sobota, 25 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.6

Część szósta ma to do siebie, że czyta się ją po części piątej. Zazwyczaj. Gdyby jednak ktoś z anarchistycznym zacięciem uparł się, zignorował moje dobre rady i chciał koniecznie zacząć właśnie od tego epizodu to ja się sprzeciwiać nie będę. Krzyż na drogę i chleb z masłem.
Plik PDF prawdopodobnie jest już na zaprzyjaźnionym chomiku. Piszę prawdopodobnie, gdyż post jest publikowany w momencie kiedy mnie nie ma ani fizycznie ani duchowo w żadnym miejscu, które chociaż ośmieliło się śnić o swobodnym dostępie do internetu. Naturalnym jest, że nie mogę tego jeszcze sprawdzić. Wy natomiast i owszem, absolutnie, w rzeczy samej, istotnie.

Całość do pobrania i poczytania tutaj: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
 część szósta


Zawsze w południe Józek jadł obiad, a to, że jest się martwym nie oznacza, że przestaje się być głodnym. Jego współlokatorzy zniknęli gdzieś. Ulotnili się z pokoju tak szybko, że nie zdążył zapytać gdzie tu można coś zjeść. A nie, przepraszam udało mu się dorwać grubasa jak wchodził do nieszczelnej ubikacji.
-Czy pan wie, gdzie tu można coś wrzucić na ruszt?- spytał go uprzejmie.
-No.- odparł grubas i zatrzasnął drzwi kibelka na zasuwkę. Po chwili z kabiny dobiegło głośne pierdzenie. Smród wydostał się dołem i potwierdzał tylko w sposób wysoce organoleptyczny jak bardzo nieszczelne była hostelowa wygódka. Józek jakoś stracił chęć na dalszą część rozmowy.  Zszedł na dół do recepcji. Smolisty oglądał na małym, czarno-białym telewizorze jakąś niewyraźną transmisję z meczu piłkarskiego i żarł kanapkę z salcesonem.
-A obiad to kiedy będzie?- zapytał go. Smolisty oderwał się leniwie od kanapki.
-A podanie na bloczki obiadowe to pan składał?
-Nie składałem, bo żeś pan nic nie mówił.- wybuchnął Józek.
-Nie mówiłem, bo żeś pan nic nie pytał!- odciął się czort.- Podanie trzeba złożyć.
-Jakie podanie?
-No zwykłe, bo jakie chcesz pan składać?- diabeł wzruszył ramionami.- Data, nazwisko, zwracam się z prośbą o wydanie bloczków obiadowych, podpis i tyle. Pan to chyba nie jesteś specjalnie zbyt bystry, co?- zainteresował się nagle życzliwie.
-A pana co to obchodzi.- burknął Józek.- Papier ma? Długopis ma?- i w chwili złości wpadł w obraźliwą, bezosobową formę rozmowy. Papier był, co prawda z jednej strony zapisany listą rzeczy oddanych do prania przez Smolistego (majtek sztuk trzy, skarpet sztuk trzy, dwie zielone i jedna niebieska...) ale z drugiej strony od biedy można było go jeszcze wykorzystać. Tylko długopis się zsechł i co chwila trzeba było na niego chuchać, żeby napisać choć kilka liter. Zredagowanie pełnego podania zajęło Józkowi dobre trzy kwadranse, w czasie których Smolisty zażerał czwartą kanapkę, tym razem w wędzonym boczkiem a Józkowi tylko kiszki marsza grały. W końcu jednak było gotowe i oddał je Smolistemu. Ten popatrzył, wyciągnął pieczątkę i mocnym ruchem przybił stempel. Pod wpływem huku z sufitu odpadło kilka płatków tynku. Diabeł wstał, pogrzebał chwilę w swojej listonoszce z brązowej skóry i wyciągnął stamtąd zatłuszczony pakunek.
-Co to?- zapytał Józek.
-Obiad z przydziału.
W paczce były dwie kanapki z pasztetową i jajko na miękko. Jajko było zimne i zgniecione, żółtko wypływało spomiędzy szczelin skorupki.
-Też pan masz pomysły- burknął Józek, ale zjadł, co co miał zrobić? W tym czasie Smolisty kończył jeść dwa pączki nadziewane dżemem z róży.
-A mój deser?- dopytywał się Józek, widząc jak diabeł wpycha sobie do ust wielką, obsypaną cukrem kulę ciasta. Diabeł zakrztusił się na chwilę, poczerwieniał i odparł ale tak jakoś chytrze, nieuczciwe błądząc oczyma gdzieś po podłodze.
-Dzisiaj deseru nie ma do bloczkowego obiadu.
„Łże”- pomyślał Józek. „Menda żeżarła mojego pączka”. I wlepił oczy w telewizor, żeby nie patrzeć jak Smolisty oblizywał z cukru paluchy. Po obiedzie Czereśny włóczył się trochę bez celu przed hostelem. Pogoda była jednak obrzydliwa, ni to mżawka, ni to deszcz a i sama okolica niezbyt ciekawa. Dwa zamknięte sklepy straszyły rozbitymi szkłami wystawowymi, jedyna czynna piekarnia wystawiła właśnie na witrynie nabazgraną ręcznie kartkę, „chleba brak. Dostawa jutro lub pojutrze”. Prędko wrócił do hostelu. Smolisty oglądał właśnie wiadomości agrarne, spikerka znudzonym tonem podawała ceny skupy żywca i pszenicy. Józek przyglądał się przez moment.
-Nic innego nie ma?
I nie czekając na pozwolenie podszedł do telewizora, by zmieniać kanał. Na drugim programie też leciały wiadomości agrarne i inna już spikerka znudzonym głosem czytała z kartki ceny skupu gryki i borówki amerykańskiej. Innych programów w ogóle nie było.
-Wieczorem ma być jakiś kryminał.- powiedział Smolisty.-Czytałem program telewizyjny. Podobno niezły, ma nawet dobre recenzje.
-O – zainteresował się Józek. –A jaki tytuł?
-„Zabójcą jest wujek.”
-Nie, no dzięki za chęci, chyba sobie jednak odpuszczę.
Dłuższą chwilę oglądali w milczeniu jak dziennikarka czyta ceny skupu marchwi i obornika.
-Ty, Rysiek...- zagaił ostrożnie Józek.
-No?- mruknął diabeł zerkając na niego leniwie jednym okiem.
-A jakiejś innej rozrywki to w tym piekle nie ma? Kino może? Albo chociaż bar.
-Jest bar „Muszelka”...- Józkowi aż serce podskoczyło z radości do gardła- ale od pół roku zamknięty.- dokończył Smolisty.- Sanepid się przyczepił. Że niby jakiś tam norm nie spełniali, że szczury czy coś tam. Ja nie wiem, czy to za mało tych szczurów było, czy za dużo. Tak tylko od kolegi słyszałem.
-No a kino?
-Kino jest... ale też zamknięte. Właściciel splajtował bo puszczali tylko „Tytanika”. Non stop „Tytanika”. No, to nikt już nie chciał go po pewnym czasie oglądać i musieli zwijać interes.
-To może park? Albo siłownia, na ten przykład?- Józek nigdy nie był pasjonatem sportu ale w tej chwili nudziło mu się tak piekielnie (oooo! „Piekielnie”- tak to bardzo dobre słowo), że gotów był nawet powyciskać parę kilo na ławeczce, ot tak dla rozrywki.
-Biblioteka jest.- odparł Smolisty po dłuższej chwili namysłu. Myślenie nie było widocznie jego mocną stroną gdyż czerwony był na pysku od wysiłku.
-Też zamknięta?
-A skądże. Czynna i to non stop. Jak wyjdziesz z hostelu to skręcisz na lewo i za trzy przecznice zaraz jest biblioteka.
Było nie było ale co było robić? Z nudów Józek powlókł się do biblioteki, chociaż przybytku tego nie odwiedzał aż chyba od podstawówki. Ostatnią lekturą, którą przeczytał były „Kajtkowe przygody”. Biblioteka owszem była, ale nie na lewo od hostelu, tylko na prawo i to po 5 przecznicach a nie 3. Długo błądził po ulicach piekła dopytując się okolicznych żuli o drogę. W końcu znalazł. Cuchnący, namolny żulik odprowadził go aż pod sam budynek tytułując ciągle „szefie” i napraszając się ślamazarnie o drobne.
-Paszoł won.- zdenerwował się Józek, gdy żulisko zaczęło wpychać mu brudne łapy do kieszeni. Szybko wszedł do środka budynku, żeby uwolnić się od wyziewów piwa „premjum ekstra mocne” i niemytego od tygodni towarzysza.
Za poodłupywanym z farby i sklejki pulpitem bibliotekarki siedziało coś co wyglądem przypominało nieudany eksperyment genetyczny, będący połączeniem pani Halinki z sekretariatu, szkolnej higienistki i cioci Wiesi, która zawsze na rodzinnych imprezach wpiernicza najwięcej bigosu, by potem podpierdywać z cicha i zwalać winę na psa gospodarzy.  Wymalowana była jak pajac na jarmarku, zbierający na dom emerytowanego klauna w Goliszczewie Dolnym.  Stara diablica powieki miała niebieskie, usta wściekle czerwone a policzki ceglane. Ubrana była w długą sukienkę w kwiatki, z falbanką u dołu i wysokim kołnierzykiem szczelnie okrywającym zwiędłą szyję. Diablica żarła kanapkę z serem a za jej plecami wisiała wielka tablica z napisem: „ uprasza się o niespożywanie produktów żywnościowych w bibliotece. Ani napoii.” Tak tam było napisane. Napoii przez dwa, krótkie ii.
-Chciałbym książkę wypożyczyć.- Józek zaczął uprzejmie rozmowę.
-Zara.- odpowiedziała po długiej chwili bibliotekarka mierząc go wzrokiem Powoli, nieskończenie powoli dokończyła kanapkę i jeszcze wolniejszym ruchem zaczęła oblizywać paluchy zakończone wymalowanymi na różowo pazurami. W trakcie tych ruchów patrzyła głęboko Józkowi w oczy a żaden mięsień nie drgnął w jej twarzy. Długo trwało zanim wycmokała ostatniego palucha.
-Nazwisko.- ni to powiedział ni to zapytała.
-Józef Czereśny.
Chwilę szukała w kartotece.
-A siedzi za...?
-Za paserstwo i chlanie gorzały.- odparł z niejaką dumą. Lekką, leciutką ale zawsze dumą.
-Bzdura!- wrzasnęła nagle bibliotekara aż z jej poobdzieranego biureczka spadła tabliczka „prosimy zachować ciszę”.- Kota trzy razy w dupę kopnął. Ja tak mam tu w dokumentacji!
-Kota może i kopnąłem raz albo dwa...
-Trzy!- wysyczał postrach biblioteki w sukience z falbanką -Trzy razy kopnął!
-No i co z tego?- zaperzył się Józek.- A ta informacja to jest koniecznie potrzebna do tego żeby coś wypożyczyć? Bo ja chciałem książkę poczytać. Komiks dokładnie. O Spidermanie.
-Nie ma.- huknęła gromko bibliotekara.
-To Potop- przypomniał mu się nagle podręcznik do hydrauliki czytany przez Krzyśka.
-Nie ma.
-To w pustyni i w puszczy.
-Nie ma.
-A co jest?
-Są wszystkie dzieła zebrane towarzysza Stalina. 

cdn...

wasza
Helga von Klusken

 p.s. to, że mnie nie ma to wcale nie znaczy, że można robić wszystko co się komu żywnie podoba. Kopiować nie wolno na ten przykład ani wydawać w jakiejkolwiek innej formie. Jeździć bez biletów nie wolno. Śmiecić na ulicach nie wolno. W ogóle to więcej nie wolno niż wolno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)