wtorek, 28 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.9

Uff... dobiliśmy do magicznej dziewiątki. Odcinek nadal jest publikowany pod moją nieobecność (to znaczy mam taką nadzieję, że się opublikował). Wy poczytajcie sobie a ja oddam się urokom remontu generalnego.
A czy ja wam mówiłam, że u mnie w chałupie na wsi straszy? Serio. To znaczy nie tyle co straszy, co poprzedni właściciel chyba niezupełnie zdaje sobie sprawę, że umarł. Już się przyzwyczaiłam, że czasami można go spotkać w pralni albo jak rankiem chodzi sobie po ogrodzie. Myślałam, że Steff mi na zawał zejdzie, jak go zobaczył pierwszy raz.
-A tak, tak.- powiedziałam. -To jest stary Fryc, który umarł tu przed trzema laty. Już się zapoznaliście?
Dlatego właśnie nocami, jak to na rasowego tchórza przystało, trzymam zapaloną lampkę. Bo dopóki Fryc łazi sobie po schodach w górę i w dół to nic mnie  nie rusza. Ale nie lubię, jak mi do sypialni zagląda. Panie Fryderyku, jak to tak można?

 Kompletna wersja do poczytania i ściągnięcia również tu: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część dziewiąta



Podszedł do kraty i zauważył, że masywna kłódka wisi, owszem, ale wcale nie jest zaciśnięta na zasuwce, tylko na bolcu z przodu i wcale, ale to wcale, nie blokuje przejścia na piętro. Wystarczy tylko lekko popchnąć kratę by ta odsunęła się z cichym zgrzytem. Na półschodach wywieszona była tablica lokatorów. Wynikało z niej, że mieszkanie numer 13 znajduje się na drugim piętrze. Mieszkanie było oczywiście na trzecim. Przynajmniej klucz pasował. Czereśny z ulgą otworzył drzwi i wszedł do swojego, pierwszego w piekle, prawdziwego mieszkania. Cuchnęło wilgocią i zgnilizną podłogi. Było małe, dwupokojowe ale bardzo wysokie, jak to w starym budownictwie.  W pierwszym pokoju szyby w wykuszowych oknach były wybite. W drugim pokoju spał na kartonach jakiś nieznany mu żulik, nakrywszy się dużymi płachtami gazety wyborczej. Żulik śmierdział winem, moczem i wymiocinami. Józek postanowił przezornie nie ruszać znaleziska. Zgłosi jutro cieciowi i niech sobie potem administracja robi z nim co chce. Ściemniało się. Idąc za przykładem żulika zgarnął w róg pokoju stare kartony i z westchnieniem ulgi ułożył się na podłodze. Przysunął płachty gazet, jakby chciał się w nie otulić niby w mięciutką, puchową kołdrę. Już, już zapadał w sen, kiedy to z mieszkania z lewej strony jakaś zakochana parka zaczęła głośno uprawiać miłość. Wysokie mieszkania mają tę właściwość, że akustyka jest tu doskonała. Jęki, wzdychania i łomotanie łóżkiem o ścianę ciągnęły się jeszcze długo, długo w pochmurną, deszczową noc.
Dokładnie o 5.30 rano zadzwonił dzwonek do drzwi. Ktoś położył palec (a Józef był nawet pewny, że to był czarci paluch z długim, niemytym pazurem) i nie zdejmował go z przycisku ani na sekundę. Zerwał się z podłogi jak nieprzytomny i długą chwilę błądził po mieszkaniu, próbując dowiedzieć się kim jest, co takiego tutaj robi i co tu tak cuchnie. Jego podświadomość zlitowała się w końcu nad zamroczonym umysłem i psim węchem znalazł drogę do drzwi. Smolisty pogwizdywał sobie cicho, kopytkiem do taktu stukał, jedną rękę włożył w dziurawą kieszeń aż mu z niej nieobcinane pazury wystawały, drugą położył na przycisku dzwonka i ani myślał jej zdjąć mimo, że zaspany Józek stał przed nim i chuchał mu w twarz swoim nieświeżym oddechem. Zareagował dopiero po dłuższej chwili, kiedy to piętro niżej zaczęły otwierać się drzwi a przekleństwa i krzykliwe jęki wiły się po schodach w górę i w dół.
-Zwariowałeś?-wrzasnął Józef.- Ludzi pan pobudzisz.
Wtedy dopiero Smolisty zdjął palec z dzwonka i bezceremonialnie wpakował się mu do  mieszkania. Węszył po wszystkich pomieszczeniach aż natknął się na chrapiącego żulika. Skrzywił tylko mordę z zażenowania.
-No co?- zachichotał głupkowato.- Się już pan urządzać zacząłeś.
-Idż pan bo jak pana...- ręka Czereśnego sama wystrzeliła w przód a Smolisty uniósł służbową teczkę w geście obronnym
-Urzędnika? Urzędnika piekielnego? Na służbie?- wrzasnął. Józef wzruszył ramionami.
-Na jakiej tam służbie. Wczoraj żeście przecież na urlop, na daczę pojechali.
-Ale to było wczoraj a dzisiaj jest już dzisiaj.- odparł czart  z żelazną logiką. Ponieważ w mieszkaniu nie było mebli usiadł tłustym zadkiem na parapecie wykuszowego okna i zaczął grzebać w brązowej listonoszce. Torba pełna była dokumentów, papierków po kanapkach a ponadto Józef, zarzucając w jej głąb dyskretnego żurawia, zobaczył skarpetki, które ktoś mu ukradł 3 tygodnie temu. Już, już chciał dziób otwierać coby swoją własność odzyskać ale w porę zreflektował się i smętnie spojrzał na swoje gołe stopy w butach. Przecie, że się, jucha, wyprze. Powie, że to jego, wąchać jeszcze każe albo na swoje kopyta naciągać i po skarpetkach, bo jak on udowodni, że to jego własne, józkowe? Nie, tu trzeba sposobem. Ot, zagadać, odwrócić uwagę i dopiero wtedy- łapę do listonoszki i skarpety dyskretnie buch. I w garści trzymać, nie popuszczać a jakby rogaty zaczął krzyczeć to prędko na giry zakładać i mówić, że to moje. Smolisty nadal czegoś szukał, kilka papierzysk do gęby powkładał, tak że wyglądał przy tym głupio. Nie tak normalnie głupio jak zwykle, tylko zdecydowanie bardziej. W końcu jednak chyba znalazł to czego szukał.
-No!- sapnął.- Obywatel Makłowiec?
-Czereśny, panie Ryśku. Przecie pan mnie zna.
Czart spojrzał na niego spod byka.
-Kogo znam to znam, a kogo nie znam to nie znam. Pan mnie tu nie będzie insynuował jakiś podejrzanych znajomości. Obywatel Makłowiec?- krzyknął raz jeszcze i owionęła ich struga ohydnego fetoru. W drzwiach stał zaspany żulik, trąc oczy i ziewając szeroko. W otwartej paszczy brakowało mu wszystkiego, oprócz przeraźliwego smrodu.
-Panie kerowniku...-wycharczał.- Panie kerowniku...
-Panie mnie tutaj nie kierownikuje obywatelu, - przerwał mu zimno Smolisty.- tylko niech pan wyciąga kopyta i się zbiera. Pańska kara dobiegła już końca. Na dworcu autobusowym szukają pana od godziny, autobus chce jechać, kierowca szaleje, wycieczka drze mordy jak opętańce. Śmigaj pan tam ale to już i zameldujcie się u swojego koordynatora socjalnego.
-Ale ja nie chcem jechać panie kerowniku.- mruknął ponuro żul.
-Oczywiście, że chce pan jechać.- przerwał mu Smolisty dość brutalnie.- Wszyscy chcą jechać do raju. Wy mie ty nie wmawiajcie, że nie chcecie bo takie są ustanowienia władzy, a władza lepiej od pana wie co pan chcesz a czego nie. Pan już karę odbył panie Makłowiec i dla pana nie ma już miejsca w naszej ewidencji. Żegnam i won stąd.- pazurem wskazał mu drzwi. Żulik zebrał swoje bety. Zapakował  całą swoją ruchomość, stare spodnie, kilka rozpadających się książek i śmierdzące kartony między którymi tkwiła zapomniana butelka wina „czar córki sołtysa”. Zawiązał to w  zgrabny węzełek i chlipiąc wyszedł na schody. Taką miał czarodziejską w sobie właściwość, że żul poszedł a smród został i nijak nie chciał sobie pójść razem z żulem. Czart zatarł ręce z radości aż zaśmierdziało siarką.
-No to teraz dalej robimy porządki. Czereśny...Czereśny...- zajrzał do swojej kartoteki.- mam dla was pracę Czereśny.
-Pan, panie Ryśku? Myślałem, że mam czekać na koordynatora?
-I co? Marzyła się panu cycata blondynka w związku z tym?
Józef już miał odeprzeć przekornie „owszem”, ale w porę ugryzł się w język.
-To na etacie koordynatora też pan robi?
-Jak widać- westchnął Smolisty.- Daczę piękną kupiłem, mówiłem już panu? Cisza, spokój, aż 300 metrów od A9 tylko że stała ciut za długo i trochę jej się zgniło. Domek by się przydało wymurować, jakiś porządniejszy, prąd poprowadzić, kibel wybetonować.
-No toś chyba pan przepłacił.
-A skąd- obruszył się diabeł.- Promocyjna cena. Tylko teraz jeszcze ten domek i już można się cieszyć pięknymi okolicznościami przyrody. Żyć nie umieraż panie Czereśny, żyż nie umierać.
Po chwili dotarło do niego co tak naprawdę powiedział i gapił się w Józefa, głupio wybałuszając gały. Na gębie czerwieniał coraz bardziej. Ale nie przeprosił, skubany, mimo, że kwestia życia i śmierci była tak drażliwa w piekle. Z durnym, czyli normalnym, wyrazem pyska wrócił do swoich papierzysk.
-Będzie pan magazynierem w fabryce śrubek, dzwonili stamtąd że właśnie im fachowca do magazynu potrzeba.
-Ale ja n-i-e-n-a-w-i-d-z-i-ł-e-m swojej pracy w fabryce śrubek za życia.- wycedził przez zęby Józek wolno i dokładnie akcentując słowo „nienawidziłem”.  Smolisty rozłożył ręce w geście bezradności.
-A pan to myśli, że na wakacjach tu jest? To piekło kochanieńki jakbyś pan nie zauważył. Ruchy, ruchy, bo panu zmiana przepadnie a musicie jeszcze karę zapłacić za te klucze, które zgubiliście.
-Które mi pan ukradł!
-Nie będziemy się tutaj bili na pomówienia. Dowody pan masz?
No nie miał, bo niby skąd?
-To chociaż skarpetki mi oddajcie.
-Moje skarpetki?- Zdziwił się Smolisty. Jednym ruchem wyszarpnął z listonoszki skarpety i zaczął je wpychać na swoje czarne, brudne kopyta.- Moje własne skarpetki miałbym panu oddawać? Ale one są szyte na zamówienie. Patrz pan jak na mnie pasują! – i wyciągnął wysoko nogę w górę, majtając kopyciskiem przed nosem Czereśnego.
„Łże, jucha”
Oczywiście, że łgał. Skarpetka tylko do połowy weszła na kopyto, pięta natomiast smętnie z niego zwisała. Smolisty podyktował mu jeszcze adres fabryki i wyszedł z mieszkania szurając nogami. Ze skarpet zrobiły się strzępy. Józef patrzył na niego ponuro.
-A jakby miał pan jeszcze jakieś pytanie do koordynatora socjalnego to proszę do mnie dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Proszę się nie krępować, ja zawsze jestem do pańskiej dyspozycji.-  czart wcisnął mu w garść swoja wizytówkę z numerem komórki i zniknął na schodach. W centrali powiedzieli Czereśnemu, że oczywiście: „nie ma takiego numeru”.
A do fabryki i tak się spóźnił. Smolisty podyktował mu adres „Jaszczompka 4”, a ulica przy której stała fabryka nazywała się Jastrzębska 4 i znajdowała się w zupełnie innej stronie miasta.
-No i co ja teraz zrobię?- zapytał się miłej panienki siedzącej na portierni w biurze informacji podatkowej na Jaszczopmka 4. Panienka miała malutkie różki schowane pod blond czupryną i żuła zawzięcie gumę. Tą samą już od tygodnia chyba, taka była obrzydliwa.- Spóźnię się do roboty i wywalą mnie już pierwszego dnia. A ja muszę kaucję za klucz zapłacić.
-To niech pan autobus weźmie.- poradziła mu życzliwie panienka i wskazała palcem na wiatę, stojącą po drugiej stronie ulicy. Z rozkładu wynikało, że autobus miał się zjawić za 10 minut. Może jeszcze zdąży na swoją zmianę? Minęło 10 minut. Autobus nie nadjeżdżał a na dodatek zaczęło padać. Stał tam kolejny kwadrans, potem jeszcze dodatkowe 15 minut, potem pół godziny i kiedy już było wiadome, że na swoją  zmianę absolutnie nie zdąży przechodząca właśnie ulicą staruszka uświadomiła go, że wiata to tylko była dla autobusu zastępczego na czas remontu ulicy przed dwoma laty. Właściwy przystanek jest za rogiem, obok cukierni. Pewnie jakiś chuligan zdarł informację z tablicy. Moknąc i klnąc powlókł się na wskazany przystanek. Autobus właśnie odjechał, następny miał być za 45 minut.
„Za jakie grzechy?”- pomyślał patrząc na oddalające się tylne światła wehikułu i przypomniał sobie, że to za kopanie kota. Więc więcej nic już nie myślał tylko stał, zmarznięty i zmoczony, wypatrując w oddali smukłej sylwetki pojazdu. Do cukierni nie śmiał wejść, żeby nie przegapić kolejnego połączenia, choć sprzedawczyni, chyba jak na złość, wystawiła w oknie świeże, ciepłe pączki.
Tylko z tą robotą to jednak było zupełnie inaczej niż przypuszczał. Spóźnił się, owszem, ale nie godzinę tylko całe dwa dni. Wprawdzie Smolisty przyszedł go zawiadomic o przyznaniu pracy w tym samym dniu, w którym ja faktycznie dostał. Pierdzielec, zapomniał go poinformować, że wtedy, kiedy siedzieli tak obydwoje na wykuszowym parapecie, to jemu, Józkowi, właśnie kończyła się zmiana nocna.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Wszystkie teksty na blogu przeznaczone są wyłącznie do prywatnego użytku. A jakby ktoś nie wiedział co to znaczy "do prywatnego użytku" to przysięgam, że poszczuję starym Frycem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)