poniedziałek, 20 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.1

Takiej obrazoburczej i takiej niepoprawnej politycznie Helgi jeszcze nie było. Uprzedzam lojalnie: nażelowane gogusie pryskające się Guccim albo tanim Armanim nie mają czego tutaj szukać. To nie na wasze nerwy, idźcie na sobie na inne blogi, gdzie anemiczny (prawie, że) trup modelki ściele się gęsto w kolejnej kreacji od Darka & Grześka. A gdyby komuś z obrażonych w opowiadaniu mniejszości seksualnych lub etnicznych zrobiło się przykro- spieszę z przeprosinami: bardzo mnie z tego powodu wszystko jedno. Uha!
p.s. część pierwsza już dzisiaj. Pozostałe ukażą się jeszcze dziś w nocy, najpóźniej jutro. Ewentualnie za miesiąc. Wersja do pobrania z chomika wkrótce. Albo i też nie. Radujcie się bracia i siostry albowiem wciąż lato!

 Całość do poczytania także tutaj (PDF) Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
część pierwsza


Józef Czereśny umarł. No umarł i co tu dłużej drążyć temat? Wyciągnął kopyta, kopnął w kalendarz, wąchał kwiatki od spodu, poszedł na piwko do Abrahamka. Sztywny był już ale to i tak sztywny jak tylko potrafi to rasowy nieboszczyk. W trumnie prezentował się i owszem wcale elegancko. Poduszkę dali mu wypchaną poliestrową gąbką a nie trocinami. Gajerek, jeszcze ten od ślubu, wprawdzie rozcięli na plecach boby mu się na brzuchu nie dopiął- ale to nic nie szkodzi, bo nadal wyglądał pięknie. I tak leżał z nosem utkwionym w sufit, więc nikt nie patrzył czy ancug cały czy też nie. Ważne, że wyglądał szykownie. Buty miał wypastowane, co mu się za życia raczej rzadko zdarzało, zwłaszcza, że głównie w adidaskach pomykał.  Ale teraz proszę bardzo- czarne lakierki lśniły tak, że jakby chciał i mógł to można by się nawet w nich przejrzeć. Sama uroczystość też była bardzo udana. Józek z przyjemnością słuchał długiego kazania księdza o tym jakim to był czułym małżonkiem, tatusiem i teściem. Oho, czego tam w tej kleszej gadaninie nie było! Że żonkę kochał i o urodzinach jej nie zapominał, że dzieciaki wykształcił, że na piwo nie chodził, tylko przykładnie w domu po pracy siedział, nie bił i caluśką wypłatę do rąk połowicy własnej-Mańki oddawał. Jednym słowem istny ideał, anioł co to na ziemię zszedł i pracował na stanowisku magazyniera w fabryce śrubek. Józek coś tam wprawdzie czuł, że sumienie go trochę gryzie, bo to jednak zdarzyło mu się czasami małżonkę popchnąć albo wyzwać ją słowem które się od starogermańskiego „deva” wywodzi. Dzieciaki czasami tam poszturchał, a i z koleżkami zdarzyło mu się niekiedy zabalować i to tak dokumentnie, że aż żonka musiała go z izby na Sokolniczej odbierać i kwitować urzędowo, że ten ryj zapijaczony to jej ślubny, któremu, przed Bogiem i ludźmi, na utrapienie swoje przysięgała. Widać jednak nie od parady mówią, że o nieboszczyku to albo dobrze albo wcale. Cała rodzinka stawiła się w komplecie, bo słyszał jak nachylają się nad nim w trumnie i ostatnie słowa pożegnania mu szepcą. Ciocia Leosia, pogłaskała go po policzku i westchnęła:

-Mój ty biedaczku. Że też ci się zachciało na taką piękną wiosnę umierać.

A prawda była taka, że Józkowi to wcale nie spieszyło się do trumny, tylko zwyczajnie, po ludzku, tak  z głupia frant nie zauważył nadjeżdżającego tramwaju numer 18. Tramwaj (coś z 6 ton chyba) przejechał Józkowi gładko po szyi i zdecydowanym ruchem pozbawił go dalszych możliwości wymiany gazowej i integracji ze społeczeństwem. No to wzion i umarł Józek, bo ciężko żyć, kiedy głowa toczy się 100 metrów dalej po torowisku.

Przy trumnie zebrali się też pozostali członkowie rodziny. Józek wprawdzie nie widział ale poczuł wujka Edzia. Nie było to zresztą żadną nowością, gdyż wszyscy czuli wujka Edzia znacznie wcześniej zanim go zobaczyli, tak dokładnie unikał on mydła i ciepłej wody. Wujek Edziu nic nie powiedział tylko uścisnął mu rękę, chlipnął i odszedł ciągnąc za sobą smugę woni, w której można było wyczuć subtelną nutkę wina owocowego typu „Komandos” i sfermentowany pot. Następna była kuzynka Jadzia z mężem Wieśkiem.

-Pacz- kuzynka szturchnęła męża i szepnęła- Ale głowę  to mu przyszyli galatno, co nie?

-No galatno.- zgodził się kuzyn Wiesiek.- Ale na mordzie to nadal taki czerwony jak za życia.

Przyszli też koledzy z pracy: Mietek, Krzysiek i Stefan.

-Józek, bój się Boga!- jęknął tylko na ostatnie pożegnanie Mietek ale Józek jakoś się nie bał.

-Spoczywaj w pokoju.- powiedział bardzo uroczyście Krzysiek co znowu było trochę głupie, bo przecież wszyscy widzieli, że spoczywa w trumnie, w kuchcie kościoła a nie w żadnym pokoju. Ale Krzysiek zawsze był z deczka przygłup i intelektualista. Książki czytał na ten przykład. I to nie książki skarg i zażaleń pracowniczych ale śmieszne książczydła jak „Potop” (pewnie o hydraulikach) czy też „Pan Tadeusz” (Józek się założył, że to jakieś gejowskie świństwo ale, że umarł to nie dowiedział się czy wygrał zakład czy też nie). Wyrażał się też cudacznie, jakieś „owszem”, „istotnie” i „aczkolwiek” zamiast zwykłego „hę”?

A Stefan... no, Stefan to już nic nie powiedział nad trumną tylko próbował mu świsnąć zegarek marki „Wolność”, co to jeszcze od Breżniewa dobrze chodził i nie spóźniał się ani o minutę. Ale Stefan to zawsze był świnia i szuja pierwszej wody, nie można się było po nim niczego innego spodziewać. Ostatnimi z żałobników przy trumnie była żona, córki i zięciowie.

-Józek...-zaszlochała żona a Józkowi trochę żal się zrobiło nieboraczki.- Józuś...Józeczku...a kajś ty podział tą niebieską obróżkę dla kota? Bo szukam i szukam i znaleźć nie mogę.- zachlipała.

-Mamo.- starsza córka skrzywiła się z lekkim zdegustowaniem. – Jak mama tak? Obróżka? Dla kota? Jak tata martwy leży?

Młodszy szwagier wziął teściową w obronę.

-Teść martwy ale kot żywy. A obróżka kosztowała całe 20 złotych. Z amazona żem matce zamawiał to wiem.

-20 złotych to i to pieniądz.- wtrąciła młodsza córka.- Ojciec mieli ją ostatni w ręku. A mówiłam mu: „zapnij od razu pchlarzowi na szyję bo położysz gdzieś, zapomnisz i przepadnie”. No i nie ma.

-Nie kłóćmy się o obróżkę nad trumną.- syknął starszy szwagier.- Ojciec w grobie a wam tylko koty w głowie.

-Dokładnie.- stwierdziła starsza córka. Młodszej oczy rozbłysły nagłym gniewem.

-A jużci. Wypindrzona dama to jej 20 złotych tyli co nic. Myśli, że jak w jadłodajni kotlety smaży to pieniędzmi może szastać na prawo i lewo.

-Nie w jadłodajni ino w amerykańskiej korporacji.- odparła starsza z godnością.- i nie kotlety tylko hamburgery. A kto załatwił zniżkę pracowniczą na stypę? Może nie ja? Każdy dostanie po powiększonym zestawie w cenie średniego, a sos do frytek to już zupełnie gratis.

-Nie kłóćta się bo ojciec leży i słucha.- jęknęła matka.

-A niech słucha.-odparł twardo starszy szwagier.- Niech słucha jakie to koszty na niego ponosimy. Niech widzą ludzie, że Czereśniakowie to sroce spod dupy nie wypadły.

Z tymi słowami pocałował teścia w pozieleniałe już knykcie i odszedł na swoje miejsce, ciągnąc za sobą żonę. Miło się zrobiło Józkowi, że tak dbają o niego po śmierci i jakby mógł to pokraśniałby z zadowolenia. Ale, że nie mógł to nadal tylko leżał i podśmierdywał już z lekka.

-Józek, kaj ta obróżka.- westchnęła Mańka, jego żona i także wróciła na swoje miejsce, podtrzymywana z jednej strony przez młodszego szwagra a z drugiej przez młodsza córkę. A obróżka natomiast, leżała schowana w barku, coby się nie zgubiła, tuż obok cytrynowej nalewki. Sierściuch, czując co się święci, wolał kilka nocy spędzić na dworze niż dać sobie z własnej woli założyć kawałek niebieskiego aksamitu i wyglądać jak idiota.

Śpiewy dobiegły końca. Ksiądz okadził go sumiennie, że pachniał lepiej niż te nażelowane gogusie co to pryskają się Guccim albo Armanim. Kościelny zadzwonił i już było po wszystkim. Rodzinka spiesznie opuszczała kościół bo wszystkim kiszki nieco już marsza grały i ślinili się na myśl o tych przesolonych frytkach i bułkach garnirowanych zwiędłą sałatą. Józek nie miał im tego jednak za złe. Zjeść, napić się, cygaretę zapalić- ot, takie drobne przyjemności z których składa się to krótkie, krótkie życie. Rozumiał.
Ucichły rozmowy, ksiądz uciekł na plebanię gdzie mu gosposia już żurku gotowała, którego zapach rozchodził się w źle wentylowanym kościele. Organista też się zmył, bo gosposia księdza to jednak fest babka była, z cycem i z dupą jak u zebry a on przecie że celibatu, w przeciwieństwie do księdza, nie przysięgał. Tedy został Józek sam. Godzinkę później zjawił się grabarz i wieko trumny gwoździami mu przybił ale zakopać mieli go dopiero nazajutrz, jako że proboszcz nie wyznaczył mu jeszcze ostatecznej kwatery na cmentarzu. Nocować miał zatem w kościele. Pytacie czy się bał? Iiii... a czego to miał się bać? Martwy to już był więc go raczej nic gorszego nie spotka. Nudno tylko tak było samemu leżeć, gapić się w wieko trumny i rozmyślać: ”znajdzie żona tę obróżkę czy też nie?” Leżał i myślał tak do północy. Natomiast o północy to się dopiero zaczęło. Jakieś stuki, jakieś puki, ktoś ze skrzypieniem drzwi do kościoła odemknął i kopytkując powoli do trumny Józkowej się zbliżył. 

cdn...

wasza 
Helga von Klusken

p.s. no to lecim z kolejnymi groźbami karalnymi: czytać można a za wszystko inne nakopię do rzyci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)