piątek, 6 listopada 2015

Miszka cz.5- ostatnia

       Lekka krotofila "ło chłopie co psa kupował" dobiega właśnie końca. Istnieją niezaplanowane przeze mnie, drobne różnice w wersji PDF i tej zaprezentowanej na blogu. Na usprawiedliwienie mam tylko to, że teraz już wiem: mimo funkcji autosave, Word i tak nie zapisze żadnych zmian, gdy kliknie się opcję "nie zapisuj żadnych zmian". Niby proste ale jakie podstępne. :) Do zobaczenia przy następnych postach.
Aaaaa.... i jeszcze jedno. Nie przysyłać więcej ofert kupna porcelanowego psa (i tak nikt nie przysłał). NIEAKTUALNE! Dorwałam na pchlim targu takiego kundla, że klękajcie narody. Za 40 euro, a piękny taki jakby co najmniej 50 kosztował.

Całość można poczytać i ściągnąć również tutaj: Miszka



Miszka 
część 5- ostatnia

-A ten to czyij?- zapytała Hańcia, na Michałka spoglądając wielce zdziwiona.
-Jak to czyij babo, się tak głupio pytasz.- zdenerwował się Ryśko nie na żarty.- Ksiądzowe? Dziedzicowe?
-Adyć się pytam bo nie wim.
-Sama żeś go w wielkich bólach rodziła a tera nie poznajesz?- gospodarz obracał małym, umorusanym Michałkiem na prawo, na lewo, czuprynę mu odgarniał i chleba z miodem do garści wpychał.
-Tego basałyka rodziłam.- Hanka wskazała na Wicka.-Tego też.- to o Felku.- Pamiętam bo na Matkę Boską Zielną to było. Ale tego toś ty z jarmarku przyprowadził, a ja nie pomnę, żebyś go z chałupy wyprowadzał.
Patrzy Ryśko na chłoptysia i istotnie, z gęby wcale nie podobny. Czarniawy był bowiem wielce, jakby się w sadzy wytarzał albo i w błocie, a włosy miał jako baran kędzierzawe.
-Czyjś ty?- pyta. Michałko jednak gębę rozdziawił i w ryk wielki uderzył.
-Jam przecie, że tatusiowy!- i dalej beczy.
-Tatusiowy? To jak twojemu tacie wołają?
-Ja nie wiem. Jam go zawsze tatusiem zwał. My z daleka na jarmark przyjechali. Ojciec ino skoczył nową klepałkę do kosy kupować a mnie przykazuje: „tatusia się trzymaj”. No tom siem trzymał razem z Wickiem i Felkiem, bo przecie nie powiedział którego tatusia dokładnie.
Westchnął Ryśko, westchnęła Hańcia.
-To niech już zostanie, skoro taka wola boża.- ozwała się gospodyni i smarkowi łzy serdeczne z gęby obtarła.- ośmioro w domu jest to i dla dziewiątego się chleba znajdzie.
Zwlókł się z przypiecka ojciec i do gospodarzy zbliżył.
-A psa, gospodarzu kupiliście?- zapytał.
-Kupilim.- pokraśniał z zadowolenia Ryśko i Wicka zawołał, który to szczeniaka za sznurku ciągnął. Szczeniak wyrywał się wiele, pazurami zapierał aże dziury w klepisku robił, rykał, do nóg się rzucał i aż do krwi kąsał.
Spogląda Hańcia, spogląda ojciec, oba zafrasowani wielce.
-To pies jest?
-A pies.
-Jajnik?
-Tysiąc razy lepsze niż jajnik.- wziął się pod boki Ryśko i wyprostował dumnie.-Tysiąc razy lepsze niż wszystkie psy.
-Pysk ma cosik śpiczasty.
-Bo to zagramaniczny. Nawet dziedzice takiego mieć nigdy nie bydom.
-A czemu nie hauka?
-Bo zmęczony.- odparł hardo gospodarz. Milczała Hańcia, milczał ojciec. W końcu stary splunął na podłogę.
-Iiii... taki tam pies, ciechoroba. Na moje oko to jeno kłopoty z nim bydom.
-Łojciec!- wrzasnął Ryśko do żywego oburzony.- To ja na targu był, strażnikom się w pas kłaniał i nisztcumfercolen gadał. Jak wam mówię, że nojlepszy pies to na świecie, to mówię. Swoje stare cholewki zjem, jak się nam jeszcze kiedy złodziejaszki do chałupy, lebo obory zakradną. A ty Hańcia zamknij kondla w kojcu a rano da mu się jeść.
Było nie było, poszli wszyscy spać, dniem tym długaśnym umęczeni. A rano zbudziło ich psowe porykiwanie. Zebrali się wszyscy wokół kojca kondlowego.
-Dej Hańcia jemu jeść.- pedział do żony Rysko ale ta tylko przeżegnała się pobożnie i ze strachem od klatki odskoczyła.
-Adyć się bojam. Ślepiami tymi tak źle błyska, a ryka i ryka. Sam mu daj.
Nie dał po sobie poznać Ryśko, że i on się psa czegoś lękał. Pchnął w stronę szczeniaka najmłodszą córkę.
-Nuże.- zachęcił dzieciaka.- Daj żreć piesowi.
-Tatko, tatko, ja się go bojam bo on ryka.
-Hałka głupia.- strofował córkę ojciec. –Psy haułkają.
-Jeno ten nie haułka, ino ryka.- odparło rezolutne dziewuszątko.
-A bogać was tam!- wrzasnął gospodarz.- Haułka! Jak mówię, że haułka to haułka!- i żeby pokazać, że się nie boi, sam wrzucił kawał padliny do psiego kojca. Pies ryknął aże serca wszystkim struchlały i jednym susem dopadł mięsa. Zębiska zatapiał, kawały wielkie wyrywał i im bardziej Ryśko i inni paczyli się na żrąca bestię tym bardziej pęczniały im portki ze strachu.
-Piknie żre, piknie.- bąknął niepewnie Ryśko.
-Piknie, piknie.- cedził złośliwie stary łojciec.- Jeno czekać kogo pierwszego z nas zeżre jak podrośnie.

Minęło pół roku w trakcie którego pies urósł wielki jak dojna krowa, a jak dalej nie haułkał, tak nie haułkał, ino wciąż rykał głosem kieby trąba jerychońska. Schodzili się gospodarze do ryśkowej chałupy by psa, z daleka, ostrożnie oglądać.
-Dyć to niedźwiedź jest przecie.- prawili na widok włochatej bestii drapiącej ziemię ostrymi jak kosa pazurami.
Ale Rysko był uparty.
-Pies jeno.- tak każdemu odpowiadał.- Co wy mi tam oczy mydlić bydziewa? Lepszy ode wszystkich psów to mi go zazdrościcie.
 Krążyły słuchy po wsi o rykajacej bestyji w zagrodzie Ryśkowej i niczem wiadomość po drucie telegraficznym niosła się ode chałupy do chałupy. Od chałupy do komorniczych izdebek, zamieszkałych przez bezrolną hołotę. Dalej wieść się niosła z brudnej izby na plebanię, od świętych obrazów świecącej. Z plebani do młyna, z młyna do tartaku, z tartaku do dochtora a stamtąd hen, hen aże do dworu samego, przez pana dziedzica i żonkę jego, dziedzicową, zamieszkałego.
Dziedzic osobiście pofatygował się do Ryśkowej chudoby i pozieleniały ze strachu przez lornytkę (bo bliżej podejść nie śmiał) oglądał bestię.
-Niedźwiedź prawdziwy! Na rany Chrystusa, niedźwiedź! Wypuście go do lasu gospodarzu, bo nas tu wszystkich kiedyś powyżera.
-Panie dziedzicu, z przeproszeniem panowym- Ryśko dziedzicowi w pas się kłaniał.- Kondel to przecie pospolity. Lepsze od waszego jajnika, to mnie już każecie go do lasu wypuścić. O, wa! Zwyczajnie, zazdrośniście.
Nawet ksiądz z ambony Ryśka wyczytał i za grzech wielki mu miał.
-Niedźwiedzia se do chałupy sporowadzajom!- grzmiał na sumie w niedziele.- Jako psa do palika przywiązują! A widłami pogonić bestię! Grzech to! Grzech śmiertelny!
Nawet wójt, pobożny i prawilny wielce, nie mógł mu przemówić do rozsądku.
-Ryśko, przecież on wcale nie haułka.
-Nie haułka bo zmęczony. Niech jeno odeśpi trochę to zarutko haułkać zacznie.
-Prędzej ty miauczeć będziesz niż to bydle haułkać.
Nagle wszystka wieś zaczęła utyskiwać o hardości wielkiej poczciwego Ryśka.
-Zadufany w sobie, juha.- plotkowały baby.
-Nos wyżej nosi niż inni dupe trzymajom.- mówili gospodarze.
Ale prawda była taka, że to po prostu wstyd było się Ryśkowi przed wszystkimi przyznać, co tak naprawdę się na jarmarku zdarzyło. Że caluśkie pieniądze przepił  i, że jak głupi dał sobie niedźwiedzia wcisnąć a wcale nie poznał, że to nie pies. Powagi swej gospodarzowej przed ludzkimi oczyma stracić nie chciał. Paliły go te trzy miedziaki, co to mu nieznajomy za szczeniaka zabrał ale jeszcze bardziej paliła go głupota własna. Z daleka obchodził Miszkę, który do tęgiego, kieby chłopskie ramię, łancucha był przywiązany. Miszka ryczał, pazurami ziemie darł, na nogi tylne wstawał i paszczę pełną ostrych kłów prezentował, aż serce się trwożyło.
-Co ma nie być pies?- mówił sam do siebie gospodarz i sam siebie chciał przekonać, chociaż nieskoro wcale mu to szło.- Ot, głowa, dupa, ogon, cztery nogi, wielkie mecyje. Co to ja psa bym kupić nie potrafił?
        Natomiast przez następne 20 lat, dopóki Miszka żył, żaden złodziej nie ośmielił się zbliżyć choćby na pół wiorsty do Ryśkowego obejścia. Taka to była wielga moc modlitwy do świętego Antoniego, amen.
 
KONIEC 

wasza
Helga von Klusken

p.s.i tym oto optymistycznym akcentem zakończyliśmy serię o sympatycznym Ryśku i jego rodzinie. Ciekawskim, zawczasu odpowiadam: Ryśko i Hańcia żyli jeszcze sto lat, doczekali się dwudziestu wnuków i 30% zniżki od towarzystwa ubezpieczeniowego z racji braku kradzieży w gospodarstwie. A ja, jak zwykle proszę o nie wykorzystywanie "Miszki" do niecnych celów.

czwartek, 5 listopada 2015

Miszka cz.4

      Koty to dupki. Też tak macie? Przygarniacie do domu małą, puchatą kuleczkę, troszczycie się o nią, podsuwacie najlepszą karmę. Z czasem stajecie się etatowym lokajem kota, żadna kolacja nie może się odbyć bez jego żebrania i podkradania szynki. Rozpieszczanie kota przybiera niespotykane wcześniej rozmiary: tutaj trochę wędzonej rybki, tam kawałek kotleta, bo przecież miauczy tak żałośnie. Tutaj chrupek, tam kropelka mleka skondensowanego- i ani się człowiek obejrzy, zamiast smukłego, długonogiego tygryska- ma w domu tłustego, włochatego ziemniaka z uszami. A taki był pienkny, amerykancki...

Ebook z opowiadaniem znajdziecie także tutaj: Miszka


Miszka
część czwarta

-Od figury ksobie!- wrzeszczał Felek.
-A nie prawda!- skakał mu do ślepiów rok młodszy Wicek.- Dziadziuś mówili, żeby od figury się na prawo obrytnąć! Dobrze pamiętam.
-Zawrzeć gemby!- huknął Ryśko. Podeliberował chwilkę, chłopakom po wszarzy dał coby cicho byli i na ojcowe słowa pomniał. W lewo się obrykli, hań do wierzby poszli co uskła, od siebie obrócili, do mostku poszli i prosto ksobie powędrowali. W jakie dwa pacierze w oddali obaczyli wieżę kościoła gminnego a pięć zdrowasiek później do miasta wartko wchodzili. Jużci, dzień był targowy. Ludu- mrowie, chłopy srogie na obliczach, zawzięte, wilkiem patrzące. Baby grube i rozepchane kieby gomółki serowe, w serdaki kolorowe pozakutane. Dzieciska jak zawsze brudne i gęby drące. Parobki wąsate a wódka rozochocone i panny co to każda z gębusi do głowy cukrowej abo do plastra miodu podobna. A gwarno, a tłumno, a tłoczno! A kramów chyba z tysiąc abo i ze sto! Nie zliczysz. Oczyska ciągną w lewo, w prawo, rade by wszystkiemu się przyjrzeć, wszyściuchno obaczyć i w domownikom w chałupie dokładnie opowiadać aże by im się gemby ze zdziwienia pootwierały. Tu sprzedają czapki chłopskie ale jakie! Sam dziedzic... co tam dziedzic, juha jedna. Sam król jaki lepszych by nie nosił! Sukienne, płóciane, derlichowe, ze sprzączkami, z daszkiem i z dzwoneczkami. Obok zaraz chusty i dla gospodyni i dla najmitki, kolorowe kieby tęczą grają porozkładane na straganie. Modre jako niebo albo czerwone kiej maki po polach, a sprzedająca jeno gębę w uśmiechu sznuruje i drze się nie gorzej niźli marcujący kocur:
-Do mnie po chusty! Po fulary! Najlepsze! Do mnie!
Tuż obok smród straszliwy ale to nie smród sprzedają, bo ten to każdy ma własny i to darmo całkiem, jeno ryby. Błyszczące makrele, lśniące krwią na skrzelach leszcze, maluchne płotki ponawijane w tuzin na sznurku, wędzone węgorze, karpie, sumy i okonie. A gruba kramarzowa pod boki się wzięła i w głos zaklina się przed zatykającą nosy klientelą.
-To ja tak śmierdzę, bo ryby świeżusieńkie!
Ale kto by jej tam uwierzył?
I czego tam jeszcze nie było! I chleb na słomie rozpostarty, kukiełki cudaczne w ludziki jakie ulepione, meble drewniane w kwiatki i ptaszki malowane, portki na dupy chłopskie i pańskie, buty szmalcem starannie do glancu wytarte, świnie, jęczmień, siekiery, paciorki, książki nawet uczone i milion innych rzeczy. A w samym rogu jarmarku, tuż obok miejskich jatek, sprzedawali psy. Tam też tłoczyli się poważni gospodarze, wyrostki niedorosłe, parobki i dziewuchy chociaż przed pieskowymi zębiskami ogromy strach mieli. Wszędy kręcą się sprzedawcy, zawodowi howańce co to w głos wrzeszczą:
-Najlepsze dobermany. Dogi niemieckie! Tylko u mnie wilczury!
A grupa Żydków, co to na handel wzięła na spółkę jednego psa, kundla podwórkowego- jak wróble obsiedli poważnego gospodarza z biczyskiem w spracowanej garści. Żydki psu ogon podnoszą, prawię, że wąchać każą psią dupę i cmokają, zachwalają, targują się.
-Aj waj! Pacz pan co za pies. Złoto nie pies, żeby mnie broda odpadła jak kłamię.
-Paszoł won.- odpędza się gospodarz od natrętów.-Sami se śmierdziela w dupę całujta.
-Panie gospodarz, pan nam da 5 złotych i pan go możesz całować gdzie tylko chcesz. Pacz pan jak się pies na mordzie cieszy.
A gdzie indziej jeszcze patykami szczują pozamykane w klatkach bestie, nawołują i na wyścigi z psami szczekają coby je jeszcze srożej rozsierdzić. Oho, to nie dla mientkich jest to widowisko. Psy białemi kły błyskają a skowyczą, a hałkają, jeno cud prawdziwy, że nikomu jeszcze uszy nie poodpadywały.
Stanął Ryśko, stanął Wicek, stanął i Felek. A oczyska to im prawie wypadały od tych dziwów wszelakich. Bo jakże to, widział kto kiedy takie bestie, prawie, że do smoków podobne?
W końcu pierwszy Felek szturchnął papcia pod bok.
-Tatko kupcie tego wielkiego, z bura łatą na grzbiecie, co to z pyska do organisty jest podobny. Tako wąsaty i pomarszczony.
-A jużci! Organista jak żywy. A tamten- Wicek wskazał innego, w klatce zamkniętego- to wypisz, wymaluj ksiądz proboszcz. Tez gruby i wyliniały.
Nie zdzierżył Ryśko i Wicka w ucho palnął, bo jakże to ze świętej osoby se śmichy chichy robić.
-Ty uważaj gówniarzu co ty mówisz.
Ale sam, im dłużej się psu przyglądał tym więcej podobieństwa do dobrodzieja znajdował. Tak samo zdawał się być nienażarty, a przez kraty do suk się wyrywał. Tako jako i dobrodziej, niby to człek poważny, a wystarczy jeno, że jaka krasawica na plebanie przyjdzie a sukienkę nieco wyżej podkasa to już dobrodziej na gębie czerwnieje i apopleksja go tyka. W tyn mig zauważył sprzedawca frajera...eee znaczy się klienta. Skoczył, Ryśka pod ramię wziął i do klatki z psem powiódł.
-Widzieliście gospodarzu takiego hamana?- tak zaczął psa zachwalać- Jakie to ma uszy...
-Oklapnięte.- wtrącił się szybko Felek.
-Zewrzyj gembe gówniarzu.- sprzedawca kontynuował nie wzruszony.- A jakie ma zęby...
-Wszystkie trzy?- dopytywał się Wicek. Howaniec zmierzył go tylko złym wzrokiem.
-A jaki brzuch...
-Iiii, wzdęło go jakby cielaka po gotowanych ziemniaka. I pierdzi też tak samo.
Pies jakby na potwierdzenie tych słów zaczął ujadać tą drugą stroną ale to tak intensywnie, że z budki strażnika przybiegł wąsaty Niemiec i sprzedawcę razem z psem za habety wzion i wyrzucił z targu- jako, że broni, w tym biologicznej, zabronione było sprzedawać.
-Wy mi już lepij nie pomagajcie.- ofuknął ostro Ryśko synów.-Sam psa kupię.
Zarutko dopadli go inni sprzedawcy i zaczęli za rękawy ciągać a każdyn w głos swego kundla zachwalał.
-Kupcie Szarika gospodarzu- wysoki howaniec w podartej kurcie za kark trzymał chudego bernardyna.- Chudobę wam ochroni, dużo nie zeżre, ze ślepiów uczciwie mu się patrzy.
-Ja mu się może uczciwie patrzeć jak kundel prawie, że ślepy?- wtrącił się inny sprzedawca.- Kupcie Rintintina.- i podniósł wysoko skomlącego labradora- To, to jest pies jak marzenie, ogon włochaty, pysk spiczasty, nogi same muskle.
-A no prawda!- darł się staruszek. W jednej ręce trzymał maluchnego ratlerka, od pięści niewiększego a w drugiej laskę i laską tą okrutnie wywijał.- Nogi same muskle bo go jużeś, cyganie ty, ze trzy razy sprzedał i za każdym razem pies do ciebie wraca.
-Musi, że tęskni. A co jam winowaty, że pies mnie kocha?- mruknął zawstydzony sprzedawca. A krewki staruszek piskał dalej:
-Co wy sie tam na psoch znacie, same wypierdki jeno chowacie. Jak se człowiek chce takie straszydło do budy wpuścić to równie dobrze może i teściową tam zagonić. Pies to ma być na pokazywanie. Na pokoje. Na to, żeby se na poduszce sypiał, mlika popijał i piknym był. O!- tu w górę podniósł ratlerka kieby ksiądz monastryję przenajświętszą na ofiarowanie.- Lassie to jest pies jakiego szukacie, gospodarzu. Śliczności a nie kondel zwykły. Paczcie jako to mu się ślipia świeca jako gwiazdy na niebie.- i zaczął psa łobracać w prawo, w lewo aż się tymu szczurowi we łbie od tyj karuzeli zakręciło i  haftować począł. I wnetki poczęli sprzedawcy i howańce na wyścigi swoje kondle zachwalać, a przechwalać się, a puszyć, a gęby drzeć. Prawie, że do bitki nie doszło. Zafrasował się Ryśko- nieboraczysko. Tyli psów do wyboru, do koloru, którego to aby wziąć? Tego wielkiego co to mu się ze ślipiów źle patrzy? A może tego wesołego, co to na dwóch łapkach skacze i sztuczki ucieszne pokazuje? A może i jednak tego do chomika podobnego, z wybałuszonymi oczyskami i ogonkiem cienkim kiej sznureczek? A może jednak kupić jajnika, jako sam dziedzic kupował i na myszy se z nim na polowanie chadzać? Kto poratuje dobra radą? Kto mu mądrości doda? I z wielkiego tego frasunku zaczął się też w cichości Ryśko modlić do św. Antoniego patrona dobrego pomyślunku.
„Święty Antoni Padewski, obywatelu niebieski adyć poratujcie mie w potrzebie. Ześlijcie mnie taką bestie co to i złodzieja odstraszy, i poszanowania u ludziów mi przysporzy. I niech bydzie jakietobądz  ale w pysku niech ma kłów wiele i niech takie dźwięki straszne wydaje, żeby złodzieje na pół wiorsty słyszeli i bali się mnie do zagrody podejść, amen”
Usłyszał modlitwę biedaka sam święty Antoni w niebie. Wychylił się zza chmurki na której leżał, oczy łod słońca dłonią przysłonił i spoglądał na ziemię kto to tam tak gorąco się modli.
„Aha, przecież to Chudy Ryśko, poczciwina.- pomyślał św. Antoni.- Niech że się też biedakowi tak stanie o co prosi. Przecie, że nieborak świniaka stracił to jakaś nagroda mu się należy.” I skinął św. Antoni dłonią jako śnieg bielutką i istotnie stało się to, o co Ryśko tak gorąco się modlił. A dokładniej to przyszedł kowal Jędrocha, nieźle już napruty. Czapka na bakier mu się przechyliła, kaftan aże do pół piersi rozchłestany, czerwony na mordzie jakby farbę puścił a do tego gorzałką cuchnął okrutnie. Poznał kowal Ryśka. Stanął, mocno się nogami w ziemie zapierając coby go wiatr nie zdmuchnął, bo chociaż wiatru nie było to powiewało nim setnie. Gały w niego wlepił i ryknął:
-Szego?
Ryśko czapkę zdjął, do piersi przycisnął.
-Po kondla żem przyszedł.- westchnął gospodarz.- Ale z tej mnogości pomiarkować się nie mogę jakiego to kupić. Jędrocha zarzucił mu ramie na szyję i z tyj przyjaźni w gębę mu okowitą chuchał.
-Bo wy się Ryśko do tego zupełnie źle zabieracie.- radził mu życzliwie.-Psa wy kiedy widzieliście?
-Ano widział.- przytaknął Ryśko.
-A drzewo wy kiedy widzieliście?
-Anom też widział. Bo to raz!
-A widzieliście wy co to pies pod drzewem robi?
-No, sika.
-A czym sika?- dopytywał się dalej Jędrocha, chociaż słowa plątały mu się ogromnie.
-No czym, czym. Mokrym sika.
-A widzicie!- zatriumfował Jędrocha.- I od tego właśnie cza zacząć kupno psa. Mokrym czemś podlać.- Z tymi słowami powiódł Ryśka do karczmy i nie wychodzili z niej ady się już zmierzchało. Oj, nie żałował mokrego Ryśko, nie żałował, coby tylko dobrze mu się tego psa kupowało. Raz on kolejkę mocnej starki stawiał, a raz Jędrocha. Raz on araku żądał a raz Jędrocha. Raz on piwo dysponował a raz Jędrocha. A pod wieczór to mu może cosik ze trzy miedziaki w kieszeni zostały. Oprzytomniał Ryśko na ten żałościwy widok, przed karczmę wyleciał i rozgląda się.
         Przyskoczyli do niego synowie, co to na ojca pod karczmą czekali. Zobaczył szkraby swe, ojciec poczciwy i serce wezbrało mu litością.
-O wy nieboraczki! O wy chudziątka najmilejsze.- i dalej czupryny dzieciurów tarmosić, łzami oblewać i do serca przyciskać.- Adyć rację miała Hańcia. Na dziady zejdziemy, na żebraki. Bez psa to chudobę nam porozkradają, wszystek inwentarz zabiorą złodziejaszki przeklęte i z czego bydziewa żyć? O nie!- zawziął się w sobie nagle chłop bo ogólnie to zawzięty był bardzo. Jednym susem znalazł się śród howańcow i hardo do handlu przystąpił.
-A ile ten wilczur?- zapytał głośno.
-Dwa ruble, gospodarzu.- aże wytrzeźwiał Ryśko w jednej chwili jak cenę tą przeokrutną usłyszał. Markotno spoglądał na koprowinę, co to mu w garści po hulance została.
-Ile chcecie za ta lablador?- zapytał drugiego.
-Trzy ruble.- odparł howaniec.
-A za ta bernardyn?
Za bernardyna to już wołano pięć rubli i trzydzieści kopiejków. Za ratlerka ośm, a za jajnika to już w ogóle krzyczano dziesięć rubli, kopiejków dwadzieście- tyli co za krowę na ocieleniu. Miotał się biedny Ryśko i szastał, od jednego sprzedawcy do drugiego biegał. Za koszule na piersi ich chwytał, w oczy przymilnie spoglądał, błagał i zaklinał. Ale nikt nie chciał mu żadnego psa sprzedać za te trzy marne miedziaki co to mu w garści zostały. Nawet Żydy, oburzone tą cena, kondla swego zabrały i z gospodarzem gadać nie chcieli mimo, że kondel parchy miał wielkie jak stodoła i pchły kiej konie po nim skakały. Zapłakał Ryśko umęczony.
-O Hańciu połowico ty moja!- łkał aże serce rozdzierało.- A jak do domu wrócem to ci tak wszystkie gnaty porachuję, bo widzę, żeś rację miała!
Żałość go wzięła sroga, bo przecież na tyn świnty obraz przysięgał, że na hulankę nie pójdzie a z psem do doma wróci. I dalejże płakać, ryczeć a włosy w głowy wyrywać, choć po prawdzie wyrywać to tam już nie było za bardzo czego na ryśkowej głowie. Płakałby tak pewnie jeszcze aż do dzisiaj, gdyby się do niego jakiś chłop nie przysunął i w ramię go nie trącił. Dziwny był to chłop. Oczka miał kaprawe, chytrze rozbiegane a po ziemi cosik tak niedobrze poglądał. Złe miał przeczucia Ryśko kiedy nieznajomy Boga pochwalił i w te pędy rozmowę zagaił.
-Psa kupić kcecie, gospodarzu?
-Ano kcem. Co z tego, jak te sprzedawcy Żydom gorsze i ceny aże do nieba windują?
-To ja wam psa sprzedam.
I z tymi słowami wyciągnął zza pazuchy psa, szczeniaka jeszcze. Pies włochaty był bardzo, wielki nad wyrost, zębów w paszczy miał mnogość okrutną, z oczów patrzyło mu sie źle, oj bardzo źle. Pazury miał długaśne a wił się i piskał kieby węgorz w siatce. Ryśkowi coś się jednak w tym kondlu nie podobało.
-Kieby cielak taki wielki a nie pies.- szepnął ostrożnie, bych jeno sprzedającego tom swoją nieufnością zbytnio nie urazić i do handlu nie zniechęcić.
-Co ma nie być pies.- zdenerwował się nagle chłop.- Pies przecie, paczcie gospodarzu. Uszy ma, ogon, ma, cztery łapy ma, no pies jak nie pies.
-Cosik nie szczeka.- baknął niepewnie Ryśko.
-Nie szczeka bo śpik go zmorzył. Wyśpi się to zarutko jutro z rana szczekać zacznie.
-Cosik mu pysk taki za bardzo spiczasty.
-Bo to zagramaniczna rasa, cudo nad cudami. Nawet dziedzic takiego nie ma i mieć nie będzie.
Nadstawił uszu Ryśko.
-Nawet dziedzic nie ma takiego? To od jajnika lepszy?
Nieznajomy w piersi się buchnął aż zagrzmiało.
-Lepszy. Ba! Od wszystkich psów lepszy! Bierzcie.
Szast prast, psa Ryśkowi do garści wcisnął i miedziaki chwycił i prędziuśko w tłumie zniknął, zanim jeszcze chłop cokolwiek zdążył powiedzieć.
-Panie! Adyć panie!- wołał jeszcze za nim gospodarz.- Jeno jak się wabi?
Ale sprzedający uciekał aż się za nim kurzyło.
Tymczasem szczeniak aż do krwi wpił zębiska w jego ręce. Jednak co było robić? Obiecał żonce, że z psem wróci, to choćby i intuicja mu podpowiadała że z tym psem coś nie ten tego, to do domu musiał wrócić. Jużci, że zawsze lepiej z kondlem jak bez niego.
-A wy synkowie, gemby na kłódkę trzymać i matce nie gadać ile pies kosztował.
-Ja nic nie powiem.- powiedział Wicek.
-Ja też nie.- obiecał Felek.
-Ani ja.- dodał Michałko.
I całą piątką do domu wrócili, bo ściemniało się już galatno.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Tak w kwestii formalnej: wszelkie powielanie i kopiowanie, nieuzgodnione z Helgą, tudzież jej rzeczywistą postacią, będzie ścigane z artykułu 13, paragraf 21, Kodeksu o ochronie zdrowia umysłowego ludu miast i wsi ziemi polskiej.


środa, 4 listopada 2015

Miszka cz.3

         Dzisiaj trzecia część opowiadania pt. "Miszka", a po niej, jak to zazwyczaj bywa, nastąpi część czwarta, a może nawet i piąta. Tę oczywistą oczywistość publikuję ze specjalną dedykacją dla pracowników służby oczyszczania dróg. Panowie! Zima się zbliża. Nie, żeby znowu was zaskoczyła w tym roku.

Kompletna wersja również tutaj: Miszka


Miszka
część trzecia

-A jużci, że psa trzeba kupić.- powiedział następnego dnia Ryśko. Oczy miał podkrążone bardzo po niespokojnej nocy i szkliły się w nich jeszcze resztki łez za świniakiem, co w myślach jego prawie męczeńskim bohaterem został.  Cały jednak był zawzięty i zmotywowany.
 – Rację ma jucha wójt. Co mie z tego, że do policmajstra pójdę i o śwniaku mu opowiem, jak oni sami ze złodziejami trzymajom? Przyjedzie ta beczka smalcu, popatrzy, obejście przewącha, kurczaka se jakiegoś każe na koszyczek załadować a po 2 miesiącach przyjdzie do mnie zawiadomienie, że niska szkodliwość społeczna. O takiego wała pany policjanty. Psa se kupie jak hamana, na sznurku uwiąże i niech ktoś spróbuje, o wa!
Taka moc go rozpierała, że aż kułakiem w wezgłówek małżeńskiego wyrka uderzył. Prędko też pożałował gospodarz swojej zapiekłości ale nic po sobie nie dał poznać, mimo, że łzy cisły mu się z boleści do oczów. Hańcia odwróciła się. Modrymi oczętami w męża się wgapiała a zdziwienie malowało się na gębusi.
-Jak to psa? Ryśko, a tyś w ogóle kiedyś psa na ślepia widział?
-O wa!- napuszył się chudy Rysko, kieby paw.- A widziałem.  Za dzieciaka widziałem, co to dziedzic se psa kupił. Jajnika dokładnie. I na mysze se z nim do obórek chadzał i polował. Zawzięta bestia była. Niewiele co ode ziemi odrosłe ale haukało jak nakręcone i myszy dziedzicowi znosiło.
Hańcia przeżegnała się zestrachana całkiem.
-Ja ty kcesz takiego jajnika kupić? A poznasz ty go w ogóle?
-A co ty myślisz, babo, że nie poznam? Ot, ogon, dupa, cztery nogi, pies jak pies. Wielkie mie miecyje!  Śniadanie lepij dawaj, bo cie kułakami wygrzmocę. Wylegujesz sie w betach jako hrabina jaka albo i dziedzicówna a robota leży i gnije. Na targ dziesiaj pójdem i psa kieby niedźwiedzia do zagrody kupię. Takom rzekł!
Wyleciała Hancia z łóżka, a duma rozpierała ją, że aż utrzymać w sobie tego nie mogła. Prędko do obórki pobiegła, krówkę wydojała, kartofli kilka naskrobała, na war wrzuciła i chyłkiem się do sąsiadki przez opłotek przemknęła- by chwilkę krześcijańską dzień piękny i pana Buczka chwalić.
-Pochwalony.- rzekła zdyszana.
-Pochwalony.- odparła sąsiadka Miećka Waligrzącha, wdowa po kotlarzu, co to se na łeb przez przypadek miedziany kocioł spuścił i z tego parę puścił. Wdowa, pobożna była bardzo, tęga, rumiana, matka sześciorga drobiazgu, z czego aże dwójka była kotlarzowa.- A co wasz? Nadal po świniaku lamentuje?
-Iiii...- Hańcia lekceważąco ręką machła.- Pani Waligrząchowa a mój to dzisiaj na targ idzie.- pedziała, cała kraśna z dumy kieby jajko na Wielkanoc. –Jajnika kupujemy.
Waligrząchowa pod boki się podparła.
-Ludzie, krześcijany, a niech was Pon Jezusiczek ma w opiece!- krzyknęła zestrachana.
Pomarkotniała Hańcia bardzo.
-A czemuż to?
Waligrząchowa pokiwała tylko głową jako to kobieta życie znająca i doświadczona.
-Przecie, że na targach to sama Sodomia i Gomoria, i rozpusta. Ryśkowa, moja Ryśkowa, ty wy nie wiecie co to chłopów na targ zawsze ciąga? A muzykanty! A wódczysko! A hulanka!
Pobledła Hańcia, a wargi drżeć jej zaczęły.
-Pani Waligrząchowa...
Ino Waligrząchowa Hańci nie słuchała, jeno jakby się w swojej zawziętości zaparła i dalejże gromy ciskać poczęła.
- Skrzypkom każą se grać i hulają aż ostatnia koszula im przepotnieje. Z tanecznicami płatnymi hulają! Obertasa wywijają. Pieniądz ostatni na gorzałę przepijają a jak im już talarów w sakiewce nie wystarczy to na kredyt. Arendarz ino kredą na drzwiach znaczki se stawia a oni całe chałupy, całe inwentarze przepijajom. A mało to takich, co to z gospodarzy całkiem zdziadzieli i na komorniki zeszli?
-Jezus Maryja!
-Wszystkie zagony w starce utopili. Wszyściutki len, caluśkie pszenice. A do tego, jak się jeden z drugim w wódce rozsmakuje to dopiero się zaczyna. Cały dobytek taki jeden z drugim z chałupy wykrada. Kołdry, statki, ławki i garczki. Wszystko, wszyściutko idzie do kieszeni arendarza, moja Ryśkowa. Puść swego raz na targ, a mówię ja wam- dziadem proszalnym wróci.
Rozbeczała się Hańcia i dłużej nie mogła słuchać gadaniny Waligrząchowej. Zasmarkana i zapłakana do domu wróciła. Kartofle właśnie były doszły na ogniu. Zabrała się przeto gospodyni za warzenie żurku ale miast solą łzami swoimi serdecznymi tę warzę doprawiała.
Ryśko kończył właśnie poranną toaletę. Włosy se smalcem natarł, coby mu od glacy piknie świeciło, grzebieniem ułamanym przeczesał i koszulę zmienił na tę niedzielną, prawie, że czystą. Pod szyjom, z wielką fantazją, czerwoną wstążeczkę zacisnął aże mu oczyska na wierch wyszły.
-Czego to ryczysz, Haniuś kieby pinda zasmarkana?- zapytał uprzejmie.
Na te słowa rozryczała się Hanka jeszcze bardziej.
-Na dziady pójdziemy zarutko jak tylko z targu wrócisz! Na rany Krystusa! Ryśko! Nie idź!- i z rykiem do nóg mężowych przypadła. Zbladł Ryśko i spotniał.
-Babo! Babo! Czyś ty się blekotu najadła czy szaleju napiłaś?
-Mówiła mnie Waligrząchowa, że ty tam idziesz, ino tylko, by się w obertasku z tanecznicami szlajać. Gorzałę na kredyt łykać! Chudobę przepijać!
Nie zdzierżył Ryśko takiego pomówieństwa. Szast, prast babę do porządku przyprowadził. Lunął jej z jednej strony, lunął jej z drugiej, kułakiem w brzuch poprawił i oprzytomniała w końcu Hańcia.
-Anim na hulankę nie idę, anim na gorzały chlanie. Wiesz, przecie babo, że psa trza nam kupować.
Ale Hańca, mimo, że poliki piekły ją od uderzenia, ustępować nie myślała. Przyklękła pod obrazkiem Noświętszej panienki i klęcząc, rence w górę wzniosła.
-Przysięgniej mnie, na tyn obrazek świnty, że jajnika na targu kupisz! Przysięgniej mnie, jako cie Pon Jezus i Matuchna Częstochowska mili!
Uroczystą chwila była bardzo. Ryśko w oczy żoneczce popatrzył, a szaleństwo w nich olbrzymie widząc, zestrachał się nieco. Tedy powiedział:
 -Przysięgam na ten obraz świnty, że jajnika na targu kupię.- i przeżegnał się galatno.
Ucieszyła się Hańcia. Troska, dusząca jej serce kieby czarna zmora, odpuściła i zaczęła baba z tyj radości wielkiej płakać a męża po butach całować.
-Oj, nie dogodzisz babie nigdy.- mruknął pod nosem Ryśko.- Smutna to płacze, wesoła to ryczy. Jak kontenta to beczy, jak nieszczęśliwa- śluzy puszcza. Musi ten babski ród nie z żebra ino z wody zbudowany.
Prędko siedli też do śniadania, żurek z ziemniakami i kaszę na mleku połykając. Łojciec ryśkowy, jako, że w chałupie najstarszy był, dawał synowi ostatnie rady.
-Nosompierw do figury dojdziesz, co to na polu. Potem się w lewo obrykiesz i pójdziesz, hań, aże do tyj wierzby co zeszłej wiosny uskła. Potem się od siebie obrócisz i pójdziesz aż do mostku. A potem to prosto, hen, ksobie pójdziesz i już bydziesz widział miasteczko i targ. Strażnikowi, co w budce na cle siedzi, grzecznie się ukłoń a jak już bydziesz z psem do domu wracał to powisz mu tak: nikscumfercolen. (nichts zum verzollen- nic do oclenia)
Ryśko ziemniaki jadł i w takt tausiowych mądrości łyżką wybijał.
-Acha, acha.- kiwał głową.- Niksfercolen. A jak się mnie franca jeszcze o coś zapyta?
-To powiesz mu tak: nicfersztejn. (nichts verstehen- nie rozumieć)
-No, a jak się jeszcze o coś bydzie pytać?
-Iiii...- łojciec wzruszył ramionami.- To mu powiesz, żeby się w dupę pocałował. Niech się jenzyków łuczom jak takie niegramotne.
I poznali wszyscy jako to mądrość była wielka ryśkowego ojca.
Czas było to już się zbierać. Ryśko wstał ode stoła, przed obrazkiem świntym się przeżegnał, sukmanną czapkę na głowę wcisnął i dzieciskom błogosławić zaczął.
-Matki się słuchać, a nie bałasykować. Nie hultajić się po somsiadowych zagrodach. Krowy za łogon nie ciągać. Bydziecie grzeczne to wam cosik z targu przyniesę. Karmelków słodziuśkich albo cukru w tutce.
Pisk się też zaczął wśród dzieciarni wielgi. Huru buru, ruszyły dziecki na ojca i u rekawów mu się wieszać a dziękować, jakby te słodkości już w garści trzymały. Na som koniec obrócił się Ryśko do łojca i żonki.
-Z Bogiem łojciec. Z Bogiem Hańcia.
-Z Bogiem, Ryśku. Z Bogiem. Ino weź ze sobą Wicia i Felka.
Zdziwiował się Ryśko.
-A to niby czego?
-A to, żebyś nas na dziady tym targiem nie powiódł!- wrzasnęła Hańcia.
„Ot, baby”- pomyślał Ryśko ale na dwóch najstarszych synów ręką skinął. Nie śmiał się żonie przeciwstawić, gdyż znowu mu się miarkowało, że w ślepiach jej zacznie gorzeć szaleństwo.

cdn...

wasza
Helga von Klusken 

p.s. tradycją bloga stało się już, że uprzejmie proszę o niekopiowanie i nie powielanie moich tekstów. Usprawiedliwiona bólem zęba oświadczam: "uprzejmie" i "proszę" możecie sobie darować. Nie kopiować, bo nie.