Z drugiej strony szkoda mi opuszczać magiczny świat internetu, bo bez globalnej komunikacji nigdy bym nie wiedziała ile mi jeszcze brakuje ajfonów, ciuchów z haiemu i markowych rajbanów, żeby być naprawdę szczęśliwą. No cóż... Na pocieszenie zostają mi tylko trele grzeli w letnie noce, księżyc srebrzący swoim blaskiem sypialnie i jaskółki zaglądające przez okna. A to nie to samo co rajbany...
A tutaj całe opowiadanie w PDFie Piekło prawdziwe
Piekło prawdziwe
część piąta
-Znowu się
tłuką.- oznajmiła, kiedy Józek stanął tuż przed jej potężnym biustem. Właściwie
nawet nie trzeba było tego oznajmiać wystarczyło popatrzeć na drugą stronę
ulicy ale kioskarka należała widocznie do tego typu osób, które otwierają mordę
nawet jak nie mają nic do powiedzenia.
-Codziennie tak
się leją.- kontynuowała rozmowę. Józek słuchał niby to uprzejmie ale tak
naprawdę przystanął tylko po to żeby wytrząsnąć kamyczek z buta. Chodniki były
tu bardzo spękane.
-Codziennie.-
kontynuowała kioskara.- Panie wyobrażasz pan sobie? Dzisiaj jest środa, to nawet
nie za bardzo ale co się dzieje w piątki wieczorami, rany julek. Sikają, skakają, śpiewają,
ludzie to się boją na ulicę wychodzić. Mówię panu a policja to już nie raz tu przyjechała. O, patrz pan-
wskazała brodą. Istotnie zza węgła wychylił się nieśmiało radiowóz. Przejechał
powolutku obok tarzającej się na chodniku bandy i odjechał równie powoli, nie
zatrzymując się i nie próbując interweniować. Pijaczkowie bili się nadal.
-Patrz pan, nawet
mandatu im nie wypisali. Po prawdzie, to co im to da? Mandat wystawią, żule
pieniędzy nie mają, bo wszystko na gorzałę przepuszczą, to co im zrobią? Niby z
czego zapłacą? A na wytrzeźwiałkę to ich szkoda dawać, bo dopiro co
odremontowali za społeczne pieniądze. Wie pan, ściany pomalowali, prycze dali
nowe, to gdzie takiego śmierdzącego pijaka na nową wytrzeźwiałkę.
-Uhm- mruknął Józek
i uderzył kilka razy butem o ścianę kiosku. Kamyk utknął jednak nieszczęśliwie
między podeszwą a wkładką i nie chciał wyjść.
-Panie nie wal
pan tak mocno, bo to pomalowana sklejka jest tylko. O widzisz pan, jak
furnitura odpada.-zgromiła go kioskarka.- Pan tu nowy?
-Nowy. Nie wie pani gdzie tu Siarkowa?
-Prosto panie,
cały czas prosto. Pan do hostelu pewnie?
-No.
-No to
prościuteńko, trafisz pan, głupsi od pana trafiali.
Józek nie
wiedział czy podziękować czy obrazić się za ten komplement a gruba sklepikara
dalej ciągnęła- A gazetki to pan nie chce? Bo jak pan tam będzie na przydział
mieszkania czekać to może się panu nudzić. Ostatnio to trwa trochę z tymi
mieszkaniami. Pisali już ludzie do burmistrza jakąś petycje w tej sprawie ale
czy te polityki to kiedykolwiek głosu prostego ludu posłuchali? Czekaj w kolejce i
czekaj, a takie Cygany to w pierwszej kolejności dostają mieszkania. Ze niby
mniejszość narodowa, skubańce, pies ich trącał. A prości ludzie nic. Matki,
ojce z małymi dziećmi u piersi i latami czekają a hołota to się polonezami
rozbija i w nowych M2, jak na pańskich pałacach sypia. A może papierosków panu
dać?
-A po ile masz
pani papierosy?- zainteresował się Józek.
-A po czynaście
pindziesiąt.
-Drogo. Ancug
pani weźmiesz?
Kioskarka
zmierzyła go dokładnie wzrokiem.
-Coś go pan
zanadto oberwał. Za takie ancug to pół paczki mogię najwyżej dać.
Józek zastanowił
się chwilkę. Pół paczki to jednak pół paczki a to zdecydowanie więcej niż nic.
-Pani da.-
zdecydował i ściągnął marynarkę. Kioskara chwyciła ubrania, podał mu bez słowa
paczkę na której rzucał się w oczy wielki napis w czarnej ramce „tutaj palenie
nie sprawi, że umrzesz ale raka możesz mieć mimo wszystko” i szybko zamknęła
szybkę kiosku. Józka tknęło niedobre przeczucie. Zajrzał do paczki i istotnie,
zamiast obiecanych dziesięciu szlugów znalazł tam tylko osiem. Na nic nie zdało
się tłuczenie knykciami w szybę kiosku, sklepikara ani myślała otworzyć.
Siedziała tylko na swoim stołeczku i z zacięciem kartkowała stare wydanie „Chwili
dla ciebie”. Zrezygnowany Józek zawinął się szczelniej w swoją cienką koszulę,
gdyż deszcz zaczął padać mocniej i powlókł się przed siebie. Pijaczki gdzieś
zniknęły, tylko jeden z nich leżał na chodniku a z rozbitego nosa ciekła mu
krew. Kierowcy omijali go ostrożnie i trąbili z obrzydzeniem widocznym w
oczach. Wydawało się, że nie żyje ale nagle zaczął donośnie chrapać, przewrócił
się na bok i zasnął smacznym snem profesjonalnego pijaczyny. Czereśny powlókł
się dalej. Po dobrej godzinie, kompletnie przemoczony, znalazł mały, odrapany,
brudny hostel. Część neonów przepaliła się i teraz tylko „o” i „el” świeciły nikłym,
błękitnym blaskiem. Wszedł do środka. Drzwi zacinały się i haczyły w progu. Za
blatem brudnej, lepkiej od soku, tłuszczu i kurzu recepcji siedział Smolisty w
czapce hotelowego boya. Czapka musiała być kradziona, gdyż wyhaftowano
na niej napis "Hilton", a poza tym była tak samo wybrudzona jak wszystko
pozostałe tutaj. Diabeł czytał „Chwilę dla ciebie”, a na pierwszej stronie
magazynu wydrukowano zdjęcie Madonny w samych majtkach naszywanych cekinami.
Madonna miała na nim 97 lat. Podpis pod zdjęciem darł się niemo: „Szok,
sensacja! Prawie setka na karku i wciąż pozuje do Playboya! Zobacz koniecznie”
Józek pomyślał, że jednak wolałby tego nie oglądać.
-I co trafił
pan?- westchnął Smolisty składając gazetę.
-A pan to tak
wszystkie etaty w mieście obsiadujesz?- odgryzł się złośliwie Józek. Diabeł
jednak nie wydawał się być tym urażony.
-Takie czasy-
wzruszył ramionami- Pensja maleńka, trzeba się chwytać wszystkiego. Na daczę
zbieram.- dodał jakby z przeprosinami.- Już mam taką jedną upatrzoną, w lesie
wie pan. Cisza, prawie że spokój, autostrada
oddalona o dobre 300 metrów.- westchnął jeszcze raz.- Pan klucz pewnie chce?
-No, przydałoby
się.- odparł Józek.- Zimno dzisiaj.
-Ogrzewanie nie
działa.- wtrącił szybko Smolisty.
-W ogóle?
-Nie, no tylko
dzisiaj. Jakąś awarie tam mają.
-A prędko
naprawią?
-Pewnie prędko.
Ostatnim razem to technicy przyjechali już po 6 tygodniach od zgłoszenia, tak
więc pan widzi, rach, ciach i już naprawione.
Józek nie
zamierzał kłócić się ze Smolistym, że 6 tygodni od zgłoszenia to jednak nie
jest takie rach, ciach ale nie miał na to siły. Mokra koszula lepiła mu się
nieprzyjemnie do pleców. Zdobył się tyko na zgryźliwą uwagę o piekle, które
zamarza. Smolistego jednak nie ruszały takie teksty. Albo twardziel albo
przyzwyczajony. Dostał klucz do ręki, duży, wygięty klucz, za breloczek robiła
pokrywka od starego garnka na mleko na półmetrowym łańcuszku.
-Panie, co pan?-
zaoponował Józek.- Większego się nie dało? Przecież ani tego do kieszenie nie
schowam ani na widoku nie zostawię bo ukradną.
-A to moja wina?-
oburzył się Smolisty.- Takie mam, to takie wydaję. Jak nie chce to nie musi
brać, przymusu do spania pod dachem to tu żadnego nie ma.- był zły skoro
tytułował Józka per „ono”. Z powrotem zagłębił się w lekturę „Chwili dla ciebie”.
Na kolejnym zdjęciu Madonna nie miała już nawet swoich skąpych stringów z
cekinami. Józek poczuł jak oczy zaczynają mu nagle łzawić.
-A ten pokój to
gdzie?- zapytał, odwracając wzrok od gazety. Nie na wiele się to zdało, gdyż na
ścianach hostelu ktoś przykleił niechlujnie takie same zdjęcia Madonny
wyrwane z innego piśmidła. Może nawet z Playboya.
-Pokój
trzynaście, na pierwszym piętrze.
-A innych numerów
tu nie macie?
Smolisty nic nie
odpowiedział, tylko poślinionym paluchem kartkował „chwilę” i sapał obleśnie,
coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy. Instrukcje recepcjonisty były
oczywiście fałszywe. Pokój nie znajdował się na pierwszym piętrze, tylko na
trzecim, wciśnięty między pomieszczeniem na brudną bieliznę a toaletą, która
nieustannie się zapychała, za każdym razem, gdy tylko ktoś spuścił wodę.
Wypaczone drzwi nie domykały się i nieustannie buchał stamtąd smród fekalii.
Pokój był
czteroosobowy, długi i wąski niczym kiszka. U szczytu okno, brudne i przysłonięte
urwaną firanką, po obydwu stronach wysokie, metalowe, podwójne prycze. Dwie z
nich, te najlepsze u dołu były już zajęte. Na jednej leżały przepocone
skarpetki i śmierdziały okrutnie, a na drugiej rozwalił się grubas w brudnej
piżamie i śmierdział na wyścigi ze skarpetkami, tak że w sumie nie wiadomo było
czy to on czy skarpety capią bardziej. Okno było oczywiście zamknięte.
-Bry...-
powiedział Józek na wydechu. Grubas spojrzał na niego.
-Na dole zajęte.-
powiedział, chociaż było to oczywiste.- Może pan spać na górze, oba łóżka
jeszcze wolne. Cisza nocna od 21, jak chce sobie pan sprowadzić panienkę po 21
wieczorem to prosiłbym o zgłoszenie tego faktu wcześniej. Ja nie mogę spać jak
mnie się łóżko nad głową trzęsie. Ja sie wtedy robię bardzo nerwowy. Ja mam
problemy z sercem. Mnie się nie wolno denerwować.
Wobec tego Józek
wybrał pryczę nad skarpetkami.
-A tu kto leży?-
zapytał wskazując na cuchnące onuce.
-A... taki
jeden.- grubas wydął lekceważąco wargi po czym uznał, że jego wyjaśnienia są
wystarczające, bo umilkł. Józek zastanawiał się jak zacząć rozmowę.
-Na mieszkanie to
pan też czeka?- zapytał po dziesięciu minutach.
-No.- odparł
lakonicznie gruby. Konwersacja nie kleiła się w najmniejszym stopniu.
-A Smolistego pan
zna?- zapytał jeszcze raz Józek po kolejnych 10 minutach.
-No.- odparł
grubas.
Znowu 10 minut
pauzy.
-Fajny chłop z
niego.- spróbował jeszcze raz Czereśniak.
-No.
-Deszcz pada.-
uderzył Józek z innej strony.
-No.
-Długo już pada.
Od samego rana.- zawył Czereśny.
-No.- grubas nie
poruszył się tylko dalej wlepiał wzrok w spodnią stronę materaca nad nim.
-Pewnie będzie do
wieczora tak padać.
-No.
Zrozpaczony Józek
zamierzał już wstać i dać grubasowi po pysku, żeby przekonać się czy może wtedy
powie coś więcej ale w tej samej chwili do pokoju wpadł niczym burza trzeci lokator-
szczupły, nerwowy typ z łysiejącym ciemieniem.
-Pan tu również
mieszka?- zwrócił się do niego uprzejmie Józek
-No.- odparł
nowy.
I wtedy Czereśny
dał za wygraną. To nie było na jego nerwy. W południe do pokoju wsunął się czwarty,
ostatni mieszkaniec.
-Czy ta prycza
jest wolna?- zapytał Józka, wskazując palcem na pryczę nad grubasem
-No.- powiedział
Józek.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Proszę nie kopiować, głupio nie komentować, nie publikować i nie wydziwiać. Proszę czytać i cieszyć się z małych rzeczy. Takie pińć złotych na ten przykład. Małe a cieszy, bo piwko można sobie za to kupić.
