuchuje niekończącego się wywodu o pierdółkach, wihajsterach i ustrojstwach.
-Taka mała duperelka.- mówi pani domu i zatacza ręka koło jakby chciała ogarnąć w miłosnym uścisku wszystkie pomieszczenia.- Taka mała duperelka, a taka piękna.

Koniec

wasza
Helga von Klusken

p.s. i lecimy z koksem: niniejsze opowiadanie przeznaczone jest do wyłącznie prywatnego użytku a każda publikacja w formie papierowej, audiobooka lub innej bez stosownego papierzyska nazwiskiem moim podpisanego skończy się publicznym wychłostaniem  przez zawodowego chłostacza Ryszarda Okrutnika pseudonim"gęba jak edamski" . Bójcie się!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)