wtorek, 21 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.2

 Spisekpisarzy.pl (tak na boku, fajna stronkach o literkach i takich tam) pokusił się o chęć wyjaśnienia zjawiska typu: "Czytelnictwo w Polsce umiera". Zdycha, wyciąga kopyta, przekręca się i ostatnią parę puszcza- dodam, by temu suchemu procesowi nadać ciutkę dramatyzmu.
Za spadek czytelnictwa bez dwóch zdań odpowiedzialna jest IKEA albo inne redblekłajty. Kiedyś to, jak stolarz krzesło sklecił, to nie miało prawa być równe- zawsze jedna noga była za krótka albo za długa. I wtedy trzeba było obowiązkowo kupić książkę, żeby podłożyć. Jak stolarz był bardzo wczorajszy to kupowało się "Wojnę i pokój", a jak sobie tylko troszkę chlapnął to i "Kajtkowe przygody" wystarczyły. Ale książki  musowo były w każdym domu. A teraz panie... wszystkie stołki spod komputera, równe kieby żołnierze na paradzie. To i po co narodowi książka? Bo to czy bez tego starej się w domu nudzi przy odkurzaniu mebli? 
 Nie dajcie umrzeć książkom. Nie dajcie umrzeć pisarzom. To znaczy pisarze i tak kiedyś umrą ale, daj Panie Boże, żeby nie z głodu. I ty zostań bohaterem w swoim domu!  Czytaj! Druga część "Piekła prawdziwego" już przed wami. Wersja pdf wkrótce.

 Kompletne opowiadanie tu: Piekło prawdziwe



Piekło prawdziwe
część druga

Natomiast o północy to się dopiero zaczęło. Jakieś stuki, jakieś puki, ktoś ze skrzypieniem drzwi do kościoła odemknął i kopytkując powoli do trumny Józkowej się zbliżył. Pyk, pyk, pyk to wyleciały gwoździe mocą jakąś tajemną. Nieznajomy wieko trumny uchylił i zaświecił mu w oczy elektryczną latarką.
-Józef Czereśny?- zapytał urzędowym tonem, jednym okiem zezując na Józka a drugim zaglądając do swojego notatnika. O, siarką było czuć w kościele i to mocno. Siarką i dezodorantem marki „Brutal”.
-No, Józek, co się pan tak głupio pytasz?- obruszył się Józek i wskazał na klepsydrę przyklejoną na dykcie nad trumną.- Czytać pan nie umisz czy głupa zgrywasz?
-Obywatel niech nie będzie awanturujący się.- zgasił go tamten.- Obywatel niech wyłazi i nie gnije w betach.- i nadal świecił mu latarką po oczach.
Józek zamyślił się. Tyle lat mu wmawiano, że po śmierci to już tylko wieczne odpoczywanie a tu przyłazi jakieś chuchro i każe mu spływać. Hola, hola, nie takie kurde były zasady. Jak odpoczywanie to odpoczywanie a nie maraton po cmentarzu o północy.
-No i na co pan czekasz?-zapytał tamten, bo widział, że Józek nadal tylko leży jak leżał, to jest ze złożonymi dłońmi i różańcem na piersi.- Czemu pan nie wstajesz?
-Jakoś nie mam motywacji.
Tamten zagotował się ze wściekłości a zapach siarki skutecznie zagłuszył woń „Brutala”.
-Panie, co to znaczy nie mam motywacji? Panie, ja mam pana na liście! Wyciągaj pan kopyta i ruchy, ruchy. Do świtu chcesz pan tak czekać?
Teraz oburzył się Józek.
-Panie, a co pan tu za cyrki odpindala? Uczciwie umarłem, pacz pan, o tu.- wskazał ręką na szramę na szyi- Ja sobie ciężko zapracowałem na sen wiekuisty. A pan mi się za przeproszeniem w interes wtranżalasz, po oczach mi jakimś laserem świecisz i każesz się zbierać. A bo ja wiem kto pan jest? Ani be, ani me ani kukuryku. Żebyś pan chociaż dobry wieczór powiedział to inaczej byśmy tę rozmowę zaczęli. A tak to się pan ode mnie odchrzań i daj mie w spokoju być martwym. Spływaj pan.- dodał na koniec żeby podkreślić stanowczo swoją wypowiedź. Tamten istotnie jakby się coś zmieszał.
-Zaganiany jestem.- przyznał na pojednanie. – Wiosna idzie, ludzie mrą na potęgę. Myśli taki jeden z drugim, że to już ciepło, swetra nie założy a tu zapalenie płuc, szpital i fik, delikwent gotowy. Faktycznie obywatelu, kurturę to jednak trzeba mieć w każdej sytuacji.- z tymi słowami zasalutował dziarsko- Dobry wieczór, starszy kopytkowy Roman Smolisty. Pan pójdzie ze mną, panie Czereśny. O, niech pan patrzy- przysunął trzymaną w rękach listę na wysokość jego oczu. Wprawdzie latarka ciągle świeciła Józkowi po gałach- jak to UB w wieczystej tradycji po sobie zostawiło, potomnym na pociechę-, tak że nie dało się z niej nic odczytać ale co lista to lista.- Pan tu pokwituje, że pana odebrałem i ruszamy.
-Widzi pan, tak to się mnie podoba. Elegancko i kurturarnie.- sapnął Józek i zaczął gramolić się z trumny. Niełatwe to było zadanie ale Smolisty mocno ciągnął go za rękę.
-Coś panu gajerek przycięli.- stwierdził, kiedy Józek stanął już wyprostowany na zimnej posadzce kościoła.
-Przytyło mie się może z kilogram albo i dwa od czasu ślubu.
-Albo i dwadzieścia.- westchnął nieco drwiąco przybysz. Dopiero teraz, w świetle latarki Józek mógł się przyjrzeć swojemu opiekunowi i ciut mu się nieswojo na duszy zrobiło. Roman Smolisty był bowiem diabłem, prawdziwym diabłem w diabelskim mundurze. Czapkę z otokiem zdobił pentagram w płomieniach, wyłogi munduru haftowane były w dwie trupie czaszki, sam uniform był sinokoperkowej barwy. Białe, służbowe skarpety naciągnął na kopyta. Niedbale związany krawat był poluzowany u niezbyt czystego kołnierzyka a jego koniec znajdował się w spodniach, by ukryć fakt, że jest on o wiele za długi. Smolisty nie był bowiem zbyt wysoki, o głowę może mniejszy od Józka, który przecież też z trudem dobił do metra sześćdziesięciu trzech.
-A to nie powinien się zgłosić po mnie najpierw jakiś anioł?- zagaił Józek, bo Smolisty wywalił jęzor i w świetle latarki notował coś w swoim kajeciku. Oparł się niedbale o ołtarz, by mu było wygodniej pisać.
- Wie pan, że najpierw sąd, sumienie trzeba osądzić, ile się złego i dobrego w życiu uczyniło. W każdym razie zawsze się mie zdawało, że to od tego trzeba zacząć.- zaczął ostrożnie Czereśniak. Smolisty nadal liczył coś w swoich notatkach, w gębie trzymał teraz ołówek i jednocześnie kiwał ze zrozumieniem głową.
-W zasadzie to masz pan rację.- wyseplenił niezrozumiale, przytrzymując górną wargą wysuwający się wciąż ołówek.- Ale mówiłem panu: wiosna idzie, zapalenia płuc, samobójcy, motocykliści na drogach. No, masę roboty teraz mamy, więc w takich bardziej oczywistych przypadkach to my się nie bawimy za bardzo w te dyplomatyczne ceregiele. I ci na górze, i my oszczędzamy sobie przez to mnóstwo papierkowej roboty. Bo to: znajdź delikwenta, wypytaj, popatrz się czy z mordy do zdjęcia podobny a uwierz mi panie, że niewielu z was przypomina siebie z tego co ma  w paszporcie albo dowodzie. Pieczątkę przybij, a czasami to i pacjenta sklepać trzeba jak się za bardzo rzuca i po dobroci iść nie chce. Masa roboty panie Czereśny. Ułatwiamy sobie więc jak możemy. Raz ja aniołom petenta zabierę bez wypisywania papiórów, raz oni mnie. Raz ja im kogoś tam po blacharce wyprostuję, raz oni mnie. Taka współpraca międzywydziałowa, hie, hie.- zaśmiał się niczym kura cierpiąca na ostrą czkawkę a ołówek wypadł mu z ust i potoczył się aż pod kościelne wrota.
-No nie mów mie pan, że ja taki oczywisty przypadek jestem.-oburzył się nagle Józek.- Co ja zabiłem kogoś? Ukradłem? Staruszkę obrabowałem? To już się piwka nie wolno napić po pracy bo zaraz do kotła?
-Do jakiego kotła, panie, co pan?- zdziwił się Smolisty.
-No to co ja takiego zrobiłem?
-A kot?- zapytał Smolisty. Zerkał przy tym w notatki.
-Co kot?
-Wasz kot, obywatelu. Kot imieniem Grzegorz, biało-rudy z jednym uchem naderwanym.
-No Grzesiu, ja wiem.- przytaknął Józek. –Ale, że co? Że obróżki nie chciałem założyć?
Smolisty machnął tylko ręką.
-Obywatelu, mnie nie obchodzi co wy sobie ubieracie na figle migle z żoną w sypialni. Ja mam tu zapisane, że trzy razy kopnęliście kota, nogą swoją własną, centralnie w dupę. 19 czerwca ubiegłego roku o godzinie 7.13 kiedy to spieszyliście się do pracy a rzeczony kot imieniem Grzegorz plątał się wam pod nogami. Podobną historię mam odnotowaną z dnia 23 stycznia tego roku, o 6.47 i tydzień później o 15.23 kiedy to już kopnęliście go bez powodu.
-Wielkie mecyje.- burknął Józek.- Może i 3 razy wystawił mię ogon centralnie pod nogę ale to nie jest powód...
-To nie jest powód?!-huknął nagle Smolisty, czerwony ze złości na gębie.- To nie jest powód? A co to jest jak nie powód? To jest, obywatelu, bardzo poważne wykroczenie! To jest wbrew przepisom! Było zapisane przecież: „czcij kota swego”.
-Czcij matkę i ojca swego.- poprawił Józek.
-Kota!!! Kota swego! Jak się wasi uczeni - tu spojrzał bardzo kąśliwie na obraz świętego Pawła Apostoła wiszący w nawie kościoła- Jak się uczeni wasi mylą w interpretacjach to co wy się dziwicie, że takie historie nam tu później wychodzą? Ja mam tu służbowo zapisane: kota nogą centralnie w dupę trzy razy kopnął i ja się muszę tego trzymać.- machał wściekle notatnikiem. Spomiędzy kartek na marmurowe płytki kościoła wysypywały się jakieś śmiecie: stare bilety, mandaty, upomnienia do biblioteki i zdjęcie nagiej Angeli Merkel. Józka aż zatkało.
-To za kota mam iść do piekła? Panie, niech się pan nade mną zlituje. Pan mnie powie, że to chociaż za alkohol com go grzał czasami bez opamiętania. Albo, że na czerwonym zdarzyło mi się kilka razy przejechać. Albo żem Manię raz albo i dwa w zdenerwowaniu szturchnął. Ale za kota? Co koledzy z pracy powiedzą? Śmieszki heheszki se będą urządzać. Panie, bądź pan człowiekiem!- tu zakrztusił się bo przypomniał sobie, że rogaty, ogoniasty Smolisty mało przypomina człowieka.
Smolisty poskrobał się po różkach i podrapał w kopytko.
-No, w zasadzie to mógłbym.- zajrzał do notatek.-Tylko co by tutaj panu dopisać... 

cdn...

wasza 
Helga von Klusken

p.s. Uprasza się szanowne tałatajstwo, żeby czytali wyłącznie dla prywatnego użytku. Na tych, którzy powielą moje teksy w postaci pisemnej, audiobooka lub innej czeka specjalny kocioł w piekle, zaraz obok mojego. Pomyślcie tylko: będziemy całą wieczność patrzyli sobie w oczy a ja będę całą wieczność wypominała: "no i czemu to zrobiłeś?" Warto? Oczywiście, że nie warto.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Piekło prawdziwe cz.1

Takiej obrazoburczej i takiej niepoprawnej politycznie Helgi jeszcze nie było. Uprzedzam lojalnie: nażelowane gogusie pryskające się Guccim albo tanim Armanim nie mają czego tutaj szukać. To nie na wasze nerwy, idźcie na sobie na inne blogi, gdzie anemiczny (prawie, że) trup modelki ściele się gęsto w kolejnej kreacji od Darka & Grześka. A gdyby komuś z obrażonych w opowiadaniu mniejszości seksualnych lub etnicznych zrobiło się przykro- spieszę z przeprosinami: bardzo mnie z tego powodu wszystko jedno. Uha!
p.s. część pierwsza już dzisiaj. Pozostałe ukażą się jeszcze dziś w nocy, najpóźniej jutro. Ewentualnie za miesiąc. Wersja do pobrania z chomika wkrótce. Albo i też nie. Radujcie się bracia i siostry albowiem wciąż lato!

 Całość do poczytania także tutaj (PDF) Piekło prawdziwe


Piekło prawdziwe
część pierwsza


Józef Czereśny umarł. No umarł i co tu dłużej drążyć temat? Wyciągnął kopyta, kopnął w kalendarz, wąchał kwiatki od spodu, poszedł na piwko do Abrahamka. Sztywny był już ale to i tak sztywny jak tylko potrafi to rasowy nieboszczyk. W trumnie prezentował się i owszem wcale elegancko. Poduszkę dali mu wypchaną poliestrową gąbką a nie trocinami. Gajerek, jeszcze ten od ślubu, wprawdzie rozcięli na plecach boby mu się na brzuchu nie dopiął- ale to nic nie szkodzi, bo nadal wyglądał pięknie. I tak leżał z nosem utkwionym w sufit, więc nikt nie patrzył czy ancug cały czy też nie. Ważne, że wyglądał szykownie. Buty miał wypastowane, co mu się za życia raczej rzadko zdarzało, zwłaszcza, że głównie w adidaskach pomykał.  Ale teraz proszę bardzo- czarne lakierki lśniły tak, że jakby chciał i mógł to można by się nawet w nich przejrzeć. Sama uroczystość też była bardzo udana. Józek z przyjemnością słuchał długiego kazania księdza o tym jakim to był czułym małżonkiem, tatusiem i teściem. Oho, czego tam w tej kleszej gadaninie nie było! Że żonkę kochał i o urodzinach jej nie zapominał, że dzieciaki wykształcił, że na piwo nie chodził, tylko przykładnie w domu po pracy siedział, nie bił i caluśką wypłatę do rąk połowicy własnej-Mańki oddawał. Jednym słowem istny ideał, anioł co to na ziemię zszedł i pracował na stanowisku magazyniera w fabryce śrubek. Józek coś tam wprawdzie czuł, że sumienie go trochę gryzie, bo to jednak zdarzyło mu się czasami małżonkę popchnąć albo wyzwać ją słowem które się od starogermańskiego „deva” wywodzi. Dzieciaki czasami tam poszturchał, a i z koleżkami zdarzyło mu się niekiedy zabalować i to tak dokumentnie, że aż żonka musiała go z izby na Sokolniczej odbierać i kwitować urzędowo, że ten ryj zapijaczony to jej ślubny, któremu, przed Bogiem i ludźmi, na utrapienie swoje przysięgała. Widać jednak nie od parady mówią, że o nieboszczyku to albo dobrze albo wcale. Cała rodzinka stawiła się w komplecie, bo słyszał jak nachylają się nad nim w trumnie i ostatnie słowa pożegnania mu szepcą. Ciocia Leosia, pogłaskała go po policzku i westchnęła:

-Mój ty biedaczku. Że też ci się zachciało na taką piękną wiosnę umierać.

A prawda była taka, że Józkowi to wcale nie spieszyło się do trumny, tylko zwyczajnie, po ludzku, tak  z głupia frant nie zauważył nadjeżdżającego tramwaju numer 18. Tramwaj (coś z 6 ton chyba) przejechał Józkowi gładko po szyi i zdecydowanym ruchem pozbawił go dalszych możliwości wymiany gazowej i integracji ze społeczeństwem. No to wzion i umarł Józek, bo ciężko żyć, kiedy głowa toczy się 100 metrów dalej po torowisku.

Przy trumnie zebrali się też pozostali członkowie rodziny. Józek wprawdzie nie widział ale poczuł wujka Edzia. Nie było to zresztą żadną nowością, gdyż wszyscy czuli wujka Edzia znacznie wcześniej zanim go zobaczyli, tak dokładnie unikał on mydła i ciepłej wody. Wujek Edziu nic nie powiedział tylko uścisnął mu rękę, chlipnął i odszedł ciągnąc za sobą smugę woni, w której można było wyczuć subtelną nutkę wina owocowego typu „Komandos” i sfermentowany pot. Następna była kuzynka Jadzia z mężem Wieśkiem.

-Pacz- kuzynka szturchnęła męża i szepnęła- Ale głowę  to mu przyszyli galatno, co nie?

-No galatno.- zgodził się kuzyn Wiesiek.- Ale na mordzie to nadal taki czerwony jak za życia.

Przyszli też koledzy z pracy: Mietek, Krzysiek i Stefan.

-Józek, bój się Boga!- jęknął tylko na ostatnie pożegnanie Mietek ale Józek jakoś się nie bał.

-Spoczywaj w pokoju.- powiedział bardzo uroczyście Krzysiek co znowu było trochę głupie, bo przecież wszyscy widzieli, że spoczywa w trumnie, w kuchcie kościoła a nie w żadnym pokoju. Ale Krzysiek zawsze był z deczka przygłup i intelektualista. Książki czytał na ten przykład. I to nie książki skarg i zażaleń pracowniczych ale śmieszne książczydła jak „Potop” (pewnie o hydraulikach) czy też „Pan Tadeusz” (Józek się założył, że to jakieś gejowskie świństwo ale, że umarł to nie dowiedział się czy wygrał zakład czy też nie). Wyrażał się też cudacznie, jakieś „owszem”, „istotnie” i „aczkolwiek” zamiast zwykłego „hę”?

A Stefan... no, Stefan to już nic nie powiedział nad trumną tylko próbował mu świsnąć zegarek marki „Wolność”, co to jeszcze od Breżniewa dobrze chodził i nie spóźniał się ani o minutę. Ale Stefan to zawsze był świnia i szuja pierwszej wody, nie można się było po nim niczego innego spodziewać. Ostatnimi z żałobników przy trumnie była żona, córki i zięciowie.

-Józek...-zaszlochała żona a Józkowi trochę żal się zrobiło nieboraczki.- Józuś...Józeczku...a kajś ty podział tą niebieską obróżkę dla kota? Bo szukam i szukam i znaleźć nie mogę.- zachlipała.

-Mamo.- starsza córka skrzywiła się z lekkim zdegustowaniem. – Jak mama tak? Obróżka? Dla kota? Jak tata martwy leży?

Młodszy szwagier wziął teściową w obronę.

-Teść martwy ale kot żywy. A obróżka kosztowała całe 20 złotych. Z amazona żem matce zamawiał to wiem.

-20 złotych to i to pieniądz.- wtrąciła młodsza córka.- Ojciec mieli ją ostatni w ręku. A mówiłam mu: „zapnij od razu pchlarzowi na szyję bo położysz gdzieś, zapomnisz i przepadnie”. No i nie ma.

-Nie kłóćmy się o obróżkę nad trumną.- syknął starszy szwagier.- Ojciec w grobie a wam tylko koty w głowie.

-Dokładnie.- stwierdziła starsza córka. Młodszej oczy rozbłysły nagłym gniewem.

-A jużci. Wypindrzona dama to jej 20 złotych tyli co nic. Myśli, że jak w jadłodajni kotlety smaży to pieniędzmi może szastać na prawo i lewo.

-Nie w jadłodajni ino w amerykańskiej korporacji.- odparła starsza z godnością.- i nie kotlety tylko hamburgery. A kto załatwił zniżkę pracowniczą na stypę? Może nie ja? Każdy dostanie po powiększonym zestawie w cenie średniego, a sos do frytek to już zupełnie gratis.

-Nie kłóćta się bo ojciec leży i słucha.- jęknęła matka.

-A niech słucha.-odparł twardo starszy szwagier.- Niech słucha jakie to koszty na niego ponosimy. Niech widzą ludzie, że Czereśniakowie to sroce spod dupy nie wypadły.

Z tymi słowami pocałował teścia w pozieleniałe już knykcie i odszedł na swoje miejsce, ciągnąc za sobą żonę. Miło się zrobiło Józkowi, że tak dbają o niego po śmierci i jakby mógł to pokraśniałby z zadowolenia. Ale, że nie mógł to nadal tylko leżał i podśmierdywał już z lekka.

-Józek, kaj ta obróżka.- westchnęła Mańka, jego żona i także wróciła na swoje miejsce, podtrzymywana z jednej strony przez młodszego szwagra a z drugiej przez młodsza córkę. A obróżka natomiast, leżała schowana w barku, coby się nie zgubiła, tuż obok cytrynowej nalewki. Sierściuch, czując co się święci, wolał kilka nocy spędzić na dworze niż dać sobie z własnej woli założyć kawałek niebieskiego aksamitu i wyglądać jak idiota.

Śpiewy dobiegły końca. Ksiądz okadził go sumiennie, że pachniał lepiej niż te nażelowane gogusie co to pryskają się Guccim albo Armanim. Kościelny zadzwonił i już było po wszystkim. Rodzinka spiesznie opuszczała kościół bo wszystkim kiszki nieco już marsza grały i ślinili się na myśl o tych przesolonych frytkach i bułkach garnirowanych zwiędłą sałatą. Józek nie miał im tego jednak za złe. Zjeść, napić się, cygaretę zapalić- ot, takie drobne przyjemności z których składa się to krótkie, krótkie życie. Rozumiał.
Ucichły rozmowy, ksiądz uciekł na plebanię gdzie mu gosposia już żurku gotowała, którego zapach rozchodził się w źle wentylowanym kościele. Organista też się zmył, bo gosposia księdza to jednak fest babka była, z cycem i z dupą jak u zebry a on przecie że celibatu, w przeciwieństwie do księdza, nie przysięgał. Tedy został Józek sam. Godzinkę później zjawił się grabarz i wieko trumny gwoździami mu przybił ale zakopać mieli go dopiero nazajutrz, jako że proboszcz nie wyznaczył mu jeszcze ostatecznej kwatery na cmentarzu. Nocować miał zatem w kościele. Pytacie czy się bał? Iiii... a czego to miał się bać? Martwy to już był więc go raczej nic gorszego nie spotka. Nudno tylko tak było samemu leżeć, gapić się w wieko trumny i rozmyślać: ”znajdzie żona tę obróżkę czy też nie?” Leżał i myślał tak do północy. Natomiast o północy to się dopiero zaczęło. Jakieś stuki, jakieś puki, ktoś ze skrzypieniem drzwi do kościoła odemknął i kopytkując powoli do trumny Józkowej się zbliżył. 

cdn...

wasza 
Helga von Klusken

p.s. no to lecim z kolejnymi groźbami karalnymi: czytać można a za wszystko inne nakopię do rzyci.

czwartek, 16 lipca 2015

Duperelka

Na krótko jestem z powrotem, ot tyle tylko by wyprać kilka brudnych skarpetek, tak czarnych jakby diabeł je na swoich kopytach nosił i już mnie nie ma. Przez kolejne 4 tygodnie zamierzam udawać, że znam się na tapetowaniu, szpachlowaniu i tynkowaniu. Cytując klasyka: "szpachlować każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej ale nie każdy powinien". Ja nie powinnam ale szpachluję mimo wszystko i udaję (!), że wygląda pięknie. Steffen, mój mąż i tak nie zauważa różnic w wykończeniu, więc dopóki sufit nie wali mu się na głowę wszystko jest w porządku. Przed wami opowiadanie o idealnym domu, tym wycackanym, wychuchanym, wypieszczonym, wyśnionym i wymarzonym. Wersja PDF do pobrania stąd (uwaga! chomik. Wersja z dysku Google do pobrania poniżej).  Miłego czytania.

Opowiadanie możecie również bezpośrednio czytać i ściągać stąd: Duperelka

Duperelka

Nigdy nie miała czasu. Już od przedszkola szykowała się intensywnie na bycie żoną, być może i matką, ale przede wszystkim właścicielką nieruchomości murowanej o powierzchni mieszkalnej co najmniej 120 metrów kwadratowych ( nie licząc garażu) i kawałka gruntu budowlanego przynajmniej sześcioarowego. O ile inne złotowłose, błękitnookie dziewuszki z grupy starszaków miejskiego przedszkola podczas nieśmiertelnej zabawy w dom preferowały raczej wzajemne zapraszanie się na herbatki zaczerpnięte z brudnego wiadra sprzątaczki albo ciasteczka z błota, tak ona, niezmiennie, dołączała do słodkich jak cherubinki chłopaków w kraciastych spodenkach mimo ich wrzasków, plucia i wrzucania w jej majteczki żywych chrząszczy. Tam zgarniała lwią część drewnianych klocków i godzinami budowała swój wymarzony dom, nieustannie zmieniając ilość okien i balkonów, przemieszczając drzwi, wydłużając i skracając kominy, dodając i odejmując ilość pomieszczeń. Młode, niezbyt doświadczone panie przedszkolanki z pewnym zakłopotaniem patrzyły na swoją podopieczną. Co jakiś czas, dobrowolnie lub też za pomocą wrzasku odrywały ją od tych drewnianych marzeń i wręczały w garść połamaną lalkę lub zaplutego misia.
-Pobaw się z dziewczynkami.- mówiły i prowadziły ją, wierzgającą nogami i zapłakaną, w miejsce, gdzie królowały plastikowe zastawy stołowe i babeczki z piasku. Przestraszone dziewuszki zbijały się w ciasną gromadę i z przerażeniem w modrych oczętach obserwowały zaryczaną, zasmarkaną istotę, z którą musiały dzielić się filiżankami, pełnymi zdobycznej herbaty śmierdzącej chlorem. Biła je i kopała aż musiały interweniować młode, niezbyt doświadczone panie przedszkolanki.
                Podstawówka minęła jej szybko, wprawdzie bez większych sukcesów ale i też bez większych trudności. Języka ojczystego uczyła się z umiarkowanym zaangażowaniem. Ot, dokładnie tyle gramatyki i ortografii ile potrzeba do poprawnego napisania listu z zapytaniem o ofertę instalacji bojlera lub piecyka gazowego. Młoda, niezbyt doświadczona polonistka załamywała ręce nad jej „pżestczennymi mażeniami za kturymi wolnymi niczym ptaki podąrzamy” i „cihości serca wdziencznego ókojenie” natomiast nic zarzucić nie mogła „szybkoschnącym farbom dekoracyjnym o wysokim stopniu odporności na ścieranie” i „ żywicy epoksydowej o właściwościach higroskopijnych”
Matematykę za to pochłaniała niczym wygłodniały kot spasioną na słoninie myszę. Liczby tańczyły bezustannie w jej umyśle. Zbiory, ciągi, geometria, promień okręgu wpisanego i opisanego na trójkącie, wzory skróconego mnożenia, wykresy rosnące, malejące, ciągnące się nieregularnie jak zapis ekg posiadacza kredytu we frankach szwajcarskich, nie dawały jej nigdy spokoju. Z ogromną przyjemnością rozwiązywała zadania typu: „jeden murarz buduje dom w ciągu 6 dni, ile murarzy zbuduje ten sam dom w ciągu 3 dni” i za każdym razem wyobrażała sobie ekipę spoconych, opalonych mężczyzn, którzy wznoszą ściany jej własnego domu i krzyczą do siebie z typowym dla fachowców wdziękiem:
-Józek, kurwa, podaj cegłę! 
Spędzające dwunastolatkom sen z powiek zagadnienia procentów tłumaczyła sobie wyobrażając jednocześnie kredyty bankowe. Elegancko ubrany dyrektor banku z służalczym uśmiechem podawał jej do wyboru tuzin rodzajów umów kredytowych a ona z uwagą wybierała tą najlepszą- z niskim oprocentowaniem, dużą ilością rat i możliwością zawieszenia spłaty na lat dwadzieścia.
-Magnificent! Magnificent!- szeptał w wyobraźni dyrektor banku i całował końce jej palców.
Wykresy funkcji jednorodnych i niejednorodnych to zapotrzebowanie na opał do wydajnego kominka z płaszczem wodnym w zimy mroźne i te łagodne, kiedy to kilka płatków prószącego śniegu stanowi sensację na pełne dwa tygodnie. Powierzchnie sześcianu to oczywiście ilość rolek tapety potrzebnej do wyklejenia stylowej jadalni, a geometryczne części odcięte łatwo zamieniały się w metry bieżące ciemnej boazerii z dębiny, inkrustowanej lakierowanymi złoceniami.
W gimnazjum doszły nowe przedmioty ale tylko część z nich odpowiadała jej zainteresowaniom. Biologię odrzuciła całkowicie z wyjątkiem tej skromnej części, która opowiadała o podlewaniu i nawożeniu tui ogrodowych. To samo geografia: nie wyniosła z niej nic ponad to, z której strony wstaje słońce i jak ustawić okna domu, by w lecie ochronić się przed upałami, przed którymi nawet rzymskie żaluzje pozostają bezsilne. Historię przeskakiwała od epoki do epoki i Bogiem a prawdą, bardziej interesowały ją kolorowe ryciny niż daty za którymi kryły się najczęściej opowieści o krwi i pożogach. Krew nie interesowała ją w najmniejszym stopniu, łatwo bowiem zmywa się ją z linoleum, natomiast zachwyt budziły w niej posągi rzymskich bogiń, ubranych w marmurowe peplum z odsłoniętymi piersiami. Kunsztowne ślimacznice pod stopami obutych w lekkie sandały kamiennych piękności doskonale pasowały do wnęki wykuszowego okna, które miało był owym „eyecatcherem” jadalni, pieścidełkiem pani domu, dumą i ukoronowaniem dobrego smaku i stylu. Tym czymś na widok czego trzeba wydać z siebie głębokie, pełne udawanego zachwytu „ach” i koniecznie, ale to koniecznie pogratulować zmysłu dekoracyjnego, zapożyczonego prosto z katalogu Ikei. O średniowieczu zapamiętała tylko tyle, że było dawno, natomiast rokokowe ślimaki, złocenia, srebrzenia, zawijasy, malowane bluszcze i amorki pochłonęły ją bez reszty. I i II wojnę światową kwitowała krótkim:
-Nudne.
Wzmianki o zbliżającej się trzeciej nudziły ją jeszcze bardziej.
Do języków obcych nie przykładała kompletnie żadnej uwagi, myląc bez ustanku „majnejmis” i „iśhajse”. Za to chemia ukazała się jej niczym wrota samego raju utraconego: skomplikowane reakcje wapna gaszonego czy gęstości molowej cementu sprawiały jej autentyczną, niezakłamaną radość. Dla rozrywki obliczała sobie skład chemiczny piasku dodawanego do zaprawy murarskiej (kwarc, aragonit i kalcyt) i ilość węglowodorów aromatycznych w 1 litrze farby ściennej „Superśnieżka” (0,5 mola na hektolitr). W liceum stwierdziła, że ilość zdobytej edukacji całkowicie odpowiada jej życiowemu zapotrzebowaniu i proces przyswajania wiedzy ograniczyła do absolutnego minimum, to jest na tyle by wypłakać sobie przejście z klasy do klasy u miękkosercych nauczycieli. W tym czasie młodzieńcze mrzonki o polerowanym gresie i panelach z piaskowca odeszły nieco na bok, gdyż najważniejszą kwestią stał się problem finansowania budowy wymarzonego domu. O ile plan architektoniczny budynku miała dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, o tyle sposób spłaty kredytu jawił się już nieco mgliście. Ostatecznie, po gruntownej analizie kilku „z życia wziętych” telenoweli doszła do wniosku, że najlepszym sposobem na spłatę kredytu (bo dom bez kredytu to nie jest prawdziwy dom) jest poślubienie mężczyzny ze stabilnym i pewnym zawodem. Innych pomysłów na spłatę gniazdka nie miała. Krąg potencjalnych kandydatów na przyszłego kredytobiorcę, któremu przysięgnie „miłość i wierność i, że go nie opuści aż do ostatniej raty”, zawęziła do grona osób zaliczających sie do średniej klasy średniej. Nie za wysoko jak np. dentysta albo właściciel fabryki płatków mydlanych do prania, bo przecież z góry wiadomo, że tacy to dranie i na pewno uciekną z jakąś młodszą małpą po 20 latach małżeństwa albo co gorsza: zażądają rozdzielności majątkowej już na początku znajomości. Za nisko mierzyć też nie może, a więc żaden listonosz czy kierowca autobusu nie wchodzą w grę- nie dość, że bank odmówiłby pieniędzy, to jeszcze taki małżonek wyglądał by wyjątkowo niereprezentacyjnie w jej wykwintnym saloniku obitym śliwkowym pluszem. Do grona potencjalnych kandydatów zaliczyła trzech mężczyzn.
Pierwszym był kierownik stanowiska mięsnego w pobliskim supermarkecie. Młodzieniec starszy od niej o zaledwie 10 lat ale praktyczny, rozsądny i cholernie ambitny. Wszystkim wiadomo było, że liczy na stanowisko menadżera działu mrożonek i konfitury, i nawet jego olbrzymia tusza, spowodowana ciągłym podżeraniem suchej krakowskiej nie mogła mu przeszkodzić w osiągnięciu zaplanowanego celu.
Drugim kandydatem był właściciel zakładu pogrzebowego, wprawdzie starszy od niej o 30 lat i żonaty ale ogólnie bardzo poważany w małej, miejskiej społeczności. Żona właściciela zakładu nie stanowiła przeszkody w jej planach: była mała, chuda i ciągle kaszlała. Miała nadzieję, że poczciwa kobieta wyciągnie kopyta akurat wtedy, kiedy ona osiągnie wiek umożliwiający zawarcie związku małżeńskiego. Niestety, los mocno zweryfikował ten koncepcik, skądinąd pomysłowy i dowcipny, i w dwa lata poźniej, kiedy to odbierała dowód osobisty, żona właściciela zakładu nie tylko ciągle żyła ale nadto spodziewała się bliźniaków.
Trzecim kandydatem był młody student buchalterii, cichy, spokojny okularnik z nosem wiecznie utkwionym w książce. Jego oczy były błękitne a uśmiech łagodny. Nie zwracała jednak uwagi na takie szczegóły, najważniejszy był indeks pełen piątek i realna perspektywa stażu w urzędzie finansowym. To właśnie z nim wiązała największe nadzieje, różnica wieku wynosiła między nimi tylko 5 lat, dodatkowo zaś był jedynakiem a jego rodzice posiadali 15 letniego, czerwonego fiata Seicento i niewielka daczę pod lasem. Któregoś dnia, cała trójka zginęła jednak w wypadku, kiedy to we fiacie zawiodły hamulce a przydrożne drzewo typu sosna szybciej stało niż oni hamowali. Strażacy długo jeszcze opowiadali sobie o młodym studencie, którego twarz wbiła się w gorący silnik natomiast bezgłowy korpus ciągle tkwił przypięty pasami do tylnego siedzenia. Jako, że rodzina nie posiadała ani bliższych ani dalszych powinowatych daczę przejęło państwo i sprzedało „za psi pieniądz” na publicznej licytacji. Samochodu nie udało się sprzedać, za bardzo był zniszczony. Wywieziono go na lawecie w głąb Rosji, gdzie z trzech innych, podobnych modeli wyklepano nowe „bezwypadkowe, z pierwszej ręki”. Twarz studenta zeskrobano dokładnie z silnika a auto śmigało wesoło po górzystych drogach Kaukazu, dygocząc tylko z lekka na widok napotykanych sosen.
Tedy został jej tylko jeden kandydat. W tym czasie zapałała wielką namiętnością do wszelakich kiełbas, szynek, podrobów i salcesonów. Codziennie, przed lekcjami, wbiegała zdyszana do supermarketu i bacznie przyglądała się sprzedającym. Jeżeli przypadkiem wypadała zmiana kierownika grzecznie stawała w kolejce i zarumieniona ze wzruszenia, słodkim głosikiem prosiła o kawałek pasztetowej albo krwawej kiszki. Pozostały personel działu mięsnego zbywała tylko prychnięciem. Te ciche a konsekwentne zaloty nie uszły uwadze kierownika działu mięsnego. Coraz częściej i coraz dłużej przyglądał się tej ślicznej panience przyrównując po cichu jej grube nóżki do tłustych raciczek wypasionego wieprzka (6,99 za paczkę), piersi do dorodnej kurzej klaty po 12,99 za kilo a pupę do olbrzymiego kawałka pieczonej na maśle szynki po 3,99 za 100 gram.
Pewnego dnia przypadkiem spotkali się wieczorem. Ona wracała z kursu rachunkowości, on porządkował sklep przed zamknięciem. Ona wstąpiła by spytać się o promocyjną polędwicę drobiową a on pokazał jej nieco inny kawałek mięsa. No, a potem odwrotu już nie było- musiał być ślub.
Do matury już nie podeszła, gdyż nie miało to najmniejszego sensu. Świadectwo ukończenia liceum odebrała w przelocie, między rozmową z dekoratorką sali weselnej a terminem poprawki u krawca. Rodzina pana młodego ze swojej strony dostarczyła całego prosiaka (nie licząc pana młodego oczywiście) i tuzin kur na rosół, rodzina panny młodej kupiła przeceniony bimber i tort z najdroższej cukierni.
Wesele było takie jakie powinno być prawdziwe wesele. Była remiza, konfetti w kształcie serduszek, sypanie groszaków przed umajonym kościołem, samochód udekorowany pluszowym misiem trzymającym papierowego gołąbka, szampan Igristoje w plastikowych kieliszkach i baloniki, z których zeszło już powietrze, zwisające smętnie z sufitów niczym surowe owcze flaki, do których zapomniano nadziać kiełbasy. Stare ciotki plotkowały, wujowie chlali i rzygali w ubikacji, młodzież chlała i tańczyła, starsi chlali i narzekali a państwo młodzi chlali i całowali się za każdym razem, gdy krzyknięto:
-Gorzko, gorzko!
Następnego dnia była niedziela. Panna młoda, a teraz już kochana żoneczka, zwlokła za chabety z łóżka spitego do nieprzytomności małżonka, ocuciła go niezawodnym sposobem przez wtajemniczonych nazywanym „garnkiem zimnej wody na łeb”, wrzuciła do samochodu i kazała wieźć się niedaleko, bo pod miasto tylko. Tam czekał już na nich prześliczny placyk budowlany z wszystkimi przyłączeniami. Z jednej strony budował się właśnie dyrektor biblioteki miejskiej a z drugiej inżynier lotnictwa. Żonka wskazała na działkę tłustym paluszkiem na którym lśnił złoty pierścień wieczystej udręki, cudną działeczunię, edeńską, apolińską, zjawiskową działuneczkę, i chrząknęła w sposób, który nie podlegał żadnej dyskusji.
-To kupimy jutro.
I tak też się stało. W poniedziałek, z samego rana stawili się u dyrektora banku, ona w różowym kostiumie, on  w ślubnej marynarce która trzeszczała niebezpiecznie na tłustym brzuszysku. Wszystko było dokładnie tak jak w marzeniach, oni podpisali umowę kredytową na bardzo niekorzystnych warunkach a dyrektor banku całował końce jej tęgich paluszków i szeptał zmysłowo
-Charmant! Charmant.
Wizyta u architekta odbyła się jeszcze szybciej. Jej plany budowy były tak drobiazgowe i technicznie doskonałe, że architektowi pozostało tylko ich podpisanie, natomiast kierownik budowy zamówiony był już w wyprzedzeniem 3 letnim i we wtorek z samego rana zjawił się na placu budowy z ekipą opalonych na słońcu pomagierów. Wprawdzie młody żonkoś coś tam bąkał pod nosem, że może by zaczekali aż się chociaż miesiąc miodowy im skończy ale młoda żona nie chciała słuchać. Poleciła mężowi jak najszybszy powrót do pracy i jak najszybszy awans na kierownika działu mrożonek i konfitur- sama zaś została w domu i zajęła się doglądaniem robotników.
Skrupulatnie oglądała każdą dostarczoną cegłę, jeżdżąć poślinionym paluchem po szorstkich, nierównych krawędziach i głośno komentując jakość jej wypalenia. Przy betonowych pustakach stosowała inną technikę, uderzała z całych sił drewnianym trzonkiem łopaty w jedna z dłuższych ścianek i dokładnie nasłuchiwała głuchego odgłosu. Każdy, przy którym miała wątpliwości co do jego gatunkowości zwracała do sklepu i płaczliwie domagała się nowych dostaw. Pręty zbrojeniowe mierzyła centymetrem krawieckim i wykłócała się z dostawcami o brakujące pół centymetra stali. Rozebrana do staniczka i krótkich spodenek, w upalnym słońcu cierpliwie przesiewała cement przez sitko do herbaty, żeby uzyskać jego idealną sypkość. Piasek dzieliła z grubsza na trzy rodzaje: miałki, średni i gruby i żądała od ekipy budującej aby do zaprawy używali tylko tego pierwszego. Naciskała na murarzy, żeby filtrowali wodę używaną do mieszania tynków ale z trudem przekonali ją, że im brudniejsza tym tynk się lepiej trzyma. Wprawdzie nie za bardzo wierzyła w tę historyjkę ale po cichu, gdy nikt  nie patrzył, zaśmiecała przygotowane w wiadrach płynne jeszcze tynki pyłem i butwiejącym drewnem- bo a nuż jednak to prawda z tą wodą?
Tylko tego przeklinania na budowie było jej ciągle mało i raz po raz krzyczała tubalnym głosem:
-Panie majster, podać panu, kurwa, cegłę?
A czerwony ze wstydu majster gwizdał tylko głośniej przez zaciśnięte zęby jedną i tą samą melodię, i udawał, że nie słyszy, mimo, że z dołu dobiegał wciąż piskliwy głos:
-Panie majster, a gipsu wam, kurwa, nie potrzeba?
Wieczorami, przy kolacji, omawiała z mężem postępy prac. Ona mówiła o tonach zużytego piasku, wapna i cementu a on o sprzedanej kaszance i podwawelskiej. Ona informowała go o kształcie plastikowych okien a on o nowych chłodziarkach zamówionych przez firmę. Ona wyznawała mu z żalem o podwyżkach cen plastikowych złączek, a on mówił o tym, że obecny menedżer działu wygląda tak jakby miał już kwiatki od spodu wąchać. I tak płynęły im te wieczory aż któregoś z nich przyszła piękna jak nigdy, z zarumienioną od szczęścia twarzyczką i wyznała, że robotnicy zatknęli na kominie zielony wiecheć. Dom był skończony.
Z wielką radością, trzymając się za ręce weszli do tego gniazdka i z lubością zanurzali się w surowym zapachu kleju, nowych płytek i lakierowanej podłogi. Dom był bardzo biały i bardzo uroczysty.
-Jeszcze tylko kilka duperelek i zobaczysz jak będzie tu pięknie.- powiedziała do męża. Po czym on poszedł do pracy, gdzie zacierał z radości ręce przy każdym głośniejszym kaszlnięciu menedżera działu mrożonek i konfitur a ona została w domu i zamawiał niezliczone ilości próbników tapet i farb. Wprawdzie wszystkie możliwe szczegóły wystroju miała już z dawna zaplanowane ale lubiła te ciężkie przesyłki pod których wagą uginał się listonosz. Jej niecierpliwe palce błądziły po fakturach tapet, wypukłej, wklęsłej, delikatnej niczym welur albo chropowatej niczym surowy beton. Dobierała ze sobą małe, różnokolorowe kartoniki i okiem eksperta oceniała harmonię barw: mięty ze śmietankowym budyniem, butelkowej zieleni z szarością capuccino i lawendowego snu z brązem mlecznej czekolady. A potem, wieczorami, przy kolacji opowiadała mężowi o cytrynowych paskach, purpurowej kratce i cynamonowych ciapkach, zaś on snuł wyznania o nowym rodzaju nadziewanej kiełbaski, młodej praktykantce i o tym, że menedżer działu mrożonek i konfitur pluł dzisiaj podczas kaszlu krwią.
Płynęły im lata, w trakcie których ona skrupulatnie uzupełniała wyposażenie swojego idealnego domu, on zaś tył jeszcze bardziej i coraz bardziej przypominał w swoim garniturze zaplątanego w brezentowy namiot wieprza.
Pojechali do Włoch, do cudownego Mediolanu, gdzie w ciasnych, romantycznych uliczkach snuje się zapach makaronu i doskonałej oliwy.  W cenę wycieczki przewoźnik wliczył wstęp do Pinakoteki Brera, szkoda było zmarnować taką okazję, w końcu bilety i tak już opłacone. Poszli by chłonąć zapach chłodnego marmuru smagłolicej Wenus, alabastrowych waz, smutnej Madonny Rafaela i wesołej Madonny Bernardo Luiniego. Przywieźli stamtąd dwie ordynarne, styropianowe konsolety „na sposób rzymski” i przykleili je w przedpokoju. Na jednej ustawili sztuczna różę w brzydkim wazonie z grubego szkła, na drugiej zbierał się kurz.
-To takie stylowe, takie włoskie.- mówiła pani domu.- Taka mała, piękna duperelka.
Rok później polecieli do Kairu i zanurzyli się w wielotysięczną tajemnicę Egiptu. Wdychali przesycone próchnem powietrze piramid, to samo, które zaczerpnął ostatnim tchem umierający Ramzes Wielki i podziwiali naskalne malowidła w świątyni wielkiej bogini Hathor, wzniesionej wśród krwi i śmierci rzeszy niewolników. Przywieźli stamtąd gipsową figurkę Sfinksa z naklejką na spodniej stronie „made in China.”
-To tres chic- mówiła pani domu i postawiła figurkę na stoliczku ze sklejki, który ochlapany brązową bejcą wcale ładnie udawał mahoń.- Taka duperelka, a tak ładnie pasuje do domu.
Z czasem posypały się kolejne duperelki, ohydne durnostojki, te łapiące kurz obżedary, duperszwance, dziabągi, gipsowe figurki pasterzy i kominiarczyka, drewniani górale z napisem „pozdrowienia ze Świnoujścia”, talerzyki z chińskiego porcelitu z wizerunkiem św. Jana Pawła, sarenki z bakelitu, rybki szklane do postawienia na telewizorze, haftowane maszynowo serwety kaszubskie, obrazki wyklejane grudkami żywicy udającej bursztyn, okręty w butelkach, drzewka szczęścia o konarach skręconych z miedzianego drutu, talizmany na rzemyku, zatopione w szkle motyle, plastikowe ciupagi, flaszeczki wypełnione morskim piaskiem, japońskie wachlarze z cienkiej tektury, lampki solarne zmieniające kolory i gliniane ptaszki z fotokomórką ukrytą w dziobie, drące się odrażającym głosem za każdym razem, gdy ktoś znalazł się w ich zasięgu.
Wieczorami pani domu mówiła o swoich duperelkach:
-Patrz, jak pięknie tu pasuje.
A pan domu nie słuchał połowicy, tylko mówił o biuście młodej praktykantki, o pupie młodej praktykantki i o tym, że w przyszły piątek odbędzie się pogrzeb menedżera działu mrożonek i konfitur.
A dom puchł od wewnętrznej doskonałości. W oknach chwiały się firanki po które dumna gospodyni pojechała aż do Krosna rezygnując z przyjęcia urodzinowego u przyjaciółki. Ominęło ją wesele siostry, gdyż tego samego dnia przyjechał transport z marmurowym blatem do łazienki. Szczegóły ręcznie rzeźbionego łóżka do sypialnie omawiane były dłużej niż pogrzeb matki. A kiedy zaś sprowadzono cudowne, czarne, jadeitowe płytki na przedpokój tej samej nocy po raz pierwszy doznała prawdziwego orgazmu, który zalał jej tłuste ciało drżącą, ciepłą falą.
-Kochany.- wyszeptała do męża i myślała o połyskliwym jadeicie, skrzącym się niby gwiazdy w mroźną noc.
-Kochana.- powiedział mąż i myślał o długich aż do szyi nogach młodej praktykantki.
Kiedy skończyła dekorować pokój dziecięcy stwierdziła, że przydała by się w nim jeszcze jedna duperelka, ot, malutka figurynka, by dopełnić wspaniałości rozkosznego pokoiku i po 9 miesiącach ta właśnie mała, czerwona, drąca bez ustanku gębę duperelka uzupełniała pokój swoim rykiem.
I biegły lata dalej, biegły bez ustanku i zawsze w jednym tylko kierunku, coraz bardziej przyśpieszając. Dom stawał się coraz doskonalszym. Przybywało w nim złoconych listew, rozetek, pilastrów, gzymsów, plafonów, klamek wygiętych w formie łyżeczki, obrazów w gipsowych ramach, nicianych bieżników, sztucznych fikusów w terakotowych donicach ubywało zaś syna, który coraz więcej czasu spędzał w szkole i na zajęciach dodatkowych oraz męża, który wreszcie awansował na menedżera i w związku z tym coraz później wracał do domu, pachnący szminką i damskim potem.
Aż nadszedł dzień, bo dzień ten nadejść musiał, kiedy z dumą mogła stwierdzić, że dom jest nieskończenie perfekcyjny. Każda figurynka, każdy chodniczek, każdy talerz na ścianie- wszystko to stało na miejscu absolutnie idealnym, każde pasmo tapety podkreślało jego wyjątkowość, każda plama farby wyrażała osiągnięty tu majstersztyk.
-Teraz w końcu mam czas dla siebie. Dla rodziny.- pomyślała siadając w ratanowym fotelu o wspaniale wyplecionej koronie.
-Odchodzę.- powiedział syn i wyjechał na studia.
-Odchodzę.- powiedział mąż i wyjechał z młodą praktykantką.
A ona siedzi w tym fotelu i czeka na gości, na przyjaciół których zapomniała, na rodzinę, którą porzuciła, by pokazać im to cudo, które tworzyła przez całe życie.
Czeka i czeka.
Czeka.
Od czasu do czasu pojawia się u niej listonosz albo pracownik gazowni. Pani domu z triumfem  oprowadza tego nieoczekiwanego gościa, który najpierw wymawia się brakiem czasu, a potem z ponurą miną wysłuchuje niekończącego się wywodu o pierdółkach, wihajsterach i ustrojstwach.
-Taka mała duperelka.- mówi pani domu i zatacza ręka koło jakby chciała ogarnąć w miłosnym uścisku wszystkie pomieszczenia.- Taka mała duperelka, a taka piękna.

Koniec

wasza
Helga von Klusken

p.s. i lecimy z koksem: niniejsze opowiadanie przeznaczone jest do wyłącznie prywatnego użytku a każda publikacja w formie papierowej, audiobooka lub innej bez stosownego papierzyska nazwiskiem moim podpisanego skończy się publicznym wychłostaniem  przez zawodowego chłostacza Ryszarda Okrutnika pseudonim"gęba jak edamski" . Bójcie się!