Za spadek czytelnictwa bez dwóch zdań odpowiedzialna jest IKEA albo inne redblekłajty. Kiedyś to, jak stolarz krzesło sklecił, to nie miało prawa być równe- zawsze jedna noga była za krótka albo za długa. I wtedy trzeba było obowiązkowo kupić książkę, żeby podłożyć. Jak stolarz był bardzo wczorajszy to kupowało się "Wojnę i pokój", a jak sobie tylko troszkę chlapnął to i "Kajtkowe przygody" wystarczyły. Ale książki musowo były w każdym domu. A teraz panie... wszystkie stołki spod komputera, równe kieby żołnierze na paradzie. To i po co narodowi książka? Bo to czy bez tego starej się w domu nudzi przy odkurzaniu mebli?
Nie dajcie umrzeć książkom. Nie dajcie umrzeć pisarzom. To znaczy pisarze i tak kiedyś umrą ale, daj Panie Boże, żeby nie z głodu. I ty zostań bohaterem w swoim domu! Czytaj! Druga część "Piekła prawdziwego" już przed wami. Wersja pdf wkrótce.
Kompletne opowiadanie tu: Piekło prawdziwe
Piekło prawdziwe
część druga
Natomiast o północy
to się dopiero zaczęło. Jakieś stuki, jakieś puki, ktoś ze skrzypieniem drzwi
do kościoła odemknął i kopytkując powoli do trumny Józkowej się zbliżył. Pyk,
pyk, pyk to wyleciały gwoździe mocą jakąś tajemną. Nieznajomy wieko trumny
uchylił i zaświecił mu w oczy elektryczną latarką.
-Józef Czereśny?-
zapytał urzędowym tonem, jednym okiem zezując na Józka a drugim zaglądając do
swojego notatnika. O, siarką było czuć w kościele i to mocno. Siarką i
dezodorantem marki „Brutal”.
-No, Józek, co
się pan tak głupio pytasz?- obruszył się Józek i wskazał na klepsydrę przyklejoną
na dykcie nad trumną.- Czytać pan nie umisz czy głupa zgrywasz?
-Obywatel niech
nie będzie awanturujący się.- zgasił go tamten.- Obywatel niech wyłazi i nie
gnije w betach.- i nadal świecił mu latarką po oczach.
Józek zamyślił
się. Tyle lat mu wmawiano, że po śmierci to już tylko wieczne odpoczywanie a tu
przyłazi jakieś chuchro i każe mu spływać. Hola, hola, nie takie kurde były
zasady. Jak odpoczywanie to odpoczywanie a nie maraton po cmentarzu o północy.
-No i na co pan
czekasz?-zapytał tamten, bo widział, że Józek nadal tylko leży jak leżał, to
jest ze złożonymi dłońmi i różańcem na piersi.- Czemu pan nie wstajesz?
-Jakoś nie mam
motywacji.
Tamten zagotował
się ze wściekłości a zapach siarki skutecznie zagłuszył woń „Brutala”.
-Panie, co to znaczy
nie mam motywacji? Panie, ja mam pana na liście! Wyciągaj pan kopyta i ruchy,
ruchy. Do świtu chcesz pan tak czekać?
Teraz oburzył się
Józek.
-Panie, a co pan
tu za cyrki odpindala? Uczciwie umarłem, pacz pan, o tu.- wskazał ręką na szramę
na szyi- Ja sobie ciężko zapracowałem na sen wiekuisty. A pan mi się za
przeproszeniem w interes wtranżalasz, po oczach mi jakimś laserem świecisz i każesz
się zbierać. A bo ja wiem kto pan jest? Ani be, ani me ani kukuryku. Żebyś pan
chociaż dobry wieczór powiedział to inaczej byśmy tę rozmowę zaczęli. A tak to
się pan ode mnie odchrzań i daj mie w spokoju być martwym. Spływaj pan.- dodał
na koniec żeby podkreślić stanowczo swoją wypowiedź. Tamten istotnie jakby się
coś zmieszał.
-Zaganiany
jestem.- przyznał na pojednanie. – Wiosna idzie, ludzie mrą na potęgę. Myśli
taki jeden z drugim, że to już ciepło, swetra nie założy a tu zapalenie płuc,
szpital i fik, delikwent gotowy. Faktycznie obywatelu, kurturę to jednak trzeba
mieć w każdej sytuacji.- z tymi słowami zasalutował dziarsko- Dobry wieczór,
starszy kopytkowy Roman Smolisty. Pan pójdzie ze mną, panie Czereśny. O, niech
pan patrzy- przysunął trzymaną w rękach listę na wysokość jego oczu. Wprawdzie
latarka ciągle świeciła Józkowi po gałach- jak to UB w wieczystej tradycji po
sobie zostawiło, potomnym na pociechę-, tak że nie dało się z niej nic odczytać
ale co lista to lista.- Pan tu pokwituje, że pana odebrałem i ruszamy.
-Widzi pan, tak
to się mnie podoba. Elegancko i kurturarnie.- sapnął Józek i zaczął gramolić się
z trumny. Niełatwe to było zadanie ale Smolisty mocno ciągnął go za rękę.
-Coś panu gajerek
przycięli.- stwierdził, kiedy Józek stanął już wyprostowany na zimnej posadzce
kościoła.
-Przytyło mie się
może z kilogram albo i dwa od czasu ślubu.
-Albo i dwadzieścia.-
westchnął nieco drwiąco przybysz. Dopiero teraz, w świetle latarki Józek mógł
się przyjrzeć swojemu opiekunowi i ciut mu się nieswojo na duszy zrobiło. Roman
Smolisty był bowiem diabłem, prawdziwym diabłem w diabelskim mundurze. Czapkę z
otokiem zdobił pentagram w płomieniach, wyłogi munduru haftowane były w dwie
trupie czaszki, sam uniform był sinokoperkowej barwy. Białe, służbowe skarpety
naciągnął na kopyta. Niedbale związany krawat był poluzowany u niezbyt czystego
kołnierzyka a jego koniec znajdował się w spodniach, by ukryć fakt, że jest on
o wiele za długi. Smolisty nie był bowiem zbyt wysoki, o głowę może mniejszy od
Józka, który przecież też z trudem dobił do metra sześćdziesięciu trzech.
-A to nie
powinien się zgłosić po mnie najpierw jakiś anioł?- zagaił Józek, bo Smolisty
wywalił jęzor i w świetle latarki notował coś w swoim kajeciku. Oparł się
niedbale o ołtarz, by mu było wygodniej pisać.
- Wie pan, że najpierw sąd,
sumienie trzeba osądzić, ile się złego i dobrego w życiu uczyniło. W każdym
razie zawsze się mie zdawało, że to od tego trzeba zacząć.- zaczął ostrożnie
Czereśniak. Smolisty nadal liczył coś w swoich notatkach, w gębie trzymał teraz
ołówek i jednocześnie kiwał ze zrozumieniem głową.
-W zasadzie to
masz pan rację.- wyseplenił niezrozumiale, przytrzymując górną wargą wysuwający
się wciąż ołówek.- Ale mówiłem panu: wiosna idzie, zapalenia płuc, samobójcy,
motocykliści na drogach. No, masę roboty teraz mamy, więc w takich bardziej
oczywistych przypadkach to my się nie bawimy za bardzo w te dyplomatyczne
ceregiele. I ci na górze, i my oszczędzamy sobie przez to mnóstwo papierkowej
roboty. Bo to: znajdź delikwenta, wypytaj, popatrz się czy z mordy do zdjęcia
podobny a uwierz mi panie, że niewielu z was przypomina siebie z tego co
ma w paszporcie albo dowodzie. Pieczątkę
przybij, a czasami to i pacjenta sklepać trzeba jak się za bardzo rzuca i po
dobroci iść nie chce. Masa roboty panie Czereśny. Ułatwiamy sobie więc jak
możemy. Raz ja aniołom petenta zabierę bez wypisywania papiórów, raz oni mnie.
Raz ja im kogoś tam po blacharce wyprostuję, raz oni mnie. Taka współpraca
międzywydziałowa, hie, hie.- zaśmiał się niczym kura cierpiąca na ostrą czkawkę
a ołówek wypadł mu z ust i potoczył się aż pod kościelne wrota.
-No nie mów mie pan,
że ja taki oczywisty przypadek jestem.-oburzył się nagle Józek.- Co ja zabiłem
kogoś? Ukradłem? Staruszkę obrabowałem? To już się piwka nie wolno napić po
pracy bo zaraz do kotła?
-Do jakiego
kotła, panie, co pan?- zdziwił się Smolisty.
-No to co ja takiego
zrobiłem?
-A kot?- zapytał
Smolisty. Zerkał przy tym w notatki.
-Co kot?
-Wasz kot,
obywatelu. Kot imieniem Grzegorz, biało-rudy z jednym uchem naderwanym.
-No Grzesiu, ja
wiem.- przytaknął Józek. –Ale, że co? Że obróżki nie chciałem założyć?
Smolisty machnął
tylko ręką.
-Obywatelu, mnie
nie obchodzi co wy sobie ubieracie na figle migle z żoną w sypialni. Ja mam tu
zapisane, że trzy razy kopnęliście kota, nogą swoją własną, centralnie w dupę.
19 czerwca ubiegłego roku o godzinie 7.13 kiedy to spieszyliście się do pracy a
rzeczony kot imieniem Grzegorz plątał się wam pod nogami. Podobną historię mam
odnotowaną z dnia 23 stycznia tego roku, o 6.47 i tydzień później o 15.23 kiedy
to już kopnęliście go bez powodu.
-Wielkie mecyje.-
burknął Józek.- Może i 3 razy wystawił mię ogon centralnie pod nogę ale to nie
jest powód...
-To nie jest
powód?!-huknął nagle Smolisty, czerwony ze złości na gębie.- To nie jest powód?
A co to jest jak nie powód? To jest, obywatelu, bardzo poważne wykroczenie! To
jest wbrew przepisom! Było zapisane przecież: „czcij kota swego”.
-Czcij matkę i
ojca swego.- poprawił Józek.
-Kota!!! Kota
swego! Jak się wasi uczeni - tu spojrzał bardzo kąśliwie na obraz świętego
Pawła Apostoła wiszący w nawie kościoła- Jak się uczeni wasi mylą w interpretacjach
to co wy się dziwicie, że takie historie nam tu później wychodzą? Ja mam tu
służbowo zapisane: kota nogą centralnie w dupę trzy razy kopnął i ja się muszę
tego trzymać.- machał wściekle notatnikiem. Spomiędzy kartek na marmurowe
płytki kościoła wysypywały się jakieś śmiecie: stare bilety, mandaty,
upomnienia do biblioteki i zdjęcie nagiej Angeli Merkel. Józka aż zatkało.
-To za kota mam
iść do piekła? Panie, niech się pan nade mną zlituje. Pan mnie powie, że to
chociaż za alkohol com go grzał czasami bez opamiętania. Albo, że na czerwonym
zdarzyło mi się kilka razy przejechać. Albo żem Manię raz albo i dwa w
zdenerwowaniu szturchnął. Ale za kota? Co koledzy z pracy powiedzą? Śmieszki
heheszki se będą urządzać. Panie, bądź pan człowiekiem!- tu zakrztusił się bo
przypomniał sobie, że rogaty, ogoniasty Smolisty mało przypomina człowieka.
Smolisty
poskrobał się po różkach i podrapał w kopytko.
-No, w zasadzie to mógłbym.- zajrzał do notatek.-Tylko
co by tutaj panu dopisać...
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Uprasza się szanowne tałatajstwo, żeby czytali wyłącznie dla prywatnego użytku. Na tych, którzy powielą moje teksy w postaci pisemnej, audiobooka lub innej czeka specjalny kocioł w piekle, zaraz obok mojego. Pomyślcie tylko: będziemy całą wieczność patrzyli sobie w oczy a ja będę całą wieczność wypominała: "no i czemu to zrobiłeś?" Warto? Oczywiście, że nie warto.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)