Tutaj całość: Piekło prawdziwe
Piekło prawdziwe
część ósma
-No, Czereśny
zbierajcie się.- powiedział któregoś ranka Smolisty.- Przydzielono wam w końcu
mieszkanie i waszego koordynatora socjalnego.
Józek bił właśnie
otwartą dłonią w automat do gry. Po trzech miesiącach cholernej nudy znalazł,
całkiem przypadkiem, poprzedniego wieczoru salkę z paintballem i jednorękim
bandytą w piwnicy hostelu. Dwa automaty były zepsute a trzeci ciągle połykał
wrzucane monety i zawieszał się bezustannie ale była to jednak jakaś miła
odmiana po tylu dniach bezczynności przeplatanej z czytaniem na wyrywki dzieł
zebranych Stalina. Jeszcze wczoraj robił Smolistemu wyrzuty, że ten nie
powiedział mu o salonie gier ale diabeł wykręcał kota ogonem i zarzekał się, że
Józek przecież wcale go o to nie pytał. O kino pytał, owszem, tak samo jak i o
bar czy park. Ale o jaskinię gier to już nie a przecież jakby zapytał to on,
Smolisty by mu o wszystkim powiedział, z ręką na sercu, słowo harcerza. Czart
czytał przy tym kolejny odcinek komiksu o Spidermanie mimo, że miła pani Andzia
ciągle jednak nie zdążyła wciągnąć komiksów do ogólnego rejestru czytelni. Za
każdym razem warczała na Józka „pan mnie nie popędza, się przecież robi”, kiedy
tylko pytał o komiksy.
-Co to za
denuncjator socjalny?- zapytał Józek. Smolisty pokiwał z politowaniem głową.
-Koordynator,
Czereśny, koordynator. Poprowadzi was za rączkę, żeby wasz pobyt w piekle mógł
się na dobre rozpocząć.
-Rozpocząć???- Józek
uderzył ręką jeszcze raz i maszyna z żałościwym jękiem wypluła monetę, po czym
spalił się tranzystor i ekran zgasł. W sali rozległ się swąd palonej gumy. – A
ja myślałem, że to jest właśnie właściwe piekło i gorzej być już nie może.
Winda nie działa, w łazience zalęgły się karaluchy, w jadalni spalił czajnik i
do tej pory nikt nie przyniósł nowego. Z materaca wychodzą mi sprężyny, gruby
nie zmienił skarpetek ani razu odkąd tu jestem. Ani razu - zaakcentował ze
zgrozą- i nocami wiesza je na poręczy łóżka tak, że mam je prawie, że pod
nosem. A do tego ktoś zwędził mi papierosy.
-Świnia.-
powiedział współczująco Smolisty i poklepał go po plecach.
-Pewnie, że świnia.
Sami widzicie i jeszcze mi mówicie, że mój pobyt to dopiero się zacznie.
-No bo tu to jest
przejściowo, to jeszcze taki lajcik jest. Ale dacie rade Czereśny, dacie se
rade. Macie- tu podał mu inne klucze i oficjalny przydział na mieszkanie,
zapisany na paragonie z Biedronki. Brelok znowu był wielki jak pokrywka od
garnka.- Tu mi pokwitujecie a tu macie adres. Nie zgubicie się, piekło nie jest
znowu takie wielkie. A teraz zdajcie klucze od pokoju i możecie sobie iść.
Jutro zamelduje się u was koordynator.
-Nie mam kluczy.-
wyznał ponuro Józek.- Ktoś mi ukradł.
-Uuuu...-
Smolisty poskrobał się z zakłopotaniem po różkach.- No to kara urzędowa będzie.
Kaucje trzeba zapłacić.
-Ile?
-Co najmniej z 5
patyków. Będziecie z wypłaty ratami oddawać. A teraz idźcie już.
Kiedy wychodził z
hotelu zauważył pokrywkę z garnka od mleka wystająca w brązowej listonoszki
Smolistego. Do pokrywki przyczepione były klucze z wygrawerowaną cyfrą „13”.
„Świnia” pomyślał
ze smutkiem Józek. „Rogata świnia.”
Nowe mieszkanie
mieściło się na alei imienia magistra inżyniera Teodora Puczka. Numer domu 13.
Numer mieszkania oczywiście 13. W bramie siedział czarny kot i biegał od
jednego jej końca do drugiego, bez ustanku. Kot wyglądał jak na niezłym haju.
Nie można było obok niego przejść tak, żeby choć raz nie przebiegł drogi.
-A czego tu?- z
głębi ciemnej sieni wyłonił się nagle dozorca w poplamionym fartuchu. Był
niski, zasuszony a resztki siwych włosów czesał „na pożyczkę”.
-Mam przydział na
mieszkanie.
Dozorca wygiął
usta w podkówkę i wzruszył ramionami.
-Ja tam nic nie
wiem. Ja tu tylko sprzątam.
Józek wyciągnął z kieszeni spodni zwinięty w
ósemkę kawałek papieru i podstawił go pod nos ciecia.
- Tu jest
napisane. Inżyniera Puczka 13. Numer domu 13. Dla Czereśnego Józefa. Ja jestem Czereśny
Józef i mam tu mieszkać.
-Nadal nic nie
wiem.- dozorca wzruszył ramionami jeszcze raz i zaczął obojętnie zamiatać sień
rzucając z ukosa nieufne spojrzenia na przybysza. Wzniesiony obłok kurzu i pyłu
umiejętnie kierował w stronę intruza. Miał, skurczybyk, w tym niemałą wprawę,
gdyż Czereśniak zaczął kichać i kaszleć.
-Klucze mam. –
powiedział między jednym kichem a drugim.-Może mi pan otworzyć drzwi do
klatki?- wskazał na grubą kratę blokującą drogę na piętra. W zasuwce tkwiła
potężna kłódka.
-Ale to tylko dla
lokatorów.- mamrotała cicho stara zasuszona śliwka w osobie dozorcy.
-No, ale ja mam
przydział. Przydział i klucze. Jestem lokatorem, proszę mnie wpuścić.
-Ja nic nie wiem,
nic nie słyszałem. Jak pan ma tu mieszkać to proszę się zgłosić do
administracji. Oni tam sobie z panem wszystko wyjaśnią- odparł starzec
prostując się z godnością i opierając na brzozowej miotle.
-To gdzie ta
administracja?- zapytał po namyśle Józek.
-Na inżyniera
Puczka 13.
-Czyli tu?
-No tu?
-To gdzie?
-Na górze.
-To proszę mnie
wpuścić do administracji.- Czereśny był już wkurzony nie na żarty.
-A był pan
wcześniej umówiony?- zmiażdżył go kontrargumentem staruszek i popatrzył na
niego z wysokości swojej miotły. Po czym stanął dokładnie naprzeciwko kraty
dając przybyszowi do zrozumienia, że będzie bronił dostępu do tej ciemnej,
zafajdanej sieni, choćby miał na jego głowie swoją miotłę połamać. Czereśny
westchnął ciężko i powlókł się w stronę hostelu. Zaczęła siąpić obrzydliwa,
drobna mżawka.
W hostelu nie
zastał Smolistego tylko jakiegoś innego diablika, młodziutkiego, zapewne
dopiero praktykanta.
-Towarzysza Ryśka
nie ma. Na daczę pojechał.- odpowiedział na pytanie o czarta.
-Trzy miesiące
korzeniem tu siedział, nawet za róg ulicy nosa nie wyściubił a teraz nagle na
daczę pojechał? Przecież z nim rozmawiałem przed godziną.
- Ale to było
przed godziną. A teraz jest godzina później.- Nie można było zarzucić
rozumowaniu diabelskiego praktykanta błędów logicznych. W telewizji leciał
program o plewieniu kalarepy.
Józek poczuł się
nagle bardzo zmęczony.
-Chłopcze to
skontaktuj mnie z kimś kompetentnym. Z kimś, z kim mógłbym porozmawiać na temat
mojego mieszkania. Dostałem przydział na mieszkanie ale nie mogę do niego wejść
bo jakiś ciul blokuje mi przejście na piętro.
-A z administracją
pan już rozmawiał?- zapytał praktykant.
-Administracja też
jest na piętrze.
-To niech pan się
umówi i zarezerwuje sobie termin.-
poradziło mu życzliwie diabelskie pacholę.
-Mogę tam
zadzwonić?
-A gdzie to jest?
-Na Puczka.
-Aaa...- twarz
diablęcia uciągnęła się nagle. Widać było, że chce mu pomóc ze wszystkich sił
ale ciągle napotyka na nieprzewidziane trudności.- Na Puczka to jeszcze nie
podciągneli żadnej linii telefonicznej. Musi pan się umówić osobiście. – i odwrócił
się od niego, gdyż w tej samej chwili do hostelu weszła hałaśliwa grupa
niemieckich emerytów i głośno, szczekliwie domagali się kluczy do pokojów.
-Pan wybaczy-
szepnął diablik półgłosem.- Ważni goście. Oni mają tu rezerwację od 1939.
Po tych słowach
zaczął wydawać Niemcom klucze. Tłuści, opaleni, wyżarci potomkowie Germanów
zajadle kłócili się o prycze przy oknie i z widokiem na hutę szkła. W końcu
nikt nie chciał spędzić całej wieczności w niekomfortowych warunkach.
Cóż było robić? Powlókł się z powrotem na Puczka a
deszcz mżył bez ustanku. W sieni nie było już ani kota ani dozorcy. Podszedł do
kraty i zauważył, że masywna kłódka wisi, owszem, ale wcale nie jest zaciśnięta
na zasuwce, tylko na bolcu z przodu i wcale, ale to wcale, nie blokuje przejścia
na piętro. Wystarczy tylko lekko popchnąć kratę by ta odsunęła się z cichym
zgrzytem.cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. jak to w życiu zwykle bywa, kto kopiuje nielegalnie ten po mordzie obrywa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)