czwartek, 30 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.11- ostatnia

Koniec! Koniec! Koniec! Tym oto subtelnym akcentem chciałabym poinformować miłych czytelników o zakończeniu opowiadania "Piekło prawdziwe". Dziękuje za czas spędzony w internecie, dziękuję za wyrozumiałość względem moich przecinków, ich nadmiaru, tudzież braku.
Całość w postaci pliku PDF można znaleźć tutaj.
A tym, którzy martwią się, że godziny, które spędzili w towarzystwie poczciwego Józka i jakże sympatycznego Smolistego dobiegły końca, mówię: otrzyjcie modre oczęta i podnieście w górę zasmucone pyski. Albowiem oto właśnie pisze się książka "Piekło prawdziwe, raj utracony". Naprawdę myśleliście, że śmierć jest końcem wszystkiego a Józek i Mańka już się więcej nie zobaczą? Bo jeśli tak, to byliście w błędzie.

 Plik PDF można ściągnąć również stąd: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część jedenasta- ostatnia.


-A bloczki obiadowe to pan ma?
-Bloczki obiadowe?- jęknął Józek.- Nikt mi nic nie powiedział o bloczkach obiadowych.
Bufetowa wzruszyła tylko ramionami.
-Nie mój problem. Pan się zgłosi najpierw do kadr i wyjaśni tam wszystko. Następny!-Zawołała głośno.
 Józek odszedł na bok z pustymi talerzami bo już kolejny robotnik pchał mu się na plecy i z głośnym dyszeniem domagał się swojej porcji obiadowej. Pani Andzia siedziała niedaleko, za zaświnionym burakami długim stołem. Brała w palce kotlety i ziemniaki po czym powoli, bardzo powoli przeżuwała. Po każdym kęsie oblizywała metodycznie paluch po paluchu i wpatrywała się w Czereśnego intensywnie. Józek napił się więc na obiad zimnej wody z łazienki. Wprawdzie kran był nieczynny ale za to toaletowa spłuczka działała znakomicie. Kiedy tylko świstawka oznajmiła koniec przerwy zamiast do magazynu poczłapał, na bosaka, wolno na górę, do kadr. Stopy piekły go niemiłosiernie od dwóch lewych butów.
Pani Andzia siedziała już za swoim biurkiem i ze znudzona miną klepała pasjansa na komputerze. Upaprana była na mordzie buraczkami od obiadu. Obok niej leżało podanie jakiegoś biednego, chorego na raka robotnika, z trójką małych dzieci i umierającą na suchoty żoną. Robotnik w rozdzierających słowach opisywał swoje położenie i błagalnie prosił o przydział nowego, zakładowego mieszkania bez grzyba na ścianie i sufitach. Czerwona pieczątka na podaniu już z daleka krzyczała „Bardzo pilne!”
-Khm, khm.- odkaszlnął Józek. Czekał chwilę cierpliwie. Wolał nie narażać się kadrowej bardziej. W końcu trzy patyki kary nadal były nierozwiązaną jeszcze kwestią.
Nic. Zero reakcji.
-Khm, khm.- ponowił uprzejmie Czereśny.
Pani Andzia wsadziła długiego pazura do ucha i grzebała w nim zawzięcie.
-Czego?- warknęła.
-Pani Andziu. Bo mnie nikt nie powiedział, że to trzeba mieć bloczki obiadowe.
-Nikt nie powiedział, bo się nikogo nie zapytał.- odparła kadrowa z żelazną wręcz logiką.
No, nie da się ukryć, jego wina. Mógł się doinformować.
-To może ja bym teraz te bloczki dostał?
-Podanie napisze.
Wyciągnęła z ucha pazur na którym błyszczała imponująca ilość woskowiny i ta samą ręką podała mu kawałek wymiętolonego papieru i długopis. Na długopisie została długa smuga woszczyny. Józef nie śmiał jej wytrzeć, bo kadrowa mocno patrzyła mu się na ręce.
-No podanie.- zaczęła pani  Andzia chcąc mu pomoc albo tylko (to drugie było prawdopodobniejsze) sprawić by szybciej sobie poszedł.- Ja, Jurek Ciesielski...
-Józef Czereśny.
-Jerzy Czernakowski- poprawiła beznamiętnie kadrowa- proszę o przyznanie bloczków obiadowych. Podpisać się albo krzyżyk postawi jak nie umie.
Krzyżyk. W piekle?
Pani Andzia wzruszyła ramionami.
-No to ptaszka da.
W kilka minut podanie było gotowe. Kadrowa przyjrzała mu się krytycznym okiem, przystawiła z hukiem pieczątkę „bardzo pilne!” i dalej wróciła do swojej przerwanej gry.
Czereśny chwilę przestępował z nogi na nogę. W brzuchu mu burczało bardzo a do wymiany na jedzenie nic za bardzo już nie miał. Gaci wymieniać nie chciał, mimo, że pod spodniami teoretycznie nikt nie zauważył by ich braku. Z wyjątkiem Stefana chyba. Pot ściekał mu po czole gdy pomyślał, jak bardzo napalił by się wtedy na niego ten tłusty zboczeniec. Może nawet doszedł by do wniosku, że on Józek to tak celowo bez gajtochów lata a opiera się tylko po to by się z nim droczyć. Nawet nie chciał myśleć, gdzie wtedy przez przypadek Stefan włożył by mu swój jęzor. Obrzydliwe to było.
-Pani Andziu, kochana, a na dzisiaj z obiadem to by się dało coś zrobić?
Kadrowa oderwała wzrok od monitora i długo wpatrywała mu się w oczy.
-Nie.- odparła po dobrych 5 minutach milczenia.
-Ale ja głodny jestem. Od dwóch dni na czipsach tylko.
Pani Andzia znowu nic nie powiedziała. Sięgnęła tylko do swojej torby, wyciągnęła z niej kanapkę, odpakowała z folii aluminiowej, oblizała paluchy u obu rąk i podała ją Czereśniakowi. Kanapka była z gotowanym ozorem.
Cóż miał robić? Zjadł.
Reszta dnia wlokła się cholernie długo. Kierownik zmiany pokazał się tylko na chwilę. Józek poskarżył się mu na buty, ten pokiwał ze zrozumieniem głową. Przyniósł z kantorku nową parę po czym znowu znikł za drzwiami damskiej szatni. Nowe buty też były lewe. Jeden rozmiar 38 a drugi 46.
Mietek tym razem zajął się z rozsypywaniem pinesek, które unieruchomiły widlaka na resztę popołudnia. Czereśny musiał nosić skrzynki na własnych plecach.
Krzysiek zjawił się na magazynie lecz nie kwapił się do pracy. Wielki bandaż przysłaniał mu połowę twarzy i jedno oko. Przysiadł na ławce i zajął się polerowaniem śrubek kawałkiem szmatki wydartej z podszewki kieszeni. Oczywiste było, że to zwykła ściema i lewizna a nie robota, ale nikt mu nic nie powiedział. Nawet kierownik zmiany przyniósł mu tubkę pasty polerującej. Śrubki i tak były przeznaczone do utylizacji z powodu źle wybitego gwintu.
Najmniej problemów jak zwykle sprawiał Stefan.  Z wyjątkiem zaproszenia na kawę, podrzuceniem do szafki Józka pornograficznego, świńskiego obrazka z nagim Davidem Hasellhofem  w roli głównej i przypadkowym macaniem po dupie- nic szkodliwego nie robił.
Pożytecznego zresztą też nie.
Świstawka oznajmiająca koniec pracy zacięła się i dopiero godzinę później zauważył to ktoś z personelu technicznego. Ta dodatkowa godzina miała zostać niezapłacona bo dyrekcja stwierdziła, że to przecież nie ich wina, tylko świstawki.
Józek powlókł się do domu. Ostatni autobus uciekł mu sprzed nosa. W oddali niknęły tylne światła pojazdu a także Mietek, Krzysiek i Stefan, którzy machali do niego zza szyby. Zaczął padać deszcz. Na każdych światłach trafiał na czerwone. Psie kupy rozpłynęły się pod wpływem wilgoci i cuchnąca breja przemoczyła mu buty. Lewy okazał się być dziurawy.
W sieni domu czarny kot przebiegł mu drogę. W skrzynce na listy czekało na niego pismo od administracji. Podwyżka czynszu a także kara za przetrzymywanie nielegalnych lokatorów- 7  i pół patyka. Płatne do końca ubiegłego tygodnia. Przynajmniej klucz znowu pasował. W mieszkaniu panował smród. Niewyobrażalny smród mimo wybitych okien. Zajrzał do drugiego pokoju tknięty złym przeczuciem. Oczywiście żul nadał tam był i chrapał spod kołdry zrobionej z „Wyborczej” więc chyba udało mu się wykręcić od przekwaterowania do raju. Obok niego stała butelka po winie „wściekły rolnik” i puste sreberko po kebabie. Cholera. To on musi jeść obślinioną kanapkę z ozorkiem pani Andzi a takie żulisko ma na kebaba. Skąd on go dostał? A może ukradł? Nie, chyba nie ukradł, bo za głupio z mordy wygląda. Schylił się. Resztką silnej woli powstrzymywał w sobie wymioty gdy przeszukiwał potwornie cuchnący dobytek żula. Oprócz bloczku na śniadanie, obiad i kolację w hotelu Hilton, znalazł kupony na sałatkę krabową, zaproszenie na degustację jambalaji, ulotkę, po okazaniu której otrzymywało się darmowy kubek promocyjnej czekolady i talon na paczkę czipsów, do zrealizowania na pobliskiej stacji benzynowej. Stacja była najbliżej, z okien mieszkania można było zobaczyć jej wielki, czerwony,  niesamowicie denerwujący neon. Powlókł się po czipsy. Trochę jednak dokuczały mu wyrzuty sumienia, że ukradł żulikowi ten talon. No ale kurde, to przecież on teraz będzie musiał zapłacić karę za nielegalnego lokatora.
Na stacji kolejka była niewielka. Tylko jeden klient przed nim kupował papierosy. Posępnie wcisnął pryszczatemu sprzedawcy do rąk talon. Pryszczaty sprzedawca mrugnął do niego okiem porozumiewawczo. No tak, znowu znajoma morda.Widocznie praktykant z hostelu też dorabia sobie po godzinach.
-Przykro mi proszę pana, ale ważność talonu skończyła się wczoraj.- sprzedawca jednym zdecydowanym ruchem przerwał talon na pół. Józek był przekonany, że ważność jeszcze była dobra ale kawałki kuponu zniknęły już w koszu na śmieci. I jak on to teraz udowodni, skoro pokrywał je dokładnie gęsty sos majonezowy, który wyciekał z kartonu po frytkach?- Może mógłbym zaproponować płyn do spryskiwaczy w promocyjnej cenie dwóch za dwa? Albo woskowanie samochodu?
-A nie mógłby pan zaproponować jakiś darmowych czipsów bez talonu?
Młodzieniec smutnym ruchem rozłożył ręce.
-Taka polityka firmy. Choćbym chciał nie mogę pany pomóc. Może spróbuje pan w hotelu Hilton? Rozdawali dzisiaj 100 tysięcy promocyjnych bloczków reklamowych na śniadania, obiady i kolacje. Ważne przez miesiąc.
„100 tysięcy promocyjnych bloczków. W piekle jest w tym czasie może 8 tysięcy rezydentów, a ja kurde nie załapałem się na ani jeden.”
-A pan nie miałby może bloczka do odstąpienia?- zwrócił się pełen nadziei do klienta, który uprzednio kupował papierosy. Stał teraz przed witryną z gazetkami i udawał, że przegląda magazyn szydełkowania a tak naprawdę zerkał na świerszczyki, ustawione na najwyższej półce. Na jednym z nich, tym najbardziej eksponowanym widniało zdjęcie pani Andzi w samych brokatowych majtaskach. Okładka krzyczała ogromnym  napisem w comic sans: w środku zobaczysz jeszcze więcej! Kup, kup, kup! Józek nawet tyle nie chciał nigdy oglądać a co dopiero jeszcze więcej. Z kieszeni świntucha wystawało niedbale chyba z 20 promocyjnych bloczków z napisem „Hilton”.
-Panie Czereśny taka niespodzianka!- krzynknął świntuch. Smolisty odłożył magazyn szydełkowania z powrotem na półkę. Wybierał się chyba na daczę, gdyż ubrany był mocno po wakacyjnemu. Skarpety, sandały do połowy łydki (Józek zastanawiał się w jaki sposób założył on sandały na kopyta), koszula z hawajskim wzorkiem i wielki słomkowy kapelusz.
-Panie Smolisty,na daczę pan jedzie?
-Ano na daczę, na daczę. Wie pan, spokój, cisza, do autostrady aż 300 metrów.
-Pan mi podał zły numer telefonu- przerwał mu brutalnie Czereśny.
-No patrz pan.- zdziwił się Smolisty.- Naprawdę?
-I muszę zapłacić w pracy 3 patyki kary. Spóźniłem się też przez pana.
-Że niby co przeze mnie? Co ja pana na siłę zatrzymywałem?- zaperzył się czort. – To ja latałem z wywieszonym ozorem, po kopytach ludzi całuję, żeby pana przyjęli, dobre świadectwo panu wypisałem, mieszkanie znalazłem a pan mnie tu insynuuje, że co? Że przeze mnie panu autobus uciekł? Oj, Czereśny, Czereśny, my się w takie gierki to bawić nie będziemy. Rękę pomocną do pana wyciągłem...
-Skarpetki mi żeś pan ukradł!!!- zawył z rozpaczą Czereśny.
-...wyciągłem, z dna w sumie żem wydostał. Z dna i mułu ot co, a pan mnie tu obraża.
-To niech mi pan załatwi przeniesienie z powrotem na ziemię.- przerwał mu Józek.
-Panie Smolisty, bądź pan człowiekiem. Tyle w hostelu siedziałem, pani Andzi kanapkę zjadłem, buty mam dziurawe, czynsz mi podnieśli, w mieszkaniu śmierdzi tak, że aż w oczy normalnie szczypie a jeszcze w pracy się kolega do mnie dostawia. To przecież piekło, to nie do wytrzymania!
Smolisty wydął z pogardą wargi.
-Ojojoj!- prychnął z przekąsem.- Bucik się panu szanownemu rozkleił. Obiadu w stołówce nie wydali. Podanie trzeba było napisać. No tragedia, wielkie mecyje, klęska i dramat w jednym. Panie Czereśny,- tu diabeł zbliżył głowę do twarzy Józka i chuchnął mu w twarz bardzo mocno nieświeżym oddechem.- Panie Czereśny, tam na górze, na ziemi, to dopiero macie piekło. Wojny, krew, głód i podatki. Nieuczciwi politycy, Głupi nauczyciele. Zakłamane autorytety. Rozpustni duszpasterze, niedouczeni lekarze i Kim Kardashian. Panie, tam to dopiero jest piekło prawdziwe, bo tutaj... Tutaj to jest jeszcze lajcik.

KONIEC

wasza
Helga von Klusken

p.s. Dziękuję za nie rozpowszechnianie i nie powielanie moich teksów bez pozwolenia. Dziękuje tez mamie, tacie, dziadkowi Bolkowi i babci Krysi. Ale nie dziękuję panu Ihmanowi S. z kebaba w Roeblingen am See. To wcale nie smakowało jak kurczak.

środa, 29 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz. 10

Wielkimi krokami zbliżamy się do mrożącej krew w żyłach, artystycznie wysmakowanej, subtelnej, kultowej wręcz sceny finałowej. Czy kapitan Żbik odnajdzie walizkę ukradzioną na dworcu w Radomiu? Kogo odznaczy tym razem towarzysz Gierek medalem "za wzorową postawę kosmolca"? Czy towarzyszce Ewie pseudonim "Sroczka" uda się zainstalować podsłuch w maluchu podejrzanego? Na te i wszystkie inne pytania odpowiedzi znajdziecie w nowym opowiadaniu p.t. "cztery wesela w Sosnowcu i jedno mordobicie".

A tutaj znajdziecie całość: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
część dziesiąta

Pani Andzia, kadrowa, popatrzyła na niego surowo. Żarła kanapkę z kiszonym ogórkiem i jajkiem na twardo. Sok ściekał jej po twarzy a pokruszone żółtko przylepiło się jej do ciemnych wąsów nad górną wargą. Tym razem miała na sobie ciemnobordową, welurową sukienkę ale z taką samą idiotyczną falbanką na dole i tak samo wysoko skrojonym kołnierzykiem. Powoli, bardzo powoli skończyła swoją kanapkę i jeszcze wolniej, obrzydliwym ruchem oblizała wszystkie palce z ogórkowego soku. Tym razem paznokcie miała wściekle pomarańczowe a powieki zielone.
-Pani też zbiera na daczę, że dorabia na drugim etacie?- Józef chciał być uprzejmy ale pani Andzia nie drgnęła. Wpiła wzrok w nowego pracownika magazynu fabryki śrubek.
-2 dni pana nie było.- powiedziała chłodnym, oskarżycielskim tonem, zachrypiałym od papierosów i gorzałki.
-Uciekł mi autobus.- próbował usprawiedliwienia Czereśny ale sam nagle zorientował się jak idiotycznie to brzmi. Bo niby co? Dwa dni czekał na przystanku? Pani Andzia ponownie oblizała wszystkie paluchy i chwyciła druczek kar, leżący na biurku. Blat brudny był od plam po kawie, okruchów ciastek, wylanego mleka i tuszu od długopisu.
-To będą 3 patyki kary.- wypisała mandat, jeszcze raz oblizała palce i tymi obślinionymi palcami podała mu karteluszek. –Potrącimy panu z wypłaty.-  powiedziała.
Następnie wyciągnęła ze swojej torebki śniadaniowej kolejną kanapkę, tym razem z mortadelą i keczupem. Keczup wyciekał spomiędzy skibek chleba i plamił paluchy księgowej. Józef wyszedł z gabinetu.  Już miał zamykać drzwi, kiedy nad głową pani Andzi dostrzegł plakat. „Zakaz przyjmowania łapuwek” Tak, dokładnie tak, łapuwek przez "u otwarte". Czereśny zaczął się zastanawiać co takiego mogłoby sie spodobać raszplowatej Andzi, żeby anulowała mu te trzy patyki kary albo chociaż jej część. Może goździk? Albo rajstopy? Albo kanapka z salcesonem? Trzeba będzie pogadać ze Smolistym.
W magazynie przywitał go gruby, jowialny kierownik w przepisowym uniformie każdego kierownika magazynu, to jest obciskających dupę szortów i przepoconej koszuli. Całości imidżu dopełniał zapach płynu po goleniu „cytrynowa świeżość toalety”. Kierownik nie miał  żadnych rogów wyrastających z łysiejącego ciemienia albo wyjątkowo sprytnie ukrywał je pod bejsbolową czerwoną czapeczką z napisem: „Democracy made in jueses”
-Hohohoho! Zguba się znalazła. Masz pan tu klamoty robocze i biegnij do szatni się przebrać. Koledzy pana poinstruują co do zakresu obowiązków. No już, prędziutko, prędziutko. Uprawnienia na wózki widłowe pan masz? Nie? No to ostrożnie jedź pan mi po sali widlakiem, żeby ubezpieczenie się w razie czego nie przyczepiło. Postaraj się tym razem łba pod koła nie podkładać bo będzie panu całą wieczność deszcz do szyi kapał.–  Zarechotał ze swojego nieudanego konceptu. Wskazał mu ręką drzwi męskiej szatni, zaś sam  w radosnych podskokach znikł za drzwiami, na których przyśrubowano tabliczkę „szatnia damska. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Widocznie szef był upoważniony, gdyż zza drzwi momentalnie rozległy się piskliwe, damskie chichoty i jeden, męski, gardłowy śmiech. Józef powlókł się w stronę męskiej przebieralni ale tutaj nie czekała na niego żadna atrakcyjna kierowniczka tylko trzech kolegów ze zmiany: Mietek, Krzysiek i Stefan. Oczywiście to nie byli ci sami Mietek, Krzysiek i Stefan z którymi pracował tam na górze tylko przez przypadek mieli tak samo na imię. Czereśny przestał już wierzyć w takie przypadki. Nie w piekle.
 Mietek był niskim chudzielcem, Krzysiek średniego wzrostu mężczyzną o tatusiowej budowie ciała, a Stefan wysokim grubasem. Wszyscy żarli suchą kiełbasę. W chwili, gdy Józef wchodził do szatni ostatni jej kawałek znikł w ustach Stefana, dokładnie zmielony przez wielkie i bardzo żółte zęby. Na podłodze walało się opakowanie po kiełbasie.
-Mogli koledzy chociaż kawałek zostawić.- zwrócił się do nich Czereśny z wyrzutem. W brzuchu czuł burczenie. Ostatni, prawdziwy posiłek zjadł jeszcze w hostelu i od tamtego czasu utrzymywał się przy życiu (ha, ha przy życiu! Taki żarcik, rozumiecie... przy życiu! Tak wiec ten, tego...) dwoma opakowaniami czipsów bekonowych i hotdogiem wymienionym na stacji benzynowej za podkoszulek.
-Dwa dni nie było kolegi w robocie. To skąd mieliśmy wiedzieć, że akurat dzisiaj kolega przyjdzie?
Zaśmiali się nieprzyjemnie i cała trójka w jednej chwili wstała z ławki. Przemaszerowali obok Józka w kierunku wyjścia na magazyn. Idący na samym końcu Stefan puścił do niego oczko i nieznacznie cmoknął ustami.
„Aaa, faktycznie”- pomyślał ponuro Czereśny. „Pedała to tutaj jeszcze brakowało”.
Przebrał się w służbowe ciuchy. Kombinezon był przykrótki, koszulce brakowało guzika, oba buty ochronne były lewe. Na bosaka poczłapał w stronę damskiej szatni i zastukał do drzwi. Gromki śmiech ucichł jak nożem uciął.
-Panie kierowniku?- zapytał nieśmiało Józek.- Panie kierowniku, buty żeście mnie nie od pary dali. Można wymienić?
Nic. Cisza. Tylko za drzwiami słychać jakieś stłumione chichranie.
„Kitrają się skubańce. No przecież wiem, że tam siedzi.” pomyślał Czereśny. Jeszcze raz zastukał, tym razem głośniej.
-Panie kierowniku? Panie kierowniku, przecież pana słyszę. Ja tylko buty chciałem wymienić.
Znowu cisza przerywana źle tłumionym chichotem. Stał tam chwilę jak kołek ale było dla niego jasne, że nie otworzą. Odwrócił się więc i poszedł na magazyn. Z damskiej szatni znowu dobiegły go wybuchy głośnego śmiechu.
Oj, źle się pracuje, kiedy na nogach tkwią dwa lewe buty ochronne, w dodatku jeden od pary numer 42 a drugi 44. A jeszcze gorzej, kiedy to w takich butach trzeba popylać widlakiem po wielkim jak kościół magazynie fabryki śrubek. Koledzy jak mogli uprzyjemniali mu pierwszy dzień w nowej pracy. Chudy, niski Mietek przez nieuwagę (tak się, skurczybyk, tłumaczył za każdym razem) zostawiał na drodze widlaka drewniane skrzynki z nakrętkami, zaciskami i francuzami. Wózek wjeżdżał z impetem w zostawioną na drodze przeszkodę, gdyż Czesiek siedział zbyt głęboko w swojej kabinie i z trudem dostrzegał tylko koniec sali magazynu. Fotelu oczywiście nie dało się podnieść, gdyż ktoś uszkodził mechanizm pneumatyczny, a poduszek pod dupę też nie chciał podkładać coby resztek szacunku u kumpli nie stracić już pierwszego dnia. Za te rozjechane skrzynki darł się Mietek na niego gorzej niż premier na wiecu. Krzysiek był o tyle przyjemniejszy, że nie zostawiał żadnych skrzynek tylko sam, niby to przez nieuwagę albo zamyślenie właził pod koła widlaka i zmuszał Czereśnego do błyskawicznego hamowania. Źle ustawione palety spadały za każdym razem z wideł. Ten dureń Krzysiek miał kurde jakieś diaboliczne szczęście, gdyż za każdym razem, dosłownie w ostatniej chwili, wymykał się śmierci przez przygniecenie toną żelastwa. Jużci, rozsypane śrubki musiał pozbierać Józek, podczas gdy Krzysiek darł mu się nad głową gorzej niż prezydent na wiecu przedwyborczym. W końcu, podczas ostatniego manewru hamowania, ten skurwiel Krzysiek coś źle wyliczył i róg ciężkiej palety uderzył go w palce u stóp. Oczywiście nic się idiocie nie stało, tylko blacha w butach ochronnych wygięła się z lekka. Krzysiek wykorzystał jednak ten incydent, by zmyć się z sali, niby że to do pielęgniarki i nie wrócił już do końca zmiany.
Z całej trójki najmniej problematyczny okazał się Stefan, bo oprócz ocierania się o Józka w ciasnych przejściach między regałami, łapania go niby przypadkiem za krocze i pupę, oraz (bezdyskusyjnie było to zupełnie niespodziewanie zdarzenie losu) włożenia mu w ucho wilgotnego jęzora- niczym innym go nie dręczył.
O pierwszej po południu świstawka wyśpiewała przerwę obiadową. Czereśny powlókł się za kolegami. Kantyna fabryki mieściła się gdzieś w niewentylowanej piwnicy, śmierdzącej starą, przekwaszoną kapustą i baranim łojem. Przynajmniej droga do stołówki była doskonale oznakowana strzałkami z napisem „do sekretariatu i działu amortyzacji. Petenci są proszeni o nałożenie folii ohronnych na buty. Folia do kupienia w dziale sekretariatu.” Tak tam było napisane. Ohronnych przez samo „h”.
Pełno było i głośno. Każde miejsce zajęte, wielu jadło obiad stojąc, opierając talerze o parapety albo głowy siedzących. W kolejce do okienka wydawania posiłków dostrzegł Krzyśka flirtującego ze stojącą przed nim panią Andzią. Zaloty w jego wydaniu polegały na podszczypywaniu jej po grubym dupsku i macaniu po udach. To znaczy on z nią flirtował a ona z nim to chyba jednak nie za bardzo, bo odwróciła się i jednym, prostym, celnym ciosem złamała mu nos. Józek z satysfakcją przyglądał się, jak Krzysiek, trzymając się za kinola i buchając krwią spomiędzy palców biegnie do pielęgniarki zakładowej. Przynajmniej teraz to naprawdę miał powód, żeby tam pójść.
Na obiad były buraczki na gęsto, mielone, ziemniaki i kompot z truskawek. Józek nie pamiętał kiedy po raz ostatni tak bardzo burczało mu w brzuchu. Idąc za przykładem kolegów ustawił na plastikowej tacce wyszczerbiony talerz i niedomyte sztućce. Stara bufetowa nie bawiła się w wielkopańskie ceregiele tylko tą samą chochlą nalewała z czterech stojących za nią kotłów buraki, ziemniaki, mięso i kompot. Kiedy przyszła jego kolej, przyjrzała mu  się nagle podejrzliwie.
-A bloczki obiadowe to pan ma?

cdn...

wasza
Helga von Klusken

P.s. pewnie i tak nikt nie czyta postscriptum, więc jazda z koksem. Każdy, kto napisze do mnie mejla, na hasło "Szczeżuja" otrzyma komplet chusteczek higienicznych, znanych też pod nazwą glucioszki. A na tych którzy się ośmielą publikować moje teksty bez pozwolenia też czekają glucioszki. Tylko, że używane.

wtorek, 28 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.9

Uff... dobiliśmy do magicznej dziewiątki. Odcinek nadal jest publikowany pod moją nieobecność (to znaczy mam taką nadzieję, że się opublikował). Wy poczytajcie sobie a ja oddam się urokom remontu generalnego.
A czy ja wam mówiłam, że u mnie w chałupie na wsi straszy? Serio. To znaczy nie tyle co straszy, co poprzedni właściciel chyba niezupełnie zdaje sobie sprawę, że umarł. Już się przyzwyczaiłam, że czasami można go spotkać w pralni albo jak rankiem chodzi sobie po ogrodzie. Myślałam, że Steff mi na zawał zejdzie, jak go zobaczył pierwszy raz.
-A tak, tak.- powiedziałam. -To jest stary Fryc, który umarł tu przed trzema laty. Już się zapoznaliście?
Dlatego właśnie nocami, jak to na rasowego tchórza przystało, trzymam zapaloną lampkę. Bo dopóki Fryc łazi sobie po schodach w górę i w dół to nic mnie  nie rusza. Ale nie lubię, jak mi do sypialni zagląda. Panie Fryderyku, jak to tak można?

 Kompletna wersja do poczytania i ściągnięcia również tu: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część dziewiąta



Podszedł do kraty i zauważył, że masywna kłódka wisi, owszem, ale wcale nie jest zaciśnięta na zasuwce, tylko na bolcu z przodu i wcale, ale to wcale, nie blokuje przejścia na piętro. Wystarczy tylko lekko popchnąć kratę by ta odsunęła się z cichym zgrzytem. Na półschodach wywieszona była tablica lokatorów. Wynikało z niej, że mieszkanie numer 13 znajduje się na drugim piętrze. Mieszkanie było oczywiście na trzecim. Przynajmniej klucz pasował. Czereśny z ulgą otworzył drzwi i wszedł do swojego, pierwszego w piekle, prawdziwego mieszkania. Cuchnęło wilgocią i zgnilizną podłogi. Było małe, dwupokojowe ale bardzo wysokie, jak to w starym budownictwie.  W pierwszym pokoju szyby w wykuszowych oknach były wybite. W drugim pokoju spał na kartonach jakiś nieznany mu żulik, nakrywszy się dużymi płachtami gazety wyborczej. Żulik śmierdział winem, moczem i wymiocinami. Józek postanowił przezornie nie ruszać znaleziska. Zgłosi jutro cieciowi i niech sobie potem administracja robi z nim co chce. Ściemniało się. Idąc za przykładem żulika zgarnął w róg pokoju stare kartony i z westchnieniem ulgi ułożył się na podłodze. Przysunął płachty gazet, jakby chciał się w nie otulić niby w mięciutką, puchową kołdrę. Już, już zapadał w sen, kiedy to z mieszkania z lewej strony jakaś zakochana parka zaczęła głośno uprawiać miłość. Wysokie mieszkania mają tę właściwość, że akustyka jest tu doskonała. Jęki, wzdychania i łomotanie łóżkiem o ścianę ciągnęły się jeszcze długo, długo w pochmurną, deszczową noc.
Dokładnie o 5.30 rano zadzwonił dzwonek do drzwi. Ktoś położył palec (a Józef był nawet pewny, że to był czarci paluch z długim, niemytym pazurem) i nie zdejmował go z przycisku ani na sekundę. Zerwał się z podłogi jak nieprzytomny i długą chwilę błądził po mieszkaniu, próbując dowiedzieć się kim jest, co takiego tutaj robi i co tu tak cuchnie. Jego podświadomość zlitowała się w końcu nad zamroczonym umysłem i psim węchem znalazł drogę do drzwi. Smolisty pogwizdywał sobie cicho, kopytkiem do taktu stukał, jedną rękę włożył w dziurawą kieszeń aż mu z niej nieobcinane pazury wystawały, drugą położył na przycisku dzwonka i ani myślał jej zdjąć mimo, że zaspany Józek stał przed nim i chuchał mu w twarz swoim nieświeżym oddechem. Zareagował dopiero po dłuższej chwili, kiedy to piętro niżej zaczęły otwierać się drzwi a przekleństwa i krzykliwe jęki wiły się po schodach w górę i w dół.
-Zwariowałeś?-wrzasnął Józef.- Ludzi pan pobudzisz.
Wtedy dopiero Smolisty zdjął palec z dzwonka i bezceremonialnie wpakował się mu do  mieszkania. Węszył po wszystkich pomieszczeniach aż natknął się na chrapiącego żulika. Skrzywił tylko mordę z zażenowania.
-No co?- zachichotał głupkowato.- Się już pan urządzać zacząłeś.
-Idż pan bo jak pana...- ręka Czereśnego sama wystrzeliła w przód a Smolisty uniósł służbową teczkę w geście obronnym
-Urzędnika? Urzędnika piekielnego? Na służbie?- wrzasnął. Józef wzruszył ramionami.
-Na jakiej tam służbie. Wczoraj żeście przecież na urlop, na daczę pojechali.
-Ale to było wczoraj a dzisiaj jest już dzisiaj.- odparł czart  z żelazną logiką. Ponieważ w mieszkaniu nie było mebli usiadł tłustym zadkiem na parapecie wykuszowego okna i zaczął grzebać w brązowej listonoszce. Torba pełna była dokumentów, papierków po kanapkach a ponadto Józef, zarzucając w jej głąb dyskretnego żurawia, zobaczył skarpetki, które ktoś mu ukradł 3 tygodnie temu. Już, już chciał dziób otwierać coby swoją własność odzyskać ale w porę zreflektował się i smętnie spojrzał na swoje gołe stopy w butach. Przecie, że się, jucha, wyprze. Powie, że to jego, wąchać jeszcze każe albo na swoje kopyta naciągać i po skarpetkach, bo jak on udowodni, że to jego własne, józkowe? Nie, tu trzeba sposobem. Ot, zagadać, odwrócić uwagę i dopiero wtedy- łapę do listonoszki i skarpety dyskretnie buch. I w garści trzymać, nie popuszczać a jakby rogaty zaczął krzyczeć to prędko na giry zakładać i mówić, że to moje. Smolisty nadal czegoś szukał, kilka papierzysk do gęby powkładał, tak że wyglądał przy tym głupio. Nie tak normalnie głupio jak zwykle, tylko zdecydowanie bardziej. W końcu jednak chyba znalazł to czego szukał.
-No!- sapnął.- Obywatel Makłowiec?
-Czereśny, panie Ryśku. Przecie pan mnie zna.
Czart spojrzał na niego spod byka.
-Kogo znam to znam, a kogo nie znam to nie znam. Pan mnie tu nie będzie insynuował jakiś podejrzanych znajomości. Obywatel Makłowiec?- krzyknął raz jeszcze i owionęła ich struga ohydnego fetoru. W drzwiach stał zaspany żulik, trąc oczy i ziewając szeroko. W otwartej paszczy brakowało mu wszystkiego, oprócz przeraźliwego smrodu.
-Panie kerowniku...-wycharczał.- Panie kerowniku...
-Panie mnie tutaj nie kierownikuje obywatelu, - przerwał mu zimno Smolisty.- tylko niech pan wyciąga kopyta i się zbiera. Pańska kara dobiegła już końca. Na dworcu autobusowym szukają pana od godziny, autobus chce jechać, kierowca szaleje, wycieczka drze mordy jak opętańce. Śmigaj pan tam ale to już i zameldujcie się u swojego koordynatora socjalnego.
-Ale ja nie chcem jechać panie kerowniku.- mruknął ponuro żul.
-Oczywiście, że chce pan jechać.- przerwał mu Smolisty dość brutalnie.- Wszyscy chcą jechać do raju. Wy mie ty nie wmawiajcie, że nie chcecie bo takie są ustanowienia władzy, a władza lepiej od pana wie co pan chcesz a czego nie. Pan już karę odbył panie Makłowiec i dla pana nie ma już miejsca w naszej ewidencji. Żegnam i won stąd.- pazurem wskazał mu drzwi. Żulik zebrał swoje bety. Zapakował  całą swoją ruchomość, stare spodnie, kilka rozpadających się książek i śmierdzące kartony między którymi tkwiła zapomniana butelka wina „czar córki sołtysa”. Zawiązał to w  zgrabny węzełek i chlipiąc wyszedł na schody. Taką miał czarodziejską w sobie właściwość, że żul poszedł a smród został i nijak nie chciał sobie pójść razem z żulem. Czart zatarł ręce z radości aż zaśmierdziało siarką.
-No to teraz dalej robimy porządki. Czereśny...Czereśny...- zajrzał do swojej kartoteki.- mam dla was pracę Czereśny.
-Pan, panie Ryśku? Myślałem, że mam czekać na koordynatora?
-I co? Marzyła się panu cycata blondynka w związku z tym?
Józef już miał odeprzeć przekornie „owszem”, ale w porę ugryzł się w język.
-To na etacie koordynatora też pan robi?
-Jak widać- westchnął Smolisty.- Daczę piękną kupiłem, mówiłem już panu? Cisza, spokój, aż 300 metrów od A9 tylko że stała ciut za długo i trochę jej się zgniło. Domek by się przydało wymurować, jakiś porządniejszy, prąd poprowadzić, kibel wybetonować.
-No toś chyba pan przepłacił.
-A skąd- obruszył się diabeł.- Promocyjna cena. Tylko teraz jeszcze ten domek i już można się cieszyć pięknymi okolicznościami przyrody. Żyć nie umieraż panie Czereśny, żyż nie umierać.
Po chwili dotarło do niego co tak naprawdę powiedział i gapił się w Józefa, głupio wybałuszając gały. Na gębie czerwieniał coraz bardziej. Ale nie przeprosił, skubany, mimo, że kwestia życia i śmierci była tak drażliwa w piekle. Z durnym, czyli normalnym, wyrazem pyska wrócił do swoich papierzysk.
-Będzie pan magazynierem w fabryce śrubek, dzwonili stamtąd że właśnie im fachowca do magazynu potrzeba.
-Ale ja n-i-e-n-a-w-i-d-z-i-ł-e-m swojej pracy w fabryce śrubek za życia.- wycedził przez zęby Józek wolno i dokładnie akcentując słowo „nienawidziłem”.  Smolisty rozłożył ręce w geście bezradności.
-A pan to myśli, że na wakacjach tu jest? To piekło kochanieńki jakbyś pan nie zauważył. Ruchy, ruchy, bo panu zmiana przepadnie a musicie jeszcze karę zapłacić za te klucze, które zgubiliście.
-Które mi pan ukradł!
-Nie będziemy się tutaj bili na pomówienia. Dowody pan masz?
No nie miał, bo niby skąd?
-To chociaż skarpetki mi oddajcie.
-Moje skarpetki?- Zdziwił się Smolisty. Jednym ruchem wyszarpnął z listonoszki skarpety i zaczął je wpychać na swoje czarne, brudne kopyta.- Moje własne skarpetki miałbym panu oddawać? Ale one są szyte na zamówienie. Patrz pan jak na mnie pasują! – i wyciągnął wysoko nogę w górę, majtając kopyciskiem przed nosem Czereśnego.
„Łże, jucha”
Oczywiście, że łgał. Skarpetka tylko do połowy weszła na kopyto, pięta natomiast smętnie z niego zwisała. Smolisty podyktował mu jeszcze adres fabryki i wyszedł z mieszkania szurając nogami. Ze skarpet zrobiły się strzępy. Józef patrzył na niego ponuro.
-A jakby miał pan jeszcze jakieś pytanie do koordynatora socjalnego to proszę do mnie dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Proszę się nie krępować, ja zawsze jestem do pańskiej dyspozycji.-  czart wcisnął mu w garść swoja wizytówkę z numerem komórki i zniknął na schodach. W centrali powiedzieli Czereśnemu, że oczywiście: „nie ma takiego numeru”.
A do fabryki i tak się spóźnił. Smolisty podyktował mu adres „Jaszczompka 4”, a ulica przy której stała fabryka nazywała się Jastrzębska 4 i znajdowała się w zupełnie innej stronie miasta.
-No i co ja teraz zrobię?- zapytał się miłej panienki siedzącej na portierni w biurze informacji podatkowej na Jaszczopmka 4. Panienka miała malutkie różki schowane pod blond czupryną i żuła zawzięcie gumę. Tą samą już od tygodnia chyba, taka była obrzydliwa.- Spóźnię się do roboty i wywalą mnie już pierwszego dnia. A ja muszę kaucję za klucz zapłacić.
-To niech pan autobus weźmie.- poradziła mu życzliwie panienka i wskazała palcem na wiatę, stojącą po drugiej stronie ulicy. Z rozkładu wynikało, że autobus miał się zjawić za 10 minut. Może jeszcze zdąży na swoją zmianę? Minęło 10 minut. Autobus nie nadjeżdżał a na dodatek zaczęło padać. Stał tam kolejny kwadrans, potem jeszcze dodatkowe 15 minut, potem pół godziny i kiedy już było wiadome, że na swoją  zmianę absolutnie nie zdąży przechodząca właśnie ulicą staruszka uświadomiła go, że wiata to tylko była dla autobusu zastępczego na czas remontu ulicy przed dwoma laty. Właściwy przystanek jest za rogiem, obok cukierni. Pewnie jakiś chuligan zdarł informację z tablicy. Moknąc i klnąc powlókł się na wskazany przystanek. Autobus właśnie odjechał, następny miał być za 45 minut.
„Za jakie grzechy?”- pomyślał patrząc na oddalające się tylne światła wehikułu i przypomniał sobie, że to za kopanie kota. Więc więcej nic już nie myślał tylko stał, zmarznięty i zmoczony, wypatrując w oddali smukłej sylwetki pojazdu. Do cukierni nie śmiał wejść, żeby nie przegapić kolejnego połączenia, choć sprzedawczyni, chyba jak na złość, wystawiła w oknie świeże, ciepłe pączki.
Tylko z tą robotą to jednak było zupełnie inaczej niż przypuszczał. Spóźnił się, owszem, ale nie godzinę tylko całe dwa dni. Wprawdzie Smolisty przyszedł go zawiadomic o przyznaniu pracy w tym samym dniu, w którym ja faktycznie dostał. Pierdzielec, zapomniał go poinformować, że wtedy, kiedy siedzieli tak obydwoje na wykuszowym parapecie, to jemu, Józkowi, właśnie kończyła się zmiana nocna.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Wszystkie teksty na blogu przeznaczone są wyłącznie do prywatnego użytku. A jakby ktoś nie wiedział co to znaczy "do prywatnego użytku" to przysięgam, że poszczuję starym Frycem.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.8

Piszę, piszę i końca nie widać. Miłe opowiadanie o sympatycznym diabliku miało, w zamierzeniu, zawierać nie więcej niż 5000 słów. Na razie jest 10 000, ich liczba nadal rośnie w zastraszającym tempie. Żeby się mnie tak ilość cholesterolu we krwi tak zmniejszała jak przyrasta tej pisaniny, hej!

 Tutaj całość: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część ósma


-No, Czereśny zbierajcie się.- powiedział któregoś ranka Smolisty.- Przydzielono wam w końcu mieszkanie i waszego koordynatora socjalnego.
Józek bił właśnie otwartą dłonią w automat do gry. Po trzech miesiącach cholernej nudy znalazł, całkiem przypadkiem, poprzedniego wieczoru salkę z paintballem i jednorękim bandytą w piwnicy hostelu. Dwa automaty były zepsute a trzeci ciągle połykał wrzucane monety i zawieszał się bezustannie ale była to jednak jakaś miła odmiana po tylu dniach bezczynności przeplatanej z czytaniem na wyrywki dzieł zebranych Stalina. Jeszcze wczoraj robił Smolistemu wyrzuty, że ten nie powiedział mu o salonie gier ale diabeł wykręcał kota ogonem i zarzekał się, że Józek przecież wcale go o to nie pytał. O kino pytał, owszem, tak samo jak i o bar czy park. Ale o jaskinię gier to już nie a przecież jakby zapytał to on, Smolisty by mu o wszystkim powiedział, z ręką na sercu, słowo harcerza. Czart czytał przy tym kolejny odcinek komiksu o Spidermanie mimo, że miła pani Andzia ciągle jednak nie zdążyła wciągnąć komiksów do ogólnego rejestru czytelni. Za każdym razem warczała na Józka „pan mnie nie popędza, się przecież robi”, kiedy tylko pytał o komiksy.
-Co to za denuncjator socjalny?- zapytał Józek. Smolisty pokiwał z politowaniem głową.
-Koordynator, Czereśny, koordynator. Poprowadzi was za rączkę, żeby wasz pobyt w piekle mógł się na dobre rozpocząć.
-Rozpocząć???- Józek uderzył ręką jeszcze raz i maszyna z żałościwym jękiem wypluła monetę, po czym spalił się tranzystor i ekran zgasł. W sali rozległ się swąd palonej gumy. – A ja myślałem, że to jest właśnie właściwe piekło i gorzej być już nie może. Winda nie działa, w łazience zalęgły się karaluchy, w jadalni spalił czajnik i do tej pory nikt nie przyniósł nowego. Z materaca wychodzą mi sprężyny, gruby nie zmienił skarpetek ani razu odkąd tu jestem. Ani razu - zaakcentował ze zgrozą- i nocami wiesza je na poręczy łóżka tak, że mam je prawie, że pod nosem. A do tego ktoś zwędził mi papierosy.
-Świnia.- powiedział współczująco Smolisty i poklepał go po plecach.
-Pewnie, że świnia. Sami widzicie i jeszcze mi mówicie, że mój pobyt to dopiero się zacznie.
-No bo tu to jest przejściowo, to jeszcze taki lajcik jest. Ale dacie rade Czereśny, dacie se rade. Macie- tu podał mu inne klucze i oficjalny przydział na mieszkanie, zapisany na paragonie z Biedronki. Brelok znowu był wielki jak pokrywka od garnka.- Tu mi pokwitujecie a tu macie adres. Nie zgubicie się, piekło nie jest znowu takie wielkie. A teraz zdajcie klucze od pokoju i możecie sobie iść. Jutro zamelduje się u was koordynator.
-Nie mam kluczy.- wyznał ponuro Józek.- Ktoś mi ukradł.
-Uuuu...- Smolisty poskrobał się z zakłopotaniem po różkach.- No to kara urzędowa będzie. Kaucje trzeba zapłacić.
-Ile?
-Co najmniej z 5 patyków. Będziecie z wypłaty ratami oddawać. A teraz idźcie już.
Kiedy wychodził z hotelu zauważył pokrywkę z garnka od mleka wystająca w brązowej listonoszki Smolistego. Do pokrywki przyczepione były klucze z wygrawerowaną cyfrą „13”.
„Świnia” pomyślał ze smutkiem Józek. „Rogata świnia.”
Nowe mieszkanie mieściło się na alei imienia magistra inżyniera Teodora Puczka. Numer domu 13. Numer mieszkania oczywiście 13. W bramie siedział czarny kot i biegał od jednego jej końca do drugiego, bez ustanku. Kot wyglądał jak na niezłym haju. Nie można było obok niego przejść tak, żeby choć raz nie przebiegł drogi.
-A czego tu?- z głębi ciemnej sieni wyłonił się nagle dozorca w poplamionym fartuchu. Był niski, zasuszony a resztki siwych włosów czesał „na pożyczkę”.
-Mam przydział na mieszkanie.
Dozorca wygiął usta w podkówkę i wzruszył ramionami.
-Ja tam nic nie wiem. Ja tu tylko sprzątam.
 Józek wyciągnął z kieszeni spodni zwinięty w ósemkę kawałek papieru i podstawił go pod nos ciecia.
- Tu jest napisane. Inżyniera Puczka 13. Numer domu 13. Dla Czereśnego Józefa. Ja jestem Czereśny Józef i mam tu mieszkać.
-Nadal nic nie wiem.- dozorca wzruszył ramionami jeszcze raz i zaczął obojętnie zamiatać sień rzucając z ukosa nieufne spojrzenia na przybysza. Wzniesiony obłok kurzu i pyłu umiejętnie kierował w stronę intruza. Miał, skurczybyk, w tym niemałą wprawę, gdyż Czereśniak zaczął kichać i kaszleć.
-Klucze mam. – powiedział między jednym kichem a drugim.-Może mi pan otworzyć drzwi do klatki?- wskazał na grubą kratę blokującą drogę na piętra. W zasuwce tkwiła potężna kłódka.
-Ale to tylko dla lokatorów.- mamrotała cicho stara zasuszona śliwka w osobie dozorcy.
-No, ale ja mam przydział. Przydział i klucze. Jestem lokatorem, proszę mnie wpuścić.
-Ja nic nie wiem, nic nie słyszałem. Jak pan ma tu mieszkać to proszę się zgłosić do administracji. Oni tam sobie z panem wszystko wyjaśnią- odparł starzec prostując się z godnością i opierając na brzozowej miotle.
-To gdzie ta administracja?- zapytał po namyśle Józek.
-Na inżyniera Puczka 13.
-Czyli tu?
-No tu?
-To gdzie?
-Na górze.
-To proszę mnie wpuścić do administracji.- Czereśny był już wkurzony nie na żarty.
-A był pan wcześniej umówiony?- zmiażdżył go kontrargumentem staruszek i popatrzył na niego z wysokości swojej miotły. Po czym stanął dokładnie naprzeciwko kraty dając przybyszowi do zrozumienia, że będzie bronił dostępu do tej ciemnej, zafajdanej sieni, choćby miał na jego głowie swoją miotłę połamać. Czereśny westchnął ciężko i powlókł się w stronę hostelu. Zaczęła siąpić obrzydliwa, drobna mżawka.
W hostelu nie zastał Smolistego tylko jakiegoś innego diablika, młodziutkiego, zapewne dopiero praktykanta.
-Towarzysza Ryśka nie ma. Na daczę pojechał.- odpowiedział na pytanie o czarta.
-Trzy miesiące korzeniem tu siedział, nawet za róg ulicy nosa nie wyściubił a teraz nagle na daczę pojechał? Przecież z nim rozmawiałem przed godziną.
- Ale to było przed godziną. A teraz jest godzina później.- Nie można było zarzucić rozumowaniu diabelskiego praktykanta błędów logicznych. W telewizji leciał program o plewieniu kalarepy.
Józek poczuł się nagle bardzo zmęczony.
-Chłopcze to skontaktuj mnie z kimś kompetentnym. Z kimś, z kim mógłbym porozmawiać na temat mojego mieszkania. Dostałem przydział na mieszkanie ale nie mogę do niego wejść bo jakiś ciul blokuje mi przejście na piętro.
-A z administracją pan już rozmawiał?- zapytał praktykant.
-Administracja też jest na piętrze.
-To niech pan się umówi  i zarezerwuje sobie termin.- poradziło mu życzliwie diabelskie pacholę.
-Mogę tam zadzwonić?
-A gdzie to jest?
-Na Puczka.
-Aaa...- twarz diablęcia uciągnęła się nagle. Widać było, że chce mu pomóc ze wszystkich sił ale ciągle napotyka na nieprzewidziane trudności.- Na Puczka to jeszcze nie podciągneli żadnej linii telefonicznej. Musi pan się umówić osobiście. – i odwrócił się od niego, gdyż w tej samej chwili do hostelu weszła hałaśliwa grupa niemieckich emerytów i głośno, szczekliwie domagali się kluczy do pokojów.
-Pan wybaczy- szepnął diablik półgłosem.- Ważni goście. Oni mają tu rezerwację od 1939.
Po tych słowach zaczął wydawać Niemcom klucze. Tłuści, opaleni, wyżarci potomkowie Germanów zajadle kłócili się o prycze przy oknie i z widokiem na hutę szkła. W końcu nikt nie chciał spędzić całej wieczności w niekomfortowych warunkach.
Cóż było robić? Powlókł się z powrotem na Puczka a deszcz mżył bez ustanku. W sieni nie było już ani kota ani dozorcy. Podszedł do kraty i zauważył, że masywna kłódka wisi, owszem, ale wcale nie jest zaciśnięta na zasuwce, tylko na bolcu z przodu i wcale, ale to wcale, nie blokuje przejścia na piętro. Wystarczy tylko lekko popchnąć kratę by ta odsunęła się z cichym zgrzytem.

cdn...

wasza 
Helga von Klusken

p.s. jak to w życiu zwykle bywa, kto kopiuje nielegalnie ten po mordzie obrywa.