Ebook z opowiadaniem znajdziecie także tutaj: Miszka
Miszka
część czwarta
-Od figury ksobie!- wrzeszczał Felek.
-A nie prawda!- skakał mu do ślepiów rok młodszy Wicek.-
Dziadziuś mówili, żeby od figury się na prawo obrytnąć! Dobrze pamiętam.
-Zawrzeć gemby!- huknął Ryśko. Podeliberował chwilkę,
chłopakom po wszarzy dał coby cicho byli i na ojcowe słowa pomniał. W lewo się
obrykli, hań do wierzby poszli co uskła, od siebie obrócili, do mostku poszli i
prosto ksobie powędrowali. W jakie dwa pacierze w oddali obaczyli wieżę
kościoła gminnego a pięć zdrowasiek później do miasta wartko wchodzili. Jużci,
dzień był targowy. Ludu- mrowie, chłopy srogie na obliczach, zawzięte, wilkiem
patrzące. Baby grube i rozepchane kieby gomółki serowe, w serdaki kolorowe
pozakutane. Dzieciska jak zawsze brudne i gęby drące. Parobki wąsate a wódka rozochocone i panny co to
każda z gębusi do głowy cukrowej abo do plastra miodu podobna. A gwarno, a
tłumno, a tłoczno! A kramów chyba z tysiąc abo i ze sto! Nie zliczysz. Oczyska
ciągną w lewo, w prawo, rade by wszystkiemu się przyjrzeć, wszyściuchno obaczyć
i w domownikom w chałupie dokładnie opowiadać aże by im się gemby ze zdziwienia
pootwierały. Tu sprzedają czapki chłopskie ale jakie! Sam dziedzic... co tam dziedzic, juha jedna. Sam król
jaki lepszych by nie nosił! Sukienne, płóciane, derlichowe, ze sprzączkami, z
daszkiem i z dzwoneczkami. Obok zaraz chusty i dla gospodyni i dla najmitki,
kolorowe kieby tęczą grają porozkładane na straganie. Modre jako niebo albo
czerwone kiej maki po polach, a sprzedająca jeno gębę w uśmiechu sznuruje i drze
się nie gorzej niźli marcujący kocur:
-Do mnie po chusty! Po fulary! Najlepsze! Do mnie!
Tuż obok smród straszliwy ale to nie smród sprzedają, bo
ten to każdy ma własny i to darmo całkiem, jeno ryby. Błyszczące makrele, lśniące
krwią na skrzelach leszcze, maluchne płotki ponawijane w tuzin na sznurku,
wędzone węgorze, karpie, sumy i okonie. A gruba kramarzowa pod boki się wzięła
i w głos zaklina się przed zatykającą nosy klientelą.
-To ja tak śmierdzę, bo ryby świeżusieńkie!
Ale kto by jej tam uwierzył?
I czego tam jeszcze nie było! I chleb na słomie
rozpostarty, kukiełki cudaczne w ludziki jakie ulepione, meble drewniane w
kwiatki i ptaszki malowane, portki na dupy chłopskie i pańskie, buty szmalcem
starannie do glancu wytarte, świnie, jęczmień, siekiery, paciorki, książki
nawet uczone i milion innych rzeczy. A w samym rogu jarmarku, tuż obok
miejskich jatek, sprzedawali psy. Tam też tłoczyli się poważni gospodarze,
wyrostki niedorosłe, parobki i dziewuchy chociaż przed pieskowymi zębiskami
ogromy strach mieli. Wszędy kręcą się sprzedawcy, zawodowi howańce co to w głos
wrzeszczą:
-Najlepsze dobermany. Dogi niemieckie! Tylko u mnie
wilczury!
A grupa Żydków, co to na handel wzięła na spółkę jednego
psa, kundla podwórkowego- jak wróble obsiedli poważnego gospodarza z biczyskiem
w spracowanej garści. Żydki psu ogon podnoszą, prawię, że wąchać każą psią dupę
i cmokają, zachwalają, targują się.
-Aj waj! Pacz pan co za pies. Złoto nie pies, żeby mnie
broda odpadła jak kłamię.
-Paszoł won.- odpędza się gospodarz od natrętów.-Sami se śmierdziela
w dupę całujta.
-Panie gospodarz, pan nam da 5 złotych i pan go możesz
całować gdzie tylko chcesz. Pacz pan jak się pies na mordzie cieszy.
A gdzie indziej jeszcze patykami szczują pozamykane w
klatkach bestie, nawołują i na wyścigi z psami szczekają coby je jeszcze srożej
rozsierdzić. Oho, to nie dla mientkich jest to widowisko. Psy białemi kły
błyskają a skowyczą, a hałkają, jeno cud prawdziwy, że nikomu jeszcze uszy nie
poodpadywały.
Stanął Ryśko, stanął Wicek, stanął i Felek. A oczyska to
im prawie wypadały od tych dziwów wszelakich. Bo jakże to, widział kto kiedy
takie bestie, prawie, że do smoków podobne?
W końcu pierwszy Felek szturchnął papcia pod bok.
-Tatko kupcie tego wielkiego, z bura łatą na grzbiecie,
co to z pyska do organisty jest podobny. Tako wąsaty i pomarszczony.
-A jużci! Organista jak żywy. A tamten- Wicek wskazał
innego, w klatce zamkniętego- to wypisz, wymaluj ksiądz proboszcz. Tez gruby i
wyliniały.
Nie zdzierżył Ryśko i Wicka w ucho palnął, bo jakże to ze
świętej osoby se śmichy chichy robić.
-Ty uważaj gówniarzu co ty mówisz.
Ale sam, im dłużej się psu przyglądał tym więcej podobieństwa
do dobrodzieja znajdował. Tak samo zdawał się być nienażarty, a przez kraty do
suk się wyrywał. Tako jako i dobrodziej, niby to człek poważny, a wystarczy
jeno, że jaka krasawica na plebanie przyjdzie a sukienkę nieco wyżej podkasa to
już dobrodziej na gębie czerwnieje i apopleksja go tyka. W tyn mig zauważył
sprzedawca frajera...eee znaczy się klienta. Skoczył, Ryśka pod ramię wziął i
do klatki z psem powiódł.
-Widzieliście gospodarzu takiego hamana?- tak zaczął psa
zachwalać- Jakie to ma uszy...
-Oklapnięte.- wtrącił się szybko Felek.
-Zewrzyj gembe gówniarzu.- sprzedawca kontynuował nie
wzruszony.- A jakie ma zęby...
-Wszystkie trzy?- dopytywał się Wicek. Howaniec zmierzył
go tylko złym wzrokiem.
-A jaki brzuch...
-Iiii, wzdęło go jakby cielaka po gotowanych ziemniaka. I
pierdzi też tak samo.
Pies jakby na potwierdzenie tych słów zaczął ujadać tą
drugą stroną ale to tak intensywnie, że z budki strażnika przybiegł wąsaty
Niemiec i sprzedawcę razem z psem za habety wzion i wyrzucił z targu- jako, że
broni, w tym biologicznej, zabronione było sprzedawać.
-Wy mi już lepij nie pomagajcie.- ofuknął ostro Ryśko
synów.-Sam psa kupię.
Zarutko dopadli go inni sprzedawcy i zaczęli za rękawy
ciągać a każdyn w głos swego kundla zachwalał.
-Kupcie Szarika gospodarzu- wysoki howaniec w podartej
kurcie za kark trzymał chudego bernardyna.- Chudobę wam ochroni, dużo nie
zeżre, ze ślepiów uczciwie mu się patrzy.
-Ja mu się może uczciwie patrzeć jak kundel prawie, że
ślepy?- wtrącił się inny sprzedawca.- Kupcie Rintintina.- i podniósł wysoko
skomlącego labradora- To, to jest pies jak marzenie, ogon włochaty, pysk
spiczasty, nogi same muskle.
-A no prawda!- darł się staruszek. W jednej ręce trzymał
maluchnego ratlerka, od pięści niewiększego a w drugiej laskę i laską tą
okrutnie wywijał.- Nogi same muskle bo go jużeś, cyganie ty, ze trzy razy
sprzedał i za każdym razem pies do ciebie wraca.
-Musi, że tęskni. A co jam winowaty, że pies mnie kocha?-
mruknął zawstydzony sprzedawca. A krewki staruszek piskał dalej:
-Co wy sie tam na psoch znacie, same wypierdki jeno
chowacie. Jak se człowiek chce takie straszydło do budy wpuścić to równie
dobrze może i teściową tam zagonić. Pies to ma być na pokazywanie. Na pokoje.
Na to, żeby se na poduszce sypiał, mlika popijał i piknym był. O!- tu w górę
podniósł ratlerka kieby ksiądz monastryję przenajświętszą na ofiarowanie.-
Lassie to jest pies jakiego szukacie, gospodarzu. Śliczności a nie kondel
zwykły. Paczcie jako to mu się ślipia świeca jako gwiazdy na niebie.- i zaczął
psa łobracać w prawo, w lewo aż się tymu szczurowi we łbie od tyj karuzeli
zakręciło i haftować począł. I wnetki poczęli
sprzedawcy i howańce na wyścigi swoje kondle zachwalać, a przechwalać się, a
puszyć, a gęby drzeć. Prawie, że do bitki nie doszło. Zafrasował się Ryśko-
nieboraczysko. Tyli psów do wyboru, do koloru, którego to aby wziąć? Tego
wielkiego co to mu się ze ślipiów źle patrzy? A może tego wesołego, co to na
dwóch łapkach skacze i sztuczki ucieszne pokazuje? A może i jednak tego do
chomika podobnego, z wybałuszonymi oczyskami i ogonkiem cienkim kiej
sznureczek? A może jednak kupić jajnika, jako sam dziedzic kupował i na myszy
se z nim na polowanie chadzać? Kto poratuje dobra radą? Kto mu mądrości doda? I
z wielkiego tego frasunku zaczął się też w cichości Ryśko modlić do św.
Antoniego patrona dobrego pomyślunku.
„Święty Antoni Padewski, obywatelu niebieski adyć
poratujcie mie w potrzebie. Ześlijcie mnie taką bestie co to i złodzieja
odstraszy, i poszanowania u ludziów mi przysporzy. I niech bydzie jakietobądz ale w pysku niech ma kłów wiele i niech takie dźwięki
straszne wydaje, żeby złodzieje na pół wiorsty słyszeli i bali się mnie do
zagrody podejść, amen”
Usłyszał modlitwę biedaka sam święty Antoni w niebie.
Wychylił się zza chmurki na której leżał, oczy łod słońca dłonią przysłonił i
spoglądał na ziemię kto to tam tak gorąco się modli.
„Aha, przecież to Chudy Ryśko, poczciwina.- pomyślał św.
Antoni.- Niech że się też biedakowi tak stanie o co prosi. Przecie, że nieborak
świniaka stracił to jakaś nagroda mu się należy.” I skinął św. Antoni dłonią
jako śnieg bielutką i istotnie stało się to, o co Ryśko tak gorąco się modlił. A
dokładniej to przyszedł kowal Jędrocha, nieźle już napruty. Czapka na bakier mu
się przechyliła, kaftan aże do pół piersi rozchłestany, czerwony na mordzie
jakby farbę puścił a do tego gorzałką cuchnął okrutnie. Poznał kowal Ryśka. Stanął, mocno się nogami w ziemie zapierając coby go wiatr nie zdmuchnął, bo
chociaż wiatru nie było to powiewało nim setnie. Gały w niego wlepił i ryknął:
-Szego?
Ryśko czapkę zdjął, do piersi przycisnął.
-Po kondla żem przyszedł.- westchnął gospodarz.- Ale z
tej mnogości pomiarkować się nie mogę jakiego to kupić. Jędrocha zarzucił mu
ramie na szyję i z tyj przyjaźni w gębę mu okowitą chuchał.
-Bo wy się Ryśko do tego zupełnie źle zabieracie.- radził
mu życzliwie.-Psa wy kiedy widzieliście?
-Ano widział.- przytaknął Ryśko.
-A drzewo wy kiedy widzieliście?
-Anom też widział. Bo to raz!
-A widzieliście wy co to pies pod drzewem robi?
-No, sika.
-A czym sika?- dopytywał się dalej Jędrocha, chociaż
słowa plątały mu się ogromnie.
-No czym, czym. Mokrym sika.
-A widzicie!- zatriumfował Jędrocha.- I od tego właśnie
cza zacząć kupno psa. Mokrym czemś podlać.- Z tymi słowami powiódł Ryśka do
karczmy i nie wychodzili z niej ady się już zmierzchało. Oj, nie żałował
mokrego Ryśko, nie żałował, coby tylko dobrze mu się tego psa kupowało. Raz on
kolejkę mocnej starki stawiał, a raz Jędrocha. Raz on araku żądał a raz
Jędrocha. Raz on piwo dysponował a raz Jędrocha. A pod wieczór to mu może cosik
ze trzy miedziaki w kieszeni zostały. Oprzytomniał Ryśko na ten żałościwy
widok, przed karczmę wyleciał i rozgląda się.
Przyskoczyli do niego synowie, co to na ojca pod karczmą
czekali. Zobaczył szkraby swe, ojciec poczciwy i serce wezbrało mu litością.
-O wy nieboraczki! O wy chudziątka najmilejsze.- i dalej
czupryny dzieciurów tarmosić, łzami oblewać i do serca przyciskać.- Adyć rację
miała Hańcia. Na dziady zejdziemy, na żebraki. Bez psa to chudobę nam
porozkradają, wszystek inwentarz zabiorą złodziejaszki przeklęte i z czego
bydziewa żyć? O nie!- zawziął się w sobie nagle chłop bo ogólnie to zawzięty
był bardzo. Jednym susem znalazł się śród howańcow i hardo do handlu przystąpił.
-A ile ten wilczur?- zapytał głośno.
-Dwa ruble, gospodarzu.- aże wytrzeźwiał Ryśko w jednej
chwili jak cenę tą przeokrutną usłyszał. Markotno spoglądał na koprowinę, co to
mu w garści po hulance została.
-Ile chcecie za ta lablador?- zapytał drugiego.
-Trzy ruble.- odparł howaniec.
-A za ta bernardyn?
Za bernardyna to już wołano pięć rubli i trzydzieści
kopiejków. Za ratlerka ośm, a za jajnika to już w ogóle krzyczano dziesięć
rubli, kopiejków dwadzieście- tyli co za krowę na ocieleniu. Miotał się biedny
Ryśko i szastał, od jednego sprzedawcy do drugiego biegał. Za koszule na piersi
ich chwytał, w oczy przymilnie spoglądał, błagał i zaklinał. Ale nikt nie
chciał mu żadnego psa sprzedać za te trzy marne miedziaki co to mu w garści
zostały. Nawet Żydy, oburzone tą cena, kondla swego zabrały i z gospodarzem
gadać nie chcieli mimo, że kondel parchy miał wielkie jak stodoła i pchły kiej
konie po nim skakały. Zapłakał Ryśko umęczony.
-O Hańciu połowico ty moja!- łkał aże serce rozdzierało.-
A jak do domu wrócem to ci tak wszystkie gnaty porachuję, bo widzę, żeś rację
miała!
Żałość go wzięła sroga, bo przecież na tyn świnty obraz
przysięgał, że na hulankę nie pójdzie a z psem do doma wróci. I dalejże płakać,
ryczeć a włosy w głowy wyrywać, choć po prawdzie wyrywać to tam już nie było za
bardzo czego na ryśkowej głowie. Płakałby tak pewnie jeszcze aż do dzisiaj,
gdyby się do niego jakiś chłop nie przysunął i w ramię go nie trącił. Dziwny
był to chłop. Oczka miał kaprawe, chytrze rozbiegane a po ziemi cosik tak
niedobrze poglądał. Złe miał przeczucia Ryśko kiedy nieznajomy Boga pochwalił i
w te pędy rozmowę zagaił.
-Psa kupić kcecie, gospodarzu?
-Ano kcem. Co z tego, jak te sprzedawcy Żydom gorsze i
ceny aże do nieba windują?
-To ja wam psa sprzedam.
I z tymi słowami wyciągnął zza pazuchy psa, szczeniaka
jeszcze. Pies włochaty był bardzo, wielki nad wyrost, zębów w paszczy miał
mnogość okrutną, z oczów patrzyło mu sie źle, oj bardzo źle. Pazury miał
długaśne a wił się i piskał kieby węgorz w siatce. Ryśkowi coś się jednak w tym
kondlu nie podobało.
-Kieby cielak taki wielki a nie pies.- szepnął ostrożnie,
bych jeno sprzedającego tom swoją nieufnością zbytnio nie urazić i do handlu nie
zniechęcić.
-Co ma nie być pies.- zdenerwował się nagle chłop.-
Pies przecie, paczcie gospodarzu. Uszy ma, ogon, ma, cztery łapy ma, no pies
jak nie pies.
-Cosik nie szczeka.- baknął niepewnie Ryśko.
-Nie szczeka bo śpik go zmorzył. Wyśpi się to zarutko
jutro z rana szczekać zacznie.
-Cosik mu pysk taki za bardzo spiczasty.
-Bo to zagramaniczna rasa, cudo nad cudami. Nawet
dziedzic takiego nie ma i mieć nie będzie.
Nadstawił uszu Ryśko.
-Nawet dziedzic nie ma takiego? To od jajnika lepszy?
Nieznajomy w piersi się buchnął aż zagrzmiało.
-Lepszy. Ba! Od wszystkich psów lepszy! Bierzcie.
Szast prast, psa Ryśkowi do garści wcisnął i miedziaki
chwycił i prędziuśko w tłumie zniknął, zanim jeszcze chłop cokolwiek zdążył
powiedzieć.
-Panie! Adyć panie!- wołał jeszcze za nim gospodarz.- Jeno
jak się wabi?
Ale sprzedający uciekał aż się za nim kurzyło.
Tymczasem szczeniak aż do krwi wpił zębiska w jego ręce.
Jednak co było robić? Obiecał żonce, że z psem wróci, to choćby i intuicja mu
podpowiadała że z tym psem coś nie ten tego, to do domu musiał wrócić. Jużci,
że zawsze lepiej z kondlem jak bez niego.
-A wy synkowie, gemby na kłódkę trzymać i matce nie gadać
ile pies kosztował.
-Ja nic nie powiem.- powiedział Wicek.
-Ja też nie.- obiecał Felek.
-Ani ja.- dodał Michałko.
I całą piątką do domu wrócili, bo ściemniało się już
galatno.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Tak w kwestii formalnej: wszelkie powielanie i kopiowanie, nieuzgodnione z Helgą, tudzież jej rzeczywistą postacią, będzie ścigane z artykułu 13, paragraf 21, Kodeksu o ochronie zdrowia umysłowego ludu miast i wsi ziemi polskiej.
