niedziela, 26 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.7

Wam to dobrze. Wy sobie czytacie, brzuchem do góry leżycie- jednym słowem lenistwo aż od was promieniuje subtelnym blaskiem z leciutką nutką mięty. A ja ganiam po schodach w górę i w dół, tu przyszpachlować, tu podkleić bo tapeta jednak trzymać się nie chce, rurkę od wanny podłączyć do kuchenki, okno wycyklinować, parkiet otynkować. Wykształcenie to się jednak przydaje. Co ja bym zrobiła bez dyplomu murarza-tapeciarza zdobytego korespondencyjnie?

 Utwór można pobrać bezpośrednio również stąd: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część siódma


-A co jest?
-Są wszystkie dzieła zebrane towarzysza Stalina.- tutaj bibliotekara wyciągnęła z szuflady nową kanapkę, dając tym samym do zrozumienia, że rozmowa skończona. Józek chwilę błądził pomiędzy szafkami nim wybrał na chybił trafił trzeci tom dzieł zebranych zatytułowany: „o pracy kolektywnej narodu” i postawił parafkę na karcie książki. Wychodząc z biblioteki zauważył, że bibliotekara ukradkiem podczytuje komiks o Spidermanie, który trzyma otwarty na podołku. Spoglądała na niego chytrze.
-A jednak macie komiks.- oburzył się, nieświadomie tytułując diablicę per "wy". To chyba wpływ opasłego tomiska, który trzymał pod pachą.
-Egzemplarz jest jeszcze nie wciągnięty do rejestru biblioteki.- warknęła diablica.- Jak wciągnę to pożyczę.
Józek nie wątpił, że wciąganie będzie trwało bardzo długo. Może nawet całą wieczność.
Wrócił do hostelu. Zauważył, że Smolisty ogląda właśnie nędzny western w którym trup słał się gęsto ale przełączył natychmiast, gdy tylko zobaczył w progu drzwi Józka. Spikerka nadawała znudzonym tonem ceny skupu buraka pastewnego. Józek jednym skokiem znalazł się przy telewizorze ale na pierwszym programie leciała teraz reklama środka na chwasty, między jednym blokiem wiadomości agrarnych, a drugim kanale zdawano właśnie relację w inspekcji ministra rolnictwa we wzorcowej chlewni. Podpis pod filmem głosił: „minister rolnictwa (drugi od lewej) w otoczeniu świń”. Innych kanałów nie było.
-I co? Spotkaliście Andzię?- zapytał Smolisty.
-Nie. Tylko starą, wypacykowaną raszplę.
-No to Andzia.- Smolisty rozpromienił się. –Miła babeczka, no nie? To kuzynka mojej babci ze strony dziadka od trzeciej ciotki matki mojego brata. I pogada, i uśmiechnie się zawsze serdecznie do czytelnika, ciasteczkiem domowego wypieku poczęstuje. Wszyscy ja wprost ubóstwiają. Baaardzo pomocna i bardzo serdeczna.
-A faktycznie. Obiecała mie komiks o Spidermanie jak tyko wciągnie go do rejestru.- zauważył sarkastycznie Józek.
-O, to już nowy przyszedł?- ucieszył się Smolisty.- No patrz pan, poprzedniego Spidermana jeszcze nie doczytałem a oni już maja nową cześć. Chyba zajrzę dzisiaj po pracy.
Józka, w przeciwieństwie do recepcjonisty, przestało już cokolwiek dziwić.
Na kolacje dostał grysik na mleku, który zjadł na stojąco, podtrzymując talerz od spodu jedną dłonią a w drugiej dzierżąc łyżkę z ułamanym trzonkiem. Smolisty twierdził, że żadnej innej nie znalazł. Wprawdzie przy odrobinie dobrej woli ze strony diabła mógłby postawić talerz na blacie recepcji ale czort, widząc do czego zmierza Józek, szybko rozwalił się tam ze swoimi papierzyskami, niby to z pracy. Zarzucił dokumentami każdy wolny skrawek biurka. Nie przeglądał swoich dokumentów ani nie porządkował druczków tylko ukradkiem rozwiązywał krzyżówki panoramiczne. Czynił to jednak tak niezręcznie, że Czereśny od razu przejrzał jego grę.
-Posunęlibyście się trochę.- poprosił go.- Niewygodnie tak jeść.
-Mowy nie ma- zaperzył się recepcjonista.- Jeszcze mi ważne dokumenty mlekiem pochlapiecie i co ja będę mówił przed szefostwem?- Postukał znacząco w stertę dokumentów. Na pierwszym z nich widniał odrysowany odręcznie, bardzo niechlujnie, diagram zatytułowany „zmiana ceny skupu fasolki szparagowej w latach 1967-1974”.
Józek skrzywił się tylko i siorbnął swojego grysiku. Mdły był jakiś i nie do końca ugotowany.
-Wcale niesłodkie.
-No bo do kolacji bloczkowej nie dodają cukru. Żeby wam się próchnica przez noc na zęby nie rzuciła.- wyjaśnił prędko Smolisty, ale poczerwieniał tak trochę dziwnie na gębie i wzrok mu się zrobił chytry, oj, bardzo chytry. Józek zauważył, że słodzi swoją wieczorną kawę dwiema tutkami cukru.
„Menda”- żuł tylko w myślach przekleństwo.”Pewnie żre mój cukier.”
 Wieczór zapadał bardzo szybko a Smolisty wcale nie szykował się do opuszczenia hotelu. Pił właśnie trzecią kawę.
-Nie idziecie do domu? – zagadnął Józek- Nocną zmianę macie?
-No.- odparł czart, jednym okiem zapatrzony w telewizor a drugim w 1000 panoramicznych. W czarno białym ekranie majaczył niewyraźnie kryminał o nudnym, złym scenariuszu. Zabójcą istotnie był wujek, gdyż pokazali to już w pierwszej scenie.- Wziąłem dodatkową fuchę za kolegę. Na daczę zbieram. Mówiłem wam już? Cisza, spokój.
-No.- mruknął półgębkiem Józek i powlókł się na górę, nie wysilając się nawet by życzyć biesowi dobrej nocy. Zresztą, Smolisty nawet tego nie zauważył, zajęty bym bowiem jednocześnie i krzyżówkami, i kryminałem, i odpalaniem papierosa z paczki, którą zwędził sprytnie z Józkowej kieszeni.
W pokoju numer trzynaście trzech lokatorów leżało na swoich pryczach i żarli słone paluszki. Józek zauważył, że z chwilą gdy wszedł do pomieszczenia ostatni z paluszków znikł w potężnych ustach grubasa.
-Zostawilibyście chociaż trochę dla mnie panowie.- poskarżył się.
-Nie wiedzieliśmy, że pan wróci.- odparł bezczelnie chudy nerwus z dolnej pryczy.- Myśleliśmy, że dostał już pan przydział na mieszkanie.- oczywiście łgał w żywe oczy. Józek wdrapał się na dolną pryczę i zamknął powieki. Nawet nie próbował dostać się do łazienki, żeby chociaż umyć zęby. Ciągle była zajęta przez kogoś innego. Mniej więcej po godzinie względnego spokoju, w trakcie której grubas i chudy opowiadali sobie konfidencjonalnym szeptem kawały o „Rusku, Niemcu, Polaku i diable”, chichrając się przy tym bezustannie, z lewej strony korytarza dobiegł huk zamykanych z wściekłością drzwi. Zaraz potem, z pokoju po lewej stronie rozległy się podniesione głosy drącej mordy pary. Na wigorze im nie zbywało. Ona wyzywała mężczyznę od parszywych świń, zjełczałych kastratów i cuchnących sufrażystów a on nie był jej dłużny nazywając ją wprost i bez kwiecistych ozdobników zwykłą kurwą. Potem chyba zaczęli się bić, bo ściana, przy której wisiała prycza Józka, chwiała się od łupów, cupów  i wstrząsów a z sufitu poleciał tynk. Po prawej stronie ktoś nagle rozpoczął remont gdyż w rytm wrzasków wdarła się przemocą melodia wiertarki udarowej i przecinaka. Skuwano widocznie płytki, raz po raz rozlegał się trzask tłuczonego porcelitu. Babcia mieszkająca w jedynce naprzeciwko 13 rozpoczęła właśnie słuchanie wieczornej audycji radia Maryja a z głośnika pobiegła skoczna melodia „Boże coś Polskę”.
-Przez teeee wszyyyyystkie wieeeeeki- darła ryja moherowa. Kołomyja trwała chyba z dobre dwie godziny, w trakcie której sześć razy bezskutecznie interweniowali policjanci. Nikt im jednak nie otworzył, więc postukali trochę jeszcze  gumowymi pałkami po zniszczonych drzwiach, w rytmie ogólnego hałasu i poszli zostawiając mandaty przypięte do ściany pinezkami. Raz też przywlókł się na górę Smolisty, gdyż ktoś zaalarmował go, że babcia śpiewa chyba piosenki nieodpowiednie w piekle. Przyszedł, popatrzył i podłączył babci słuchawki do radyjka, coby nie budziła po nocach innych lokatorów. Słuchawki, były jednak tanim chińskim szajsem i spaliły się po 15 minutach. Moherowa znowu słuchała na cały regulator. Z prawej strony przestano skuwać tynki, bo nagle rozległ się huk jakby ktoś zleciał z drabiny i długo po tym panowała tam cisza. I kiedy w końcu w hostelu zapadł spokój a Józek już, już odpływał w sen ci z lewej, widocznie już pogodzeni ze sobą, zaczęli głośno uprawiać miłość. Ona udawała orgazm, co było zresztą słychać po wysokich tonach, a on go nie udawał tylko ryczał jak gwałcony orangutan. Skończyli po 20 minutach. Po pół godzinie przerwy zaczęli od nowa. Tym razem facet mógł już dłużej.
Jozek zasnął tak naprawdę dopiero gdzieś nad ranem. Ale wtedy przyszła sprzątaczka i kazała wszystkim zbierać z łóżek kopyta bo chce zmienić pościel. 

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. No i stało się. i10  na swoim blogu "Epizody"donosi o ohydnym plagiacie jego tekstów. Sprawa pewnie będzię ciągnęła się następne 70 lat aż do wygaśnięcia praw autorskich i10 do własnej twórczości. Dlatego ze łzami w oczach błagam: nie kopiujcie i nie publikujcie bez stosownej zgody. Pomyślcie o kocie! Przecież ja mam małego kota na utrzymaniu! On też chce żyć i mleko pić.

sobota, 25 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.6

Część szósta ma to do siebie, że czyta się ją po części piątej. Zazwyczaj. Gdyby jednak ktoś z anarchistycznym zacięciem uparł się, zignorował moje dobre rady i chciał koniecznie zacząć właśnie od tego epizodu to ja się sprzeciwiać nie będę. Krzyż na drogę i chleb z masłem.
Plik PDF prawdopodobnie jest już na zaprzyjaźnionym chomiku. Piszę prawdopodobnie, gdyż post jest publikowany w momencie kiedy mnie nie ma ani fizycznie ani duchowo w żadnym miejscu, które chociaż ośmieliło się śnić o swobodnym dostępie do internetu. Naturalnym jest, że nie mogę tego jeszcze sprawdzić. Wy natomiast i owszem, absolutnie, w rzeczy samej, istotnie.

Całość do pobrania i poczytania tutaj: Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
 część szósta


Zawsze w południe Józek jadł obiad, a to, że jest się martwym nie oznacza, że przestaje się być głodnym. Jego współlokatorzy zniknęli gdzieś. Ulotnili się z pokoju tak szybko, że nie zdążył zapytać gdzie tu można coś zjeść. A nie, przepraszam udało mu się dorwać grubasa jak wchodził do nieszczelnej ubikacji.
-Czy pan wie, gdzie tu można coś wrzucić na ruszt?- spytał go uprzejmie.
-No.- odparł grubas i zatrzasnął drzwi kibelka na zasuwkę. Po chwili z kabiny dobiegło głośne pierdzenie. Smród wydostał się dołem i potwierdzał tylko w sposób wysoce organoleptyczny jak bardzo nieszczelne była hostelowa wygódka. Józek jakoś stracił chęć na dalszą część rozmowy.  Zszedł na dół do recepcji. Smolisty oglądał na małym, czarno-białym telewizorze jakąś niewyraźną transmisję z meczu piłkarskiego i żarł kanapkę z salcesonem.
-A obiad to kiedy będzie?- zapytał go. Smolisty oderwał się leniwie od kanapki.
-A podanie na bloczki obiadowe to pan składał?
-Nie składałem, bo żeś pan nic nie mówił.- wybuchnął Józek.
-Nie mówiłem, bo żeś pan nic nie pytał!- odciął się czort.- Podanie trzeba złożyć.
-Jakie podanie?
-No zwykłe, bo jakie chcesz pan składać?- diabeł wzruszył ramionami.- Data, nazwisko, zwracam się z prośbą o wydanie bloczków obiadowych, podpis i tyle. Pan to chyba nie jesteś specjalnie zbyt bystry, co?- zainteresował się nagle życzliwie.
-A pana co to obchodzi.- burknął Józek.- Papier ma? Długopis ma?- i w chwili złości wpadł w obraźliwą, bezosobową formę rozmowy. Papier był, co prawda z jednej strony zapisany listą rzeczy oddanych do prania przez Smolistego (majtek sztuk trzy, skarpet sztuk trzy, dwie zielone i jedna niebieska...) ale z drugiej strony od biedy można było go jeszcze wykorzystać. Tylko długopis się zsechł i co chwila trzeba było na niego chuchać, żeby napisać choć kilka liter. Zredagowanie pełnego podania zajęło Józkowi dobre trzy kwadranse, w czasie których Smolisty zażerał czwartą kanapkę, tym razem w wędzonym boczkiem a Józkowi tylko kiszki marsza grały. W końcu jednak było gotowe i oddał je Smolistemu. Ten popatrzył, wyciągnął pieczątkę i mocnym ruchem przybił stempel. Pod wpływem huku z sufitu odpadło kilka płatków tynku. Diabeł wstał, pogrzebał chwilę w swojej listonoszce z brązowej skóry i wyciągnął stamtąd zatłuszczony pakunek.
-Co to?- zapytał Józek.
-Obiad z przydziału.
W paczce były dwie kanapki z pasztetową i jajko na miękko. Jajko było zimne i zgniecione, żółtko wypływało spomiędzy szczelin skorupki.
-Też pan masz pomysły- burknął Józek, ale zjadł, co co miał zrobić? W tym czasie Smolisty kończył jeść dwa pączki nadziewane dżemem z róży.
-A mój deser?- dopytywał się Józek, widząc jak diabeł wpycha sobie do ust wielką, obsypaną cukrem kulę ciasta. Diabeł zakrztusił się na chwilę, poczerwieniał i odparł ale tak jakoś chytrze, nieuczciwe błądząc oczyma gdzieś po podłodze.
-Dzisiaj deseru nie ma do bloczkowego obiadu.
„Łże”- pomyślał Józek. „Menda żeżarła mojego pączka”. I wlepił oczy w telewizor, żeby nie patrzeć jak Smolisty oblizywał z cukru paluchy. Po obiedzie Czereśny włóczył się trochę bez celu przed hostelem. Pogoda była jednak obrzydliwa, ni to mżawka, ni to deszcz a i sama okolica niezbyt ciekawa. Dwa zamknięte sklepy straszyły rozbitymi szkłami wystawowymi, jedyna czynna piekarnia wystawiła właśnie na witrynie nabazgraną ręcznie kartkę, „chleba brak. Dostawa jutro lub pojutrze”. Prędko wrócił do hostelu. Smolisty oglądał właśnie wiadomości agrarne, spikerka znudzonym tonem podawała ceny skupy żywca i pszenicy. Józek przyglądał się przez moment.
-Nic innego nie ma?
I nie czekając na pozwolenie podszedł do telewizora, by zmieniać kanał. Na drugim programie też leciały wiadomości agrarne i inna już spikerka znudzonym głosem czytała z kartki ceny skupu gryki i borówki amerykańskiej. Innych programów w ogóle nie było.
-Wieczorem ma być jakiś kryminał.- powiedział Smolisty.-Czytałem program telewizyjny. Podobno niezły, ma nawet dobre recenzje.
-O – zainteresował się Józek. –A jaki tytuł?
-„Zabójcą jest wujek.”
-Nie, no dzięki za chęci, chyba sobie jednak odpuszczę.
Dłuższą chwilę oglądali w milczeniu jak dziennikarka czyta ceny skupu marchwi i obornika.
-Ty, Rysiek...- zagaił ostrożnie Józek.
-No?- mruknął diabeł zerkając na niego leniwie jednym okiem.
-A jakiejś innej rozrywki to w tym piekle nie ma? Kino może? Albo chociaż bar.
-Jest bar „Muszelka”...- Józkowi aż serce podskoczyło z radości do gardła- ale od pół roku zamknięty.- dokończył Smolisty.- Sanepid się przyczepił. Że niby jakiś tam norm nie spełniali, że szczury czy coś tam. Ja nie wiem, czy to za mało tych szczurów było, czy za dużo. Tak tylko od kolegi słyszałem.
-No a kino?
-Kino jest... ale też zamknięte. Właściciel splajtował bo puszczali tylko „Tytanika”. Non stop „Tytanika”. No, to nikt już nie chciał go po pewnym czasie oglądać i musieli zwijać interes.
-To może park? Albo siłownia, na ten przykład?- Józek nigdy nie był pasjonatem sportu ale w tej chwili nudziło mu się tak piekielnie (oooo! „Piekielnie”- tak to bardzo dobre słowo), że gotów był nawet powyciskać parę kilo na ławeczce, ot tak dla rozrywki.
-Biblioteka jest.- odparł Smolisty po dłuższej chwili namysłu. Myślenie nie było widocznie jego mocną stroną gdyż czerwony był na pysku od wysiłku.
-Też zamknięta?
-A skądże. Czynna i to non stop. Jak wyjdziesz z hostelu to skręcisz na lewo i za trzy przecznice zaraz jest biblioteka.
Było nie było ale co było robić? Z nudów Józek powlókł się do biblioteki, chociaż przybytku tego nie odwiedzał aż chyba od podstawówki. Ostatnią lekturą, którą przeczytał były „Kajtkowe przygody”. Biblioteka owszem była, ale nie na lewo od hostelu, tylko na prawo i to po 5 przecznicach a nie 3. Długo błądził po ulicach piekła dopytując się okolicznych żuli o drogę. W końcu znalazł. Cuchnący, namolny żulik odprowadził go aż pod sam budynek tytułując ciągle „szefie” i napraszając się ślamazarnie o drobne.
-Paszoł won.- zdenerwował się Józek, gdy żulisko zaczęło wpychać mu brudne łapy do kieszeni. Szybko wszedł do środka budynku, żeby uwolnić się od wyziewów piwa „premjum ekstra mocne” i niemytego od tygodni towarzysza.
Za poodłupywanym z farby i sklejki pulpitem bibliotekarki siedziało coś co wyglądem przypominało nieudany eksperyment genetyczny, będący połączeniem pani Halinki z sekretariatu, szkolnej higienistki i cioci Wiesi, która zawsze na rodzinnych imprezach wpiernicza najwięcej bigosu, by potem podpierdywać z cicha i zwalać winę na psa gospodarzy.  Wymalowana była jak pajac na jarmarku, zbierający na dom emerytowanego klauna w Goliszczewie Dolnym.  Stara diablica powieki miała niebieskie, usta wściekle czerwone a policzki ceglane. Ubrana była w długą sukienkę w kwiatki, z falbanką u dołu i wysokim kołnierzykiem szczelnie okrywającym zwiędłą szyję. Diablica żarła kanapkę z serem a za jej plecami wisiała wielka tablica z napisem: „ uprasza się o niespożywanie produktów żywnościowych w bibliotece. Ani napoii.” Tak tam było napisane. Napoii przez dwa, krótkie ii.
-Chciałbym książkę wypożyczyć.- Józek zaczął uprzejmie rozmowę.
-Zara.- odpowiedziała po długiej chwili bibliotekarka mierząc go wzrokiem Powoli, nieskończenie powoli dokończyła kanapkę i jeszcze wolniejszym ruchem zaczęła oblizywać paluchy zakończone wymalowanymi na różowo pazurami. W trakcie tych ruchów patrzyła głęboko Józkowi w oczy a żaden mięsień nie drgnął w jej twarzy. Długo trwało zanim wycmokała ostatniego palucha.
-Nazwisko.- ni to powiedział ni to zapytała.
-Józef Czereśny.
Chwilę szukała w kartotece.
-A siedzi za...?
-Za paserstwo i chlanie gorzały.- odparł z niejaką dumą. Lekką, leciutką ale zawsze dumą.
-Bzdura!- wrzasnęła nagle bibliotekara aż z jej poobdzieranego biureczka spadła tabliczka „prosimy zachować ciszę”.- Kota trzy razy w dupę kopnął. Ja tak mam tu w dokumentacji!
-Kota może i kopnąłem raz albo dwa...
-Trzy!- wysyczał postrach biblioteki w sukience z falbanką -Trzy razy kopnął!
-No i co z tego?- zaperzył się Józek.- A ta informacja to jest koniecznie potrzebna do tego żeby coś wypożyczyć? Bo ja chciałem książkę poczytać. Komiks dokładnie. O Spidermanie.
-Nie ma.- huknęła gromko bibliotekara.
-To Potop- przypomniał mu się nagle podręcznik do hydrauliki czytany przez Krzyśka.
-Nie ma.
-To w pustyni i w puszczy.
-Nie ma.
-A co jest?
-Są wszystkie dzieła zebrane towarzysza Stalina. 

cdn...

wasza
Helga von Klusken

 p.s. to, że mnie nie ma to wcale nie znaczy, że można robić wszystko co się komu żywnie podoba. Kopiować nie wolno na ten przykład ani wydawać w jakiejkolwiek innej formie. Jeździć bez biletów nie wolno. Śmiecić na ulicach nie wolno. W ogóle to więcej nie wolno niż wolno.

piątek, 24 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz. 5

Część piąta publikowana jest już pod moją nieobecność. Z jednej strony cieszę się, bo wieś na której spędzę kolejne cztery tygodnie jest naprawdę urocza. Pola, lasy, strumyki a w odległości czterech kilometrów jest nawet sklep spożywczo-przemysłowy prowadzony przez żonę sołtysa. Wystarczy tylko zadzwonić do bramy, przejść chlewik, stajnię i oborę, i w rogu ogrodu, tuż obok sławojki, stoi stragan- a tam wszystko co dusza zapragnie. Wino i papierosy jakie tylko kto chce. Chleb na zapisy. Mięso dowożą nyską raz w tygodniu, chyba, że kierowca zapije.
Z drugiej strony szkoda mi opuszczać magiczny świat internetu, bo bez globalnej komunikacji nigdy bym nie wiedziała ile mi jeszcze brakuje ajfonów, ciuchów z haiemu i markowych rajbanów, żeby być naprawdę szczęśliwą. No cóż... Na pocieszenie zostają mi tylko trele grzeli w letnie noce, księżyc srebrzący swoim blaskiem sypialnie i jaskółki zaglądające przez okna. A to nie to samo co rajbany...

A tutaj całe opowiadanie w PDFie Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
 część piąta

To co na mapie wyglądało na krótką, przyjemną wycieczkę w rzeczywistości okazało się długą wędrówką przez opustoszałą, prawie wymarłą ulicę. Piekło robiło bardzo smutne wrażenie i nie ma co się tu dziwić bo to w końcu piekło a nie Disneyland, no nie? Po obu stronach ulicy rosły krzywe kamieniczki, późny Gierek, wczesny Gomułka, brudne i oblazłe z farby. Części szyb w oknach nie było, a z pozostałych powiewały szare, skłębione firanki. Otwarte bramy ziały wilgotną czernią i śmierdziały moczem. Większość sklepów była pozamykana a na szybach wystawowych przyklejono krzywo wielkie, jaskrawe, czerwone napisy „do wynajęcia”. Tylko monopolowy trzymał się jeszcze jako tako i kiosk z gazetami. Przed tym pierwszym tłukło się dwóch pijaczków, pozostałych trzech dopingowało ich słabymi, zachlanymi głosami. Gruba kioskarka z kiosku naprzeciwko wychyliła się aż do połowy  piersi ze swojego ciasnego okienka (a miała się baba do czego wychylać) i z uwagą przyglądała się bójce.
-Znowu się tłuką.- oznajmiła, kiedy Józek stanął tuż przed jej potężnym biustem. Właściwie nawet nie trzeba było tego oznajmiać wystarczyło popatrzeć na drugą stronę ulicy ale kioskarka należała widocznie do tego typu osób, które otwierają mordę nawet jak nie mają nic do powiedzenia.
-Codziennie tak się leją.- kontynuowała rozmowę. Józek słuchał niby to uprzejmie ale tak naprawdę przystanął tylko po to żeby wytrząsnąć kamyczek z buta. Chodniki były tu bardzo spękane.
-Codziennie.- kontynuowała kioskara.- Panie wyobrażasz pan sobie? Dzisiaj jest środa, to nawet nie za bardzo ale co się dzieje w piątki wieczorami, rany julek. Sikają, skakają, śpiewają, ludzie to się boją na ulicę wychodzić. Mówię panu a policja to już  nie raz tu przyjechała. O, patrz pan- wskazała brodą. Istotnie zza węgła wychylił się nieśmiało radiowóz. Przejechał powolutku obok tarzającej się na chodniku bandy i odjechał równie powoli, nie zatrzymując się i nie próbując interweniować. Pijaczkowie bili się nadal.
-Patrz pan, nawet mandatu im nie wypisali. Po prawdzie, to co im to da? Mandat wystawią, żule pieniędzy nie mają, bo wszystko na gorzałę przepuszczą, to co im zrobią? Niby z czego zapłacą? A na wytrzeźwiałkę to ich szkoda dawać, bo dopiro co odremontowali za społeczne pieniądze. Wie pan, ściany pomalowali, prycze dali nowe, to gdzie takiego śmierdzącego pijaka na nową wytrzeźwiałkę.
-Uhm- mruknął Józek i uderzył kilka razy butem o ścianę kiosku. Kamyk utknął jednak nieszczęśliwie między podeszwą a wkładką i nie chciał wyjść.
-Panie nie wal pan tak mocno, bo to pomalowana sklejka jest tylko. O widzisz pan, jak furnitura odpada.-zgromiła go kioskarka.- Pan tu nowy?
-Nowy. Nie wie pani gdzie tu Siarkowa?                    
-Prosto panie, cały czas prosto. Pan do hostelu pewnie?
-No.
-No to prościuteńko, trafisz pan, głupsi od pana trafiali.
Józek nie wiedział czy podziękować czy obrazić się za ten komplement a gruba sklepikara dalej ciągnęła- A gazetki to pan nie chce? Bo jak pan tam będzie na przydział mieszkania czekać to może się panu nudzić. Ostatnio to trwa trochę z tymi mieszkaniami. Pisali już ludzie do burmistrza jakąś petycje w tej sprawie ale czy te polityki to kiedykolwiek głosu prostego ludu posłuchali? Czekaj w kolejce i czekaj, a takie Cygany to w pierwszej kolejności dostają mieszkania. Ze niby mniejszość narodowa, skubańce, pies ich trącał. A prości ludzie nic. Matki, ojce z małymi dziećmi u piersi i latami czekają a hołota to się polonezami rozbija i w nowych M2, jak na pańskich pałacach sypia. A może papierosków panu dać?
-A po ile masz pani papierosy?- zainteresował się Józek.
-A po czynaście pindziesiąt.
-Drogo. Ancug pani weźmiesz?
Kioskarka zmierzyła go dokładnie wzrokiem.
-Coś go pan zanadto oberwał. Za takie ancug to pół paczki mogię najwyżej dać.
Józek zastanowił się chwilkę. Pół paczki to jednak pół paczki a to zdecydowanie więcej niż nic.
-Pani da.- zdecydował i ściągnął marynarkę. Kioskara chwyciła ubrania, podał mu bez słowa paczkę na której rzucał się w oczy wielki napis w czarnej ramce „tutaj palenie nie sprawi, że umrzesz ale raka możesz mieć mimo wszystko” i szybko zamknęła szybkę kiosku. Józka tknęło niedobre przeczucie. Zajrzał do paczki i istotnie, zamiast obiecanych dziesięciu szlugów znalazł tam tylko osiem. Na nic nie zdało się tłuczenie knykciami w szybę kiosku, sklepikara ani myślała otworzyć. Siedziała tylko na swoim stołeczku i z zacięciem kartkowała stare wydanie „Chwili dla ciebie”. Zrezygnowany Józek zawinął się szczelniej w swoją cienką koszulę, gdyż deszcz zaczął padać mocniej i powlókł się przed siebie. Pijaczki gdzieś zniknęły, tylko jeden z nich leżał na chodniku a z rozbitego nosa ciekła mu krew. Kierowcy omijali go ostrożnie i trąbili z obrzydzeniem widocznym w oczach. Wydawało się, że nie żyje ale nagle zaczął donośnie chrapać, przewrócił się na bok i zasnął smacznym snem profesjonalnego pijaczyny. Czereśny powlókł się dalej. Po dobrej godzinie, kompletnie przemoczony, znalazł mały, odrapany, brudny hostel. Część neonów przepaliła się i teraz tylko „o” i „el” świeciły nikłym, błękitnym blaskiem. Wszedł do środka. Drzwi zacinały się i haczyły w progu. Za blatem brudnej, lepkiej od soku, tłuszczu i kurzu recepcji siedział Smolisty w czapce hotelowego boya. Czapka musiała być kradziona, gdyż wyhaftowano na niej napis "Hilton", a poza tym była tak samo wybrudzona jak wszystko pozostałe tutaj. Diabeł czytał „Chwilę dla ciebie”, a na pierwszej stronie magazynu wydrukowano zdjęcie Madonny w samych majtkach naszywanych cekinami. Madonna miała na nim 97 lat. Podpis pod zdjęciem darł się niemo: „Szok, sensacja! Prawie setka na karku i wciąż pozuje do Playboya! Zobacz koniecznie” Józek pomyślał, że jednak wolałby tego nie oglądać.
-I co trafił pan?- westchnął Smolisty składając gazetę.
-A pan to tak wszystkie etaty w mieście obsiadujesz?- odgryzł się złośliwie Józek. Diabeł jednak nie wydawał się być tym urażony.
-Takie czasy- wzruszył ramionami- Pensja maleńka, trzeba się chwytać wszystkiego. Na daczę zbieram.- dodał jakby z przeprosinami.- Już mam taką jedną upatrzoną, w lesie wie pan. Cisza, prawie że spokój,  autostrada oddalona o dobre 300 metrów.- westchnął jeszcze raz.- Pan klucz pewnie chce?
-No, przydałoby się.- odparł Józek.- Zimno dzisiaj.
-Ogrzewanie nie działa.- wtrącił szybko Smolisty.
-W ogóle?
-Nie, no tylko dzisiaj. Jakąś awarie tam mają.
-A prędko naprawią?
-Pewnie prędko. Ostatnim razem to technicy przyjechali już po 6 tygodniach od zgłoszenia, tak więc pan widzi, rach, ciach i już naprawione.
Józek nie zamierzał kłócić się ze Smolistym, że 6 tygodni od zgłoszenia to jednak nie jest takie rach, ciach ale nie miał na to siły. Mokra koszula lepiła mu się nieprzyjemnie do pleców. Zdobył się tyko na zgryźliwą uwagę o piekle, które zamarza. Smolistego jednak nie ruszały takie teksty. Albo twardziel albo przyzwyczajony. Dostał klucz do ręki, duży, wygięty klucz, za breloczek robiła pokrywka od starego garnka na mleko na półmetrowym łańcuszku.
-Panie, co pan?- zaoponował Józek.- Większego się nie dało? Przecież ani tego do kieszenie nie schowam ani na widoku nie zostawię bo ukradną.
-A to moja wina?- oburzył się Smolisty.- Takie mam, to takie wydaję. Jak nie chce to nie musi brać, przymusu do spania pod dachem to tu żadnego nie ma.- był zły skoro tytułował Józka per „ono”. Z powrotem zagłębił się w lekturę „Chwili dla ciebie”. Na kolejnym zdjęciu Madonna nie miała już nawet swoich skąpych stringów z cekinami. Józek poczuł jak oczy zaczynają mu nagle łzawić.
-A ten pokój to gdzie?- zapytał, odwracając wzrok od gazety. Nie na wiele się to zdało, gdyż na ścianach hostelu ktoś przykleił niechlujnie takie same zdjęcia Madonny wyrwane z innego piśmidła. Może nawet z Playboya.
-Pokój trzynaście, na pierwszym piętrze.
-A innych numerów tu nie macie?
Smolisty nic nie odpowiedział, tylko poślinionym paluchem kartkował „chwilę” i sapał obleśnie, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy. Instrukcje recepcjonisty były oczywiście fałszywe. Pokój nie znajdował się na pierwszym piętrze, tylko na trzecim, wciśnięty między pomieszczeniem na brudną bieliznę a toaletą, która nieustannie się zapychała, za każdym razem, gdy tylko ktoś spuścił wodę. Wypaczone drzwi nie domykały się i nieustannie buchał stamtąd smród fekalii.
Pokój był czteroosobowy, długi i wąski niczym kiszka. U szczytu okno, brudne i przysłonięte urwaną firanką, po obydwu stronach wysokie, metalowe, podwójne prycze. Dwie z nich, te najlepsze u dołu były już zajęte. Na jednej leżały przepocone skarpetki i śmierdziały okrutnie, a na drugiej rozwalił się grubas w brudnej piżamie i śmierdział na wyścigi ze skarpetkami, tak że w sumie nie wiadomo było czy to on czy skarpety capią bardziej. Okno było oczywiście zamknięte.
-Bry...- powiedział Józek na wydechu. Grubas spojrzał na niego.
-Na dole zajęte.- powiedział, chociaż było to oczywiste.- Może pan spać na górze, oba łóżka jeszcze wolne. Cisza nocna od 21, jak chce sobie pan sprowadzić panienkę po 21 wieczorem to prosiłbym o zgłoszenie tego faktu wcześniej. Ja nie mogę spać jak mnie się łóżko nad głową trzęsie. Ja sie wtedy robię bardzo nerwowy. Ja mam problemy z sercem. Mnie się nie wolno denerwować.
Wobec tego Józek wybrał pryczę nad skarpetkami.
-A tu kto leży?- zapytał wskazując na cuchnące onuce.
-A... taki jeden.- grubas wydął lekceważąco wargi po czym uznał, że jego wyjaśnienia są wystarczające, bo umilkł. Józek zastanawiał się jak zacząć rozmowę.
-Na mieszkanie to pan też czeka?- zapytał po dziesięciu minutach.
-No.- odparł lakonicznie gruby. Konwersacja nie kleiła się w najmniejszym stopniu.
-A Smolistego pan zna?- zapytał jeszcze raz Józek po kolejnych 10 minutach.
-No.- odparł grubas.
Znowu 10 minut pauzy.
-Fajny chłop z niego.- spróbował jeszcze raz Czereśniak.
-No.
-Deszcz pada.- uderzył Józek z innej strony.
-No.
-Długo już pada. Od samego rana.- zawył Czereśny.
-No.- grubas nie poruszył się tylko dalej wlepiał wzrok w spodnią stronę materaca nad nim.
-Pewnie będzie do wieczora tak padać.
-No.
Zrozpaczony Józek zamierzał już wstać i dać grubasowi po pysku, żeby przekonać się czy może wtedy powie coś więcej ale w tej samej chwili do pokoju wpadł niczym burza trzeci lokator- szczupły, nerwowy typ z łysiejącym ciemieniem.
-Pan tu również mieszka?- zwrócił się do niego uprzejmie Józek
-No.- odparł nowy.
I wtedy Czereśny dał za wygraną. To nie było na jego nerwy. W południe do pokoju wsunął się czwarty, ostatni mieszkaniec.
-Czy ta prycza jest wolna?- zapytał Józka, wskazując palcem na pryczę nad grubasem
-No.- powiedział Józek.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

 p.s. Proszę nie kopiować, głupio nie komentować, nie publikować i nie wydziwiać. Proszę czytać i cieszyć się z małych rzeczy. Takie pińć złotych na ten przykład. Małe a cieszy, bo piwko można sobie za to kupić.