środa, 29 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz. 10

Wielkimi krokami zbliżamy się do mrożącej krew w żyłach, artystycznie wysmakowanej, subtelnej, kultowej wręcz sceny finałowej. Czy kapitan Żbik odnajdzie walizkę ukradzioną na dworcu w Radomiu? Kogo odznaczy tym razem towarzysz Gierek medalem "za wzorową postawę kosmolca"? Czy towarzyszce Ewie pseudonim "Sroczka" uda się zainstalować podsłuch w maluchu podejrzanego? Na te i wszystkie inne pytania odpowiedzi znajdziecie w nowym opowiadaniu p.t. "cztery wesela w Sosnowcu i jedno mordobicie".

A tutaj znajdziecie całość: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
część dziesiąta

Pani Andzia, kadrowa, popatrzyła na niego surowo. Żarła kanapkę z kiszonym ogórkiem i jajkiem na twardo. Sok ściekał jej po twarzy a pokruszone żółtko przylepiło się jej do ciemnych wąsów nad górną wargą. Tym razem miała na sobie ciemnobordową, welurową sukienkę ale z taką samą idiotyczną falbanką na dole i tak samo wysoko skrojonym kołnierzykiem. Powoli, bardzo powoli skończyła swoją kanapkę i jeszcze wolniej, obrzydliwym ruchem oblizała wszystkie palce z ogórkowego soku. Tym razem paznokcie miała wściekle pomarańczowe a powieki zielone.
-Pani też zbiera na daczę, że dorabia na drugim etacie?- Józef chciał być uprzejmy ale pani Andzia nie drgnęła. Wpiła wzrok w nowego pracownika magazynu fabryki śrubek.
-2 dni pana nie było.- powiedziała chłodnym, oskarżycielskim tonem, zachrypiałym od papierosów i gorzałki.
-Uciekł mi autobus.- próbował usprawiedliwienia Czereśny ale sam nagle zorientował się jak idiotycznie to brzmi. Bo niby co? Dwa dni czekał na przystanku? Pani Andzia ponownie oblizała wszystkie paluchy i chwyciła druczek kar, leżący na biurku. Blat brudny był od plam po kawie, okruchów ciastek, wylanego mleka i tuszu od długopisu.
-To będą 3 patyki kary.- wypisała mandat, jeszcze raz oblizała palce i tymi obślinionymi palcami podała mu karteluszek. –Potrącimy panu z wypłaty.-  powiedziała.
Następnie wyciągnęła ze swojej torebki śniadaniowej kolejną kanapkę, tym razem z mortadelą i keczupem. Keczup wyciekał spomiędzy skibek chleba i plamił paluchy księgowej. Józef wyszedł z gabinetu.  Już miał zamykać drzwi, kiedy nad głową pani Andzi dostrzegł plakat. „Zakaz przyjmowania łapuwek” Tak, dokładnie tak, łapuwek przez "u otwarte". Czereśny zaczął się zastanawiać co takiego mogłoby sie spodobać raszplowatej Andzi, żeby anulowała mu te trzy patyki kary albo chociaż jej część. Może goździk? Albo rajstopy? Albo kanapka z salcesonem? Trzeba będzie pogadać ze Smolistym.
W magazynie przywitał go gruby, jowialny kierownik w przepisowym uniformie każdego kierownika magazynu, to jest obciskających dupę szortów i przepoconej koszuli. Całości imidżu dopełniał zapach płynu po goleniu „cytrynowa świeżość toalety”. Kierownik nie miał  żadnych rogów wyrastających z łysiejącego ciemienia albo wyjątkowo sprytnie ukrywał je pod bejsbolową czerwoną czapeczką z napisem: „Democracy made in jueses”
-Hohohoho! Zguba się znalazła. Masz pan tu klamoty robocze i biegnij do szatni się przebrać. Koledzy pana poinstruują co do zakresu obowiązków. No już, prędziutko, prędziutko. Uprawnienia na wózki widłowe pan masz? Nie? No to ostrożnie jedź pan mi po sali widlakiem, żeby ubezpieczenie się w razie czego nie przyczepiło. Postaraj się tym razem łba pod koła nie podkładać bo będzie panu całą wieczność deszcz do szyi kapał.–  Zarechotał ze swojego nieudanego konceptu. Wskazał mu ręką drzwi męskiej szatni, zaś sam  w radosnych podskokach znikł za drzwiami, na których przyśrubowano tabliczkę „szatnia damska. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Widocznie szef był upoważniony, gdyż zza drzwi momentalnie rozległy się piskliwe, damskie chichoty i jeden, męski, gardłowy śmiech. Józef powlókł się w stronę męskiej przebieralni ale tutaj nie czekała na niego żadna atrakcyjna kierowniczka tylko trzech kolegów ze zmiany: Mietek, Krzysiek i Stefan. Oczywiście to nie byli ci sami Mietek, Krzysiek i Stefan z którymi pracował tam na górze tylko przez przypadek mieli tak samo na imię. Czereśny przestał już wierzyć w takie przypadki. Nie w piekle.
 Mietek był niskim chudzielcem, Krzysiek średniego wzrostu mężczyzną o tatusiowej budowie ciała, a Stefan wysokim grubasem. Wszyscy żarli suchą kiełbasę. W chwili, gdy Józef wchodził do szatni ostatni jej kawałek znikł w ustach Stefana, dokładnie zmielony przez wielkie i bardzo żółte zęby. Na podłodze walało się opakowanie po kiełbasie.
-Mogli koledzy chociaż kawałek zostawić.- zwrócił się do nich Czereśny z wyrzutem. W brzuchu czuł burczenie. Ostatni, prawdziwy posiłek zjadł jeszcze w hostelu i od tamtego czasu utrzymywał się przy życiu (ha, ha przy życiu! Taki żarcik, rozumiecie... przy życiu! Tak wiec ten, tego...) dwoma opakowaniami czipsów bekonowych i hotdogiem wymienionym na stacji benzynowej za podkoszulek.
-Dwa dni nie było kolegi w robocie. To skąd mieliśmy wiedzieć, że akurat dzisiaj kolega przyjdzie?
Zaśmiali się nieprzyjemnie i cała trójka w jednej chwili wstała z ławki. Przemaszerowali obok Józka w kierunku wyjścia na magazyn. Idący na samym końcu Stefan puścił do niego oczko i nieznacznie cmoknął ustami.
„Aaa, faktycznie”- pomyślał ponuro Czereśny. „Pedała to tutaj jeszcze brakowało”.
Przebrał się w służbowe ciuchy. Kombinezon był przykrótki, koszulce brakowało guzika, oba buty ochronne były lewe. Na bosaka poczłapał w stronę damskiej szatni i zastukał do drzwi. Gromki śmiech ucichł jak nożem uciął.
-Panie kierowniku?- zapytał nieśmiało Józek.- Panie kierowniku, buty żeście mnie nie od pary dali. Można wymienić?
Nic. Cisza. Tylko za drzwiami słychać jakieś stłumione chichranie.
„Kitrają się skubańce. No przecież wiem, że tam siedzi.” pomyślał Czereśny. Jeszcze raz zastukał, tym razem głośniej.
-Panie kierowniku? Panie kierowniku, przecież pana słyszę. Ja tylko buty chciałem wymienić.
Znowu cisza przerywana źle tłumionym chichotem. Stał tam chwilę jak kołek ale było dla niego jasne, że nie otworzą. Odwrócił się więc i poszedł na magazyn. Z damskiej szatni znowu dobiegły go wybuchy głośnego śmiechu.
Oj, źle się pracuje, kiedy na nogach tkwią dwa lewe buty ochronne, w dodatku jeden od pary numer 42 a drugi 44. A jeszcze gorzej, kiedy to w takich butach trzeba popylać widlakiem po wielkim jak kościół magazynie fabryki śrubek. Koledzy jak mogli uprzyjemniali mu pierwszy dzień w nowej pracy. Chudy, niski Mietek przez nieuwagę (tak się, skurczybyk, tłumaczył za każdym razem) zostawiał na drodze widlaka drewniane skrzynki z nakrętkami, zaciskami i francuzami. Wózek wjeżdżał z impetem w zostawioną na drodze przeszkodę, gdyż Czesiek siedział zbyt głęboko w swojej kabinie i z trudem dostrzegał tylko koniec sali magazynu. Fotelu oczywiście nie dało się podnieść, gdyż ktoś uszkodził mechanizm pneumatyczny, a poduszek pod dupę też nie chciał podkładać coby resztek szacunku u kumpli nie stracić już pierwszego dnia. Za te rozjechane skrzynki darł się Mietek na niego gorzej niż premier na wiecu. Krzysiek był o tyle przyjemniejszy, że nie zostawiał żadnych skrzynek tylko sam, niby to przez nieuwagę albo zamyślenie właził pod koła widlaka i zmuszał Czereśnego do błyskawicznego hamowania. Źle ustawione palety spadały za każdym razem z wideł. Ten dureń Krzysiek miał kurde jakieś diaboliczne szczęście, gdyż za każdym razem, dosłownie w ostatniej chwili, wymykał się śmierci przez przygniecenie toną żelastwa. Jużci, rozsypane śrubki musiał pozbierać Józek, podczas gdy Krzysiek darł mu się nad głową gorzej niż prezydent na wiecu przedwyborczym. W końcu, podczas ostatniego manewru hamowania, ten skurwiel Krzysiek coś źle wyliczył i róg ciężkiej palety uderzył go w palce u stóp. Oczywiście nic się idiocie nie stało, tylko blacha w butach ochronnych wygięła się z lekka. Krzysiek wykorzystał jednak ten incydent, by zmyć się z sali, niby że to do pielęgniarki i nie wrócił już do końca zmiany.
Z całej trójki najmniej problematyczny okazał się Stefan, bo oprócz ocierania się o Józka w ciasnych przejściach między regałami, łapania go niby przypadkiem za krocze i pupę, oraz (bezdyskusyjnie było to zupełnie niespodziewanie zdarzenie losu) włożenia mu w ucho wilgotnego jęzora- niczym innym go nie dręczył.
O pierwszej po południu świstawka wyśpiewała przerwę obiadową. Czereśny powlókł się za kolegami. Kantyna fabryki mieściła się gdzieś w niewentylowanej piwnicy, śmierdzącej starą, przekwaszoną kapustą i baranim łojem. Przynajmniej droga do stołówki była doskonale oznakowana strzałkami z napisem „do sekretariatu i działu amortyzacji. Petenci są proszeni o nałożenie folii ohronnych na buty. Folia do kupienia w dziale sekretariatu.” Tak tam było napisane. Ohronnych przez samo „h”.
Pełno było i głośno. Każde miejsce zajęte, wielu jadło obiad stojąc, opierając talerze o parapety albo głowy siedzących. W kolejce do okienka wydawania posiłków dostrzegł Krzyśka flirtującego ze stojącą przed nim panią Andzią. Zaloty w jego wydaniu polegały na podszczypywaniu jej po grubym dupsku i macaniu po udach. To znaczy on z nią flirtował a ona z nim to chyba jednak nie za bardzo, bo odwróciła się i jednym, prostym, celnym ciosem złamała mu nos. Józek z satysfakcją przyglądał się, jak Krzysiek, trzymając się za kinola i buchając krwią spomiędzy palców biegnie do pielęgniarki zakładowej. Przynajmniej teraz to naprawdę miał powód, żeby tam pójść.
Na obiad były buraczki na gęsto, mielone, ziemniaki i kompot z truskawek. Józek nie pamiętał kiedy po raz ostatni tak bardzo burczało mu w brzuchu. Idąc za przykładem kolegów ustawił na plastikowej tacce wyszczerbiony talerz i niedomyte sztućce. Stara bufetowa nie bawiła się w wielkopańskie ceregiele tylko tą samą chochlą nalewała z czterech stojących za nią kotłów buraki, ziemniaki, mięso i kompot. Kiedy przyszła jego kolej, przyjrzała mu  się nagle podejrzliwie.
-A bloczki obiadowe to pan ma?

cdn...

wasza
Helga von Klusken

P.s. pewnie i tak nikt nie czyta postscriptum, więc jazda z koksem. Każdy, kto napisze do mnie mejla, na hasło "Szczeżuja" otrzyma komplet chusteczek higienicznych, znanych też pod nazwą glucioszki. A na tych którzy się ośmielą publikować moje teksty bez pozwolenia też czekają glucioszki. Tylko, że używane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)