A tutaj znajdziecie całość: Piekło prawdziwe
Piekło prawdziwe
część dziesiąta
Pani Andzia, kadrowa, popatrzyła na niego surowo. Żarła kanapkę z kiszonym ogórkiem i jajkiem na twardo. Sok ściekał jej po twarzy a pokruszone żółtko przylepiło się jej do ciemnych wąsów nad górną wargą. Tym razem miała na sobie ciemnobordową, welurową sukienkę ale z taką samą idiotyczną falbanką na dole i tak samo wysoko skrojonym kołnierzykiem. Powoli, bardzo powoli skończyła swoją kanapkę i jeszcze wolniej, obrzydliwym ruchem oblizała wszystkie palce z ogórkowego soku. Tym razem paznokcie miała wściekle pomarańczowe a powieki zielone.
-Pani też zbiera
na daczę, że dorabia na drugim etacie?- Józef chciał być uprzejmy ale pani
Andzia nie drgnęła. Wpiła wzrok w nowego pracownika magazynu fabryki śrubek.
-2 dni pana nie
było.- powiedziała chłodnym, oskarżycielskim tonem, zachrypiałym od papierosów
i gorzałki.
-Uciekł mi
autobus.- próbował usprawiedliwienia Czereśny ale sam nagle zorientował się jak
idiotycznie to brzmi. Bo niby co? Dwa dni czekał na przystanku? Pani Andzia
ponownie oblizała wszystkie paluchy i chwyciła druczek kar, leżący na biurku.
Blat brudny był od plam po kawie, okruchów ciastek, wylanego mleka i tuszu od
długopisu.
-To będą 3 patyki
kary.- wypisała mandat, jeszcze raz oblizała palce i tymi obślinionymi palcami
podała mu karteluszek. –Potrącimy panu z wypłaty.- powiedziała.
Następnie
wyciągnęła ze swojej torebki śniadaniowej kolejną kanapkę, tym razem z mortadelą
i keczupem. Keczup wyciekał spomiędzy skibek chleba i plamił paluchy księgowej.
Józef wyszedł z gabinetu. Już miał
zamykać drzwi, kiedy nad głową pani Andzi dostrzegł plakat. „Zakaz przyjmowania
łapuwek” Tak, dokładnie tak, łapuwek przez "u otwarte". Czereśny zaczął się
zastanawiać co takiego mogłoby sie spodobać raszplowatej Andzi, żeby anulowała
mu te trzy patyki kary albo chociaż jej część. Może goździk? Albo rajstopy?
Albo kanapka z salcesonem? Trzeba będzie pogadać ze Smolistym.
W magazynie
przywitał go gruby, jowialny kierownik w przepisowym uniformie każdego
kierownika magazynu, to jest obciskających dupę szortów i przepoconej koszuli.
Całości imidżu dopełniał zapach płynu po goleniu „cytrynowa świeżość toalety”.
Kierownik nie miał żadnych rogów
wyrastających z łysiejącego ciemienia albo wyjątkowo sprytnie ukrywał je pod
bejsbolową czerwoną czapeczką z napisem: „Democracy made in jueses”
-Hohohoho! Zguba
się znalazła. Masz pan tu klamoty robocze i biegnij do szatni się przebrać. Koledzy
pana poinstruują co do zakresu obowiązków. No już, prędziutko, prędziutko.
Uprawnienia na wózki widłowe pan masz? Nie? No to ostrożnie jedź pan mi po sali
widlakiem, żeby ubezpieczenie się w razie czego nie przyczepiło. Postaraj się
tym razem łba pod koła nie podkładać bo będzie panu całą wieczność deszcz do szyi
kapał.– Zarechotał ze swojego nieudanego
konceptu. Wskazał mu ręką drzwi męskiej szatni, zaś sam w radosnych podskokach znikł za drzwiami, na
których przyśrubowano tabliczkę „szatnia damska. Nieupoważnionym wstęp
wzbroniony”. Widocznie szef był upoważniony, gdyż zza drzwi momentalnie
rozległy się piskliwe, damskie chichoty i jeden, męski, gardłowy śmiech. Józef
powlókł się w stronę męskiej przebieralni ale tutaj nie czekała na niego żadna
atrakcyjna kierowniczka tylko trzech kolegów ze zmiany: Mietek, Krzysiek i
Stefan. Oczywiście to nie byli ci sami Mietek, Krzysiek i Stefan z którymi
pracował tam na górze tylko przez przypadek mieli tak samo na imię. Czereśny
przestał już wierzyć w takie przypadki. Nie w piekle.
Mietek był niskim chudzielcem,
Krzysiek średniego wzrostu mężczyzną o tatusiowej budowie ciała, a Stefan
wysokim grubasem. Wszyscy żarli suchą kiełbasę. W chwili, gdy Józef wchodził do
szatni ostatni jej kawałek znikł w ustach Stefana, dokładnie zmielony przez
wielkie i bardzo żółte zęby. Na podłodze walało się opakowanie po kiełbasie.
-Mogli koledzy
chociaż kawałek zostawić.- zwrócił się do nich Czereśny z wyrzutem. W brzuchu
czuł burczenie. Ostatni, prawdziwy posiłek zjadł jeszcze w hostelu i od tamtego
czasu utrzymywał się przy życiu (ha, ha przy życiu! Taki żarcik, rozumiecie...
przy życiu! Tak wiec ten, tego...) dwoma opakowaniami czipsów bekonowych i
hotdogiem wymienionym na stacji benzynowej za podkoszulek.
-Dwa dni nie było
kolegi w robocie. To skąd mieliśmy wiedzieć, że akurat dzisiaj kolega
przyjdzie?
Zaśmiali się
nieprzyjemnie i cała trójka w jednej chwili wstała z ławki. Przemaszerowali
obok Józka w kierunku wyjścia na magazyn. Idący na samym końcu Stefan puścił do
niego oczko i nieznacznie cmoknął ustami.
„Aaa,
faktycznie”- pomyślał ponuro Czereśny. „Pedała to tutaj jeszcze brakowało”.
Przebrał się w
służbowe ciuchy. Kombinezon był przykrótki, koszulce brakowało guzika, oba buty
ochronne były lewe. Na bosaka poczłapał w stronę damskiej szatni i zastukał do
drzwi. Gromki śmiech ucichł jak nożem uciął.
-Panie
kierowniku?- zapytał nieśmiało Józek.- Panie kierowniku, buty żeście mnie nie
od pary dali. Można wymienić?
Nic. Cisza. Tylko
za drzwiami słychać jakieś stłumione chichranie.
„Kitrają się
skubańce. No przecież wiem, że tam siedzi.” pomyślał Czereśny. Jeszcze raz
zastukał, tym razem głośniej.
-Panie
kierowniku? Panie kierowniku, przecież pana słyszę. Ja tylko buty chciałem
wymienić.
Znowu cisza
przerywana źle tłumionym chichotem. Stał tam chwilę jak kołek ale było dla
niego jasne, że nie otworzą. Odwrócił się więc i poszedł na magazyn. Z damskiej
szatni znowu dobiegły go wybuchy głośnego śmiechu.
Oj, źle się
pracuje, kiedy na nogach tkwią dwa lewe buty ochronne, w dodatku jeden od pary
numer 42 a drugi 44. A jeszcze gorzej, kiedy to w takich butach trzeba popylać
widlakiem po wielkim jak kościół magazynie fabryki śrubek. Koledzy jak mogli
uprzyjemniali mu pierwszy dzień w nowej pracy. Chudy, niski Mietek przez
nieuwagę (tak się, skurczybyk, tłumaczył za każdym razem) zostawiał na drodze
widlaka drewniane skrzynki z nakrętkami, zaciskami i francuzami. Wózek wjeżdżał
z impetem w zostawioną na drodze przeszkodę, gdyż Czesiek siedział zbyt głęboko
w swojej kabinie i z trudem dostrzegał tylko koniec sali magazynu. Fotelu
oczywiście nie dało się podnieść, gdyż ktoś uszkodził mechanizm pneumatyczny, a
poduszek pod dupę też nie chciał podkładać coby resztek szacunku u kumpli nie
stracić już pierwszego dnia. Za te rozjechane skrzynki darł się Mietek na niego
gorzej niż premier na wiecu. Krzysiek był o tyle przyjemniejszy, że nie
zostawiał żadnych skrzynek tylko sam, niby to przez nieuwagę albo zamyślenie
właził pod koła widlaka i zmuszał Czereśnego do błyskawicznego hamowania. Źle
ustawione palety spadały za każdym razem z wideł. Ten dureń Krzysiek miał kurde
jakieś diaboliczne szczęście, gdyż za każdym razem, dosłownie w ostatniej
chwili, wymykał się śmierci przez przygniecenie toną żelastwa. Jużci, rozsypane
śrubki musiał pozbierać Józek, podczas gdy Krzysiek darł mu się nad głową
gorzej niż prezydent na wiecu przedwyborczym. W końcu, podczas ostatniego
manewru hamowania, ten skurwiel Krzysiek coś źle wyliczył i róg ciężkiej palety
uderzył go w palce u stóp. Oczywiście nic się idiocie nie stało, tylko blacha w
butach ochronnych wygięła się z lekka. Krzysiek wykorzystał jednak ten
incydent, by zmyć się z sali, niby że to do pielęgniarki i nie wrócił już do
końca zmiany.
Z całej trójki najmniej problematyczny okazał się Stefan, bo oprócz
ocierania się o Józka w ciasnych przejściach między regałami, łapania go niby
przypadkiem za krocze i pupę, oraz (bezdyskusyjnie było to zupełnie
niespodziewanie zdarzenie losu) włożenia mu w ucho wilgotnego jęzora- niczym
innym go nie dręczył.
O pierwszej po
południu świstawka wyśpiewała przerwę obiadową. Czereśny powlókł się za
kolegami. Kantyna fabryki mieściła się gdzieś w niewentylowanej piwnicy,
śmierdzącej starą, przekwaszoną kapustą i baranim łojem. Przynajmniej droga do
stołówki była doskonale oznakowana strzałkami z napisem „do sekretariatu i
działu amortyzacji. Petenci są proszeni o nałożenie folii ohronnych na buty.
Folia do kupienia w dziale sekretariatu.” Tak tam było napisane. Ohronnych
przez samo „h”.
Pełno było i
głośno. Każde miejsce zajęte, wielu jadło obiad stojąc, opierając talerze o
parapety albo głowy siedzących. W kolejce do okienka wydawania posiłków
dostrzegł Krzyśka flirtującego ze stojącą przed nim panią Andzią. Zaloty w jego
wydaniu polegały na podszczypywaniu jej po grubym dupsku i macaniu po udach. To
znaczy on z nią flirtował a ona z nim to chyba jednak nie za bardzo, bo
odwróciła się i jednym, prostym, celnym ciosem złamała mu nos. Józek z
satysfakcją przyglądał się, jak Krzysiek, trzymając się za kinola i buchając
krwią spomiędzy palców biegnie do pielęgniarki zakładowej. Przynajmniej teraz to
naprawdę miał powód, żeby tam pójść.
Na obiad były
buraczki na gęsto, mielone, ziemniaki i kompot z truskawek. Józek nie pamiętał
kiedy po raz ostatni tak bardzo burczało mu w brzuchu. Idąc za przykładem kolegów
ustawił na plastikowej tacce wyszczerbiony talerz i niedomyte sztućce. Stara bufetowa nie bawiła się w wielkopańskie ceregiele tylko tą samą chochlą nalewała z czterech stojących za nią kotłów buraki, ziemniaki, mięso i kompot. Kiedy
przyszła jego kolej, przyjrzała
mu się nagle podejrzliwie.
-A bloczki
obiadowe to pan ma?
cdn...
wasza
Helga von Klusken
P.s. pewnie i tak nikt nie czyta postscriptum, więc jazda z koksem. Każdy, kto napisze do mnie mejla, na hasło "Szczeżuja" otrzyma komplet chusteczek higienicznych, znanych też pod nazwą glucioszki. A na tych którzy się ośmielą publikować moje teksty bez pozwolenia też czekają glucioszki. Tylko, że używane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)