wtorek, 21 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.2

 Spisekpisarzy.pl (tak na boku, fajna stronkach o literkach i takich tam) pokusił się o chęć wyjaśnienia zjawiska typu: "Czytelnictwo w Polsce umiera". Zdycha, wyciąga kopyta, przekręca się i ostatnią parę puszcza- dodam, by temu suchemu procesowi nadać ciutkę dramatyzmu.
Za spadek czytelnictwa bez dwóch zdań odpowiedzialna jest IKEA albo inne redblekłajty. Kiedyś to, jak stolarz krzesło sklecił, to nie miało prawa być równe- zawsze jedna noga była za krótka albo za długa. I wtedy trzeba było obowiązkowo kupić książkę, żeby podłożyć. Jak stolarz był bardzo wczorajszy to kupowało się "Wojnę i pokój", a jak sobie tylko troszkę chlapnął to i "Kajtkowe przygody" wystarczyły. Ale książki  musowo były w każdym domu. A teraz panie... wszystkie stołki spod komputera, równe kieby żołnierze na paradzie. To i po co narodowi książka? Bo to czy bez tego starej się w domu nudzi przy odkurzaniu mebli? 
 Nie dajcie umrzeć książkom. Nie dajcie umrzeć pisarzom. To znaczy pisarze i tak kiedyś umrą ale, daj Panie Boże, żeby nie z głodu. I ty zostań bohaterem w swoim domu!  Czytaj! Druga część "Piekła prawdziwego" już przed wami. Wersja pdf wkrótce.

 Kompletne opowiadanie tu: Piekło prawdziwe



Piekło prawdziwe
część druga

Natomiast o północy to się dopiero zaczęło. Jakieś stuki, jakieś puki, ktoś ze skrzypieniem drzwi do kościoła odemknął i kopytkując powoli do trumny Józkowej się zbliżył. Pyk, pyk, pyk to wyleciały gwoździe mocą jakąś tajemną. Nieznajomy wieko trumny uchylił i zaświecił mu w oczy elektryczną latarką.
-Józef Czereśny?- zapytał urzędowym tonem, jednym okiem zezując na Józka a drugim zaglądając do swojego notatnika. O, siarką było czuć w kościele i to mocno. Siarką i dezodorantem marki „Brutal”.
-No, Józek, co się pan tak głupio pytasz?- obruszył się Józek i wskazał na klepsydrę przyklejoną na dykcie nad trumną.- Czytać pan nie umisz czy głupa zgrywasz?
-Obywatel niech nie będzie awanturujący się.- zgasił go tamten.- Obywatel niech wyłazi i nie gnije w betach.- i nadal świecił mu latarką po oczach.
Józek zamyślił się. Tyle lat mu wmawiano, że po śmierci to już tylko wieczne odpoczywanie a tu przyłazi jakieś chuchro i każe mu spływać. Hola, hola, nie takie kurde były zasady. Jak odpoczywanie to odpoczywanie a nie maraton po cmentarzu o północy.
-No i na co pan czekasz?-zapytał tamten, bo widział, że Józek nadal tylko leży jak leżał, to jest ze złożonymi dłońmi i różańcem na piersi.- Czemu pan nie wstajesz?
-Jakoś nie mam motywacji.
Tamten zagotował się ze wściekłości a zapach siarki skutecznie zagłuszył woń „Brutala”.
-Panie, co to znaczy nie mam motywacji? Panie, ja mam pana na liście! Wyciągaj pan kopyta i ruchy, ruchy. Do świtu chcesz pan tak czekać?
Teraz oburzył się Józek.
-Panie, a co pan tu za cyrki odpindala? Uczciwie umarłem, pacz pan, o tu.- wskazał ręką na szramę na szyi- Ja sobie ciężko zapracowałem na sen wiekuisty. A pan mi się za przeproszeniem w interes wtranżalasz, po oczach mi jakimś laserem świecisz i każesz się zbierać. A bo ja wiem kto pan jest? Ani be, ani me ani kukuryku. Żebyś pan chociaż dobry wieczór powiedział to inaczej byśmy tę rozmowę zaczęli. A tak to się pan ode mnie odchrzań i daj mie w spokoju być martwym. Spływaj pan.- dodał na koniec żeby podkreślić stanowczo swoją wypowiedź. Tamten istotnie jakby się coś zmieszał.
-Zaganiany jestem.- przyznał na pojednanie. – Wiosna idzie, ludzie mrą na potęgę. Myśli taki jeden z drugim, że to już ciepło, swetra nie założy a tu zapalenie płuc, szpital i fik, delikwent gotowy. Faktycznie obywatelu, kurturę to jednak trzeba mieć w każdej sytuacji.- z tymi słowami zasalutował dziarsko- Dobry wieczór, starszy kopytkowy Roman Smolisty. Pan pójdzie ze mną, panie Czereśny. O, niech pan patrzy- przysunął trzymaną w rękach listę na wysokość jego oczu. Wprawdzie latarka ciągle świeciła Józkowi po gałach- jak to UB w wieczystej tradycji po sobie zostawiło, potomnym na pociechę-, tak że nie dało się z niej nic odczytać ale co lista to lista.- Pan tu pokwituje, że pana odebrałem i ruszamy.
-Widzi pan, tak to się mnie podoba. Elegancko i kurturarnie.- sapnął Józek i zaczął gramolić się z trumny. Niełatwe to było zadanie ale Smolisty mocno ciągnął go za rękę.
-Coś panu gajerek przycięli.- stwierdził, kiedy Józek stanął już wyprostowany na zimnej posadzce kościoła.
-Przytyło mie się może z kilogram albo i dwa od czasu ślubu.
-Albo i dwadzieścia.- westchnął nieco drwiąco przybysz. Dopiero teraz, w świetle latarki Józek mógł się przyjrzeć swojemu opiekunowi i ciut mu się nieswojo na duszy zrobiło. Roman Smolisty był bowiem diabłem, prawdziwym diabłem w diabelskim mundurze. Czapkę z otokiem zdobił pentagram w płomieniach, wyłogi munduru haftowane były w dwie trupie czaszki, sam uniform był sinokoperkowej barwy. Białe, służbowe skarpety naciągnął na kopyta. Niedbale związany krawat był poluzowany u niezbyt czystego kołnierzyka a jego koniec znajdował się w spodniach, by ukryć fakt, że jest on o wiele za długi. Smolisty nie był bowiem zbyt wysoki, o głowę może mniejszy od Józka, który przecież też z trudem dobił do metra sześćdziesięciu trzech.
-A to nie powinien się zgłosić po mnie najpierw jakiś anioł?- zagaił Józek, bo Smolisty wywalił jęzor i w świetle latarki notował coś w swoim kajeciku. Oparł się niedbale o ołtarz, by mu było wygodniej pisać.
- Wie pan, że najpierw sąd, sumienie trzeba osądzić, ile się złego i dobrego w życiu uczyniło. W każdym razie zawsze się mie zdawało, że to od tego trzeba zacząć.- zaczął ostrożnie Czereśniak. Smolisty nadal liczył coś w swoich notatkach, w gębie trzymał teraz ołówek i jednocześnie kiwał ze zrozumieniem głową.
-W zasadzie to masz pan rację.- wyseplenił niezrozumiale, przytrzymując górną wargą wysuwający się wciąż ołówek.- Ale mówiłem panu: wiosna idzie, zapalenia płuc, samobójcy, motocykliści na drogach. No, masę roboty teraz mamy, więc w takich bardziej oczywistych przypadkach to my się nie bawimy za bardzo w te dyplomatyczne ceregiele. I ci na górze, i my oszczędzamy sobie przez to mnóstwo papierkowej roboty. Bo to: znajdź delikwenta, wypytaj, popatrz się czy z mordy do zdjęcia podobny a uwierz mi panie, że niewielu z was przypomina siebie z tego co ma  w paszporcie albo dowodzie. Pieczątkę przybij, a czasami to i pacjenta sklepać trzeba jak się za bardzo rzuca i po dobroci iść nie chce. Masa roboty panie Czereśny. Ułatwiamy sobie więc jak możemy. Raz ja aniołom petenta zabierę bez wypisywania papiórów, raz oni mnie. Raz ja im kogoś tam po blacharce wyprostuję, raz oni mnie. Taka współpraca międzywydziałowa, hie, hie.- zaśmiał się niczym kura cierpiąca na ostrą czkawkę a ołówek wypadł mu z ust i potoczył się aż pod kościelne wrota.
-No nie mów mie pan, że ja taki oczywisty przypadek jestem.-oburzył się nagle Józek.- Co ja zabiłem kogoś? Ukradłem? Staruszkę obrabowałem? To już się piwka nie wolno napić po pracy bo zaraz do kotła?
-Do jakiego kotła, panie, co pan?- zdziwił się Smolisty.
-No to co ja takiego zrobiłem?
-A kot?- zapytał Smolisty. Zerkał przy tym w notatki.
-Co kot?
-Wasz kot, obywatelu. Kot imieniem Grzegorz, biało-rudy z jednym uchem naderwanym.
-No Grzesiu, ja wiem.- przytaknął Józek. –Ale, że co? Że obróżki nie chciałem założyć?
Smolisty machnął tylko ręką.
-Obywatelu, mnie nie obchodzi co wy sobie ubieracie na figle migle z żoną w sypialni. Ja mam tu zapisane, że trzy razy kopnęliście kota, nogą swoją własną, centralnie w dupę. 19 czerwca ubiegłego roku o godzinie 7.13 kiedy to spieszyliście się do pracy a rzeczony kot imieniem Grzegorz plątał się wam pod nogami. Podobną historię mam odnotowaną z dnia 23 stycznia tego roku, o 6.47 i tydzień później o 15.23 kiedy to już kopnęliście go bez powodu.
-Wielkie mecyje.- burknął Józek.- Może i 3 razy wystawił mię ogon centralnie pod nogę ale to nie jest powód...
-To nie jest powód?!-huknął nagle Smolisty, czerwony ze złości na gębie.- To nie jest powód? A co to jest jak nie powód? To jest, obywatelu, bardzo poważne wykroczenie! To jest wbrew przepisom! Było zapisane przecież: „czcij kota swego”.
-Czcij matkę i ojca swego.- poprawił Józek.
-Kota!!! Kota swego! Jak się wasi uczeni - tu spojrzał bardzo kąśliwie na obraz świętego Pawła Apostoła wiszący w nawie kościoła- Jak się uczeni wasi mylą w interpretacjach to co wy się dziwicie, że takie historie nam tu później wychodzą? Ja mam tu służbowo zapisane: kota nogą centralnie w dupę trzy razy kopnął i ja się muszę tego trzymać.- machał wściekle notatnikiem. Spomiędzy kartek na marmurowe płytki kościoła wysypywały się jakieś śmiecie: stare bilety, mandaty, upomnienia do biblioteki i zdjęcie nagiej Angeli Merkel. Józka aż zatkało.
-To za kota mam iść do piekła? Panie, niech się pan nade mną zlituje. Pan mnie powie, że to chociaż za alkohol com go grzał czasami bez opamiętania. Albo, że na czerwonym zdarzyło mi się kilka razy przejechać. Albo żem Manię raz albo i dwa w zdenerwowaniu szturchnął. Ale za kota? Co koledzy z pracy powiedzą? Śmieszki heheszki se będą urządzać. Panie, bądź pan człowiekiem!- tu zakrztusił się bo przypomniał sobie, że rogaty, ogoniasty Smolisty mało przypomina człowieka.
Smolisty poskrobał się po różkach i podrapał w kopytko.
-No, w zasadzie to mógłbym.- zajrzał do notatek.-Tylko co by tutaj panu dopisać... 

cdn...

wasza 
Helga von Klusken

p.s. Uprasza się szanowne tałatajstwo, żeby czytali wyłącznie dla prywatnego użytku. Na tych, którzy powielą moje teksy w postaci pisemnej, audiobooka lub innej czeka specjalny kocioł w piekle, zaraz obok mojego. Pomyślcie tylko: będziemy całą wieczność patrzyli sobie w oczy a ja będę całą wieczność wypominała: "no i czemu to zrobiłeś?" Warto? Oczywiście, że nie warto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)