piątek, 24 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz. 5

Część piąta publikowana jest już pod moją nieobecność. Z jednej strony cieszę się, bo wieś na której spędzę kolejne cztery tygodnie jest naprawdę urocza. Pola, lasy, strumyki a w odległości czterech kilometrów jest nawet sklep spożywczo-przemysłowy prowadzony przez żonę sołtysa. Wystarczy tylko zadzwonić do bramy, przejść chlewik, stajnię i oborę, i w rogu ogrodu, tuż obok sławojki, stoi stragan- a tam wszystko co dusza zapragnie. Wino i papierosy jakie tylko kto chce. Chleb na zapisy. Mięso dowożą nyską raz w tygodniu, chyba, że kierowca zapije.
Z drugiej strony szkoda mi opuszczać magiczny świat internetu, bo bez globalnej komunikacji nigdy bym nie wiedziała ile mi jeszcze brakuje ajfonów, ciuchów z haiemu i markowych rajbanów, żeby być naprawdę szczęśliwą. No cóż... Na pocieszenie zostają mi tylko trele grzeli w letnie noce, księżyc srebrzący swoim blaskiem sypialnie i jaskółki zaglądające przez okna. A to nie to samo co rajbany...

A tutaj całe opowiadanie w PDFie Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
 część piąta

To co na mapie wyglądało na krótką, przyjemną wycieczkę w rzeczywistości okazało się długą wędrówką przez opustoszałą, prawie wymarłą ulicę. Piekło robiło bardzo smutne wrażenie i nie ma co się tu dziwić bo to w końcu piekło a nie Disneyland, no nie? Po obu stronach ulicy rosły krzywe kamieniczki, późny Gierek, wczesny Gomułka, brudne i oblazłe z farby. Części szyb w oknach nie było, a z pozostałych powiewały szare, skłębione firanki. Otwarte bramy ziały wilgotną czernią i śmierdziały moczem. Większość sklepów była pozamykana a na szybach wystawowych przyklejono krzywo wielkie, jaskrawe, czerwone napisy „do wynajęcia”. Tylko monopolowy trzymał się jeszcze jako tako i kiosk z gazetami. Przed tym pierwszym tłukło się dwóch pijaczków, pozostałych trzech dopingowało ich słabymi, zachlanymi głosami. Gruba kioskarka z kiosku naprzeciwko wychyliła się aż do połowy  piersi ze swojego ciasnego okienka (a miała się baba do czego wychylać) i z uwagą przyglądała się bójce.
-Znowu się tłuką.- oznajmiła, kiedy Józek stanął tuż przed jej potężnym biustem. Właściwie nawet nie trzeba było tego oznajmiać wystarczyło popatrzeć na drugą stronę ulicy ale kioskarka należała widocznie do tego typu osób, które otwierają mordę nawet jak nie mają nic do powiedzenia.
-Codziennie tak się leją.- kontynuowała rozmowę. Józek słuchał niby to uprzejmie ale tak naprawdę przystanął tylko po to żeby wytrząsnąć kamyczek z buta. Chodniki były tu bardzo spękane.
-Codziennie.- kontynuowała kioskara.- Panie wyobrażasz pan sobie? Dzisiaj jest środa, to nawet nie za bardzo ale co się dzieje w piątki wieczorami, rany julek. Sikają, skakają, śpiewają, ludzie to się boją na ulicę wychodzić. Mówię panu a policja to już  nie raz tu przyjechała. O, patrz pan- wskazała brodą. Istotnie zza węgła wychylił się nieśmiało radiowóz. Przejechał powolutku obok tarzającej się na chodniku bandy i odjechał równie powoli, nie zatrzymując się i nie próbując interweniować. Pijaczkowie bili się nadal.
-Patrz pan, nawet mandatu im nie wypisali. Po prawdzie, to co im to da? Mandat wystawią, żule pieniędzy nie mają, bo wszystko na gorzałę przepuszczą, to co im zrobią? Niby z czego zapłacą? A na wytrzeźwiałkę to ich szkoda dawać, bo dopiro co odremontowali za społeczne pieniądze. Wie pan, ściany pomalowali, prycze dali nowe, to gdzie takiego śmierdzącego pijaka na nową wytrzeźwiałkę.
-Uhm- mruknął Józek i uderzył kilka razy butem o ścianę kiosku. Kamyk utknął jednak nieszczęśliwie między podeszwą a wkładką i nie chciał wyjść.
-Panie nie wal pan tak mocno, bo to pomalowana sklejka jest tylko. O widzisz pan, jak furnitura odpada.-zgromiła go kioskarka.- Pan tu nowy?
-Nowy. Nie wie pani gdzie tu Siarkowa?                    
-Prosto panie, cały czas prosto. Pan do hostelu pewnie?
-No.
-No to prościuteńko, trafisz pan, głupsi od pana trafiali.
Józek nie wiedział czy podziękować czy obrazić się za ten komplement a gruba sklepikara dalej ciągnęła- A gazetki to pan nie chce? Bo jak pan tam będzie na przydział mieszkania czekać to może się panu nudzić. Ostatnio to trwa trochę z tymi mieszkaniami. Pisali już ludzie do burmistrza jakąś petycje w tej sprawie ale czy te polityki to kiedykolwiek głosu prostego ludu posłuchali? Czekaj w kolejce i czekaj, a takie Cygany to w pierwszej kolejności dostają mieszkania. Ze niby mniejszość narodowa, skubańce, pies ich trącał. A prości ludzie nic. Matki, ojce z małymi dziećmi u piersi i latami czekają a hołota to się polonezami rozbija i w nowych M2, jak na pańskich pałacach sypia. A może papierosków panu dać?
-A po ile masz pani papierosy?- zainteresował się Józek.
-A po czynaście pindziesiąt.
-Drogo. Ancug pani weźmiesz?
Kioskarka zmierzyła go dokładnie wzrokiem.
-Coś go pan zanadto oberwał. Za takie ancug to pół paczki mogię najwyżej dać.
Józek zastanowił się chwilkę. Pół paczki to jednak pół paczki a to zdecydowanie więcej niż nic.
-Pani da.- zdecydował i ściągnął marynarkę. Kioskara chwyciła ubrania, podał mu bez słowa paczkę na której rzucał się w oczy wielki napis w czarnej ramce „tutaj palenie nie sprawi, że umrzesz ale raka możesz mieć mimo wszystko” i szybko zamknęła szybkę kiosku. Józka tknęło niedobre przeczucie. Zajrzał do paczki i istotnie, zamiast obiecanych dziesięciu szlugów znalazł tam tylko osiem. Na nic nie zdało się tłuczenie knykciami w szybę kiosku, sklepikara ani myślała otworzyć. Siedziała tylko na swoim stołeczku i z zacięciem kartkowała stare wydanie „Chwili dla ciebie”. Zrezygnowany Józek zawinął się szczelniej w swoją cienką koszulę, gdyż deszcz zaczął padać mocniej i powlókł się przed siebie. Pijaczki gdzieś zniknęły, tylko jeden z nich leżał na chodniku a z rozbitego nosa ciekła mu krew. Kierowcy omijali go ostrożnie i trąbili z obrzydzeniem widocznym w oczach. Wydawało się, że nie żyje ale nagle zaczął donośnie chrapać, przewrócił się na bok i zasnął smacznym snem profesjonalnego pijaczyny. Czereśny powlókł się dalej. Po dobrej godzinie, kompletnie przemoczony, znalazł mały, odrapany, brudny hostel. Część neonów przepaliła się i teraz tylko „o” i „el” świeciły nikłym, błękitnym blaskiem. Wszedł do środka. Drzwi zacinały się i haczyły w progu. Za blatem brudnej, lepkiej od soku, tłuszczu i kurzu recepcji siedział Smolisty w czapce hotelowego boya. Czapka musiała być kradziona, gdyż wyhaftowano na niej napis "Hilton", a poza tym była tak samo wybrudzona jak wszystko pozostałe tutaj. Diabeł czytał „Chwilę dla ciebie”, a na pierwszej stronie magazynu wydrukowano zdjęcie Madonny w samych majtkach naszywanych cekinami. Madonna miała na nim 97 lat. Podpis pod zdjęciem darł się niemo: „Szok, sensacja! Prawie setka na karku i wciąż pozuje do Playboya! Zobacz koniecznie” Józek pomyślał, że jednak wolałby tego nie oglądać.
-I co trafił pan?- westchnął Smolisty składając gazetę.
-A pan to tak wszystkie etaty w mieście obsiadujesz?- odgryzł się złośliwie Józek. Diabeł jednak nie wydawał się być tym urażony.
-Takie czasy- wzruszył ramionami- Pensja maleńka, trzeba się chwytać wszystkiego. Na daczę zbieram.- dodał jakby z przeprosinami.- Już mam taką jedną upatrzoną, w lesie wie pan. Cisza, prawie że spokój,  autostrada oddalona o dobre 300 metrów.- westchnął jeszcze raz.- Pan klucz pewnie chce?
-No, przydałoby się.- odparł Józek.- Zimno dzisiaj.
-Ogrzewanie nie działa.- wtrącił szybko Smolisty.
-W ogóle?
-Nie, no tylko dzisiaj. Jakąś awarie tam mają.
-A prędko naprawią?
-Pewnie prędko. Ostatnim razem to technicy przyjechali już po 6 tygodniach od zgłoszenia, tak więc pan widzi, rach, ciach i już naprawione.
Józek nie zamierzał kłócić się ze Smolistym, że 6 tygodni od zgłoszenia to jednak nie jest takie rach, ciach ale nie miał na to siły. Mokra koszula lepiła mu się nieprzyjemnie do pleców. Zdobył się tyko na zgryźliwą uwagę o piekle, które zamarza. Smolistego jednak nie ruszały takie teksty. Albo twardziel albo przyzwyczajony. Dostał klucz do ręki, duży, wygięty klucz, za breloczek robiła pokrywka od starego garnka na mleko na półmetrowym łańcuszku.
-Panie, co pan?- zaoponował Józek.- Większego się nie dało? Przecież ani tego do kieszenie nie schowam ani na widoku nie zostawię bo ukradną.
-A to moja wina?- oburzył się Smolisty.- Takie mam, to takie wydaję. Jak nie chce to nie musi brać, przymusu do spania pod dachem to tu żadnego nie ma.- był zły skoro tytułował Józka per „ono”. Z powrotem zagłębił się w lekturę „Chwili dla ciebie”. Na kolejnym zdjęciu Madonna nie miała już nawet swoich skąpych stringów z cekinami. Józek poczuł jak oczy zaczynają mu nagle łzawić.
-A ten pokój to gdzie?- zapytał, odwracając wzrok od gazety. Nie na wiele się to zdało, gdyż na ścianach hostelu ktoś przykleił niechlujnie takie same zdjęcia Madonny wyrwane z innego piśmidła. Może nawet z Playboya.
-Pokój trzynaście, na pierwszym piętrze.
-A innych numerów tu nie macie?
Smolisty nic nie odpowiedział, tylko poślinionym paluchem kartkował „chwilę” i sapał obleśnie, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy. Instrukcje recepcjonisty były oczywiście fałszywe. Pokój nie znajdował się na pierwszym piętrze, tylko na trzecim, wciśnięty między pomieszczeniem na brudną bieliznę a toaletą, która nieustannie się zapychała, za każdym razem, gdy tylko ktoś spuścił wodę. Wypaczone drzwi nie domykały się i nieustannie buchał stamtąd smród fekalii.
Pokój był czteroosobowy, długi i wąski niczym kiszka. U szczytu okno, brudne i przysłonięte urwaną firanką, po obydwu stronach wysokie, metalowe, podwójne prycze. Dwie z nich, te najlepsze u dołu były już zajęte. Na jednej leżały przepocone skarpetki i śmierdziały okrutnie, a na drugiej rozwalił się grubas w brudnej piżamie i śmierdział na wyścigi ze skarpetkami, tak że w sumie nie wiadomo było czy to on czy skarpety capią bardziej. Okno było oczywiście zamknięte.
-Bry...- powiedział Józek na wydechu. Grubas spojrzał na niego.
-Na dole zajęte.- powiedział, chociaż było to oczywiste.- Może pan spać na górze, oba łóżka jeszcze wolne. Cisza nocna od 21, jak chce sobie pan sprowadzić panienkę po 21 wieczorem to prosiłbym o zgłoszenie tego faktu wcześniej. Ja nie mogę spać jak mnie się łóżko nad głową trzęsie. Ja sie wtedy robię bardzo nerwowy. Ja mam problemy z sercem. Mnie się nie wolno denerwować.
Wobec tego Józek wybrał pryczę nad skarpetkami.
-A tu kto leży?- zapytał wskazując na cuchnące onuce.
-A... taki jeden.- grubas wydął lekceważąco wargi po czym uznał, że jego wyjaśnienia są wystarczające, bo umilkł. Józek zastanawiał się jak zacząć rozmowę.
-Na mieszkanie to pan też czeka?- zapytał po dziesięciu minutach.
-No.- odparł lakonicznie gruby. Konwersacja nie kleiła się w najmniejszym stopniu.
-A Smolistego pan zna?- zapytał jeszcze raz Józek po kolejnych 10 minutach.
-No.- odparł grubas.
Znowu 10 minut pauzy.
-Fajny chłop z niego.- spróbował jeszcze raz Czereśniak.
-No.
-Deszcz pada.- uderzył Józek z innej strony.
-No.
-Długo już pada. Od samego rana.- zawył Czereśny.
-No.- grubas nie poruszył się tylko dalej wlepiał wzrok w spodnią stronę materaca nad nim.
-Pewnie będzie do wieczora tak padać.
-No.
Zrozpaczony Józek zamierzał już wstać i dać grubasowi po pysku, żeby przekonać się czy może wtedy powie coś więcej ale w tej samej chwili do pokoju wpadł niczym burza trzeci lokator- szczupły, nerwowy typ z łysiejącym ciemieniem.
-Pan tu również mieszka?- zwrócił się do niego uprzejmie Józek
-No.- odparł nowy.
I wtedy Czereśny dał za wygraną. To nie było na jego nerwy. W południe do pokoju wsunął się czwarty, ostatni mieszkaniec.
-Czy ta prycza jest wolna?- zapytał Józka, wskazując palcem na pryczę nad grubasem
-No.- powiedział Józek.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

 p.s. Proszę nie kopiować, głupio nie komentować, nie publikować i nie wydziwiać. Proszę czytać i cieszyć się z małych rzeczy. Takie pińć złotych na ten przykład. Małe a cieszy, bo piwko można sobie za to kupić.

czwartek, 23 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.4

Jak sam tytuł posta wskazuje dzisiaj kolejna część "Piekła prawdziwego". Józef Czereśny z dumą skompletował już wpisy do swojej kartoteki łajdaka i z podniesionym czołem może wejść do królestwa piekielnego. Enjoy it.
p.s. a żeby dalej nie kłamać... plik PDF dostępny będzie dopiero po publikacji ostatniej części na blogu. Opcja sprawdzania pisowni w moim wordzie ma tylko niemiecką wersję i niezmiennie podkreśla mi wszystko na czerwono, jak leci. Dlatego zawiłości polskiej mowy z wszystkimi zawijasami i kreseczkami sprawdzam sobie dopiero podczas publikowania na blogu. Trochę to wszystko skomplikowane jak sprzedaż gorącego żurku latem w Łebie ale takie życie.

 Tutaj znajdziecie kompletną wersję PDF Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe 
część czwarta


-A bilecik, to pan szanowny ma?
-A to trzeba?
-No, a co pan myślał?- Smolisty zacmokał ustami.- Że to tak na krzywy ryj chce pan jechać? Nie wstyd panu? To taki z pana uczciwy obywatel, hę? Na wybory pan ganiasz, w Biedronce ziemniaki ważysz pan bez dokładania, na mszę dajesz a biletu nie chcesz pan zapłacić? Jak szuja jaka? Czarna owca? Zapluty karzeł reakcjonizmu? Wymoczek zapluskwiony?- miotał się w obelgach. Markotno się nieco zrobiło Józkowi więc przerwał mu ostro.
-Dobra skończ pan, bo się jeszcze oślinisz.- szybko przeglądnął kieszenie- Tylko, że ja nic nie mam. Mańka mie nawet chusteczki do nosa nie zostawiła. Nic, ani złotóweczki.
-Pod język panu nic nie włożyli?
Józek obracał chwilkę językiem w ustach.
-Nic.
-No, ale zegareczek przecież pan ma.- zarechotał Smolisty.
-Zegarkiem będę za bilet płacić?- oburzył się. Diabeł był jednak nieubłagany i chcąc, nie chcąc Józek musiał z żalem wrzucić swój chronometr do otworu na monety. Z drugiego, z cichym sykiem wynurzył się papierowy bilecik. Czereśny usiadł w dalszej części autobusu, rozmyślnie wybierając miejsce z dala od smolistego.
„Taki zegarek. Jeszcze za Gierka kupiony” myślał rozgoryczony. „ Trzy transformacje polityczne przeżył, do Ustki z nim jeździłem, w morzu się kąpałem i nic mu się nie stało. Nawet Stefan go nie świsnął a tu taki z cicha pęk, z metra cięty frajerzyna każe se nim za bilet płacić.”
Tymczasem Smolisty wrzucił od razu dwójkę (jedynka i tak się zacinała), autobusem szarpnęło w przód i pojechali ciągnąc za sobą siwy obłok dymu. Istotnie autobus jeździł chyba tylko cudem i to jakimś szatańskim cudem a nie boskim. Zarzucało nim jak pijakiem na prawo i lewo, od rowu do rowu, hamulce piszczały szaleńczą pieśń straceńca, gaźnik strzelał niczym z kbksu. Diabeł pogwizdywał przeraźliwie motyw przewodni z Titanica, fałszując przy tym niemiłosiernie, a radio darło mu się do taktu najnowszym przebojem grupy „Czerwone Gitary”. Tworzyło to razem istną kakofonię. Smolisty jednak nie kłamał i istotnie roboty miał wyżej rogów. Wiele razy jeszcze ten nocy zatrzymywali się na cmentarzach i pod kościołami, i wielu świeżutkich nieboszczyków zajmowało miejsca w autobusie. Czereśny z gorzką satysfakcją zauważył, że większość z nich nie miała czym zapłacić za bilety i pozbywała się biżuterii lub części garderoby. Jeden facet, którego wyłowiono z jeziorka i zamierzano pochować w samych slipkach nie miał to nic, ale dosłownie nic. Diabeł majtek nie chciał przyjąć bo twierdził, że pewnie brudne a poza tym to tak jakoś niehigienicznie. Golas natomiast stał na schodkach autobusu, zasłonił dłonią oczy i cicho płakał, ze wstydu lub z żalu za gajciochami- czort go tam wie. Skończyło się polubownie- goły zadeklamował Gałczyńskiego ale to jak! Oho, aż iskra szła i diabeł puścił go bez biletu.
-Ale jakby kontrola była- ostrzegł tylko- To ja pana nie widziałem, nie słyszałem, pan się tu podstępem dostał.
Reszta pasażerów klaskała golasowi z ukontentowania.
Do piekła dojechali dopiero późnym przedpołudniem. Józek nie mógł sobie dokładnie przypomnieć trasy, gdyż mimo szarpania, podskoków i nagłego hamowania autobusu udało mu się chwileczkę zdrzemnąć, przykładając głowę do zimnej szyby. Obudził się kiedy wysiadali. Dłuższą chwilę przyglądał się zza szyby miejscu, do którego przyjechał, nim zdecydował się wysiąść. A miejsce to nie wyróżniało się niczym szczególnym. Ot, stary, odrapany dworzec autobusowy. Z jednej strony ślepa ściana wysokiej kamienicy, z której dużymi płatami odchodził szary, brudny tynk. Na ścianie duży bilbord i odklejająca się, ordynarna reklama piwa „premjum bardzo mocne”. Tak tam było napisane, premjum przez „j”. Trzy przystanki, każdy z nich porośnięty chwastami, daszek przeciwdeszczowy z którego zlazła już farba, wygięte barierki i przepełnione kosze na śmieci. Smolisty przeparkował autobus, zmienił czapkę, tym razem na toczek i dużym, zardzewiałym kluczem otworzył budkę kontrolera ruchu. Wszedł do środka. Budka zrobiona była z odrapanego metalowego baraku. Wgniecenia w  kilku miejscach świadczyły, że kierowcy autobusów nie raz musieli uderzyć w nią z impetem. Przednia szyba z otworem u dołu, przez który komunikowali się interesanci także była pęknięta. Siedzący w środku kontroler miał minę znudzoną i ziewał od ucha do ucha, skrobiąc się od czasu do czasu po różkach.
Józek stał tak chwilę na środku dworca, nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Dopiero po chwili zauważył, że na pęknietej szybie budki kontrolera nalepiona jest kartka formatu a4 z niedbałym, ręcznym napisem „rejestracja nowoprzybyłych” i utworzyła się tam już niewielka kolejka. Stanął w niej, chwilę odczekał.
-Nazwisko.- rzucił w jego stronę Smolisty bardzo znudzonym i bardzo urzędowym tonem.
-Czereśny. Ale pan mnie już przecież zna.
-Nie wiem, nie znam się, zaganiany jestem, przyjdź pan później.- wydyszał czort jednym tchem. W łapie znowu trzymał brudny kajecik.- Czereśny, Czereśny...Czereśny Marian...
-Józek.- wtrącił ponuro Józek.
-No przecież wiem, że Janek.- oburzył się diabeł. –Pan mnie tu nie przeszkadza w urzędowych czynnościach bo to dłużej będzie trwało. O jest.- ucieszył się.- Czereśny Jędrzej. Pan się zgłosi do hostelu na Siarkowej 13. Ma pan tam zrobioną rezerwację.
-A gdzie to jest?- dopytywał się Józef ale diabeł już go nie słuchał.
-Następny!- ryknął potężnie a kobieta stojąca za Józkiem zaczęła gorączkowo przepychać się do przodu.
-Czego pan tu tak stoisz jak widły w gnoju? Pan nie widzi, że chcem przejść? Więckowska Alina.- rzuciła do diabła dopytującego się apatycznym tonem o nazwisko.
Józek wzruszył ramionami i odszedł na bok. Na postoju taksówek stało kilka odrapanych fiatów Uno i jeden, potwornie zeżarty przez rdzę, Reno Clio. Podszedł do pierwszego auta i zastukał w szybę. Kierowca chwilę męczył się z korbką nim udało się ją opuścić.
-Panie, Siarkowa 13 to daleko?- zapytał.
-Daleko.- burknął opryskliwie diabeł. Różki przebijały mu denko od czapeczki szofera.
-A ile będzie kosztował przejazd?
Kierowca zmierzył go taksującym spojrzeniem.
-Panie coś pan? Nawet ancugu nie masz pan porządnego i do taksówki się pchasz? Jak jakiś łachmyta?- i prędko zakręcił korbką. Szyba powędrowała do góry, odcinając czarta skutecznie od Józka. Inni kierowcy nawet nie zwrócili uwagi na stukania do ich pojazdów. Jeden wyszedł nawet z auta i podwinął rękawy marynarki jakby szykując się do obicia mordy Józkowej, ale Czereśny zrejterował w samą porę. Odwrócił się szybko i udawał, że z wielkim zainteresowaniem studiuje rozkład jazdy autobusów.
-No.- powiedział taksiarz i wsiadł z powrotem do samochodu.
Mimo wszystko ten nieprzyjemny epizod zakończył się pozytywnym akcentem, gdyż tuż obok rozkładu jazdy wisiała sobie mała, niepozorna karteczka z planem miasta wydrukowanym z google maps. Plan wyglądał jakby kserowano go co najmniej z 10 razy, za każdym razem dramatycznie tracąc na jakości ale wytężając wzrok można było dopatrzeć się na nim zarysu ulicy Siarkowej. Wynikało z niego, że musi iść ulicą prosto i tylko prosto. Cóż było robić? Józek wzruszył ramionami, gajerkiem nieco szczelniej owinął sobie ramiona, gdyż zaczął siąpić nieprzyjemny deszczyk i raźnym krokiem ruszył w stronę sennego, brudnego miasteczka.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Treści publikowane na blogu przeznaczone są do wyłącznie prywatnego użytku. Grzesznicy, którzy zamierzają je publikować bez mojej zgody dostaną za karę pierogów z kaszanką. He, he w hostelu na Smolistej, oczywiście.

środa, 22 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.3

Wczoraj w nocy, celebrując swoją uciążliwą, cykliczną bezsenność, zrobiłam sobie mały wypad w krainę przeszłości, kiedy to wśród pań królowała trwała typu owca, a panowie ciągle nosili białe skarpetki do poliestrowych spodni. Miałam wtedy 5, może 6 lat. Pamiętam pewną piosenkę, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Potem zapomniałam o niej na kilka lat, by teraz z powrotem wrócić. Wprawdzie nie za bardzo lubię muzykę (ot, posłucham od czasu do czasu, ale radio wyjące 26 godzin na dobę prosto w uszy to nie na moje nerwy) jednak mimo to przedstawiam wam "Aleję gwiazd" p. Zdzisławy Sośnickiej. Co tam, że to stary przebój, obciach, siara i brak szacunku na dzielni. Nakryjcie się kocem i słuchajcie w skrytości, bo warto. Piosenka tutaj. A plik PDF "Piekła prawdziwego" już wkrótce, więc cierpliwości książkojady.

Całość do poczytania i ściągnięcia stąd: Piekło prawdziwe



Piekło prawdziwe 
część trzecia


-No, w zasadzie to mógłbym.- zajrzał do notatek.-Tylko co by tutaj panu dopisać... Zabić to pan nikogo nie zabiłeś...
-Raz chciałem szefowi krzesłem przywalić.- wtrącił Józek ale Smolisty pokręcił przecząco głową.
-Eee, lajcik. To się nie liczy. To są odruchy warunkowe, nic pan z tym nie zrobisz. Każdy tak ma.
-No to co?
-Może nieczystość?- podsunął rogaty oficer piekielny.- Manię pan kiedyś zdradziłeś?
-Też nie. Ale w szafce, w magazynie mam przyklejone zdjęcie gołej panienki.
-Mało.
-Pamela Anderson.- powiedział z naciskiem Józek, z przesadą akcentując słowa. Smolisty gwizdnął z uznaniem.
-Fiu, fiu. I pan z tą Pamelą ten tego...?
-Panie coś pan? To tylko zdjęcie jest. Z Playboya znaczy się.
-No to faktycznie świństwo.- zawyrokował Smolisty. – Ale to wciąż mało. A nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu?
-Piłem- potwierdził ochoczo Józek.- Wódkę, wino, piwo, co pan panie diable tylko chce. Ale najwięcej to żem chlał wódy.- wyznał ze wstydem. Rogaty ucieszył się nagle.
-No to chlup do raportu: chlał jak świnia. Co jeszcze?
Józef myślał, myślał i to tak intensywnie, że odpadło mu nagle z lekka gnijące już ucho i pacnęło o podłogę. Podniósł je szybko, zawstydzony, i schował do kieszeni garnituru.
-Raz jeden pamiętam, że zatrąbiłem klaksonem na babcię moherową, która na czerwonym ślimaczyła się przez jezdnię.
-I co? Umarła ze strachu?- zaciekawił się Smolisty.
-No nie... Ale walnęła laską w auto aż się błotnik wygiął.- Diabeł wyprostował się nagle a po mordzie było widać, że jest lekko zawiedziony. To on tak się stara, żeby frontem do klienta, dopytuje się, podpowiada a tu nic. O żadnym łajdactwie się nie dowiedział, żadnego świństewka maluchnego, grzeszku drobnego, zwykłej niegodziwości albo szkaradzieństwa plugawego. No nic, co można kolegom w pracy opowiedzieć i śmiać się serdecznie aż rogi by poodpadały. To ma być wdzięczność? Co to kurde bele jest? Akcja charytatywna? Wielka Orkiestra Piekielnej Pomocy?
-Obywatelu, mimo całej mojej sympatii i życzliwości to nadal jest bardzo mało. Postaraj się pan bardziej.- powiedział tonem nieco chłodnym.
-Bilety do kina żem kupił dla mnie i dla Manii od konika. Jeszcze w PRL-u.
-Paserstwo, gites. To, to ja wam mogę wpisać. Co grali?
-„Czas apokalipsy”, chyba.
Mina nagle zrzedła Smolistemu.
-To niedobrze. Jakbyście poszli na „Emanuellę” albo chociaż „Klątwę Doliny Węży” to bym mógł wam z czystym sumieniem do akt zberezeństwo wpisać. Ale za „Czas apokalipsy” to według załącznika należą wam się plusowe punkty i mniej z kary.
 Józek myślał coś intensywnie.
-A „krokodyl Dundee”?
-Łooo panie! Trzy tygodnie mniej z pobytu za cierpienia estetyczne.-Smolisty zaglądał do notatek.
-To może chociaż „Indiana Jones i królestwo czaszek”?
-Panie Czereśny!- oburzył się oficer.-To pan chce mieć porządną kartotekę łajdaka czy mam pana od razu przetransportować do raju, do sekcji męczenników? Pan się zdecyduje bo to albo rybka albo pipka. A nie, pan mnie ciągle o swoich ekstremalnych przeżyciach kinomatogreficznych opowiadasz. Ja tu w pracy jestem a nie na ploty towarzyskie. Pan to sobie na później zachowa, dla skrzydlatych. Tam się takimi cierpieniami zajmują, nie ja.
Automatyczny dzwon kościelny zaczął wybijać pierwszą.
-Zbierajcie się obywatelu. Czas nagli. Z tych waszych szelmostw to tyle będzie ile z obietnic pana premiera, coś mi się widzi. To ja wam wpisuje tego kota, gorzałę i paserstwo. Z tym, to wy już bez zażenowania możecie się przed ludźmi pokazać.
-No to wpisuj pan skoro musisz.- westchnął Józek. Postawił parafkę na podsuniętym mu przez rogatego dokumencie. Ten wyciągnął z głębokiej kieszeni pieczątkę, splunął na nią, pochuchał i z głośnym hukiem odbił, oparty plecami o konfesjonał.
-To idziemy obywatelu, wyciągajcie kopyta.- zarechotał Smolisty.- Taki żarcik, że tak powiem zawodowy.
Wyszli z kościoła. Automatyczne organy grały upiornego marsza pogrzebowego.
-Najnowsza inicjatywa kurturarno-oświatowa.- powiedział Smolisty i kiwał z ukontentowaniem głową w takt muzyki, póki nie ucichła.
Przed kościołem czekał na nich czerwony, odrapany autobus marki Nysa. W środku siedziało już kilku pasażerów i ciekawie przyglądali się wychodzącym
-I to już? –zdziwił się Józek na widok autobusu. –Żadnej karety zaprzężonej w końskie truchła? Żadnego dymu? Złowieszczego skrzypienia? Jęków potępieńczych? To ma być w ogóle piekielne?
-No a nie jest?- zdziwił się Smolisty i zaczął wyliczać pomagając sobie dłonią. Zaginał kosmate palce, każdy z nich zakończony brudnym, czarcim pazurem.- Koło zębate walca rozrządu do wymiany, hamulce do wymiany, podłoga rdza panie, czysta rdza. Olej do wymiany, filtr paliwowy przecieka, okno kierownicy nie dość, że luźne to ściąga na prawo, abs nie działa. Tarcze hamulcowe...ło panie, na tarcze to się pan nawet nie patrz bo ich dosłownie nie ma. A poza tym to nadal jeździ na zimówkach. 16 sezon patrz pan, jakie łyse. I to nie być piekielne?
-Fakt- przyznał Józek. Kopnął kilka razy nogą od niechcenia koło. Opona w kilku miejscach miała wybrzuszenia.
-Ale unwucht to macie fest.- zauważył fachowo.
-A co się pan martwisz? Drugi raz nie wykoprytniesz, hłe, hłe- zaśmiał się diabeł i tym razem jego śmiech przypominał popiskiwania utopionej kuny. –No wsiadać.- zakomenderował i poszedł przodem. Usiadł na miejscu kierowcy i zmienił czapkę, tym razem na miękką bejsbolówkę z daszkiem. Na czapce widniało logo w kształcie karety zaprzężonej w końskie truchła i napis „idź do diabła. Usługi przewozowe”.
Józek wszedł za nim i już chciał usiąśc na przednim siedzeniu, kiedy Smolisty zatrzymał go i wyciągnął łapę.
-A bilecik, to pan szanowny ma?

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. W imieniu ludu pracującego miast i wsi ogłasza się co następuje: nie wydawać w formie papierowej ani żadnej innej. Nie ryć w kamieniu. Nie trawić na miedziorytach. Nie odbijać w offsecie. Nie śmiecić na ulicach. Używać wyłącznie do prywatnego zadowolenia.