A czy ja wam mówiłam, że u mnie w chałupie na wsi straszy? Serio. To znaczy nie tyle co straszy, co poprzedni właściciel chyba niezupełnie zdaje sobie sprawę, że umarł. Już się przyzwyczaiłam, że czasami można go spotkać w pralni albo jak rankiem chodzi sobie po ogrodzie. Myślałam, że Steff mi na zawał zejdzie, jak go zobaczył pierwszy raz.
-A tak, tak.- powiedziałam. -To jest stary Fryc, który umarł tu przed trzema laty. Już się zapoznaliście?
Dlatego właśnie nocami, jak to na rasowego tchórza przystało, trzymam zapaloną lampkę. Bo dopóki Fryc łazi sobie po schodach w górę i w dół to nic mnie nie rusza. Ale nie lubię, jak mi do sypialni zagląda. Panie Fryderyku, jak to tak można?
Kompletna wersja do poczytania i ściągnięcia również tu: Piekło prawdziwe
Piekło prawdziwe
część dziewiąta
Podszedł do
kraty i zauważył, że masywna kłódka wisi, owszem, ale wcale nie jest zaciśnięta
na zasuwce, tylko na bolcu z przodu i wcale, ale to wcale, nie blokuje przejścia
na piętro. Wystarczy tylko lekko popchnąć kratę by ta odsunęła się z cichym
zgrzytem. Na półschodach wywieszona była tablica lokatorów. Wynikało z niej, że
mieszkanie numer 13 znajduje się na drugim piętrze. Mieszkanie było oczywiście
na trzecim. Przynajmniej klucz pasował. Czereśny z ulgą otworzył drzwi i wszedł
do swojego, pierwszego w piekle, prawdziwego mieszkania. Cuchnęło wilgocią i
zgnilizną podłogi. Było małe, dwupokojowe ale bardzo wysokie, jak to w starym
budownictwie. W pierwszym pokoju szyby w
wykuszowych oknach były wybite. W drugim pokoju spał na kartonach jakiś
nieznany mu żulik, nakrywszy się dużymi płachtami gazety wyborczej. Żulik śmierdział
winem, moczem i wymiocinami. Józek postanowił przezornie nie ruszać znaleziska.
Zgłosi jutro cieciowi i niech sobie potem administracja robi z nim co chce.
Ściemniało się. Idąc za przykładem żulika zgarnął w róg pokoju stare
kartony i z westchnieniem ulgi ułożył się na podłodze. Przysunął płachty gazet,
jakby chciał się w nie otulić niby w mięciutką, puchową kołdrę. Już, już
zapadał w sen, kiedy to z mieszkania z lewej strony jakaś zakochana parka zaczęła głośno uprawiać miłość. Wysokie mieszkania mają tę właściwość, że akustyka
jest tu doskonała. Jęki, wzdychania i łomotanie łóżkiem o ścianę ciągnęły się
jeszcze długo, długo w pochmurną, deszczową noc.
Dokładnie o 5.30
rano zadzwonił dzwonek do drzwi. Ktoś położył palec (a Józef był nawet pewny,
że to był czarci paluch z długim, niemytym pazurem) i nie zdejmował go z
przycisku ani na sekundę. Zerwał się z podłogi jak nieprzytomny i długą chwilę
błądził po mieszkaniu, próbując dowiedzieć się kim jest, co takiego tutaj robi
i co tu tak cuchnie. Jego podświadomość zlitowała się w końcu nad zamroczonym
umysłem i psim węchem znalazł drogę do drzwi. Smolisty pogwizdywał sobie cicho,
kopytkiem do taktu stukał, jedną rękę włożył w dziurawą kieszeń aż mu z niej
nieobcinane pazury wystawały, drugą położył na przycisku dzwonka i ani myślał
jej zdjąć mimo, że zaspany Józek stał przed nim i chuchał mu w twarz swoim
nieświeżym oddechem. Zareagował dopiero po dłuższej chwili, kiedy to piętro
niżej zaczęły otwierać się drzwi a przekleństwa i krzykliwe jęki wiły się po
schodach w górę i w dół.
-Zwariowałeś?-wrzasnął
Józef.- Ludzi pan pobudzisz.
Wtedy dopiero
Smolisty zdjął palec z dzwonka i bezceremonialnie wpakował się mu do mieszkania. Węszył po wszystkich pomieszczeniach
aż natknął się na chrapiącego żulika. Skrzywił tylko mordę z zażenowania.
-No co?-
zachichotał głupkowato.- Się już pan urządzać zacząłeś.
-Idż pan bo jak
pana...- ręka Czereśnego sama wystrzeliła w przód a Smolisty uniósł służbową
teczkę w geście obronnym
-Urzędnika?
Urzędnika piekielnego? Na służbie?- wrzasnął. Józef wzruszył ramionami.
-Na jakiej tam
służbie. Wczoraj żeście przecież na urlop, na daczę pojechali.
-Ale to było
wczoraj a dzisiaj jest już dzisiaj.- odparł czart z żelazną logiką. Ponieważ w mieszkaniu nie
było mebli usiadł tłustym zadkiem na parapecie wykuszowego okna i zaczął
grzebać w brązowej listonoszce. Torba pełna była dokumentów, papierków po
kanapkach a ponadto Józef, zarzucając w jej głąb dyskretnego żurawia, zobaczył
skarpetki, które ktoś mu ukradł 3 tygodnie temu. Już, już chciał dziób otwierać
coby swoją własność odzyskać ale w porę zreflektował się i smętnie spojrzał na
swoje gołe stopy w butach. Przecie, że się, jucha, wyprze. Powie, że to jego,
wąchać jeszcze każe albo na swoje kopyta naciągać i po skarpetkach, bo jak on
udowodni, że to jego własne, józkowe? Nie, tu trzeba sposobem. Ot, zagadać,
odwrócić uwagę i dopiero wtedy- łapę do listonoszki i skarpety dyskretnie buch.
I w garści trzymać, nie popuszczać a jakby rogaty zaczął krzyczeć to prędko na
giry zakładać i mówić, że to moje. Smolisty nadal czegoś szukał, kilka papierzysk
do gęby powkładał, tak że wyglądał przy tym głupio. Nie tak normalnie głupio
jak zwykle, tylko zdecydowanie bardziej. W końcu jednak chyba znalazł to czego
szukał.
-No!- sapnął.-
Obywatel Makłowiec?
-Czereśny, panie
Ryśku. Przecie pan mnie zna.
Czart spojrzał na
niego spod byka.
-Kogo znam to
znam, a kogo nie znam to nie znam. Pan mnie tu nie będzie insynuował jakiś
podejrzanych znajomości. Obywatel Makłowiec?- krzyknął raz jeszcze i owionęła
ich struga ohydnego fetoru. W drzwiach stał zaspany żulik, trąc oczy i ziewając
szeroko. W otwartej paszczy brakowało mu wszystkiego, oprócz przeraźliwego
smrodu.
-Panie
kerowniku...-wycharczał.- Panie kerowniku...
-Panie mnie tutaj
nie kierownikuje obywatelu, - przerwał mu zimno Smolisty.- tylko niech pan
wyciąga kopyta i się zbiera. Pańska kara dobiegła już końca. Na dworcu
autobusowym szukają pana od godziny, autobus chce jechać, kierowca szaleje,
wycieczka drze mordy jak opętańce. Śmigaj pan tam ale to już i zameldujcie się
u swojego koordynatora socjalnego.
-Ale ja nie chcem
jechać panie kerowniku.- mruknął ponuro żul.
-Oczywiście, że
chce pan jechać.- przerwał mu Smolisty dość brutalnie.- Wszyscy chcą jechać do
raju. Wy mie ty nie wmawiajcie, że nie chcecie bo takie są ustanowienia władzy,
a władza lepiej od pana wie co pan chcesz a czego nie. Pan już karę odbył panie
Makłowiec i dla pana nie ma już miejsca w naszej ewidencji. Żegnam i won stąd.-
pazurem wskazał mu drzwi. Żulik zebrał swoje bety. Zapakował całą swoją ruchomość, stare spodnie, kilka
rozpadających się książek i śmierdzące kartony między którymi tkwiła zapomniana
butelka wina „czar córki sołtysa”. Zawiązał to w zgrabny węzełek i chlipiąc wyszedł na schody.
Taką miał czarodziejską w sobie właściwość, że żul poszedł a smród został i
nijak nie chciał sobie pójść razem z żulem. Czart zatarł ręce z radości aż zaśmierdziało
siarką.
-No to teraz
dalej robimy porządki. Czereśny...Czereśny...- zajrzał do swojej kartoteki.-
mam dla was pracę Czereśny.
-Pan, panie
Ryśku? Myślałem, że mam czekać na koordynatora?
-I co? Marzyła się
panu cycata blondynka w związku z tym?
Józef już miał
odeprzeć przekornie „owszem”, ale w porę ugryzł się w język.
-To na etacie
koordynatora też pan robi?
-Jak widać-
westchnął Smolisty.- Daczę piękną kupiłem, mówiłem już panu? Cisza, spokój, aż 300
metrów od A9 tylko że stała ciut za długo i trochę jej się zgniło. Domek by się
przydało wymurować, jakiś porządniejszy, prąd poprowadzić, kibel wybetonować.
-No toś chyba pan
przepłacił.
-A skąd- obruszył
się diabeł.- Promocyjna cena. Tylko teraz jeszcze ten domek i już można się
cieszyć pięknymi okolicznościami przyrody. Żyć nie umieraż panie Czereśny, żyż
nie umierać.
Po chwili dotarło
do niego co tak naprawdę powiedział i gapił się w Józefa, głupio wybałuszając
gały. Na gębie czerwieniał coraz bardziej. Ale nie przeprosił, skubany, mimo,
że kwestia życia i śmierci była tak drażliwa w piekle. Z durnym, czyli
normalnym, wyrazem pyska wrócił do swoich papierzysk.
-Będzie pan
magazynierem w fabryce śrubek, dzwonili stamtąd że właśnie im fachowca do
magazynu potrzeba.
-Ale ja n-i-e-n-a-w-i-d-z-i-ł-e-m swojej pracy
w fabryce śrubek za życia.- wycedził przez zęby Józek wolno i dokładnie
akcentując słowo „nienawidziłem”.
Smolisty rozłożył ręce w geście bezradności.
-A pan to myśli,
że na wakacjach tu jest? To piekło kochanieńki jakbyś pan nie zauważył. Ruchy,
ruchy, bo panu zmiana przepadnie a musicie jeszcze karę zapłacić za te klucze,
które zgubiliście.
-Które mi pan
ukradł!
-Nie będziemy się
tutaj bili na pomówienia. Dowody pan masz?
No nie miał, bo
niby skąd?
-To chociaż
skarpetki mi oddajcie.
-Moje skarpetki?-
Zdziwił się Smolisty. Jednym ruchem wyszarpnął z listonoszki skarpety i zaczął
je wpychać na swoje czarne, brudne kopyta.- Moje własne skarpetki miałbym panu
oddawać? Ale one są szyte na zamówienie. Patrz pan jak na mnie pasują! – i
wyciągnął wysoko nogę w górę, majtając kopyciskiem przed nosem Czereśnego.
„Łże, jucha”
Oczywiście, że
łgał. Skarpetka tylko do połowy weszła na kopyto, pięta natomiast smętnie z
niego zwisała. Smolisty podyktował mu jeszcze adres fabryki i wyszedł z
mieszkania szurając nogami. Ze skarpet zrobiły się strzępy. Józef patrzył na
niego ponuro.
-A jakby miał pan
jeszcze jakieś pytanie do koordynatora socjalnego to proszę do mnie dzwonić o
każdej porze dnia i nocy. Proszę się nie krępować, ja zawsze jestem do pańskiej
dyspozycji.- czart wcisnął mu w garść
swoja wizytówkę z numerem komórki i zniknął na schodach. W centrali powiedzieli
Czereśnemu, że oczywiście: „nie ma takiego numeru”.
A do fabryki i
tak się spóźnił. Smolisty podyktował mu adres „Jaszczompka 4”, a ulica przy której
stała fabryka nazywała się Jastrzębska 4 i znajdowała się w zupełnie innej
stronie miasta.
-No i co ja teraz
zrobię?- zapytał się miłej panienki siedzącej na portierni w biurze informacji
podatkowej na Jaszczopmka 4. Panienka miała malutkie różki schowane pod blond
czupryną i żuła zawzięcie gumę. Tą samą już od tygodnia chyba, taka była
obrzydliwa.- Spóźnię się do roboty i wywalą mnie już pierwszego dnia. A ja muszę
kaucję za klucz zapłacić.
-To niech pan
autobus weźmie.- poradziła mu życzliwie panienka i wskazała palcem na wiatę,
stojącą po drugiej stronie ulicy. Z rozkładu wynikało, że autobus miał się
zjawić za 10 minut. Może jeszcze zdąży na swoją zmianę? Minęło 10 minut. Autobus
nie nadjeżdżał a na dodatek zaczęło padać. Stał tam kolejny kwadrans, potem
jeszcze dodatkowe 15 minut, potem pół godziny i kiedy już było wiadome, że na
swoją zmianę absolutnie nie zdąży przechodząca
właśnie ulicą staruszka uświadomiła go, że wiata to tylko była dla autobusu
zastępczego na czas remontu ulicy przed dwoma laty. Właściwy przystanek jest za
rogiem, obok cukierni. Pewnie jakiś chuligan zdarł informację z tablicy. Moknąc
i klnąc powlókł się na wskazany przystanek. Autobus właśnie odjechał, następny
miał być za 45 minut.
„Za jakie
grzechy?”- pomyślał patrząc na oddalające się tylne światła wehikułu i
przypomniał sobie, że to za kopanie kota. Więc więcej nic już nie myślał tylko
stał, zmarznięty i zmoczony, wypatrując w oddali smukłej sylwetki pojazdu. Do
cukierni nie śmiał wejść, żeby nie przegapić kolejnego połączenia, choć
sprzedawczyni, chyba jak na złość, wystawiła w oknie świeże, ciepłe pączki.
Tylko z tą robotą to jednak było zupełnie inaczej niż przypuszczał. Spóźnił się, owszem, ale nie godzinę tylko całe dwa dni. Wprawdzie Smolisty przyszedł go zawiadomic o przyznaniu pracy w tym samym dniu, w którym ja faktycznie dostał. Pierdzielec, zapomniał go poinformować, że wtedy, kiedy siedzieli tak obydwoje na wykuszowym parapecie, to jemu, Józkowi, właśnie kończyła się zmiana nocna.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Wszystkie teksty na blogu przeznaczone są wyłącznie do prywatnego użytku. A jakby ktoś nie wiedział co to znaczy "do prywatnego użytku" to przysięgam, że poszczuję starym Frycem.
Tylko z tą robotą to jednak było zupełnie inaczej niż przypuszczał. Spóźnił się, owszem, ale nie godzinę tylko całe dwa dni. Wprawdzie Smolisty przyszedł go zawiadomic o przyznaniu pracy w tym samym dniu, w którym ja faktycznie dostał. Pierdzielec, zapomniał go poinformować, że wtedy, kiedy siedzieli tak obydwoje na wykuszowym parapecie, to jemu, Józkowi, właśnie kończyła się zmiana nocna.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Wszystkie teksty na blogu przeznaczone są wyłącznie do prywatnego użytku. A jakby ktoś nie wiedział co to znaczy "do prywatnego użytku" to przysięgam, że poszczuję starym Frycem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)