poniedziałek, 27 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.8

Piszę, piszę i końca nie widać. Miłe opowiadanie o sympatycznym diabliku miało, w zamierzeniu, zawierać nie więcej niż 5000 słów. Na razie jest 10 000, ich liczba nadal rośnie w zastraszającym tempie. Żeby się mnie tak ilość cholesterolu we krwi tak zmniejszała jak przyrasta tej pisaniny, hej!

 Tutaj całość: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część ósma


-No, Czereśny zbierajcie się.- powiedział któregoś ranka Smolisty.- Przydzielono wam w końcu mieszkanie i waszego koordynatora socjalnego.
Józek bił właśnie otwartą dłonią w automat do gry. Po trzech miesiącach cholernej nudy znalazł, całkiem przypadkiem, poprzedniego wieczoru salkę z paintballem i jednorękim bandytą w piwnicy hostelu. Dwa automaty były zepsute a trzeci ciągle połykał wrzucane monety i zawieszał się bezustannie ale była to jednak jakaś miła odmiana po tylu dniach bezczynności przeplatanej z czytaniem na wyrywki dzieł zebranych Stalina. Jeszcze wczoraj robił Smolistemu wyrzuty, że ten nie powiedział mu o salonie gier ale diabeł wykręcał kota ogonem i zarzekał się, że Józek przecież wcale go o to nie pytał. O kino pytał, owszem, tak samo jak i o bar czy park. Ale o jaskinię gier to już nie a przecież jakby zapytał to on, Smolisty by mu o wszystkim powiedział, z ręką na sercu, słowo harcerza. Czart czytał przy tym kolejny odcinek komiksu o Spidermanie mimo, że miła pani Andzia ciągle jednak nie zdążyła wciągnąć komiksów do ogólnego rejestru czytelni. Za każdym razem warczała na Józka „pan mnie nie popędza, się przecież robi”, kiedy tylko pytał o komiksy.
-Co to za denuncjator socjalny?- zapytał Józek. Smolisty pokiwał z politowaniem głową.
-Koordynator, Czereśny, koordynator. Poprowadzi was za rączkę, żeby wasz pobyt w piekle mógł się na dobre rozpocząć.
-Rozpocząć???- Józek uderzył ręką jeszcze raz i maszyna z żałościwym jękiem wypluła monetę, po czym spalił się tranzystor i ekran zgasł. W sali rozległ się swąd palonej gumy. – A ja myślałem, że to jest właśnie właściwe piekło i gorzej być już nie może. Winda nie działa, w łazience zalęgły się karaluchy, w jadalni spalił czajnik i do tej pory nikt nie przyniósł nowego. Z materaca wychodzą mi sprężyny, gruby nie zmienił skarpetek ani razu odkąd tu jestem. Ani razu - zaakcentował ze zgrozą- i nocami wiesza je na poręczy łóżka tak, że mam je prawie, że pod nosem. A do tego ktoś zwędził mi papierosy.
-Świnia.- powiedział współczująco Smolisty i poklepał go po plecach.
-Pewnie, że świnia. Sami widzicie i jeszcze mi mówicie, że mój pobyt to dopiero się zacznie.
-No bo tu to jest przejściowo, to jeszcze taki lajcik jest. Ale dacie rade Czereśny, dacie se rade. Macie- tu podał mu inne klucze i oficjalny przydział na mieszkanie, zapisany na paragonie z Biedronki. Brelok znowu był wielki jak pokrywka od garnka.- Tu mi pokwitujecie a tu macie adres. Nie zgubicie się, piekło nie jest znowu takie wielkie. A teraz zdajcie klucze od pokoju i możecie sobie iść. Jutro zamelduje się u was koordynator.
-Nie mam kluczy.- wyznał ponuro Józek.- Ktoś mi ukradł.
-Uuuu...- Smolisty poskrobał się z zakłopotaniem po różkach.- No to kara urzędowa będzie. Kaucje trzeba zapłacić.
-Ile?
-Co najmniej z 5 patyków. Będziecie z wypłaty ratami oddawać. A teraz idźcie już.
Kiedy wychodził z hotelu zauważył pokrywkę z garnka od mleka wystająca w brązowej listonoszki Smolistego. Do pokrywki przyczepione były klucze z wygrawerowaną cyfrą „13”.
„Świnia” pomyślał ze smutkiem Józek. „Rogata świnia.”
Nowe mieszkanie mieściło się na alei imienia magistra inżyniera Teodora Puczka. Numer domu 13. Numer mieszkania oczywiście 13. W bramie siedział czarny kot i biegał od jednego jej końca do drugiego, bez ustanku. Kot wyglądał jak na niezłym haju. Nie można było obok niego przejść tak, żeby choć raz nie przebiegł drogi.
-A czego tu?- z głębi ciemnej sieni wyłonił się nagle dozorca w poplamionym fartuchu. Był niski, zasuszony a resztki siwych włosów czesał „na pożyczkę”.
-Mam przydział na mieszkanie.
Dozorca wygiął usta w podkówkę i wzruszył ramionami.
-Ja tam nic nie wiem. Ja tu tylko sprzątam.
 Józek wyciągnął z kieszeni spodni zwinięty w ósemkę kawałek papieru i podstawił go pod nos ciecia.
- Tu jest napisane. Inżyniera Puczka 13. Numer domu 13. Dla Czereśnego Józefa. Ja jestem Czereśny Józef i mam tu mieszkać.
-Nadal nic nie wiem.- dozorca wzruszył ramionami jeszcze raz i zaczął obojętnie zamiatać sień rzucając z ukosa nieufne spojrzenia na przybysza. Wzniesiony obłok kurzu i pyłu umiejętnie kierował w stronę intruza. Miał, skurczybyk, w tym niemałą wprawę, gdyż Czereśniak zaczął kichać i kaszleć.
-Klucze mam. – powiedział między jednym kichem a drugim.-Może mi pan otworzyć drzwi do klatki?- wskazał na grubą kratę blokującą drogę na piętra. W zasuwce tkwiła potężna kłódka.
-Ale to tylko dla lokatorów.- mamrotała cicho stara zasuszona śliwka w osobie dozorcy.
-No, ale ja mam przydział. Przydział i klucze. Jestem lokatorem, proszę mnie wpuścić.
-Ja nic nie wiem, nic nie słyszałem. Jak pan ma tu mieszkać to proszę się zgłosić do administracji. Oni tam sobie z panem wszystko wyjaśnią- odparł starzec prostując się z godnością i opierając na brzozowej miotle.
-To gdzie ta administracja?- zapytał po namyśle Józek.
-Na inżyniera Puczka 13.
-Czyli tu?
-No tu?
-To gdzie?
-Na górze.
-To proszę mnie wpuścić do administracji.- Czereśny był już wkurzony nie na żarty.
-A był pan wcześniej umówiony?- zmiażdżył go kontrargumentem staruszek i popatrzył na niego z wysokości swojej miotły. Po czym stanął dokładnie naprzeciwko kraty dając przybyszowi do zrozumienia, że będzie bronił dostępu do tej ciemnej, zafajdanej sieni, choćby miał na jego głowie swoją miotłę połamać. Czereśny westchnął ciężko i powlókł się w stronę hostelu. Zaczęła siąpić obrzydliwa, drobna mżawka.
W hostelu nie zastał Smolistego tylko jakiegoś innego diablika, młodziutkiego, zapewne dopiero praktykanta.
-Towarzysza Ryśka nie ma. Na daczę pojechał.- odpowiedział na pytanie o czarta.
-Trzy miesiące korzeniem tu siedział, nawet za róg ulicy nosa nie wyściubił a teraz nagle na daczę pojechał? Przecież z nim rozmawiałem przed godziną.
- Ale to było przed godziną. A teraz jest godzina później.- Nie można było zarzucić rozumowaniu diabelskiego praktykanta błędów logicznych. W telewizji leciał program o plewieniu kalarepy.
Józek poczuł się nagle bardzo zmęczony.
-Chłopcze to skontaktuj mnie z kimś kompetentnym. Z kimś, z kim mógłbym porozmawiać na temat mojego mieszkania. Dostałem przydział na mieszkanie ale nie mogę do niego wejść bo jakiś ciul blokuje mi przejście na piętro.
-A z administracją pan już rozmawiał?- zapytał praktykant.
-Administracja też jest na piętrze.
-To niech pan się umówi  i zarezerwuje sobie termin.- poradziło mu życzliwie diabelskie pacholę.
-Mogę tam zadzwonić?
-A gdzie to jest?
-Na Puczka.
-Aaa...- twarz diablęcia uciągnęła się nagle. Widać było, że chce mu pomóc ze wszystkich sił ale ciągle napotyka na nieprzewidziane trudności.- Na Puczka to jeszcze nie podciągneli żadnej linii telefonicznej. Musi pan się umówić osobiście. – i odwrócił się od niego, gdyż w tej samej chwili do hostelu weszła hałaśliwa grupa niemieckich emerytów i głośno, szczekliwie domagali się kluczy do pokojów.
-Pan wybaczy- szepnął diablik półgłosem.- Ważni goście. Oni mają tu rezerwację od 1939.
Po tych słowach zaczął wydawać Niemcom klucze. Tłuści, opaleni, wyżarci potomkowie Germanów zajadle kłócili się o prycze przy oknie i z widokiem na hutę szkła. W końcu nikt nie chciał spędzić całej wieczności w niekomfortowych warunkach.
Cóż było robić? Powlókł się z powrotem na Puczka a deszcz mżył bez ustanku. W sieni nie było już ani kota ani dozorcy. Podszedł do kraty i zauważył, że masywna kłódka wisi, owszem, ale wcale nie jest zaciśnięta na zasuwce, tylko na bolcu z przodu i wcale, ale to wcale, nie blokuje przejścia na piętro. Wystarczy tylko lekko popchnąć kratę by ta odsunęła się z cichym zgrzytem.

cdn...

wasza 
Helga von Klusken

p.s. jak to w życiu zwykle bywa, kto kopiuje nielegalnie ten po mordzie obrywa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)