p.s. a żeby dalej nie kłamać... plik PDF dostępny będzie dopiero po publikacji ostatniej części na blogu. Opcja sprawdzania pisowni w moim wordzie ma tylko niemiecką wersję i niezmiennie podkreśla mi wszystko na czerwono, jak leci. Dlatego zawiłości polskiej mowy z wszystkimi zawijasami i kreseczkami sprawdzam sobie dopiero podczas publikowania na blogu. Trochę to wszystko skomplikowane jak sprzedaż gorącego żurku latem w Łebie ale takie życie.
Tutaj znajdziecie kompletną wersję PDF Piekło prawdziwe
Piekło prawdziwe
część czwarta
-A bilecik, to
pan szanowny ma?
-A to trzeba?
-No, a co pan
myślał?- Smolisty zacmokał ustami.- Że to tak na krzywy ryj chce pan jechać? Nie
wstyd panu? To taki z pana uczciwy obywatel, hę? Na wybory pan ganiasz, w
Biedronce ziemniaki ważysz pan bez dokładania, na mszę dajesz a biletu nie
chcesz pan zapłacić? Jak szuja jaka? Czarna owca? Zapluty karzeł reakcjonizmu?
Wymoczek zapluskwiony?- miotał się w obelgach. Markotno się nieco zrobiło Józkowi
więc przerwał mu ostro.
-Dobra skończ
pan, bo się jeszcze oślinisz.- szybko przeglądnął kieszenie- Tylko, że ja nic
nie mam. Mańka mie nawet chusteczki do nosa nie zostawiła. Nic, ani
złotóweczki.
-Pod język panu
nic nie włożyli?
Józek obracał
chwilkę językiem w ustach.
-Nic.
-No, ale
zegareczek przecież pan ma.- zarechotał Smolisty.
-Zegarkiem będę
za bilet płacić?- oburzył się. Diabeł był jednak nieubłagany i chcąc, nie chcąc
Józek musiał z żalem wrzucić swój chronometr do otworu na monety. Z drugiego, z
cichym sykiem wynurzył się papierowy bilecik. Czereśny usiadł w dalszej
części autobusu, rozmyślnie wybierając miejsce z dala od smolistego.
„Taki zegarek.
Jeszcze za Gierka kupiony” myślał rozgoryczony. „ Trzy transformacje polityczne
przeżył, do Ustki z nim jeździłem, w morzu się kąpałem i nic mu się nie stało.
Nawet Stefan go nie świsnął a tu taki z cicha pęk, z metra cięty frajerzyna
każe se nim za bilet płacić.”
Tymczasem Smolisty
wrzucił od razu dwójkę (jedynka i tak się zacinała), autobusem szarpnęło w
przód i pojechali ciągnąc za sobą siwy obłok dymu. Istotnie autobus jeździł
chyba tylko cudem i to jakimś szatańskim cudem a nie boskim. Zarzucało nim jak
pijakiem na prawo i lewo, od rowu do rowu, hamulce piszczały szaleńczą pieśń
straceńca, gaźnik strzelał niczym z kbksu. Diabeł pogwizdywał przeraźliwie
motyw przewodni z Titanica, fałszując przy tym niemiłosiernie, a radio darło mu
się do taktu najnowszym przebojem grupy „Czerwone Gitary”. Tworzyło to razem
istną kakofonię. Smolisty jednak nie kłamał i istotnie roboty miał wyżej rogów.
Wiele razy jeszcze ten nocy zatrzymywali się na cmentarzach i pod kościołami, i
wielu świeżutkich nieboszczyków zajmowało miejsca w autobusie. Czereśny z
gorzką satysfakcją zauważył, że większość z nich nie miała czym zapłacić za
bilety i pozbywała się biżuterii lub części garderoby. Jeden facet, którego
wyłowiono z jeziorka i zamierzano pochować w samych slipkach nie miał to nic,
ale dosłownie nic. Diabeł majtek nie chciał przyjąć bo twierdził, że pewnie
brudne a poza tym to tak jakoś niehigienicznie. Golas natomiast stał na
schodkach autobusu, zasłonił dłonią oczy i cicho płakał, ze wstydu lub z żalu
za gajciochami- czort go tam wie. Skończyło się polubownie- goły zadeklamował
Gałczyńskiego ale to jak! Oho, aż iskra szła i diabeł puścił go bez biletu.
-Ale jakby
kontrola była- ostrzegł tylko- To ja pana nie widziałem, nie słyszałem, pan się
tu podstępem dostał.
Reszta pasażerów
klaskała golasowi z ukontentowania.
Do piekła
dojechali dopiero późnym przedpołudniem. Józek nie mógł sobie dokładnie
przypomnieć trasy, gdyż mimo szarpania, podskoków i nagłego hamowania autobusu
udało mu się chwileczkę zdrzemnąć, przykładając głowę do zimnej szyby. Obudził
się kiedy wysiadali. Dłuższą chwilę przyglądał się zza szyby miejscu, do
którego przyjechał, nim zdecydował się wysiąść. A miejsce to nie wyróżniało się
niczym szczególnym. Ot, stary, odrapany dworzec autobusowy. Z jednej strony
ślepa ściana wysokiej kamienicy, z której dużymi płatami odchodził szary,
brudny tynk. Na ścianie duży bilbord i odklejająca się, ordynarna reklama piwa
„premjum bardzo mocne”. Tak tam było napisane, premjum przez „j”. Trzy
przystanki, każdy z nich porośnięty chwastami, daszek przeciwdeszczowy z
którego zlazła już farba, wygięte barierki i przepełnione kosze na śmieci.
Smolisty przeparkował autobus, zmienił czapkę, tym razem na toczek i dużym,
zardzewiałym kluczem otworzył budkę kontrolera ruchu. Wszedł do środka. Budka
zrobiona była z odrapanego metalowego baraku. Wgniecenia w kilku miejscach świadczyły, że kierowcy
autobusów nie raz musieli uderzyć w nią z impetem. Przednia szyba z otworem u
dołu, przez który komunikowali się interesanci także była pęknięta. Siedzący w
środku kontroler miał minę znudzoną i ziewał od ucha do ucha, skrobiąc się od
czasu do czasu po różkach.
Józek stał tak
chwilę na środku dworca, nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Dopiero po
chwili zauważył, że na pęknietej szybie budki kontrolera nalepiona jest kartka
formatu a4 z niedbałym, ręcznym napisem „rejestracja nowoprzybyłych” i utworzyła
się tam już niewielka kolejka. Stanął w niej, chwilę odczekał.
-Nazwisko.-
rzucił w jego stronę Smolisty bardzo znudzonym i bardzo urzędowym tonem.
-Czereśny. Ale pan
mnie już przecież zna.
-Nie wiem, nie
znam się, zaganiany jestem, przyjdź pan później.- wydyszał czort jednym tchem.
W łapie znowu trzymał brudny kajecik.- Czereśny, Czereśny...Czereśny Marian...
-Józek.- wtrącił
ponuro Józek.
-No przecież
wiem, że Janek.- oburzył się diabeł. –Pan mnie tu nie przeszkadza w urzędowych
czynnościach bo to dłużej będzie trwało. O jest.- ucieszył się.- Czereśny Jędrzej.
Pan się zgłosi do hostelu na Siarkowej 13. Ma pan tam zrobioną rezerwację.
-A gdzie to
jest?- dopytywał się Józef ale diabeł już go nie słuchał.
-Następny!-
ryknął potężnie a kobieta stojąca za Józkiem zaczęła gorączkowo przepychać się
do przodu.
-Czego pan tu tak
stoisz jak widły w gnoju? Pan nie widzi, że chcem przejść? Więckowska Alina.-
rzuciła do diabła dopytującego się apatycznym tonem o nazwisko.
Józek wzruszył
ramionami i odszedł na bok. Na postoju taksówek stało kilka odrapanych fiatów
Uno i jeden, potwornie zeżarty przez rdzę, Reno Clio. Podszedł do pierwszego
auta i zastukał w szybę. Kierowca chwilę męczył się z korbką nim udało się ją
opuścić.
-Panie, Siarkowa
13 to daleko?- zapytał.
-Daleko.- burknął
opryskliwie diabeł. Różki przebijały mu denko od czapeczki szofera.
-A ile będzie
kosztował przejazd?
Kierowca zmierzył
go taksującym spojrzeniem.
-Panie coś pan?
Nawet ancugu nie masz pan porządnego i do taksówki się pchasz? Jak jakiś
łachmyta?- i prędko zakręcił korbką. Szyba powędrowała do góry, odcinając
czarta skutecznie od Józka. Inni kierowcy nawet nie zwrócili uwagi na stukania
do ich pojazdów. Jeden wyszedł nawet z auta i podwinął rękawy marynarki jakby
szykując się do obicia mordy Józkowej, ale Czereśny zrejterował w samą porę.
Odwrócił się szybko i udawał, że z wielkim zainteresowaniem studiuje rozkład
jazdy autobusów.
-No.- powiedział
taksiarz i wsiadł z powrotem do samochodu.
Mimo wszystko ten
nieprzyjemny epizod zakończył się pozytywnym akcentem, gdyż tuż obok rozkładu
jazdy wisiała sobie mała, niepozorna karteczka z planem miasta wydrukowanym z
google maps. Plan wyglądał jakby kserowano go co najmniej z 10 razy, za każdym
razem dramatycznie tracąc na jakości ale wytężając wzrok można było dopatrzeć
się na nim zarysu ulicy Siarkowej. Wynikało z niego, że musi iść ulicą prosto i
tylko prosto. Cóż było robić? Józek wzruszył ramionami, gajerkiem nieco
szczelniej owinął sobie ramiona, gdyż zaczął siąpić nieprzyjemny deszczyk i raźnym
krokiem ruszył w stronę sennego, brudnego miasteczka.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Treści publikowane na blogu przeznaczone są do wyłącznie prywatnego użytku. Grzesznicy, którzy zamierzają je publikować bez mojej zgody dostaną za karę pierogów z kaszanką. He, he w hostelu na Smolistej, oczywiście.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)